„Pierwszy człowiek”, czyli najlepsza biografia od czasu „8. Mili” – Recenzja

Olśniewający widok z kokpitu samolotu znajdującego się wysoko nad warstwą chmur. Szybkie cięcie, oko kamery przechodzi najpierw na skrzydło, potem ogon eksperymentalnej maszyny z napisem NASA. Rozpoczynająca się nagle potężna nawała wstrząsów i trzasków, przypominających wnętrze wirującej pralki i towarzyszące temu ujęcia szalejących instrumentów pokładowych. Wreszcie cisza, przy akompaniamencie której Damien Chazelle pozwala widzowi podziwiać wyłaniający się w odbiciu z wizjera hełmu pilota zarys ziemskiego globu. Neil Armstrong przebił się właśnie przez górne warstwy ziemskiej atmosfery, środowisko zabójcze zarówno dla człowieka, jak i maszyny. I będące jedynie punktem wyjścia dla wszystkich tych, którzy pragną wznieść się naprawdę wysoko.

Zobacz również: „Chef Flynn – najmłodszy kucharz świata” – Recenzja
Pierwszy człowiek
kadr z filmu „Pierwszy człowiek”

Lot w kosmos pozwoli nam oglądać rzeczy, których do tej pory być może niesłusznie nie byliśmy w stanie zobaczyć, oraz spojrzeć na wszystko z nowej perspektywy – mówi główny bohater filmu, którego nazwisko jest znane znakomitej większości ludzi na świecie. I z takiej właśnie odpowiedniej perspektywy traktuje Armstronga reżyser, ukazując w niezwykle realistyczny sposób trudy i znoje pionierskiej eksploracji najbliższego naszej planecie kawałka wszechświata. A także nieco zapominany heroizm pierwszych astronautów, których często niesłusznie uważa się za kogoś w rodzaju pilotów samolotów pasażerskich.

Zobacz również: „Users” – Recenzja oraz krótki komentarz na temat kondycji współczesnych młodych twórców

Pierwszy człowiek dobitnie uświadamia widzowi, że nie ma znaczenia, ile tysięcy obliczeń, szkoleń, testów na ziemi i lotów próbnych się nie przeprowadzi, zawsze musi się znaleźć ktoś kto usiądzie na szczycie stumetrowej rakiety i w towarzystwie niezliczonych decybeli hałasu poprowadzi ją w dziewiczy lot. Nie bacząc na poniesione straty wśród współpracowników i przyjaciół, własne traumy, czy wszechobecną krytykę celowości całego przedsięwzięcia. Każdy z milionów podzespołów może ulec awarii, a przestrzeń kosmiczna nie wybacza najmniejszych błędów.

kadr z filmu "Pierwszy człowiek"
kadr z filmu „Pierwszy człowiek”

Temu brutalnemu realizmowi, który w sposób pozbawiony większego patosu (choć niestety tylko do czasu, bo im bliżej końcówki filmu tym więcej typowo amerykańskich, podniosłych scen) tworzy kanwę tej historii, a kroku dotrzymuje wspaniały w roli pierwszego człowieka na księżycu Ryan Gosling. Jego Armstrong jest jak wyjęty z filmu dokumentalnego – prostolinijny, uparty, niezainteresowany rozgłosem człowiek, przy okazji absolutnie owładnięty ideą eksploracji kosmosu i pchnięcia ludzkości do przodu. Wysokiej klasy autentyzm idealisty, który w starciu z surowymi realiami nie porzuca wyzwania, ale za punkt honoru stawia sobie doprowadzenie sprawy bezpiecznie do końca. Chyba najlepsza do tej pory rola w portfolio kanadyjskiego gwiazdora.

Zobacz również: Historia Przemocy. Recenzja filmu „Zabij i żyj”

Niewiele Goslingowi ustępuje Claire Foy, która celująco wywiązuje się z trudnego i pełnego pułapek zadania sportretowania „czekającej w domu” żony astronauty, Janet Armstrong. Swoją charyzmą nadrabia nieco schematyczne prowadzenie tego wątku, a gdy jest na ekranie razem z mężem, tworzy z nim świetną chemię. Dwójka głównych aktorów może być niemal pewna nominacji do Nagrody Akademii, szkoda tylko, że ciekawe postacie drugoplanowe jak chociażby lądujący razem z Armstrongiem na księżycu Buzz Aldrin zostały potraktowane po macoszemu. Chazelle wydaje się być tu wierny surowemu prawu historii: któż pamięta o tych, którzy byli drudzy?

kadr z filmu „Pierwszy człowiek”

Póki co tekst składał się niemal z samych superlatyw, ale są one całkowicie uzasadnione z uwagi na poziom realizacji najlepszych momentów filmu i jego przemyślaną koncepcję. Trzecie dzieło cudownego dziecka Hollywood nie jest jednak pozbawione słabszych stron, z których najbardziej rzuca się w oczy…. brak rewolucyjności. Po będącym arcydziełem dynamicznego montażu Whiplash oraz redefiniującym gatunek musicalu La La Land, można by oczekiwać kompletnego wywrócenia schematu filmu biograficznego. Na próżno jednak tutaj spodziewać się  zakończenia filmu w momencie wejścia do rakiety czy otwarcia włazu księżycowego lądownika, wszystko jest opowiedziane od początku do końca zgodnie ze starą Hollywoodzką szkołą lat 90.

Zobacz również: „Apostoł” – horrororowa perełka Netflixa – Recenzja

W tym momentami bezpiecznym schematyzmie objawiać się zdaje wpływ producenta filmu Stevena Spielberga. Niektóre sceny dość mocno przywodzą na myśl Apollo 13 Rona Howarda. Ale łatwo tę czasem pojawiającą się wtórność wybaczyć z uwagi na to jak fascynującą narrację potrafi prowadzić Chazelle, co nie udaje się już od dawna wspomnianym wyżej reżyserom starszego pokolenia.  Komentarz społeczny też jest troszkę ostrzejszy. To nie jest już sielankowa Ameryka u szczytu potęgi, a raczej kraj targany zewsząd wątpliwościami odnośnie sensu wyścigu zbrojeń, u progu rewolucji obyczajowej i rasowej.

kadr z filmu "Pierwszy człowiek"
kadr z filmu „Pierwszy człowiek”

Fani dwóch wcześniejszych obrazów reżysera mogą aż tak First Mana nie pokochać, to bowiem film adresowany do troszkę innego widza niż poprzednie, zdradzające bardziej artystyczne niezależne proweniencje. Każdy, kto jako dziecko lubił się bawić w astronautów wyjdzie z kina wręcz oczarowany, zadowoleni powinni być też fani spektakularnych obrazów eksploracji kosmosu rodem z Interstellara Christophera Nolana. Chazelle celuje w gatunek, jakim można określić amerykańskie wysokobudżetowe kino rozrywkowo-dramatyczne. Dla nagradzania takich filmów organizuje się ceremonie oscarowe, można się więc spodziewać dwucyfrowej liczby nominacji. Wierzę, że nawet wielu sceptycznych wobec takich historii „american hero” widzów da się ponieść wspaniałemu rozmachowi realizacji tego dzieła.


4/5

Jestem studentem. Oceniam filmy obiektywnie. Lubie, gdy filmy są Coenowskie i Cohenowskie. Ironicznie urodziłem się w niewłaściwym pokoleniu, bo moje ulubione filmy i muzyka mają 40+ lat. W dziele filmowym zwracam szczególną uwagę na reżyserię i montaż dźwięku. I’m not a drowining man! And I’m not a burning building!