Polska Nowa Fala

Polska Szkoła Filmowa ze swoim Popiołem i diamentem, PociągiemSaltem. Kino Lekturowe, które wszyscy kojarzą poprzez monumentalnego Faraona, czy Rękopis znaleziony w Saragossie. Kino Moralnego Niepokoju i odważne dzieła Wajdy, Kieślowskiego, Holland. Rozkwit kina popularnego – Wielki Szu, Seksmisja, Vabank. Wydaje się, jakby każda dekada miała swoich poetów obrazu. Twórców jednoczonych wspólną myślą, koncepcją. Wychowanych w świecie, którego odbicie widzimy w tworzonych przez nich produkcjach. Każdy z tych nurtów jest nie tylko ważny dla ojczystej kinematografii, ale i dla ukazania zmian ustrojowych lub obyczajowych w Polsce. Śledząc to, w jaki sposób kształtowała się kariera Wajdy, Zanussiego, Kawalerowicza widz uzyskuje obraz dekad zmieniających się trendów, mód, efektów powstania nowych szkół, sposobów nauczania lub wpływu światowych wydarzeń na kino i jego pojmowanie.

Przyglądających się tym niejednokrotnie trwającym długie lata procesom i nurtom przydającym chluby naszej ojczystej kinematografii może najść refleksja, że w tym nowym milenium nie wykrystalizowała się żadna wyraźnie zaznaczona myśl łącząca młodych twórców. Że współcześni kinomani nie mają swojej Polskiej Szkoły Filmowej, a produkcje powstają taśmowo, lub, co gorsza, że nasza rzeczywistość nie jest na tyle interesująca, żeby zjednoczyć artystów we wspólnym ruchu. Na szczęście polscy widzowie nie muszą z zazdrością spoglądać w kierunku Korei Południowej, Rumunii czy Iranu, bo w ostatnich latach nad Wisłą zaczął uwydatniać się ekscytujący, jeszcze nienazwany nurt. Nasza własna Nowa Fala.

Jej korzenie wzrastają z tego samego źródła, z którego czerpał między innymi Krzysztof Kieślowski – z filmów dokumentalnych. Z nieocenionego wpływu dzieł takich artystów, jak zmarły w tym roku Kazimierz Karabasz czy Marcel Łoziński, którego syn zresztą w rozwój tej Polskiej Nowej Fali ma wkład. To właśnie czułe spojrzenie, cierpliwość, dokładne studium postaci, diagnoza, a czasami nawet brak wyraźnie nakreślonej linii narracyjnej charakteryzują filmy wpisujące się w ten nurt. Jednocześnie są to dzieła, w których widać odbicie arthouseowej wrażliwości i ekspresyjności sztuki postmodernistycznej. W końcu, w jej skład wpisują się produkcje doceniane za granicą. Zbierające laury w konkursach kina młodego, artystycznego, odważnego. Każde reprezentujące inną, intrygującą stronę polskiej kinematografii. Nowe, świeże dzieła pochodzące niejednokrotnie od debiutujących reżyserów i reżyserek.

Zobacz także: Recenzję „Dlaczego jesteśmy kreatywni?”

Sztandarowym filmem Polskiej Nowej Fali jest głośny debiut Jana Pawła Matuszyńskiego – Ostatnia rodzina. Tworzenie biografii Beksińskich w jego produkcji opiera się na obcowaniu ze Zdzisławem, Tomkiem i Zofią. Kamera towarzyszy im w ciężkich momentach i zwyczajnych chwilach; rodzinnych kryzysach i krótkich momentach wspólnoty. Widz obserwuje tych nietuzinkowych ludzi przy normalnych czynnościach – posiłkach, kłótniach, podczas świąt, pogrzebów. Matuszyński i odpowiedzialny za scenariusz Robert Bolesto wiedzą, że sztuką nie jest artyście postawić pomnik, lecz pokazać, że jest takim samym śmiertelnikiem jak każdy z nas. Przerysowując męskie postaci rodziny Beksińskich i równoważąc je stonowanym portretem Zofii ilustrują to, jak prozaiczne jest życie nawet wielkich, często nadmiernie heroizowanych twórców. I to właśnie celne oko przy odtwarzaniu rzeczywistości na planie filmowym (pieczołowicie zbudowana scenografia, charakterystyczne dla Beksińskich zachowania i tiki) stanowi dominantę łączącą owe znajdujące się w Polskiej Nowej Fali dzieła.

Polska nowa fala

Inną produkcją kwalifikującą się do tej klasyfikacji są Wszystkie nieprzespane noce. Nagrodzony na festiwalu Sundance film posuwa się tak daleko w swoim oddaniu rzeczywistości, że staje się paradokumentem. Aktorzy wcielają się w samych siebie, chodzą po znajomych miejscach, toczą te same kłótnie i imprezują w taki sam sposób, jak w rzeczywistości. Granica między filmem a fikcją zaciera się do tego stopnia, że widz zadaje sobie pytanie, czy to, co widzi na ekranie nie jest zapisem ich prawdziwego życia. W końcu Michał Marczak zarejestrował nagrania z istniejących nadwiślańskich imprez. Zorganizował prawdziwe domówki. Przy użyciu melancholijnych, rozmarzonych ujęć odtworzył najintensywniejszy etap w życiu człowieka takim, jakim widzą go jego bohaterowie. Wszystkie nieprzespane noce to kino realistyczne, wykorzystujące jednego bohatera, by zobrazować całe pokolenie, a jednocześnie uniwersalne dzięki apoteozie tego okresu i lekkiemu, ukrytemu między kadrami moralizmowi. Od początku do końca Marczak jest blisko ze swoimi postaciami i ostatecznie osiąga swój cel – widz wierzy, że są one tak prawdziwe, jak miasto, w którym spędzają swoje bezsenne noce.

Zobacz także: Recenzję Narcos: Meksyk

Ten paradokumentalizm widoczny jest również w głośnym i równie kontrowersyjnym – chociaż z zupełnie innych powodów – Placu zabaw. Bartosz M. Kowalski wraz ze Stanisławem Warwasem – posiłkując się prawdziwą historią – stworzyli bowiem film podejmujący temat, którego eksploracji próżno szukać w rodzimej kinematografii – przemocy i psychopatii wśród dzieci. Nie uciekają się jednak do tabloidowego szukania sensacji. Zamiast tego, reżyser korzysta z zimnych, przepełnionych niepokojem kadrów. Nie używa muzyki, nie odwraca wzroku. Co tym trudniejsze do przełknięcia dla widza – i stawiające dzieło Kowalskiego w interesującym świetle – unika diagnozowania wszechobecnego w swoim filmie zła. Tytułowy Plac zabaw to dla jego bohaterów druga osoba, którą bez skrupułów są gotowi zniszczyć i upokorzyć. Ani reżyser, ani widz nie mogą nic z tym zrobić. Plac zabaw pozostawia nas w stanie bezsilności. To, co na powierzchni wydaje się chłodną rejestracją tragedii, w rzeczywistości jest nawoływaniem do nieodwracania wzroku.

Kolejnym filmem, który w podobny sposób zbliża się do portretowanych bohaterów jest Serce miłości. Stanowi on bowiem biografię pary artystów – Zuzanny Bartoszek i Wojciecha Bąkowskiego – zawartą w obserwacji ich codzienności. Podobnie jak w Ostatniej rodzinie (wszak za scenariusz tutaj również odpowiada Robert Bolesto) historia skupia się na odtworzeniu ich nawyków, sporów, wspólnych wieczorów i pobudek. Bąkowscy stanowią jednak przeciwność Beksińskich. Tam, gdzie ci drudzy wiodą spokojne, prozaiczne życie, tam ci pierwsi tworzą swoisty rodzaj sztuki współczesnej parodiując typowe zachowania par z dystansem odnosząc się do siebie i swojego związku. Jednocześnie, dzięki temu, że niczym w dokumencie widz spędza z nimi czas na prostych, codziennych czynnościach, zauważalne jest tętniące pod artystyczną fasadą uczucie. Stojący za kamerą Ronduda ukazuje w Sercu miłości nawet dzieła tworzone przez parę, z czego szczególnie zapada w pamięć pieczołowicie odtworzony końcowy performens Bąkowskiego Odkochiwanie się. W tym wzruszającym momencie szczególnie uwydatnia się bliskość między widzem a parą wywołana narracją opartą na obserwacji.

Zobacz także: Recenzję nowego filmu braci Coen

Również w Cichej nocy Piotra Domalewskiego – kolejnego na liście debiutanta – widać odbicie owych tendencji. To w końcu okiem kamery Adama zarejestrowane są dramatyczne i boleśnie znajome wigilijne chwile. Reżyser jednak w przeciwieństwie do Rondudy czy Matuszyńskiego nie odtwarza życia artystów, lecz – można by powiedzieć – każdego z nas. Cicha noc osiągnęła sukces właśnie przez to, jak bliska jest widzowi. Kevin w telewizji, wódka na stole, błoto na podjeździe – każdemu znajome artefakty wigilijnej nocy. Nieco w opozycji do popularnego ostatnimi laty „kina demaskatorskiego” autorstwa Smarzowskiego lub Vegi, Domalewski nie ucieka się do koloryzowania i wyciągania na wierzch najbardziej skrajnych przypadków. Podobnie jak w Placu zabaw nieustannie z tyłu głowy widza dudni informacja – tak się dzieje. Przewagą Domalewskiego jest natomiast to, że nie potrzebuje do tego napisu „historia oparta na faktach”.

Pokrewne dokumentalne zacięcie można odnaleźć widząc dosłowny i przenośny ekshibicjonizm bohaterek nagrodzonych Srebrnym Niedźwiedziem Zjednoczonych stanów miłości, lub w niepokojącej intymności między widzem a postaciami z Wieży… Jagody Szelc. Uwidacznia się też podczas oglądania balansującego na granicy dokumentu i fabuły Nawet nie wiesz jak bardzo cię kocham Pawła Łozińskiego – przejmującego zapisu psychoterapii i jednego z najbardziej poruszających obrazów ludzi szukających utraconych uczuć. I właśnie to łączy twórców wszystkich opisanych w tym tekście dzieł – poszukiwanie człowieka, nawet jeśli owe poszukiwania są rozpaczliwie. Pokazywanie jak prozaiczne może być życie artysty. Jak poprzez wieczne imprezowanie współczesne pokolenie szuka własnej tożsamości. Jak silnie zjednoczeni jesteśmy przy wigilijnym stole. Jak ważne jest nieodwracanie wzroku od przemocy. W tym ujęciu Polska Nowa Fala może stać się logicznym następnym etapem w rozwoju ojczystej kinematografii. Nurtem odzwierciedlającym narodową fascynację romantycznością oraz sztuką, ale w centrum stawiającym humanistyczne idee i otwartość na drugiego człowieka.

Fascynat koreańskiej nowej fali, o której może rozmawiać godzinami. Nie rozumie współczesnej fascynacji „Rejsem”. Płakał na trzech filmach – „To wspaniałe życie”, „Coco” i „Won’t You Be My Neighbor?”.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.