„Nina” – Recenzja

Do dziś pamiętam to dość chłodne, deszczowe popołudnie we Wrocławiu, kiedy po obejrzeniu pewnej polskiej produkcji zacząłem się trząść. Potem do drgawek doszedł płacz. Zostałem zniszczony emocjonalnie. Rzadko odkrywam się emocjonalnie przed filmem, tym razem – sam nie wiem dlaczego – poczułem się złamany, ale i oczyszczony. Potem, gdy otępiały rozmawiałem z innymi, wszystkie złe słowa dotyczące produkcji były rzucane gdzieś obok mnie. Ja nadal byłem z bohaterkami w tym czerwonym pokoju, nadal trzymałem za nie kciuki, żeby im wyszło. Po reakcjach ludzi miałem wrażenie, że Nina została stworzona tylko dla mnie. Bo ja, nie potrafię o niej powiedzieć złego słowa.

Kadr z filmu „Nina”

Olga Chajdas w swoim pełnometrażowym debiucie porywa się na nieodkryte w naszej kinematografii lądy. Ze świecą bowiem szukać filmu poruszającego tematykę LGBT, niejako nadal spoczywającą w katalogu TABU. Ba, punktem wyjścia całej historii jest poszukiwanie przez małżeństwo inteligentnej i chętnej surogatki. W tym wszystkim jednak najważniejszym, niewidocznym na pierwszy rzut oka tematem jest odkrywanie siebie, niezależnie od wieku.

Zobacz również: Przypomnienie „Mrocznego przedmiotu pożądania”

Nina (Julia Kijowska) i Wojtek (Andrzej Konopka) zdają się tworzyć idealną relację. On – właściciel warsztatu samochodowego, ona – niezależna nauczycielka języka francuskiego. Ich związek spokojnie mógłby być encyklopedyczną definicją słowa „idealny”. W końcu wychodzą razem do kawiarni i restauracji, od czasu do czasu przeniosą się w inną rzeczywistość korzystając z oparów marleyowskiej miłości, a wolne chwile spędzają na dywagacjach o literaturze i cieszeniu się sobą nawzajem. Gdzieś w tyle głowy jawi się pomysł posiadania dziecka, by jednak nie zatrzymać kariery Niny, decydują się oni wynająć dziewczynę, która ma im w tym celu pomóc.

Idealną kandydatkę znajdą w niefortunnej okoliczności, kiedy to Nina zdezeluje jej samochód. Kiedy po raz pierwszy widzimy Magdę (Eliza Rycembel) na ekranie, jawi się ona jako osoba z całkowicie innego świata. Bardziej rozrywkowa, reprezentująca pozornie inne wartości niż przyszli rodzice. Jest w niej jednak coś hipnotyzującego, coś co ani Wojtkowi, ani tym bardziej Ninie nie pozwoli oderwać od niej wzroku. Magda jest tu symbolem utraconej wolności i wyzwolenia, nie wstydzącym się swojej tożsamości seksualnej, nie silącej się na konwenanse. Jej persona, tak bardzo charakterystyczna, będzie z chwili na chwilę coraz bardziej pociągać naszych partnerów.

Kadr z filmu „Nina”

Oczywiście, czego mogliście domyśleć się z plakatu, Nina śledzi losy głównej bohaterki, która zakochuje się w kobiecie. Do tej pory wyrachowana i chłodna kobieta daje się ponieść emocjom. A może to właśnie po raz pierwszy czuje tak silne uczucie? Może wreszcie chce wyjść z tej strefy ochronnej jakim był jej związek z Wojtkiem, przebić ten napompowany balon szczęścia i wreszcie spróbować życia na własnych zasadach? Wreszcie zasmakować miłości? Bo nie chce stracić szansy na życie, tylko po to by egzystować „tak jak wypada”. Bo co ważniejsze – w życiu wypada kochać tę osobę, która powoduje, że czujesz się znacznie lepszym i szczęśliwszym człowiekiem.

Zobacz również: Recenzję „Wszystko z nami w porządku”

Cały projekt udaje się dzięki świetnemu triu aktorskiemu. Eliza Rycembel po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z największych talentów aktorskich w naszym kraju, otrzymując rolę tak szczerą, przepełnioną emocjami, która pozwala jej płynąć przez sceny i stworzyć najbardziej wiarygodną postać dzielnej, acz lekko zagubionej dziewczyny, przed którą cały świat stoi otworem. Andrzej Konopka idealnie oddaje mężczyznę, którego duma została zraniona, który czuje się odcięty od swojej męskości i przerażony widmem samotności. I co najbardziej mnie zaskakuje, po raz pierwszy doceniłem Julię Kijowską, stojącą przed trudnym zadaniem stworzenia postaci, która przez swoją decyzję może stracić wszystko, ale przez utratę rzeczy doczesnych, uzyskać nienamacalną wartość spokoju ducha i szczęścia.

Kadr z filmu „Nina”

W moich najskrytszych snach nie wierzyłem, że dostanę w naszym kraju tak personalną i nacechowaną emocjami opowieść o miłości. Nie ma tu prostoty znanej z innych melodramatów, słodyczy z romkomów, czy gorzkich pigułek i pompatycznych monologów z dramatów. Jest obdarta z jakichkolwiek dodatków szczerość. A tego w polskiej kinematografii brakowało od zawsze.

Oczywiście, porównując Ninę do chociażby Tamtych dni, Tamtych nocy zauważymy niedociągnięcia, szczególnie te scenariuszowe, bo momentami humor sytuacyjny (reprezentowany przez postać Loli – w tej roli przekoloryzowana Maria Peszek), czy zbyt oczywista symbolika kłuje w oczy. Podobnie momenty kiedy chwilami Nina chce odejść od skupiania się jedynie na głównym trójkącie. Jednak muszę puścić niektóre wpadki płazem, bo potrzebujemy takich produkcji. Jeśli film Chajdas, tak jak i Serce miłości mają przyczynić się do zmiany w sposobie opowiadania o relacjach zgłaszam się do bycia ich obrońcą i orędownikiem.

Zobacz również: Recenzję „Wilkołaka”

Olga Chajdas zadbała jednak, by oprócz świetnego scenariusza i klimatu, dostarczyć widzowi prawdziwej bomby audiowizualnej. Muzyka w wykonaniu Andrzeja Smolika wypełnia obraz i serce widza, a każdy kadr Tomasza Naumiuka można by wyciąć i powiesić na ścianie. Ten film oddycha współczesnością, ten tryskający z ekranu eudajmonizm, po którym pragnie się wstać i powiedzieć „Chce się żyć”, a potem wybiec z sali i wyznać miłość bliskiej osobie, czy też zadzwonić do niej tylko po to by usłyszeć jej głos.

Kadr z filmu „Nina”

Oczywiście, odpowiedzialność recenzencka obliguje mnie do poinformowania was, że film zbiera bardzo mieszane recenzje, co może oznaczać, że trafi w gusta ograniczonej grupy odbiorców. Ale co z tego? Jeśli macie do wyboru typową komedię romantyczną, albo „Ninę” – zaryzykujcie. Część z was przeżyje katharsis, część doświadczy metanoi, a część wyjdzie zbulwersowana, ale przynajmniej nikt nie pozostanie obojętny. Bo tylko obojętność wobec sztuki oznacza stracony czas.


4/5
Nieudana wersja Warlikowskiego, w chwilach wolnych od żartów z problemów pierwszego świata i nagłaśniania koncertów, ogląda palące stodoły Tarkowskiego. A na poważnie – kocha Włochy, Lyncha, Linklaterowską stylistykę i filmy o niczym i miłości. Muzycznie utknął na mixie Collinsa z Radiohead. Prywatnie marzy o ciepłej kawie, książce i uśmiechu osoby obok.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.