„Planeta singli 3” czyli „Wesele” Chacińskiego [RECENZJA]

Podręcznik do podstaw kinematografii mówi, że każda romantyczna historia musi zakończyć się albo gorącym pocałunkiem w świetle gwiazd, albo ślubem i hucznym weselem. Jako że główni bohaterowie „Planety Singli” pierwszy finał mają już za sobą (w końcu białorycerski Maciej Stuhr na koniu zapisał się złotymi zgłoskami w historii rodzimych rom-komów), zwieńczeniem opowieści o Tomku Wilczyńskim i Ani Kwiatkowskiej musiało być powiedzenie sakramentalnego „tak”. Z tego też względu reżyserowie Sam Akina (twórca „Planety Singli 2”) i Michał Chaciński (dotychczasowy scenarzysta) zdecydowali się podjąć wyzwania zorganizowania najlepszego wesela, na miarę naszych, „tvn-owskich” możliwości.

Zobacz również: Recenzję filmu „At Eternity’s Gate”

Główną osią fabularną są przygotowania do imprezy życia państwa młodych, gdzie wszystkie drogi prowadzą do, a właściwie na, ślubny kobierec. Przygotowania są równoznaczne z ciężkim powrotem do prowincjonalnej macierzy Wilczyńskiego, bowiem w pięknej ludowej chacie czeka na niego dawno niewidziana rodzina – osamotniona matka (Maria Pakulnis), zazdrosny o sukces Wilczyńskiego brat (Borys Szyc), a także wracający ze światowych wojaży (między innymi po Nepalu), hipisowski ojciec marnotrawny (Bogusław Linda).

Nie da się więc ukryć, że Planeta Singli 3 korzysta z wielu typowych dla sequeli komedii romantycznych klisz – po typową budowę narracyjną (pozytywny początek/kryzys/happy end), przez czerpanie garściami z klasyków gatunku (szczególnie Poznaj moich rodziców i Mojego wielkiego greckiego wesela), aż do bardzo bezpiecznej i nienatchnionej artystycznym powołaniem warstwy audiowizualnej. Niemniej jednak – w przeciwieństwie do dwójki – tym razem kinofilskie nawiązania nie są wulgarnie oczywiste (vide Więdłocha jako Audrey Hepburn), a stają się jedynie przyczynkiem do przełożenia znanych już wątków na realia nadwiślańskiej prowincji. Co warto nadmienić – najczęściej ze skutkiem pozytywnym.

Oczywiście ucisk klisz bezpieczeństwa odbiera „Planecie singli 3” jakikolwiek polot, ale jednocześnie zapewnia równy, i przez większość czasu, niezły poziom całości. Ba, momentami wchodzi ona nawet na wyżyny swojego gatunku, szczególnie wtedy, gdy skupia się na pojedynczych relacjach, odzierając je ze słodyczy całej ceremonii. Idealnym przykładem jest wątek Krystyny z Anią, który po raz pierwszy w historii cyklu wywołał we mnie pewne poczucia wzruszenia, przez co jestem w stanie mu wybaczyć jego ckliwość (choć i ona jest tu zaskakująco subtelna), czy jak nazwaliby to najwięksi krytycy gatunku – tearjerking

Zobacz również: Recenzję filmu „Velvet Buzzsaw”

Film ChacińskiegoAkiny trudno już de facto nazwać romkomem, bo związek Kwiatkowskiej z Wilczyńskim wypalił się nie tyle życiowo, co ekranowo. Między innymi dlatego przemieniają oni Planetę singli 3 w komedię obyczajową, gdzie stara chata koło kościoła staje się symboliczną Polską (co przywodzi na myśl postkapitalistyczną adaptację „Wesela” Wyspiańskiego, gdzie zamiast Złotego Rogu mamy mleczną Princessę), łącząc stołeczną elitę (tu jak zawsze znakomity Piotr Głowacki w roli Marcelego) z konserwatywną wsią, geekowsko-technologiczną młodzież (Zośka), z zachwyconymi latami 70-tymi, siedemnastoletnimi, wolnymi duchami. W tym wymiarze – co mówię z nieskrywaną dozą zaskoczenia – zwieńczenie trylogii wypada zaskakująco dobrze, świetnie analizując i rozkładając na czynniki pierwsze przyczyny animozji społecznych, a także burząc „tradycyjny” patriarchat.

Wreszcie bowiem to kobiety będą miały decydujący głos w świecie „Planety Singli”. To one będą podejmowały kluczowe decyzje dla rozwoju fabuły, to one będą łączyły pracę zawodową z byciem matką, to one odkryją przed partnerami nieznany dotąd świat i wreszcie to one uratują rozpadające się wesele. Wielka w tym zasługa aktorek, w szczególności znakomitej i bardzo wyważonej Marii Pakulnis, po której widać pozornie prozaiczną chęć utrzymania szczęścia domowego ogniska i stworzonej do roli feminy-dominy Danuty Stenki, wreszcie otrzymującej pole do aktorskiego popisu.

Najgorzej – tak jak w przypadku poprzednich części – wypada tutaj sam humor sytuacyjny, choć momentami zdarzało mi się wybuchać niekontrolowanymi parsknięciami śmiechu. Chaciński świadomie zaryzykował i postawił na mieszankę wulgarnego, iście brytyjskiego humoru, połączonego z surrealizmem (rozmowa Bogdana z dębem) i owo ryzyko do pewnego stopnia się opłaciło. Trudno nie docenić tego niespotykanego w naszych warunkach bezpruderyjnego humoru, choć niestety momentami nazbyt dosłownego.

Zobacz również: Recenzję filmu „Alita: Battle Angel”

Co jednak wynosi „Płanetę Singli 3” ponad przeciętność to ta iście młodopolska chłopomania, którą można zaobserwować u większości miastowych bohaterów. Wieś oczami Chacińskiego i Akiny maluje się bowiem niczym na obrazie Malczewskiego, swojsko, z lekka przaśnie, ale jednak pięknie. Gdy Bogdan wyjrzy z okna i powie „To jest nasza piękna wieś”, stanie się idealnym uosobieniem tak popularnego ostatnio zwrotu – „małomiasteczkowy”. Gdy na weselu ludzie z dwóch innych światów będą próbować prowadzić ze sobą dyskurs, to przywiedzie on nam na myśl wiekopomne dzieło Wyspiańskiego, gdzie „co tam panie w polityce?” zastąpiono „co tam panie w wielkim świecie?”, a „sianie na jesieni’, pytaniem o posiadanie internetu.

Raz do roku w polskim kinie zdarzy się dobra produkcja z pogranicza rom-komu i komedii obyczajowej. W zeszłym roku był nim znakomity „Podatek od miłości”, w tym będzie to zapewne, bo ma do tego wszystkie podstawy, „Planeta singli 3”, która pomimo wielu różnorakich wad, ma w sobie niewątpliwie dużo szczerego ciepła. Ciepła rodzinnego ogniska, szczęścia z posiadania siebie nawzajem, a także zachwytu nad pięknem naszej wsi. A czasem będąc w kinie warto się uśmiechnąć. Tak po prostu, bez większych fajerwerków.

3/5

PS. Spiesząc z odpowiedzią na najważniejsze pytanie – Tak, „Planeta singli 3” nadaje się na walentynkowy seans!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.