„Over the limit” – Recenzja

20 sierpnia 2016 roku, HSBC arena w Rio de Janeiro. To tu za chwilę rekord olimpijski w wieloboju indywidualnym pobije Margartita Mamun, tym samym zdobywając złoty medal. Niedługo potem główna trenerka rosyjskiej kadry narodowej akrobatów Irina Viner ogłosi, że Mamun kończy swoją sportową karierę – zawiesza wstążkę na haku, odchodząc jako mistrzyni olimpijska, siedmiokrotna mistrzyni świata i czterokrotna mistrzyni Europy. Wówczas ma 22 lata i dopiero wtedy, po raz pierwszy w swoim życiu, czuje się nareszcie wolna.

Bez znajomości biografii Mamun, początkowo całkowicie inaczej będziemy patrzeć na Over the limit, gdyż w obrazie Marty Prus zostaje ona całkowicie obdarta z własnych sukcesów. Nie dzieje się to jednak z winy reżyserki, która jest tylko biernym obserwatorem, śledzącym każdy krok akrobatki w drodze do Brazylii. Z sukcesów obdzierają ją jej trenerki – zaborcza i zadufana w sobie Viner, oraz Amina Zaripova, zdająca się być przy tym najbliższą osobą dla dziewczyny.

Pierwszy kadr, przywodzący na myśl „Alpy” Yorgosa Lanthimosa, ukazuje artystkę samą na planszy. I podobnie będzie w jej codziennym życiu – kontakty ze swoim chłopakiem musi ograniczać do nocnych rozmów na Skypie, z powodu treningów nie może przyjechać do ciężko chorego ojca, a każda, nawet najbardziej prozaiczna ludzka uciecha, wywołuje w niej stres, bo przecież nie może zajmować się głupotami.

Zobacz również: Recenzję „Krainy wielkiego nieba”

W przeciwieństwie do większości dokumentów, Over the limit nie będzie próbował wniknąć w życie prywatne Margarity, nie będzie tutaj wywiadów, odkrywania prywatnych problemów – Marta Prus zdaje się w pełni akceptować przestrzeń prywatną akrobatki, zajmując się głównie jej relacjami z trenerkami, a także ukazując na jej przykładzie słynną rosyjską politykę sportowego sukcesu, która przecież naznaczona jest wielką aferą dopingową.

Obydwie trenerki będą prezentować całkowicie inne podejście do Mamun. Viner, znana jako jedna z najbardziej despotycznych trenerek na świecie (spokojnie mogłaby prowadzić wykłady w Suspirii), ciągle atakuje swoją podopieczną, próbując wymusić na niej (mocnym naciskiem psychologicznym) jeszcze większe oddanie sportowi, wywołać w niej agresję, odebrać jej jakąkolwiek pewność siebie – po to by cały czas była spięta, cały czas gotowa na nowe wyzwania. Traktuje ją nie jak wielokrotną laureatkę konkursów, a przeciętną zawodniczkę, która całkowicie sobie folguje i odpuszcza walkę.

Bardziej niejednoznaczna jest postać Zaripovej. Z jednej strony ona również nie szczędzi uwag Margaricie – zmusza ją do większego wysiłku, prosi, by zacisnęła zęby i z leczeniem poczekała do kontuzji, odwodzi ją od pomysłu wyjazdu do ojca (w końcu „poczeka ze śmiercią, aż wrócisz z Olimpiady”). Z drugiej strony ona również jest nękana przez swoją przełożoną – ta wyzywa ją od tchórzy, ciągle jej umniejsza, niszczy jej pewność siebie i nie pozwala na jakiekolwiek czułości ze swoją podopieczną.

Zobacz również: Recenzję serialu „1983”

Over the limit pojawia się wszystko to, co znamy z Czarnego łabędziaWhiplash – z jedną małą różnicą – to, co tam było fikcją i postaciami stworzonymi na potrzeby produkcji, w przypadku filmu Prus jest prawdą, rzeczywistością, z jaką musi sobie radzić protagonistka. Szczególnie mocna zdaje się być scena, gdy Irina cały czas atakuje Margaritę, cały czas porównując ją do Kuzniecowej – jej urodę, wygląd, talent, prezencję. Każdy taki komentarz, bardzo mocno oddziałuje na bohaterkę. Powoduje, że bardziej się stresuje, wątpi w swoje umiejętności i dąży do perfekcji, zatracając to, co faktycznie w życiu ważne i kluczowe.

Problem w tym, że film Marty Prus w pewnym momencie zaczął mnie niestety nużyć. O ile sam dramat sytuacji jest dotykający, a forma nad wyraz ciekawa, to paradoksalnie brakowało mi tego osobistego dotyku, poznania Margarity jako osoby, wyrwania jej z tej prężnie działającej maszyny, możliwości dotarcia gdzieś głębiej, by faktycznie zobaczyć jak nacisk psychiczny na nią działa, jak radzi sobie ze stresem.

Niemniej jednak Over the limit to produkcja, która jest jednym z najciekawszych dokumentów tego roku – może ze względu na to, że ogląda się ją jak faktyczny film sensacyjno-biograficzny. Historia Margarity Mamun umożliwiła poznanie trochę realiów rosyjskiej szkoły sportowej, gdzie niektórzy stawiają na faszerowanie się sterydami i dopingiem, a inni na ciężki, odzierający z godności wysiłek. Szkoda tylko – że podobnie jak w przypadku realiów treningu – mało tutaj człowieka, a więcej przerażającej mechaniczności.

3/5
Nieudana wersja Warlikowskiego, w chwilach wolnych od żartów z problemów pierwszego świata i nagłaśniania koncertów, ogląda palące stodoły Tarkowskiego. A na poważnie – kocha Włochy, Lyncha, Linklaterowską stylistykę i filmy o niczym i miłości. Muzycznie utknął na mixie Collinsa z Radiohead. Prywatnie marzy o ciepłej kawie, książce i uśmiechu osoby obok.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.