„Pierwsza Noc Oczyszczenia” – Recenzja filmu i analiza serii

„Pierwsza Noc Oczyszczenia”, czyli czwarty film z serii spod szyldu Blumhouse Production jest zarazem pierwszym w chronologii całej historii, która liczy już cztery filmy. I chociaż każda z nich przyniosła twórcy Jamesowi DeMonaco i producentowi Jasonowi Blumowi co najwyżej mieszane opinie, tak na pewno nie żałują żadnego z 35 milionów dolarów wydanych na serię. Nic w tym dziwnego, bowiem jak dotąd, ich dochód jest jest ponad dziesięciokrotnie większy.

Oczywiście – oceny najczęściej bywały bezlitosne. Jednak warto zauważyć rozwój jaki dokonuje się w serii, która z zewnątrz wygląda niczym ciosane hurtowo filmy ze stuletnim Stevenem Seagalem. Pierwszy film z Ethanem Hawkem w roli głównej był naprawdę okropny do oglądania – marna forma, brak jakiegokolwiek odautorskiego stępla DeMoncao, twarz Ethana wyrażająca co najwyżej niezadowolenie z ilości zer na koncie to jedynie niewielkie grzeszki tej produkcji.

Kadr z filmu: „Noc Oczyszczenia”.

Największą wadą „Nocy Oczyszczenia” była próba stworzenia tworu mającego w domyśle wyrażać polityczne czy też społeczne zaangażowanie. Oczywiście oznaczało utworzenie nadętej i prawie nieoglądalnej krwawej jatki podczas której widać było ogromne niedostatki w budżecie oraz, co najważniejsze, w pomyśle DeMonaco. Film wyszedł więc jak wyszedł. Był tandetny, dramaturgicznie nierówny, wizualnie nijaki a do tego ogólny koncept oraz próba jego uargumentowania zakrawała o głupotę czystej wody. Nie mówiąc nic o tym jak głupie były zwroty akcji czy bohaterowie-samobójcy.

Zobacz także: Nieznane oblicze Jean-Luca Godarda

Ile błędów naprawić można w rok pokazał sequel z uroczym podtytułem „Anarchia”. DeMonaco udało się nie tylko pokazać prawdziwy wymiar sławetnej Czystki, ale także zbudować chociaż jednego bohatera, któremu można było w jakiś sposób kibicować. Albo przynajmniej nie życzyć mu jak najszybszego zejścia z ekranu. Oczywiście postać twardego gościa z przeszłością to klisza powielana w prawie każdym gatunku filmowym, to Frank Grillo wniósł do serii coś, czego nie spotkaliśmy w niej do teraz. Był on postacią dla której można było odrzucić wszelkie rozmyślania na temat tego, jak idiotycznym pomysłem była owa Noc Oczyszczenia dla rozkoszowania się krwawej maestrii w wykonaniu tego (w miarę) zdolnego aktora.

Kadr z filmu: „Noc Oczyszczenia: Anarchia”.

Wyjście na ulice Miasta Aniołów okazało się zbawienne dla samego reżysera. Ewidentnie nie wyczuł on dobrze zamkniętej i ciasnej przestrzeni domu ograniczającej możliwości wizualnego szaleństwa. To szaleństwo zaczęło się pojawiać tym razem. Gdzieniegdzie pojawiające się odblaski neonów, brudne i ciemne zakamarki, labirynty tworzone z mrocznych budynków są tym, co tygryski lubią najbardziej a co ewidentnie dobrze wychodzi DeMonaco. Był odpowiedni rozmach, gdzieś nawet na horyzoncie czaiły się motywacje bohaterów. Szyte najgrubszymi nićmi, aczkolwiek należy zasygnalizować ich pojawienie się, w końcu są one dowodem na rozwój całej serii.

DeMonaco odszedł również od prób stworzenia dreszczowca z podtekstem społeczno-politycznym w tle. Dostaliśmy więc to czego oczekiwaliśmy – hordę, której niepotrzebni jeńcy oraz grupka próbująca przetrwać za wszelką cenę, a to wszystko w kategorii R. Jednak bądźmy szczerzy. To właśnie tego oczekujemy od takich tytułów.

Zobacz także: Najnowszy tekst z serii Camping

Wiele mówiący o kierunku serii podtytuł „Czas wyboru” sugerował, że DeMonaco znów zechce się bawić toporną i wtórną symboliką. I jak się wydawało, tak też się stało. Tym razem jednak scenarzysta i reżyser serii zrównoważył tę falę wyborczych postaci, masek i innych (zazwyczaj zupełnie niepotrzebnych symboli) odpowiednią dawką szaleństwa. Bo trzeba zauważyć fakt, że trzecia część serii to kompletna jazda bez trzymanki pod względem wizualnym, scenograficznym czy kostiumowym.

Kadr z filmu: „Noc Oczyszczenia: Czas wyboru”.

Wydobywający się zewsząd kicz, w zestawieniu z lepiej niż w poprzednim filmie zarysowanym wątkiem potencjalnej rebelii równoważył beznadziejną postać pani senator, ochranianej przez weterana oczyszczania – Franka Grillo. DeMonaco tworzy kino całkowicie i bezwstydnie kampowe.  Jego esencją jest monstrualna i czasami przytłaczająca lecz finezyjna spirala przemocy jednych wobec drugich. Zabieg ten, tworzony (jak na DeMonaco przystało) niezwykle grubą kreską ma zadbać, by reżyser poczuł się spełniony w swojej moralizatorskiej misji, a przypadkowy widz dotknął odrobiny odtwórczej refleksji nad kultem broni i przemocy w Ameryce.

Należy jednak przyznać, że to nie uratowało filmu przed spadkiem jakości. Nudny jest wątek politycznych przemian, w przyjaźń Latynosa i czarnoskórego sklepikarza wierzymy tylko na dobre słowo, a scena w kościele pośród Nowych Ojców Założycieli nie udźwignęła swojego ciężaru. Nie można powiedzieć jednoznacznie, że zakończenie trylogii było złym filmem. Gdyby nie jego popularność, na pewno miałby szansę na pojawienie się w naszej serii Camping. Jednocześnie zasygnalizować należy powolne wyczerpywanie się pewnej konwencji, w którą coraz trudniej uwierzyć.

Zobacz także: Recenzję filmu Dom, który zbudował Jack

Tak trafiamy do tworu już w tytule sugerującym co i jak. „Pierwsza Noc Oczyszczenia” jest pierwszą, w której reżyserem nie był James DeMonaco. Rolę tę pozostawił niedoświadczonemu Gerardowi McMurrayowi co można ocenić za dość dobre zagranie producentów serii. Film uzyskał przez to nowego impetu w niektórych miejscach, lecz wciąż niestety widać reżyserskie braki żółtodzioba jakim jest McMurray. Scenariusz DeMonaco ma jednak kilka zmian odnośnie znanych już z poprzednich części schematów. Wkraczamy w Staten Island – tutaj odbędzie się pierwszy eksperyment z oczyszczaniem ulic przez przepełnionych złością i nienawiścią mieszkańców upadającej Ameryki. Widzimy trudności czarnoskórej i latynoskiej części wyspy w pozostawaniu na powierzchni, która zmusza ich do tytułowego oczyszczania. Wszystko to, w znanych, często powielanych i na dodatek stereotypowych schematach.

Kadr z filmu: „Pierwsza Noc Oczyszczenia”

Są więc kliszowe, tłuste bity na siłowni; gangi handlujące narkotykami zatruwające tym własną społeczność; bieda zapędzająca ludzi w czyny, na które się nie godzą; niewierność podwładnych; kolejny mizerny wątek polityczno-naukowy próbujący w jakikolwiek sposób zaznaczyć nam, że tak naprawdę noce bezprawia mają podłoże psychologiczne a nie jedynie ekonomiczne. Wszakże łatwiej zmieść kurz pod dywan aniżeli uporać się z problemem przeludnienia, biedy i bezrobocia.

W tym przypadku, łatwiej znieść wszystkie ciała do grobów. Zdecydowanie zawodząca ekspozycja wreszcie wprowadza nas w huragan manipulowanej przemocy i brutalności. Wszystko to połączone z powszechnym do wiadomości daje nam nowe dla serii punkty widzenia – drony (Patryk Vega byłby dumny) czy kamery w soczewkach.

Oczywiście, film stara się pójść własną drogą. Robi to jednak całkowicie nieporadnie. Każda chwila reżyserskiego czy scenariuszowego zawahania prowadzi nas do sprawdzonych w poprzednich dwóch częściach prób zabaw formą. W tej odtwórczości tkwi największy problem „Pierwszej Nocy Oczyszczenia”. Niewątpliwy inscenizacyjny talent reżysera maskuje nieporadna ręka do aktorów, których postacie zostały napisane prawie tak samo źle jak w pierwszym filmie.

Zobacz także: 5 nowych kategorii Oscarowych? – Filmawkowy Awards Watch #04

Co się tyczy inscenizacji. Reżyser pozwala sobie na podkradanie co ciekawszych pomysłów od bardziej doświadczonych filmowców. Sceny takie jak starcie w odmętach dymu w stylu Makbeta Justina Kurzela czy neonowy chaos skradziony Refnowi udowadniają, że McMurray odrobił pracę domową. Nie są to może najwznioślejsze zagrania, jednak w takim repertuarze odstają na plus od całej reszty.

Kadr z filmu: „Pierwsza Noc Oczyszczenia”.

Jednakże, to jedynie kilka łyżek miodu w całym basenie dziegciu. Nie pomaga przyjęta przez twórców konwencja, obrazowana potraktowanymi całkowicie poważnie hordami klansmanów z KKK wyżynająca biednych i bezbronnych. Zerojedynkowość większości uczestników Oczyszczenia daje nam obraz, że ubodzy dla pieniędzy mogą pozabijać się wzajemnie. Jednak ta jak i każda inna symbolika, hiperbola czy metafora w serii jest nakładana na odbiorcę na zasadzie dobrej wiary. Oczywiście przy użyciu łopaty czy innego wyrafinowanego narzędzia.

„Pierwsza Noc Oczyszczenia” zaskakuje mnogością niepotrzebnych wątków a ich zaledwie zarysowywanie potrafi znużyć. Nie ma więc mowy o jakiejkolwiek rozmowie widza z filmem podczas wrzucania kolejnych bohaterów w karuzelę terroru. Przytłaczeni tym faktem pozostają główni bohaterowie, przez co jedyną postacią, która dzięki wrodzonej charyzmie (na pewno nie dzięki reżyserskim wskazówkom) był czarnoskóry boss Dimitri grany przez debiutanta Y’lana Noela. Nie próbujcie jednak doszukiwać się w Dimitrze jakichkolwiek konotacji rosyjskich. Obraz tutaj wymaga od widza pełnej akceptacji, bez pola do negacji. Także w przypadku przemiany charakterologicznej bohatera, w którą nie wierzy chyba nawet sam reżyser.

Zobacz także: Recenzję filmu Ant-Man i Osa

Można powiedzieć, że braki umiaru oraz równoważącego wybryki w poprzednich częściach elementów kiczu położyły najnowszą produkcję Blumhouse. Zalew neonów i ciasnych przejść już nie daje tyle co jeszcze 2 czy 4 lata temu, bo dokładnie wiemy czego się spodziewać. Być może jednak ta pewność tego, co dostajemy w zamian za około 25 zł sprawia, że ten i podobne tytuły będą się cieszyć niewielką, lecz wierną rzeszą fanów. Zdecydowanie, „Pierwsza Noc Oczyszczenia” wypełnia pewną niszę. Ja jednak się do niej nie zaliczam.


2/5

Plakatowy wariat, poszukiwacz neonów i estetyki łączącej się z soundtrackiem wbijającym się w umysł. Bezwstydny, lecz początkujący otaku.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.