„Ostateczna operacja” – Recenzja

Druga wojna światowa to wydarzenie, które na kartach historii zapisało się nie tylko jako konflikt zbrojny. W czasie jej trwania dochodziło do potwornych ludobójstw, w tym najsłynniejszego z nich – Holokaustu. Architektem zagłady sześciu milionów Żydów był Adolf Eichmann, któremu po wojnie dzięki pomocy Aloisa Hudala niestety udało się zbiec do Argentyny i tym samym uciec sprawiedliwości, która dopadła jego towarzyszy podczas procesu w Norymberdze.

Kadr z filmu „Ostateczna Operacja”

Ostateczna operacja bazuje na prawdziwej historii misji, której podjął się izraelski rząd. Piętnaście lat po zakończeniu drugiej wojny, izraelski Mossad przeprowadza ryzykowną operację – porwanie Eichmanna i osądzenie go w Izraelu na oczach całego świata. Jedno potknięcie i Izrael skompromitowałby się na arenie międzynarodowej, a Eichmann uniknął sprawiedliwości, być może już na zawsze.

Oprócz fascynującej historii na której opiera się fabuła, dostajemy kolejne smakowite składniki do tego dania: Oscar Isaac jako Peter Malkin, agent dowodzący całą akcją, i Ben Kingsley jako Adolf Eichmann, świetne role wspierające, m. in. Mélanie Laurent czy Nicka Krolla, a także trochę uproszczeń, które pozwolą źródłowej historię przemienić w angażujący widza film. Przynajmniej tak by się mogło wydawać, bo na papierze wygląda to całkiem nieźle. Tylko jak jest w rzeczywistości?

Fabuła rozwija się bardzo szybko. Rozpoznanie Eichmanna, planowanie operacji, infiltracja otoczenia, ściągnięcie izraelskich agentów do Buenos Aires, zaplanowanie i przeprowadzenie akcji porwania – wszystko to zamyka się w pierwszej godzinie filmu. Momentami czuć napięcie chwytające nas za barki i wciskające w siedzenie, mimo że w ustach czujemy posmak, jakby czegoś brakowało. Druga połowa filmu to zupełnie inna bajka, która dzieje się przeważnie w czterech ścianach kryjówki Mossadu. Z powodu opóźnionego lotu zmuszeni są oni czekać dziesięć dni, unikając argentyńskich służb i próbując wymusić na architekcie Holokaustu podpis na dokumencie, w którym wyraża zgodą na sąd w Izraelu. Sytuacja ta prowadzi do długich rozmów między Eichmannem i Malkinem, który w przeciwieństwie do reszty swoich współpracowników, podejmuje się wysłuchania, co nazista ma do powiedzenia.

Kadr z filmu „Ostateczna Operacja”

Kreacja aktorska Kingsleya ma w sobie coś wyjątkowego. Nie udało się zamaskować faktu, że aktor jest aż o dwadzieścia lat starszy od granej przez siebie postaci, co dodatkowo rzutuje na odbiór Eichmanna jako chłodnego, sprawnego manipulanta, który umie odnaleźć się w swoim położeniu. Wie, kiedy może pozwolić sobie na żarty, wie, kiedy okazywać troskę o rodzinie i wie, kiedy musi mówić po prostu prawdę. Mimo faktu, iż film trzyma się sztywnych ram i ograniczeń, jakby był zrobiony według kucharskiej receptury Zrób swoją własną adaptację filmową, Kingsley dodaje swojej postaci parę smaczków.

Gorzej wypada przy nim Oscar Isaac, który w swojej roli jest po prostu dobry i nie można nic więcej na ten temat powiedzieć. Nie dodaje swojego pierwiastka do granej przez siebie postaci, ale nie można mu również niczego zarzucić. Ot, rola jak rola, do zapomnienia.
Ten ekranowy duet przypomniał mi Spielbergowy Most szpiegów, niestety w gorszej odsłonie. Z całą moją sympatią dla wyżej wymienionych panów, Tom Hanks i Mark Rylance stworzyli interesujące postacie, których spotkania na ekranie wciągały w każdej sekundzie, a interakcje agenta Mossadu i nazisty momentami nudzą.

Zresztą, cały film wydaje się być pozbawiony pazura. Brakuje tutaj skutecznego tworzenia napięcia, poczucia ryzyka, które rzekomo ciąży nad izraelskim zespołem, czy jakiejś grozy bijącej z opowieści Eichmanna o zagładzie Żydów. Jest to bardzo poprawnie zrobiony film, ale ma się wrażenie, że mógł być zrobiony lepiej. Może i tak by było, gdyby na stanowisku reżyserskim nie siedział Chris Weitz, odpowiedzialny za reżyserię m. in. jednej części sagi Zmierzch czy Złotego kompasu. Ale może to tylko cecha gatunku, w którym od dawna brakuje świeżości. Uwierzcie mi na słowo, kiedy powiem wam, że w epilogu złożonym z autentycznego nagrania z sali sądowej i zdjęć pomordowanych ofiar Holokaustu, uwolniło się we mnie więcej emocji niż przez całe dwie godziny filmu.

Kadr z filmu „Ostateczna Operacja”

Pojawiają się też małe głupotki, jak niepotrzebny romans między Peterem a Hanną (której w oryginalnym zespole nigdy nie było – składał się wyłącznie z mężczyzn), próba morderstwa Eichmanna przez Moshego, by dopiąć ostatni guzik w pokazaniu, jak negatywnie nastawiony do nazistów jest agent Mossadu, czy dramatyczne zatrzymanie brzytwy na gardle architekta Holokaustu podczas sceny golenia go. Strasznie to wymuszone i nieprzyjemne. Niemniej jednak, Ostateczna operacja znajduje balans między fikcją a prawdą, tworząc poprawny i przyjemny film, który potrafi nie wymęczyć widza przez całe dwie godziny swojego trwania. Niestety do wybitności sporo brakuje, przez co po seansie została mi w głowie jedna myśl – dało się opowiedzieć tę historię lepiej, gdyż na to zasługiwała.

3/5

Twój przyjazny recenzent z sąsiedztwa. Malkontent i jego quality content. Prostym językiem do prostych ludzi, to moje motto.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.