„Polar” – zabójcze pośladki Madsa Mikkelsena [RECENZJA]

To, co zostawił w moim umyśle Polar, to koszmary najgorszego sortu, które powinno zostać uznane za straszak dla dzieci niesłuchających swoich rodziców.

Czasami jest tak, że im bardziej czegoś chcemy, tym bardziej rozczarowuje nas efekt końcowy. Bo chociaż już po pierwszych zwiastunach można było  przewidywać całkowitą klęskę ekranizacji komiksu Victora Santosa, to czemu nie miałby wyjść z tego przynajmniej solidny quillty pleasure? Wszak Mads Mikkelsen to zapowiedź odpowiedniego poziomu zaangażowania oraz umiejętności, a komiksowy pierwowzór nie bez powodu czekał zaledwie trzy lata na ogłoszenie prac nad ekranizacją. Nikt jednak nie spodziewał się, że odpowiedzialny za film Jonas Åkerlund właśnie w tym projekcie zechciał pokazać nam, jak bardzo pozbawionym talentu, dobrego smaku i wyczucia reżyserem można się stać.

Do filmu wprowadza nas scena zasadzki na Michaela Greena, byłego cyngla, który obecnie spokojnie spędza czas na emeryturze. Już to pierwsze ujęcie zaprasza nas do świata kompletnie przerysowanego, przestrzelonego wizualnie, z paskudnie przesterowanymi barwami oraz pełnego nieironicznie używanych zagrań rodem z kina klasy C. Jeśli jednak po tych czterech minutach maltretowania widza będziecie gotowi, by stanąć oko w oko z Czarnym Kaiserem, śpieszę z wprowadzeniem was w fabułę.

Zmęczony brudną i nieprzyjemną pracą Duncan Vizla wybiera się na emeryturę. Bynajmniej nie jest to jego własna decyzja – zasady pracodawcy wymuszają na wszystkich przejście w stan spoczynku z dniem pięćdziesiątych urodzin. Jako że Vizla (poza zabijaniem oraz pomniejszymi wykroczeniami) jest porządnym obywatelem, oczywiście planował wygodną starość i odkładał na ten cel niemałe fundusze. Szybko okazuje się jednak, że, w związku z finansowymi problemami byłego już szefa Duncana, zainkasowanie pożegnalnych ośmiu milionów dolarów może okazać się niemożliwe. Rozpoczyna to emocjonalny pojedynek pomiędzy byłymi współpracownikami i masą pomniejszych postaci.

Kadr z filmu „Polar”
Zobacz także: Recenzję „Marii, królowej Szkotów”

Żebyśmy jednak nie dostali przypadkiem zbyt ciekawego filmu, niezawodny Mads Mikkelsen jest atakowany zewsząd przez grupy najgłupszych postaci, jakie tylko możemy sobie wyobrazić. Dlatego więc, w przerwie między niszczeniem kolejnych zastępów przeciwników, Vizla zapoznaje się z Camille. Grana przez nieco już zapomnianą Vanessę Hudgens postać niestety nie daje filmowi niczego. Reprezentuje ona bowiem archetyp bohaterki kobiecej istniejącej tylko po to, by silny mężczyzna miał dla kogo poświęcić swój cenny czas. Nie ma znaczenia to, jak bardzo jest mu ona obojętna. Jednak ta kobieta mogłaby być jego córką, nic więc dziwnego, że rozpala w nim ojcowskie uczucia. Te wszystkie uczucia, których wyzbywał się przez dwadzieścia lat mordowania na zlecenie. A zabijał on kobiety, zabijał mężczyzn, osieracał niezliczone hordy biednych dzieci winne posiadania takich a nie innych rodziców. Odbierzcie mi klawiaturę, bo będę ciągnął ten ironiczny wątek przez następne czterdzieści osiem zdań.

Tak samo jak i cały zastęp innych drugoplanowych postaci, była gwiazdka Disneya nie ma tu zbyt wiele do zagrania. Nie ma się co oszukiwać. Nagi taniec śmierci Madsa Mikkelsena okazał się dla reżysera czymś ważniejszym od ciekawego zarysowania postaci. Już nawet nie mówiąc o jakimkolwiek ich rozwoju, czy próbie nadania im jakiejś cechy, która odróżni ich od reszty bezimiennych zbirów eliminowanych przez protagonistę. Na tym tle jakoś wyróżnić stara się Matt Lucas, jednak jego slapstikowe podrygi i nieśmieszne żarty są raczej gwoździem do trumny tej produkcji. Kolejnym jest natomiast wszechobecny neonowy kicz, panoszący się niczym nadpobudliwy pies spuszczony ze smyczy. Bo nawet kraść od innych trzeba umieć.

Kadr z filmu „Polar”
Zobacz także felieton o tym jak ważnym filmem jest „Czarna Pantera”

Tu trafiamy do sedna całego problemu. Ten film został stworzony tak bardzo na poważnie, że aż przykro patrzeć na komediowy potencjał poszczególnych scen. Trudno zliczyć mi okazje twórców, by w jakikolwiek sposób zabawić się z konwencją, w którą zdecydowali się wejść. Wszystko jednak potraktowali z kamienną twarzą, gdzieniegdzie wstawiając jedynie żarty na poziomie Kabaretu pod Wyrwigroszem podczas Płockiej Nocy Kabaretowej w 2008 roku. A to wszystko przy muzyce deadmau5’a, która może i nie jest najgorszą na świecie, ale nadal trzeba umieć ją wykorzystać. No chyba że lubicie przepełnione napięciem elektroniczne bity umilające bohaterom wizytę w spożywczaku.

Trudno jest stworzyć coś pozytywnego, gdy skleja się film ze wszystkiego co widziało się w kinie przez ostatnie dziesięć lat. Nie dziwi mnie więc to, że Polar poległ z kretesem. Wprawdzie Åkerlund dodał od siebie kilka ładnych ujęć, jednak to wystarczyło jedynie, by oceną nie było zero. Wydaje mi się jednak, że jeżeli ktoś nie potrafi wykorzystać memiczności sceny, w której, po najgorszej scenie współżycia, jaką kiedykolwiek widziałem, nagi Mads Mikkelsen wybija cały skład zabójców, to chyba nie ma już dla niego ratunku. Jeśli więc nie interesują Cię nagie pośladki pięćdziesięciotrzyletniego Duńczyka – Polar omijaj szerokim łukiem.

0.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.