„Noc pożera świat” – Recenzja najlepszego filmu Fest Makabry

Paryż. Zblazowany Sam przychodzi na imprezę swojej byłej dziewczyny, by odebrać od niej ostatni karton swoich rzeczy. Jeszcze nie wie, że ta decyzja będzie jednocześnie najlepszą i najgorszą w jego życiu. Dlaczego najlepszą? Dzięki zbiegowi okoliczności nasz bohater jako jedyny w okolicy przeżyje pierwszy atak śmiercionośnych zombie. Dlaczego najgorszą? Z tego samego powodu. Uwięziony w kamienicy ocalały szybko przekona się, że wyniszczająca izolacja i stopniowe popadanie w obłęd mogą być równie niebezpieczne co czyhające na ulicy potwory.

Właśnie w taki, niepozorny dość, sposób rozpoczyna się Noc pożera świat w reżyserii Dominique Rochera. Początkowo perspektywy wcale nie wydają się aż takie złe. Z okna mieszkania Sam obserwuje nierówną i przegraną przez człowieka walkę toczącą się po drugiej stronie ulicy i staje się w pełni świadomy grożącego mu niebezpieczeństwa. W tym momencie jego głównym zadaniem jest oczyszczenie kamienicy z niepożądanych lokatorów i zebranie oraz skatalogowanie wszystkich zbędnych i niezbędnych przedmiotów, które kryją w sobie opustoszałe pokoje. Metodyczna natura głównego bohatera ułatwia mu tę pracę, ale dni mijają, a szanse na to, że obecny stan jest sytuacją przejściową i francuskie siły zbrojne wkroczą za chwilę całe na biało, by uratować uwięzionych obywateli, maleją coraz bardziej. Początkowa determinacją zaczyna ustępować miejsca świdrującej umysł beznadziei, a decyzja sąsiadów piętro niżej, którzy pierwszego już dnia apokalipsy popełnili samobójstwo, staje się dla Sama coraz bardziej zrozumiała.

Nasz protagonista zaczyna poniekąd przypominać Robinsona Crusoe z klasycznej powieści Daniela Defoe. Bezludna wyspa została tutaj zastąpiona stojącą w odosobnieniu kamienicą, ale w gruncie rzeczy sytuacja jest całkiem podobna. Główny bohater Noc pożera świat znajduje nawet swojego własnego Piętaszka (Denis Lavant) – zamkniętego w windzie zarażonego, który staje się jedynym, choć nieidealnym, towarzyszem Sama. Wcielający się w główną rolę Anders Danielsen Lie stara się jak może i dodaje swojej postaci niezbędnej ekspresji i realizmu. Bo to właśnie emocje – strach, złość czy też incydentalna radość – są tym, co przypomina nam skutecznie, że to uwięzione w czterech ścianach ciało nadal kryje w sobie człowieka.

Zobacz również: Recenzję filmu „Mrok”

Naszego rozbitka przy zmysłach utrzymują codzienne czynności, niepasujące pozornie do jego sytuacji – poranny jogging po schodach kamienicy, tworzenie muzyki z przedmiotów codziennego użytku czy strzelanie do uśpionych potworów za pomocą markera do paintballa.

Tym, co w Noc pożera świat wybija się na pierwszy plan jest przejmująca samotność naszego bohatera. Fakt, za oknem świat się skończył (albo też – został pożarty), a po ulicach snują się śmiertelnie niebezpieczne kreatury, ale największym niebezpieczeństwem dla Sama jest on sam. Ale czy po tak długiej izolacji i życiu w ciągłym stresie możliwy jest jeszcze powrót do żywych i normalny kontakt z drugim człowiekiem? Na to pytanie odpowiedzi nie zna nawet sam zainteresowany. Atmosferę beznadziei i ciągłego niebezpieczeństwa podbijają dominujące przez cały film zimne barwy, a rolę wisienki na torcie pełni podniosła, chóralna muzyka z przerywającymi ją okazjonalnie akcentami rozrywkowymi, w tym dźwiękami tworzonymi przez Sama.

Zobacz również: Recenzję nowego filmu Paolo Sorrentino

Ale film Rochera jest także o zombie, więc o koncepcie nieumarłych zapomnieć nie sposób. Klasyczny dla gatunku brak genezy tego apokaliptycznego stanu rzeczy skutecznie podbija grozę i odmienność zagrożenia, a ogromna mobilność zarażonych jednostek podczas ataków kontrastuje z ich nominalną ospałością, dzięki czemu nieliczne sceny walk czy pościgów szokują swoją intensywnością w porównaniu do stonowanej reszty filmu i być może zaspokoją także tych, którzy do seansu zasiedli z nadzieją na całą masę mocnych wrażeń. Noc pożera świat to także jeden ze spadkobierców głównej idei powieści Jestem Legendą autorstwa Roberta Mathesona. To, co nie udało się w filmowej adaptacji z Willem Smithem w roli głównej, widać właśnie tutaj. W tym momencie wszechobecne zombiaki nie są już anomalią. Teraz odstępstwem od normy jest życie człowieka. Role się odwróciły, a dla nieumarłych opowieści o zdziczałym Samie żyjącym w niedostępnej kamienicy będą tym, czym dla nas są historie o zamieszkującym Transylwanię Drakuli.

Ostatecznie więc produkcja ta skutecznie wychodzi poza wąskie ramy określenia “film o zombie”. Horrorowa otoczka zostaje wykorzystana do stworzenia przewrotnego i przygnębiającego jednocześnie portretu tego, co czyni z nas ludzi oraz tego, co od człowieczeństwa nas oddala. Noc pożera świat to dzieło satysfakcjonujące na wielu płaszczyznach i radzące sobie nie tylko jako trzymające w napięciu kino grozy, ale również kameralny dramat jednostki.

4/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.