Nocne istoty – Krótka recenzja zbyt krótkiego filmu

Kiedy trafiam na film, którego długość zamyka się w 85 minutach, z czego część  poświęcone jest na napisy początkowe i końcowe, czuję swoisty dysonans. Z jednej strony, to miło, że są jeszcze produkcję, które nie męczą widza swoim 200-minutowym formatem. Z drugiej jednak strony  – czy taki czas wystarczy by odpowiednio przedstawić jakąkolwiek historię? Nocne istoty to film, który stoi na rozdrożu tych skrajności. Niby nie przynudza, ale też nie daje sobie odpowiedniego czasu na rozwinięcie skrzydeł. Nie można jednak jednoznacznie uznać, że filmowi brakuje rzeczy do opowiedzenia. W moim mniemaniu, historia skompresowana w tych 85 minutach, zasługiwała na o wiele więcej czasu. Ale cóż, tego już nie naprawimy.

Wedle opisu dystrybutora, film opowiada o trójce ekspertów od zjawisk paranormalnych badających niepokojące zdarzenia w jednej z dzielnic Buenos Aires. I jak najbardziej jest to opis trafny. Jednakże, zanim dojdzie do opisanych zdarzeń, poznamy trzy krótkie historie. Wszystkie jednak tak krótkie, że aż żal straconego potencjału.

Pierwsza opowiada o kobiecie, która słyszy odgłosy w zlewie i jej partnerze. Druga skupia się na ich sąsiedzie, nękanym przez własny dom. Trzecia przedstawia samotną matkę i jej tragicznie zmarłego synka. Każda z tych historii ma dość wtórne, lecz uczciwe zawiązanie. Mają przyjemne tempo, nie są nachalne w swoim straszeniu, a nawet mogą się podobać. Potężnym zawodem jest jednak fakt, że reżyser Demián Rugna całkowicie porzuca wszystko to, co tak wprawnie rozpoczął. Wątki następują jeden po drugim i żaden z nich nie zostaje rozwiązany. Ba, niektóre z nich nie zdążają nawet dobrze się rozwinąć, a już musimy się z nimi żegnać.

Kadr z filmu „Nocne istoty”
Zobacz także: Nową odsłonę klasyki z Filmawką

Przez taki pośpiech ostatni akt filmu jest całkowicie pozbawiony napięcia. A chyba nie muszę nikogo przekonywać, że napięcie jest kluczowe dla kina tak specyficznego jak horror. Bez niego nie liczy się to, że pojedyncze, drastyczne i czasami brutalne sceny podnoszą ciśnienie niczym u jednego z bohaterów, którego zawodzi serce.

Jednak, z recenzenckiego obowiązku, muszę to przyznać. Nocne istoty mają w sobie kilka niezwykle intensywnych scen, kilka minut bestialskiej grozy oraz jakieś cztery dobre jumpscare’y. Co więcej, nie zawodzi estetyka, która w horrorach tanich, wtórnych i nijakich potrafi robić z naszymi  oczami gorsze rzeczy niż Hereditary robiło z moim tętnem podczas seansu. Nie rozczarują nas typowe części składowe filmu. Aktorstwo stoi na odpowiednim poziomie, ale oczywiście nie ma co mówić o jakichś objawieniach. Przyjemna scenografia, typowo horrorowy montaż czy drapiąca nerwy muzyka także nie wybijają się przed szereg, więc na szczęście nie ma co mówić o katastrofie.

Finalnie jednak Nocne istoty zawodzą, bo obiecują więcej niż dają. Rozwiązanie akcji uznaję za kompletnie niezaspokajające dla odbiorcy. Oczywiście, ewidentnie cały zamysł został dokładnie przemyślany. Klamra kompozycyjna spaja to, co ma spajać, a filmu nie można określić jako niedorzecznego. No i co z tego, kiedy chcemy więcej? A przynajmniej ja chcę, bo z bólem serca przyznaję temu obrazowi negatywną ocenę. Miał on potencjał na coś wiele lepszego. Może nie na film wybitny, ale moim jednak zdaniem z przygotowanego materiału dało się wycisnąć więcej. Dużo więcej napięcia, więcej strachu, więcej pomysłów, więcej minut. Bo brak minut jest największą bolączką Nocnych istot.

2.5/5

Plakatowy wariat, poszukiwacz neonów i estetyki łączącej się z soundtrackiem wbijającym się w umysł.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.