Ostatnie prosecco hrabiego Ancillotto

„Ostatnie prosecco hrabiego Ancillotto”, czyli non omnis moriar – Recenzja

Jest i on i jego kieliszek. Jak zawsze wypełniony do połowy, jak zawsze tym samym procentowym napojem. Tym razem towarzyszy mu ktoś. Pewna nieznajoma kobieta, wymieniająca z nim uśmiechy, ciesząca się każdą chwilą. Wszystko psuje się, gdy w restauracji pojawiają się panowie w czarnych garniturach, włoska mafia w białych rękawiczkach. On nie może tego wytrzymać, pobieżnie ubiera się i wychodzi. Tego wieczoru, ze swojego Prosecco uczyni narzędzie autodestrukcji, pijąc ostatni łyk musującego od tabletek śmierci wina. I nie, nie jest to kampania antyalkoholowa, a prolog filmu, będący zarazem końcem ziemskiej historii Hrabiego Ancillotto.

Prosecco we Włoszech to symbol świętości. O ile w naszym kraju utożsamiamy je z społeczeństwem okupującym kawiarnie spod brandu Charlotte, spożywające ten lekki procentowo alkohol w ilościach „symbolicznych” i „do degustacji”, o tyle na Półwyspie Apenińskim często zastępuje ono wodę, a za hektar urodzajnych pól winogronowych trzeba zapłacić bajońskie sumy. Za naruszenie środowiska naturalnego czekają srogie kary, a tradycja wytwarzania prosecco jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, niczym u nas receptura na nalewkę wiśniową. Ową tradycję do swych ostatnich dni pielęgnował Desiderio Ancillotto, twórca jednego z najbardziej pożądanych win, kierujący się dewizą „Mniej, ale lepiej i z szacunkiem do ziemi”, a jego największym przeciwnikiem został zły właściciel cementowni, uosobienie chciwości oraz kapitalizmu.

Kadr z filmu "Ostatnie prosecco hrabiego Ancillotto"
Kadr z filmu „Ostatnie prosecco hrabiego Ancillotto”

W momencie śmierci hrabiego (choć co ciekawe prawo włoskie nie akceptuje tytułów szlacheckich), poznajemy naszego głównego bohatera – świeżo upieczonego inspektora policji Stucky’ego (Giuseppe Battiston), wręcz podręcznikową postać lekko zagubionego w swojej pracy funkcjonariusza. Dla Stucky’ego największym problemem są jego korzenie – jest pół Persem, co w tak zamkniętym środowisku jak kontynentalne Włochy od razu powoduje alienację, a przez to trudniejsze dotarcie do prawdy, jaka stoi nie tylko za samobójstwem Ancillottiego, ale również tajemniczym morderstwem właściciela cementowni.

Stucky to idealny przykład typowego protagonisty w włoskim kryminale. Ma problemy ze stylem (prawdopodobnie najlepsza komediowa część filmu to żarty z łososiowej marynarki), prześladują go problemy z przeszłości – w jego przypadku zmarli niedawno rodzice – a na swojej drodze spotyka same przeszkody, które musi samodzielnie omijać. Ważny przy budowie tej postaci jest również dystans do środowiska, w które musi wniknąć. Czuć, że reżyser Antonio Padovan naoglądał się w swoim życiu dużo produkcji o pracy detektywa.

Problem w tym, że nie działa to raczej na korzyść samej historii, bo wątek kryminalny jest tutaj zdecydowanie najgorszy. W typowy dla produkcji z Półwyspu Apenińskiego sposób, dostajemy bardzo rozwleczony prolog i otworzone 20 równoległych wątków,  które w pewnym momencie muszą zostać na szybko zamknięte bądź też porzucone. Nie może również zabraknąć typowego dla współczesnej produkcji wątku miłosnego, choć tu, niczym u Mario Monicelliego, bardziej chodzi o połączenie dusz i poszukiwanie akceptacji w społeczeństwie niż seksualny pociąg i erotyczną fascynację.

Kadr z filmu "Ostatnie prosecco hrabiego Ancillotto "
Kadr z filmu „Ostatnie prosecco hrabiego Ancillotto”

Padovan, mimo że jak na Włocha przystało nie poradził sobie z utrzymaniem napięcia towarzyszącego akcji, bardzo dużo wygrał wnikliwą obserwacją środowiska i współczesnego świata. Kiedy spojrzymy na jego film z trochę większym dystansem, uświadomimy sobie, że wątek kryminalny to tylko przykrywka dla opowieści o miłości do natury ziemi, oraz tego co jesteśmy w stanie dla niej zrobić. Bez wątpienia ten typ opowieści wychodzi wenecjaninowi lepiej niż Agnieszce HollandPokocie.  W każdym kadrze czuć nieposkromioną miłość autora do ziem Congeliano, pięknej, małej wioski na Północy Włoch, ale czuć również strach, który tu reprezentuje z lekka przesadzona wizualnie fabryka, przypominająca monstrum rodem z filmów z lat 80-tych.

Zauważalna jest również tęsknota za tym co było kiedyś, za tym, co uosabiał Hrabia. Za czasami, w których to nie ilość, a jakość była czynnikiem wyznaczającym poziom produktu. Za czasami kiedy mężczyzna przejmował po ojcu ziemie i starał się ją pielęgnować. I wreszcie za czasami, kiedy to nie seks, a zrozumienie liczyło się w relacjach międzyludzkich. Choć – co trzeba zaznaczyć – jak się dowiadujemy z postępującą fabułą, nie ma postaci idealnych, a dusza pana Ancillottiego była pokryta sporą warstwą rdzy.

Nie sposób nie zachwycać się nad pięknymi widokami i oddaniem realiów tej jakże niedocenianej części Włoch. Długie, panoramiczne kadry, wyciągnięte prosto z National Geographic tylko dokładają kolejne warstwy naturalizmu do historii, warstwy, których nie powstydziłby się sam legendarny Emilé Zola.

Kadr z filmu "Ostatnie prosecco hrabiego Ancillotto "
Kadr z filmu „Ostatnie prosecco hrabiego Ancillotto „

Na pierwszy plan aktorsko wybija się tu Silvia D’Amico jako tajemnicza partnerka Hrabiego. Silvia potwierdza tym samym, że jest jednym z największych talentów jakie włoskie kino w ostatnich latach widziało, a jej hipnotyzujący wzrok i bezpardonowość, przywodzi na myśl legendarne aktorki lat 60-tych i złotą erę europejskiego aktorstwa. Battistonowi bardzo pomaga natomiast współpraca ze swoim ekranowym przełożonym, czyli Roberto Citranem, wcielającym się w postać typowego dobrego policjanta, z dużym bagażem doświadczeń. Szkoda tylko, że widać u Padovana brak umiejętności budowania postaci wzbudzających jakiekolwiek zainteresowanie widza, bo oprócz protagonisty, nie zależy nam zbytnio na losie żadnego bohatera.

Zobacz również: „Blanka” – Recenzja

Cieszy to, że Aurora Films inwestuje w włoskie kino w mniej typowym niż zazwyczaj wydaniu. I mimo, że Ostatnie Prosecco cierpi na problemy symptomatyczne dla kryminału z ojczyzny Felliniego, tak gdy złapiemy szerszy kontekst i zamiast czekać  na wyjaśnienie zagadki, zaczniemy na tę produkcję patrzeć jako na opowieść o obecnym społeczeństwie, a także manifest ekologiczny, może zadowolić widza troszkę bardziej. Antonio Padovan na pewno dzięki tej lampce wina pojawił się na moim włoskim radarze i oby nie zniknął tak szybko, jak butelki tego pysznego napoju na Placu Zbawiciela.


3/5
Nieudana wersja Warlikowskiego, w chwilach wolnych od żartów z problemów pierwszego świata i nagłaśniania koncertów, ogląda palące stodoły Tarkowskiego. A na poważnie – kocha Włochy, Lyncha, Linklaterowską stylistykę i filmy o niczym i miłości. Muzycznie utknął na mixie Collinsa z Radiohead. Prywatnie marzy o ciepłej kawie, książce i uśmiechu osoby obok.