„Nigdy cię tu nie było” – Recenzja

Filmy są interesującym środkiem przekazu. Potrafią wywołać całe spektrum różnorakich emocji, ale rzadziej zdarzają się takie, które wprowadzają widza w stan swoistego osłupienia. Rodzaj szoku, lecz w pozytywnym sensie. Przykładem tego zjawiska może być seans filmu szkockiej reżyserki Lynne Ramsay – „You Were Never Really Here”.

Z założenia otrzymujemy film już nam znany – opowieść o milczącym socjopacie, który przy pomocy młotka, braku skrupułów i czystej, dzikiej przemocy rozwiązuje „problemy”. Ramsay stawia na sprawdzony już chwyt małej, delikatnej dziewczynki, która zmienia dotychczasową rutynę życia naszego bohatera. Kontrast pomiędzy Joe (Joaquin Phoenix) a Niną (Ekaterina Samsonov) jest widoczny natychmiastowo, ale w tym tkwi jedna z największych zalet tego filmu, bowiem reżyserka bawi się z tą kliszą w niesłychanie nowatorski sposób.

Oczywiście amatorowi kina natychmiast skojarzy się „Leon Zawodowiec”, „Ludzkie Dzieci” czy wciąż świeży „Logan”, lecz ta znana koncepcja jest w tym filmie… inna. Nie bez powodu też w filmie pojawia się „Psychoza” Hitchcocka (jest nawet dwukrotnie parodiowana). „YWNRH” to list miłosny dla mistrza suspensu jakim był Alfred Hitchcock. Od nowatorskich, zaskakujących ujęć kamery, przez akcentowanie przedmiotów pozornie błahych, lecz ważnych dla historii, po nieustające poczucie napięcia – inspiracji jest w tym filmie wiele, a większość dobrego gatunku.

Daleko tu jednak do zwykłego „kopiuj-wklej”, gdyż Ramsay nadaje swemu dziełu wyjątkowej atmosfery poprzez minimalistyczny dialog, wybitnie artystyczne sceny (długa scena pod taflą jeziora), wciąż zaskakujące oświetlenie oraz szczątkową, lecz pulsującą energią ścieżkę dźwiękową. Nie sposób też pominąć gry aktorskiej – w tym przypadku zdominowanej przez Phoenixa, którego stalowy wzrok i zmierzwiona broda wyrażają wszystko co potrzebne, do zrozumienia intencji oraz emocji targających postać przez niego graną. Co do reszty obsady również należą się same pochwały, wzruszająca Judith Roberts nadaje głębi Joemu, a opanowanie Samsonov jest niespotykane wśród dziecięcych aktorek.

„YWNRH” jest filmem oszczędnym, wykorzystuje wiele sprawdzonych schematów, ale zmienia je na tyle, by wciąż być interesującym. Znajdziemy w nim zarówno chwyty z kina minionego, jak i współczesnego. Niestety film ten nie jest również wolny od wad, by wymienić chociażby irytująco trzęsącą się kamerę w trakcie bójki (przemoc jest rzadko pokazywana przesadnie) czy nieco sztuczną krew, ale to nie przeszkadza zbytnio w odbiorze samego filmu.

Suspens, zachwyt, smutek i szok – to trzymało mnie w fotelu, pozbawiając chęci zerknięcia na telefon w trakcie całego seansu, a uczucie „szoku” towarzyszyło mi przez kilka kolejnych dni. W końcu minie, ale szacunek dla filmu zostanie. Polecam gorąco!

 

Człowiek-rysownik


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.