„O ojcach i synach” – Koszmar, który żyje [RECENZJA]

Jeśli dawno nie słyszeliście o wojnie domowej w Syrii (trwa już ósmy rok), to nie bez powodu. Działania wojenne w znacznej części kraju ustały, a większość terytorium znajduje się już rękach prezydenta Assada. Niedawno otrzymaliśmy także informację, że rebelianci mają zająć ostatni już bastion Daeshu (tzw. „Państwa Islamskiego”). Wydaje się, że temat został już wyeksploatowany, w końcu powstało kilka znaczących produkcji o krwawych zmaganiach syryjskich, m.in. Ostatni w Aleppo (2017) czy Białe Hełmy (2016 – Oscar za krótkometrażowy dokument). Jednak głos, jaki zabiera w tej sprawie poprzez film dziennikarz Talal Derki jest wyjątkowo wartościowy i ważny, nie tylko w obecnym bliskowschodnim kontekście. Oto relacja rodzimego Syryjczyka, który postanowił udokumentować codzienne życie islamskiego fundamentalisty i jego synów. Wymowny polski tytuł to wyrwa z angielskiego Of Fathers and Sons. W oryginale, po niemiecku (bo tam obecnie mieszka reżyser) brzmi to o wiele dosadniej: Kinder des KalifatsDzieci Kalifatu.

Zobacz też: „Obywatel Jones” – Wolność prasy wg Agnieszki Holland [RECENZJA]

Abu Osama, ojciec rodziny, oprowadza Derkiego po swoim domu. Przedstawia skromne umeblowanie, surowe warunki, Aymana i Osamę – ok. 8- i 10-letnie dzieci, jego dumę. Abu jak mantrę powtarza wahhabistyczne dogmaty i własne motywacje do walki w wojnie, która ma raz na zawsze zniszczyć niewiernych. Nie jest agresywny, lecz zaangażowany, co jeszcze wyraźniej podkreśla, gdy zabiera głos w lokalnych komitetach Al-Nusry, paramilitarnej organizacji, będącej odłamem Al-Kaidy. Ojciec nie poprzestaje tylko na czczych gadaninach, realnie bierze udział w wojnie, co jakiś czas zostaje wysłany na partyzancki front czy jako saper pomaga współtowarzyszom w zwiadach. Towarzyszy mu również reżyser, ale jest tu raczej niewidzialny. Kamera nie jest, choć każdy próbuje ignorować jej pobudzającą obecność. My jako widzowie stajemy się cichymi obserwatorami niepokojącej codzienności, niemymi słuchaczami głęboko przekonanego do swoich racji mężczyzny, głuchymi świadkami mikrokosmosu prozaicznej ekstremy, która rozdziera przecież nie tylko państwa Lewantu.

Abu Osama wraz z synami (po lewej i prawej stronie od ojca). Derki dokumentował ich losy przez kilka lat.

AymanOsama oraz ich koledzy mają dosyć oryginalną definicję dziecięcych gier. Rzucają w swoje koleżanki ze szkoły kamieniami, tworzą prymitywne surogaty bomb, raczą się brutalnymi bijatykami, gdzie jeden nie boi się dać drugiemu w pysk. Derki obserwuje braci na przestrzeni lat; zwłaszcza na początku historii widać, jak przywiązani są do ojca, który z wielu względów będzie się do nich odnosił z coraz większym chłodem. Chłopcy są wyalienowani ze społeczności, nie wiemy, czy zostały im już wpojone wszystkie paradygmaty dżihadu, choć pewnie o Allahu wiedzą tyle, ile powinni. Na razie chwalą się tylko okazjonalnym zabiciem ptaka: „Odrąbaliśmy mu głowę, tak jak ty, tato, tamtemu człowiekowi”. Bracia Ayman i Osama różnią się jednak od siebie, co jest dla nas coraz bardziej zauważalne. Jeden chce się kształcić, z radością chwyta kolejne lekcje z rodzimego języka. Drugi postawił sobie za cel spełnienie woli ojca i jak najszybsze wyruszenie w głąb teatru wojennego. Kontrast ten najwyraźniej przedstawia Ayman, kiedy chwali się bratu swoim pierwszym opowiadaniem. To historia chłopca, który się zgubił i spotkał przybyszy z kosmosu. „Oczywiście, że ci pomożemy, ale pod jednym warunkiem – że nauczysz nas, czym jest miłość i szczęście. My znamy tylko język liczb”. Czy Osama cokolwiek z tej historii zrozumiał?

Zobacz też: Kulturawka #10 – Elegia o Ralphie Demolce

O ojcach i synach podchodzi z trochę szerszej i mniej medialnej perspektywy, niż zwykle się przyjmuje w wojennej narracji dokumentalnej. Bo 8-letnia (na razie) wojna w Syrii już odbiła się potężnym echem na całym pokoleniu młodych ludzi. Pytanie, kto ucierpiał bardziej: pozbawione domów dzieci, których rodzice ku idealizmowi Arabskiej Wiosny poparli siły demokratyczne lub po prostu próbowali uciec z toczonego mordem kraju, czy tragicznie zindoktrynowani synowie fundamentalistów i wszyscy ci, których urzekli wojownicy „jedynego słusznego islamu”. I choć o tych pierwszych Derki nie mówi, to analogia nasuwa się sama. Reżyser dotkliwie opowiada o zagubieniu młodych ludzi – oni też mają wątpliwości, oni też przechodzą kryzys, być może kryzys własnej tożsamości. Żyją pod dyktando fatalizmu swoich ojców, którzy przelali im na konto genetyczny defekt i traumę, z którą albo zdecydują się żyć, albo od której nigdy w życiu się nie uwolnią.

Osama Osama, urodziny obchodzi 11 września. Dla ojca to nie przypadek, podobnie jak imię, które nadał chłopcu.

Na uwagę zasługuje jeszcze jeden aspekt produkcji, trochę pozadiegetyczny. Talal Derki wybrał się w sam środek piekła, by udokumentować temat na ogół nieobecny. Z jego kilkuletnim projektem wiązało się również realne ryzyko, o czym poświadcza np. fakt, że Derki był świadkiem rozstrzału cywilów przez dżihadystyczny pluton egzekucyjny. Dlatego wydaje mi się, że już samo to oddanie sprawie, ta misyjna, dziennikarska odwaga zasługuje na wyrazy szacunku. Ponadto, dla reżysera to też kwestia wyjątkowo osobista. W prologu mówi on, jako narrator:

Kiedy byłem dzieckiem, ojciec nauczył mnie spisywać moje koszmary na kartce papieru, by nie powracały. Teraz jest czas, by spisać najdłuższy koszmar, w jakim przyszło mi żyć.

To świadectwo, od którego nie można się odżegnywać, które ciężko stłamsić, w końcu – które trzeba opowiedzieć.

4/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.