Okiem Filmawki – najlepsze blockbustery w 2013 roku

Znacie to uczucie, kiedy po obejrzeniu immersyjnie intensywnego dzieła, odczuwacie degrengoladę bujającą się w głowie w rytm waszych kroków? Rozbicie filmowej percepcji nie pozwala na wyciągnięcie z kolejnego seansu tego czegoś, co sprawia, że oglądanie tych wszystkich filmów ma jakikolwiek sens.

W takich chwilach, pomocne są blockbustery. Oczywiście, nie trzeba być umęczonym fanem slow cinema, by docenić zerową wartość artystyczną, jaką wnoszą do życia blockbustery. W tym przypadku jakości nie mierzymy mnogościom możliwych interpretacji, nie mają dla nas znaczenia intertekstualne szczegóły czy autorskie stemple reżysera geniusza.

Jestem wyznawcą tezy, że filmy, a w szczególności blockbustery, powinny być oceniane przez pryzmat emocji, jakie dają podczas seansu. Bo oczywiście można się zgadzać z faktem, że czyjeś dzieło było realizacyjnym majstersztykiem oraz że fabularna warstwa doprowadziła do niespotykanego wcześniej dyskursu. Później i tak ostatecznie zasnąć podczas seansu (dziękujemy 2001: Odysei Kosmicznej). 

Przyjrzymy się więc tym blockbusterom, na które warto spojrzeć oraz tym oraz na które co najwyżej powinno się splunąć. Tym razem cofamy się o 5 lat, czyli do 2013 roku – w następnych tekstach będziemy cofać się o kolejne 5 lat co pozwoli, moim zdaniem, zobrazować zmiany zachodzące w kinematografii, nawet tej nastawionej na masowość i jak największy zysk. Bo chociaż nie wydaje się to oczywiste, to kino popularne ewoluuje. I nawet jeśli tylko w jedną stronę, to lepszy taki rozwój aniżeli stagnacja.

Przed wami 5 najlepszych blockbusterów, które mieliśmy okazję zobaczyć w 2013 roku.

Zobacz także: Najnowszy Camping

#5 Hobbit: Pustkowie Smauga

Kadr z filmu: „Hobbit: Pustkowie Smauga”

Trylogia Hobbita jest sztandarowym przykładem jak ogromne studia nie powinny rzucać się na dolary licząc, że nostalgia zrobi swoje. W 2012 roku, podczas premiery Niezwykłej Podróży owa nostalgia swoje zrobiła, jednak niesmak pozostał. Rok później dostaliśmy jednak film w głównej mierze poświęcony Hobbitowi, co w przypadku pierwszego filmu nie było aż tak oczywiste. Odsunięto na bok nudną, nijaką i nieangażującą grupę 11 krasnoludów (oraz dwóch, dla których warto było marnować czas ekranowy), a na pierwszy plan wysunął się najsłynniejszy włamywacz (burglar) w Śródziemiu.

Chemia Martina Freemana z wygenerowanym komputerowo Smaugiem jest motorem napędowym trzeciego aktu filmu. Benedict Cumberbatch wyciąga co tylko możliwe z efektów motion capture oraz swoich talentów wokalnych, przez co obraz Smauga jest kluczowy dla całego filmu. Jego pojawienie się dodaje animuszu całej serii, będącej w dużej części zbyt rozwlekłą sklejką niepotrzebnych wątków (Tauriel i Legolas) oraz co najwyżej znośnego humoru (ucieczka w beczkach).

A jeśli i to wam nie wystarcza – Peter Jackson prezentuje jeden z najmocniejszych cliffhangerów w kinie rozrywkowym, aż do czasu Avengers: Wojna bez granic.

Zobacz także: Recenzję laureata publiczności na MFF Nowe Horyzonty

#4 W ciemność. Star Trek

Kadr z filmu: „W ciemność. Star Trek”

Rok 2013 był dla Benedicta Cumberbatcha bardzo zajętym czasem. Poza rolą Smauga nie obijał się na planie startrekowego sequela, będącego rebootem tej stufilmowej serii. I jakkolwiek źle to nie brzmi, nie ma to żadnego przełożenia na jakość filmu czy poseansowe doznania. J.J. Abrams robi co może, by utrzymać w ryzach ilość flar, napędza do WARP wszystko co tylko ma i gna bez patrzenia się za siebie, świetnie dawkując momenty fabularnych przestojów.

Tym jednak co czyni ten film tak bardzo fun-to-watch są interpersonalne iskry pomiędzy członkami załogi USS Enterprise tworzone przez trio scenarzystów pod dowództwem Alexa Kurtzmana. I chociaż cała strona wizualna filmu trąci gwiezdnowojennym klimatem, to jednak bohaterowie pozostają w centrum tej orgii wybuchów, pościgów i mniej lub bardziej udanych żartów. Specjalizujący się w reżyserskiej transparentności Abrams nie robi niczego, co mogłoby być uznane za jego własne. Jednak nie tego oczekuje od niego sam film, skonstruowany wokół prostej osi fabularnej. Należy więc poprosić Sulu o start, zapiąć pasy i dać się ponieść produkcji, która nie mając wiele do zaoferowania, daje tylko to co powinna – czystą rozrywkę w kosmosie.

#3 Man of Steel

Kadr z filmu: „Men of Steel”

Zanim Zack Snyder stał się pośmiewiskiem wszystkich, dał nam Supermana. Postarał się na tyle, by zgłębić charakter jednego z najpotężniejszych herosów w opisywanych w komiksach. Oczywiście – później coś zawiodło. Wartymi jednak odnotowania są zalety filmu, których jest całkiem sporo. Wizualna przebiegłość, plastyczne pomysły inscenizacyjne, dający po garach Hans Zimmer czy naprawdę udany casting postaci. Zresztą, nie od dzisiaj wiadomo, że Snyder ma niesamowity dar przenoszenia obrazów z papieru na obraz. Problem w tym, że zazwyczaj scenarzysta nie dorasta do jego poziomu.

David Goyer i tym razem odrobił komiksową pracę domową, więc nawiązania do poszczególnych serii komiksów sypią się seriami. Nie daje on jednak rady podnieść wagi postaci, wkładając im w usta dialogi pasujące raczej do kina klasy B. Tutaj jednak mamy film za ponad 200 milionów dolarów. Na dodatek z ogromnymi ambicjami.

Cała reszta natomiast jest wspaniała. Superman i jego rozdarcie względem ojczyzny prawdziwej a tej przybranej ma wystarczającą siłę, by przeciągnąć cały film i dostarczyć odpowiednie charakterologiczne zmiany w perspektywie Clarka Kenta. Dają również pretekst do rozwałki z największą mocą. Snyder nie bierze bowiem jeńców. Kiedy walczą między sobą dwaj kosmici walą się budynki, strzelają pióropusze ognia, a każdy cios ma niemal fizyczny wydźwięk na ekranie. Snyder pokazuje, jak się robi blockbustery.

Zobacz także: Recenzję nowego filmu Gaspara Noego

#2 Iron Man 3

Kadr z filmu: „Iron Man 3”

Będąc jednym z tych, którzy trzecią odsłonę przygód komiksowego Geniusza, Miliardera, Playboya i Filantropa uważają za udane przedsięwzięcie, nie mogłem go nie umieścić w takim zestawieniu. W moim odczuciu ten projekt zdecydowanie lepiej wygląda jako stand-alone movie aniżeli część wielkiego marvelowskiego świata. Shane Black wziął całe to uniwersum i stworzył pełną akcji, momentami przegiętą, ale wciąż bardzo dobrą komedię o Tonym Starku.

I właśnie to jest siłą tego filmu – wcześniejsze dwa obrazy Jona Favreau odnosiły się mniej lub bardziej do postaci Iron Mana, a tym razem dostajemy Tony’ego, starającego się poradzić sobie z traumą po inwazji Chitauri, swoim uzależnieniem od blaszanego pancerza i próbującego uporządkować swoje życie osobiste obok Pepper Potts. Tony bez zbroi jest niesamowitym kopniakiem dla serii, bo oferuje coś świeżego. Wyrównanie szans – Iron Man w pełnej krasie stał się bowiem zbyt potężny, przecież dopiero co zatrzymał najazd kosmitów pod dowództwem boga posiadającego jeden z Kamieni Nieskończoności.

Dodajmy do tego kradnącego show Bena Kingsleya, pełen zestaw błyskotek, wybuchów i niezwykle przemyślanego wykorzystania wszystkich strojów Starka, a dostajemy jeden z najlepszych filmów rozrywkowych. Kulejący nieco jako część marvelowskiego serialu, jednak nie wszystko sprowadza się do MCU.

Zobacz także: Recenzję Pierwszej Nocy Oczyszczenia

#1 Pacific Rim

Kiedy Guillermo Del Toro bierze się za film, to jednego możemy być pewni. Inscenizacyjna biegłość, wyczucie przestrzeni, niesamowite wyciągnięcie na wierzch gry światłem i cieniem oraz po prostu niesamowita wyobraźnia meksykańskiego reżysera wylewa się z każdego jego filmu i nie inaczej jest tym razem. Pacific Rim jawi się nam jako crossover TransformersówPower Rangersami podczas końca światów znanych z filmów Emmericha. Dodatkowe przefiltrowanie tej mieszanki przez japońską popkulturę oraz niesamowity umysł Del Toro pozwala nam ocenić Pacific Rim jako najlepszy z blockbusterów 2013 roku.

Takie dawki adrenaliny i filmowej frajdy nie uświadczymy w kinie codziennie. Mechaniczna bójka nie jest jednak pospolitym starciem. Del Toro to ktoś więcej aniżeli wprawny rzemieślnik wrzucający w wir walki kukiełki. Tworzy on ciekawych bohaterów, pełnych wzajemnych interakcji, przez co postoje fabularne nie tyle dają nam okazję zaznajomić się z postaciami, co po prostu je polubić. Później możemy im kibicować w skąpanym w deszczu spektaklu pełnym brutalnej siły i czystej miłości do kina. Guillermo, dziękuję.


Oczywiście blockbustery w 2013 roku nie kończą się na tej liście. Pozostają jeszcze takie tytuły jak Szybcy i wściekli 6, Thor: Mroczny świat czy The Wolverine. Dajcie więc znać w komentarzach, jakie są wasze ulubione produkcje z tamtego roku, a ja tymczasem zajmę się grzebaniem głębiej – za tydzień cofniemy się do 2008 roku.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.