Zestawienie 10 najgorszych filmów – [Podsumowanie roku 2018 #3]

Nasza redakcja na każdym kroku podkreśla, że ubiegły rok był bardzo dobry dla kina. Polskie ekrany kinowe coraz bardziej otwierają się na perełki z całego świata, stąd wydaje się, iż tak kolorowo nie było na nich od dawna! Niestety (lub na szczęście!) ani kino ani widzowie nie są idealni i tak jak każdego miesiąca możemy podziwiać dzieła, które muskają o lub trafiają prosto w sedno niesamowitości, tak i oglądamy takie o których… Lepiej zapomnieć. Co prawda, niektóre z przedstawionych przez nas w tym zestawieniu filmy to tylko niewinne blockbustery, ale damy sobie uciąć rękę, że niektóre z nich są wręcz społecznie szkodliwe. Zapraszamy do lektury naszego kolejnego zestawienia!


10. „Rampage. Dzika Furia” 


Rampage: Dzika Furia to jeden z wielu filmów, które cechuje schematyczność i bardzo proste rozwiązania. Przy absurdalnej fabule, w której centralną postacią jest grany przez Dwayne’a Johnsona Davis Okoye, otrzymujemy masę niezbyt dobrze zrealizowanej akcji, nachalnych efektów specjalnych i absurdów, atakujących nas przy okazji każdej kolejnej sceny. Co ciekawe, również aktorsko produkcja ta wypada co najwyżej przeciętnie. Po samym Johnsonie nie spodziewałem się co prawda popisu godnego nominacji do Oscara, jednak grając tu tak, jak w każdym innym filmie, skutecznie utrzymuje poziom swoich kolegów z filmu. Ci wypadali co najwyżej przeciętnie, choć również postacie, w które mieli się wcielić, nie powalały swoją kreacją. Seans tego filmu z pewnością może sprawić niektórym osobom przyjemność, choć będzie to bardziej na zasadzie guilty pleasure niż faktycznej wartości rozrywkowej. Wszystko dlatego, że Rampage to produkcja po prostu słaba, której nie jestem w stanie usprawiedliwić za pomocą żadnej logicznej argumentacji. (Bartek Rusek)

Zobacz Również:„Rampage. Dzika furia” – Recenzja

9. „Na plaży Chesil”


Na plaży Chesil nie pamiętałby już prawdopodobnie nikt gdyby nie ważny temat jaki podejmuje – bo prawda jest taka, że na palcach jednej ręki można policzyć opowieści traktujące o aseksualizmie. Problem w tym, że jest to historia nie tyle nudna, bo to można byłoby jej jeszcze wybaczyć, ale całkowicie nijaka. Trudno bowiem wskazać jakąkolwiek myśl przewodnią całego filmu, łączącego w jedno miałkość dworskiego romansu i wszechobecną bylejakość, gdy również my – podobnie jak główna bohaterka – odczuwamy nieodpartą chęć ucieczki. W tym wszystkim najbardziej żal Saoirse Ronan, która nie zasłużyła na takie marnotrawienie jej talentu. Nie ważne jak bardzo by się nie starała, nie uratuje sama pisanego na kolanie scenariusza, nie wyniesie całkowicie nieudanej produkcji ponad przeciętność. Ale może to i dobrze, bo przynajmniej nikt nie usłyszy o plażach Chesil, którą są zimne, puste i nie warte zobaczenia. (Maciej Kędziora)

Zobacz Również: „Na plaży Chesil” – Recenzja

8. „Paradoks Cloverfield”


Odległy już nieco dzień premiery Paradoksu Cloverfield wciąż jeszcze pamiętam doskonale. Błyskawiczna, rozgrzewająca dyskurs do czerwoności kampania reklamowa podczas meczu Super Bowl sprawiła, że w jednej chwili przypomniałem sobie o istnieniu tego filmu, a w drugiej już postanowiłem, że obejrzenie go będzie pierwszą rzeczą, którą zrobię po powrocie do domu. „Przyjemności” tej nie mogłem sobie odmówić zarówno jako fan serii Cloverfield, jak i jako dumny abonent Netflixa i mimo moich najszczerszych intencji, szybko zrozumiałem, dlaczego umieszczenie pierwszego słowa tego zdania w cudzysłowie okazuje się być niezbędne. Jasne stało się także to, że dystrybucja tego kosztującego ponoć ponad czterdzieści milionów dolarów filmu odbyła się w internecie nie z powodu rośnięcia w siłę streamingowych gigantów, ale raczej w związku z tym, że nikt normalny nie puściłby w świątyni sztuki, jaką jest sala kinowa, najnowszego filmu Juliusa Onaha.

Chociaż dla czekających na ten film jawiło się to jako największa gratka, największą bolączką Paradoksu… okazała się być obecność słowa „Cloverfield” w tytule. Niesamowicie frapujący koncept, na którym oparty został ten projekt – oto śledzimy losy załogi międzynarodowej misji kosmicznej, która pewnego dnia odkrywa z przerażeniem, że z ich radaru zniknęła planeta Ziemia – szybko ustępuje miejsca scenariuszowym dziurom i uproszczeniom, których głównym celem było utworzenie ciągłości pomiędzy światem przedstawionym tutaj i w jedenastoletnim już Projekcie: Monster. Oczywiście skutek tego okazał się mierny. Nielogiczności narastają, ogromne potwory spadają z nieba i podróżują przez równoległe wszechświaty, a całość coraz bardziej zaczyna przypominać nieudolny fanfik, który w ułomnej wyobraźni swojego twórcy bezczelnie korzysta ze sprawdzonego uniwersum. I nawet jeżeli niektóre rozwiązania formalne i fabularne skutecznie unikają amatorskości i potrafią zaspokoić widzów żądnych horrorowych uciech, ostatecznie najbardziej przeraża zmarnowany potencjał tej produkcji. Kosmiczny potencjał, który zostaje zaprzepaszczony na rzecz efekciarskości, pomieszanych miejsc akcji i niesatysfakcjonujących wątków pobocznych.

Aż chciałoby się zignorować slogan pierwszego Obcego i wydać z siebie beznadziejny krzyk rozpaczy. A nuż ktoś go usłyszy. (Michał Piechowski)

Zobacz Również: „Paradoks Cloverfield” – Recenzja 

7. „Venom”


Venom, mat. prasowe

Poprzednia epoka kina superbohaterskiego miała Batmana i Robina, ta ma Venoma. Ciężko, by film nie był chaotyczny, gdy za pisanie scenariusza bierze się dream team złożony z ludzi odpowiedzialnych za 50 twarzy Greya, Mroczną wieżę czy 60 sekund (to z Nickiem Cage’em). Czy naprawdę na planie nie było nikogo, kto uszczypnąłby reżysera i powiedział, że sceny gdy Tom Hardy wyciąga ze śmietnika udko kurczaka i pałaszuje je z uśmiechem to zły pomysł? Sam aktor zdaje się być świadomy, w czym bierze udział, co sprawia, że ten blockbuster można też odbierać na poziomie metażartów, jednak przez większość czasu nad tą ironią dominuje uczucie autentycznego cringe’u.

Postaci kobiece napisane bez pomysłu, tandetne CGI i cytujący Biblię sztampowy miliarder-geniusz zła dopełniają czarę goryczy. Ponad 800 milionów dolarów zarobionych przez ten film na całym świecie dowodzi, że to na co narzekam niestety nie ma raczej znaczenia dla masowego widza. Na szczęście żyjemy w czasach blockbusterów prezentujących znacznie wyższy poziom, i Venom jest tu jedynie wyjątkiem od reguły. Oby tylko sukces finansowy tego filmu nie sprawił, że producenci znów pomyślą, że można nam masowo serwować tak głupie i niechlujne obrazy, bo to by oznaczało krok wstecz z powrotem do lat 90. (Maksymilian Majchrzak)

Zobacz również: „Venom” – Guilty pleasure roku – Recenzja

6. „Kobiety Mafii” 


Patrykowi Vedze, czyli mistrzowi filmów stricte złych, po raz pierwszy udało się zrobić film tak zły, że aż dobry. Niesamowite jak wiele jest tutaj inspiracji kinem eksploatacji, gdzie kobiety stają się Aniołami Śmierci i wymierzają sprawiedliwość przesiąkniętym złem mężczyznom. Niestety, mimo tego, że jak na Vegę jest to film niezły, to Kobiety Mafii nadal są bardzo ciężkie w odbiorze. To co reżyser nadrabia niezwykłym jak na polskie warunki feminizmem, traci przy wątkach rasistowskich, czy też po prostu obrzydliwych. I choć każdy aktor wspina się tutaj na szczyt swoich możliwości – mogąc de facto pokazać tutaj wszystko, bo i tak nic nie jest nas w stanie zaskoczyć – to plan filmowy twórcy Pitbulla nadal przypomina wielką piaskownicę, do której wrzucono tanie efekty specjalne, znane nazwiska i wszystko to okraszono podpisem „Baw się dobrze”. Kończąc na pozytywnej nucie – rodzimy Ed Wood począł kroczyć w dobrą stronę. 

(Maciej Kędziora)

Zobacz również: FilmoTony #02 – Patryk Vega jako twórca polskiego kina eksploatacji cz.1

5. „Strażnicy Cnoty”


Amerykańskie komedie zajmują szczególne miejsce w sercach wielu kinomanów, wszak takiej dawki zażenowania może dostarczyć jedynie pijany wujek przy wigilijnym stole. Strażnicy cnoty dumnie wpisują się w nurt komedii „tak złych, że aż złych”, oferując stuminutową podróż w głąb zwichrowanej psychiki scenarzystów. Bo o ile pomysł zderzenia rodzicielskiej moralności, a często też hipokryzji (bo wprawdzie za młodu się imprezowało, ale teraz to są już zupełnie inne czasy) z nastoletnią potrzebą doświadczania przeróżnych przygód nie jest taki głupi, o tyle wykonanie tego przedsięwzięcia okazało się zbyt trudnym wyzwaniem dla reżysera Kaya Cannona. 

I tak dostaliśmy film okrutnie zły, z żartami na poziomie rozluźnionego Karola Strasburgera, z „piciem” piwa przez rurkę wsadzoną w odbyt na czele. Paradoksalnie najlepiej w tym wszystkim wypadł John Cena, na tle innych aktorów naprawdę prezentował się jak ktoś, kto ma za sobą jakąś szkołę aktorską. Ale może to też wynik odwalonej pańszczyzny, jakiej dopuściła się reszta obsady. Wprawdzie kariery na miarę Dwayne’a Johnsona (nieironicznie przeze mnie szanowanego) Cenie nie wróżę, niemniej jednak jest on jedynym jasnym punktem w Strażnikach cnoty. Mózgu ten film nie odbiera, można wrócić po projekcji do normalności, ale gdy pomyślę, że straciłem 100 minut na oglądanie żenującej gonitwy rodziców za napalonymi nastolatkami… (Marcin Kempisty)

Zobacz również: „Strażnicy Cnoty” – Recenzja

4. „Kamerdyner”


Filip Bajon miał nakręcić film, który przywróci Kaszubom godność i po raz pierwszy poruszy debatę publiczną tragedią ludzi pomordowanych przez Niemców w Piaśnicy. Tymczasem ich skomplikowane losy, poczucie dumy i siły, oraz unikalna tożsamość zostały po prostu nieuczciwie wykorzystane. Prowadzona przez dekady historia opiera się bowiem głównie na mizernych dialogach i one-linerach w stylu “twój tyłeczek jest wart mapy Europy”, a całe nazistowskie zło opiera się na jednej postaci nauczyciela muzyki – być może tak było prościej, ale na pewno nie było to sprawiedliwe. Film, mimo iż miał być zrobiony z rozmachem, to tylko momentami potrafi zachwycić zdjęciami, oddającymi klimat regionu, a dynamiczny montaż choć jest zapewne celowy, to jednak pełen niedociągnięć i w efekcie końcowym film to jeden wielki chaos. Kamerdyner to kolejny już polski film podejmujący ważny temat w zupełnie nieprzemyślany sposób. I tylko tych Kaszubów mi szkoda – bo ich historia zasługuje na dzieło, które twórcy uniosą na swoich barkach. (Szymon Pietrzak)

Zobacz również: „Kamerdyner” – Recenzja

3. „Gotti”


Ta biograficzno-hagiograficzna opowiastka o słynnym szefie nowojorskiej rodziny mafijnej Gambino to tylko z pozoru coś więcej niż doświadczalny poligon dla przeróżnych min zaskakująco mocno ucharakteryzowanego Johna Travolty. Aktor ten doskonale się tutaj odnalazł i na poważnie wziął sobie do serca określenie „tytułowa rola”, ale nietrudno błyszczeć na tle tak nijakiego bałaganu, jaki stanowi cała reszta. Poszatkowana chronologicznie fabuła daje nadzieje, że Kevin Connolly (reżyser) z Pulp Fiction zapożyczył coś więcej niż tylko aktora i jego profesję, ale niestety na tym podobieństwa się kończą. Tarantinowski zlepek scen układał się bowiem w scenariusz, a przywoływane w mocno losowej kolejności momenty z życia Gottiego żadnego konkretnego sensu nie tworzą. Trudno ułożyć w całość ten rozmyty kolaż bezbarwnych postaci drugoplanowych, trudnych do uzasadnienia decyzji bohaterów, średnich efektów specjalnych i wymuszonych one-linerów.

Przychodzi taki moment, albo nawet kilka takich momentów, w którym widz zadaje sobie pytanie: „po co ten film powstał?”. To jest naprawdę dobre pytanie, na które nie znam niestety odpowiedzi. Praktycznie nic tu nie gra tak, jak powinno i radość można czerpać tylko i wyłącznie z wiary, że ten chaos chociaż w pewnym stopniu był kontrolowany. Każda kolejna minuta wysysa coraz to więcej energii z oglądającego i nawet podejście do odbioru tego filmu polegające na ironicznym zachwycaniu się rolą Travolty i wszystkim innym, co nam na to pozwala na dłuższą metę nie ma sensu.

Odnoszę nieodparte wrażenie, że Gotti obiecuje dużo nie tylko widzom, ale także sobie samemu. Mam tylko nadzieję, że ta druga strona również czuje niedosyt w związku z efektem końcowym. (Michał Piechowski)

Zobacz również:  „Gotti” – Recenzja

2. „Nowe oblicze Greya”


Nowe oblicze Greya - mat. prasowe

Chyba nie myśleliście, że zakończenie najgorszej serii tej dekady nie pojawi się w tym zestawieniu. Nawet jeśli z każdym filmem jakość minimalnie rosła, to i tak otrzymywaliśmy żałosne, bezbarwne, nudne, przepełnione kiczem i żenadą widowisko o bardzo wątpliwej wartości. Jeśli do tego zestawu dołączymy beznadziejną parę głównych bohaterów, których jedyna chemia jaka łączy to wspólnie zjedzone lody pewnej marki, której pretensjonalny product placement był i tak mniej nachalny niż te wszystkie „niespodziewane” zwroty akcji i „widowiskowe” sceny pościgów. Problemy tej serii to jednak nie tylko problemy stricte filmowe. Podobnie jak autorka Zmierzchu, E.L. James to bardzo słaba pisarka, od której bije kryzys wieku średniego. Nawiązanie do Stephanie Meyer nie jest zresztą przypadkowe. Bo powiedzmy sobie szczerze – czy jakakolwiek seria, która powstała po inspiracji serią o wampirach ma jakąkolwiek szansę na bycie czymś więcej niż makulaturą produkującą dolary? I właśnie czymś takim były te wszystkie strony i oblicza Greya. (Martin Reszkie) 


1. „Sierra Burgess jest przegrywem”


Sierra Burgess jest przegrywem, mat. prasowe

W swoim całym popkulturalnym życiu jeszcze nigdy nie byłam odbiorcą tak szkodliwego filmu. Tytułowy „przegryw” tej historii, Sierra Burgess to osoba, której czyny z kadru na kadr są coraz bardziej niemoralne. Niestety, twórcy nie widzą tego w ten sposób i albo każde przewinienie jej „wybaczają” albo je po prostu ignorują. Pewnie teraz zastanawiacie się nad tym co tak złego zrobiła bohaterka? Od początku filmu podszywała się pod swoją nemezis ze szkoły, choć chłopak z którym flirtowała nie dawał jej żadnych złudzeń – to do niej wzdychał. Bohaterka, która całe życie zderza się ze ścianą osądów powinna być wrażliwa i pełna empatii… Prawda? Według twórców tej produkcji nie. Sierra dzieli ludzi na ładnych i inteligentnych oraz dosadnie podkreśla, że nie można mieć tych dwóch rzeczy jednocześnie!

Jeśli myślicie, że przesadzam to naprawdę polecam  zapraszam was do zapoznania się z tą produkcją na Netflixie, bo to ich logiem sygnowana jest Sierra Burgess. Oczywiście, film, który wybraliśmy jako najgorszą produkcję ubiegłego roku nie kuleje tylko pod względem scenariusza. Aktorstwo również pozostawia wiele do życzenia. Między bohaterami nie lecą iskry, a to, że aktorce stojącej za Sierrą udało się osiągnąć cokolwiek musi być kwestią przypadku. Żałuję, że twórcy nie mogli choć trochę pomyślunku włożyć w casting, charakteryzacje i kostiumy. W tym filmie wszyscy są piękni, ich ubrania wyglądają jak wyjęte z Teen Vogue, a każda (tak, nawet Sierra) dziewczyna ma idealnie dopasowany makijaż. Mam nadzieję, że długo nie uświadczymy tak złego, koszmarnie napisanego filmu!


Zgadzacie się z naszymi wyborami? A może uważacie, że któraś z produkcji znalazła się na tej liście niesłusznie? Koniecznie dajcie znać w komentarzach!

Zobacz również: Zestawienie 7 najlepszych polskich filmów – [Podsumowanie roku 2018 #2]


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.