„Ocean’s Eight” – Recenzja

Gdy w 2001 Steven Soderbergh świeżo po sukcesie Erin BrokovichTrafficu wypuścił na ekrany kin Ocean’s Eleven, z miejsca stał się gigantem kina akcji. W niecałych dwóch godzinach zamknął na ekranie to, co w kinie najlepsze – świetnych, młodych aktorów (Clooney, Pitt, Damon, Garcia itd.). Całą historię oparł na najsilniejszym uczuciu – zazdrości, a dodatkowo operował rewolucyjnym jak na ówczesne czasy montażem, co pozwoliło mu przebić pierwowzór swojej produkcji – Ryzykowną Grę z Frankiem SinatrąDeanem Martinem. Rodzina Ocean kradzież ma jednak we krwi, a po śmierci Danny’ego jego obowiązki jako władczyni gatunku heist movies musiała przejąć siostra – Debbie Ocean, wraz z jej Ocean’s Eight.

Ocean's Eight
Kadr z filmu „Ocean’s Eight”

To, że Ocean’s Eight to swoisty spadkobierca serii „Ocean’s”, czuć tak naprawdę od początku. Główną motywacją opuszczającej więzienie Debbie (Sandra Bullock) jest (jak zawsze w przypadku heistów) osiągnięcie zysku oraz zemszczenie się na swoim byłym, przez którego spędziła 5 lat za kratkami. Podobnie jak w Eleven (a dużo elementów jest żywcem z niego przeniesionych do „Eight”), film można podzielić na trzy części – Zebrania Drużyny, Planowania Skoku oraz jego egzekucji. Gary Ross (reżyser) mimo dużej schematyczności (której trudno w tym gatunku uniknąć), przez udany humor i trafione żarty, wprowadza powiew świeżości. Bardzo mocno eksploatuje fakt kobiecego zespołu – nasze panie znają się na modzie, łatwiej jest im przejść do zespołu redakcyjnego Vogue’a (gazeta jak i postać Anny Wintour będzie odgrywać bardzo ważną rolę), częściej są pomijane i niezauważane.

Bardzo ciekawy jest również sposób przedstawiania w produkcji mężczyzn – sprowadzonych do idiotów, starców, ćpunów, czy po prostu pociesznych – jak w przypadku inspektora do spraw ubezpieczeń (James Corden) – i uległych misiów. Również – ale to już efekt niezamierzony – mężczyźni to najgorsza strona filmu pod względem aktorskim. Corden zostaje sprowadzony do comic reliefa (a jeśli znacie jego talk show to zapewne wiecie, że nie jest to dobry pomysł), Richard Armitage potrafi jedynie być wiecznie znudzonym (jak na krytyka sztuki przystało), a szansa na dobrą męską rolę – w postaci cameo Matta Damona – przepadła w postprodukcji, kiedy to jego kultową postać wycięto.

Jednak główne aktorskie danie wieczoru – tytułowa ósemka – to jeden wielki popis umiejętności, który po prostu dobrze się ogląda. Sandra Bullock jest idealną protagonistką ze świetnie napisanymi dialogami, Cate Blanchett bardzo dobrze odnajduje się w roli mózgu drużyny, rzucającego na lewo i prawo one-linerami, a Sarah Paulson znów udowodniła, że jest jedną z najbardziej niedocenianych aktorek obecnych czasów. Nawet Rihanna, cała w dredach, próbuje grać i przez większość czasu wychodzi jej to naprawdę nieźle. Oczywiście jedyne co boli to wiecznie rozhisteryzowana Helena Bonham-Carter, wciela się w tę samą rozhisteryzowaną kobietę, co zwykle. Cieszy również widok Anne Hathaway, będącej tutaj obiektem zainteresowania drużyny (właściwie nie ona, a brylanty, widniejące na jej szyi), a w przeciwieństwie do większości krytyków, ja zawsze kupowałem jej sposób gry i nie inaczej jest tutaj.

Ocean's Eight
Kadr z filmu „Ocean’s Eight”

Niestety Ocean’s Eight bardzo mocno przegrywa z pierwowzorem jeśli chodzi o utrzymanie widza w napięciu. Nie mamy wrażenia, że coś może się nie udać, a plan zostaje wprowadzony w życie za łatwo. Oczywiście możemy to zaakceptować, ale cały urok heistów opiera się nie tylko na misternie ułożonym schemacie napadu, ale również napięciu, że coś może się nie udać, a nasi bohaterowie zostaną za chwilę przyłapani. Tutaj jednak przejście z punktu A do B odbywa się bez żadnych potknięć, czy wpadek, co zabiera jednak trochę uroku samemu seansowi.

Technicznie – podobnie jak w filmach SoderberghaOcean’s Eight stoi na jak najwyższym poziomie. Czy to w sposobie montażu, pokazania sekwencji hakowania, czy też w przemyślanym prowadzeniu ujęć. Nie sposób nie wspomnieć o pięknej scenografii, kostiumach i sposobie przedstawienia muzeum, które to zapiera dech w piersiach. Mamy również horror vacui, a każda przestrzeń jest wypełniona albo celebrytami, albo ekspozytami  – w końcu dbałość o detale to coś, czego możemy się spodziewać po gali organizowanej przez Vogue’a. Sam product placement Vogue’a działa na korzyść filmu Rossa, bo dostarcza nam chyba najcudowniejsze cameo w historii blockbusterów!

Zobacz również: Quentin Tarantino: Zestawienie 5 najlepszych filmów

Pojawia się pytanie czy bycie częścią sagi „Ocean’s” działa na korzyść całej produkcji. W mojej opinii odpowiedź brzmi – nie, bo duet Blanchett – Bullock byłby w stanie pociągnąć swoją własną serię od zera i zrobić to w sposób perfekcyjny bez bagażu jakim jest dziedzictwo serii o genialnym złodzieju. Ross za często „puszcza oko” do fanów serii z Clooneyem, zamiast skupiać się na budowaniu nowych i niezależnych postaci. A panie na to po prostu zasłużyły.

Ocean's Eight
Kadr z filmu „Ocean’s Eight”

Trudno jednak narzekać na Ocean’s Eight, będący jednym z najlepszych blockbusterów ostatnich lat. Mamy tu świetne kreacje aktorskie, piękna scenografię, zabawne, choć przez większość czasu „cheesy” dialogi, oraz poczucie, że heist movies są nadal żywe. Oczywiście trzeba tutaj zaakceptować uproszczenia i skróty fabularne, ale kiedy na chwilę wyłączymy mózg, trudno będzie się nie zgodzić ze słowami Debbie na koniec filmu. „Danny Ocean, You would be proud”.


3.5/5
Nieudana wersja Warlikowskiego, w chwilach wolnych od żartów z problemów pierwszego świata i nagłaśniania koncertów, ogląda palące stodoły Tarkowskiego. A na poważnie – kocha Włochy, Lyncha, Linklaterowską stylistykę i filmy o niczym i miłości. Muzycznie utknął na mixie Collinsa z Radiohead. Prywatnie marzy o ciepłej kawie, książce i uśmiechu osoby obok.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.