„Prawdziwa historia” – Najnowszy thriller Romana Polańskiego – Recenzja

kadr z filmu "Prawdziwa Historia"
kadr z filmu „Prawdziwa Historia”

Z nowym filmem Polański wrócił w zeszłym roku na canneńskie salony po 3 sezonach przerwy. Dobre przyjęcie Wenus w futrze z pociągającą Emmanuelle Seigner zwiastowało dalszą obiecującą współpracę małżeństwa. Prawdziwa historia, która miała premierę w maju zeszłego roku, długo czekała na szeroką dystrybucję w Polsce, ale też i na świecie. Pokaz specjalny tego filmu na festiwalu Netia OFF Camera trochę odświeżył ten tytuł, a dodatkowe spotkanie z reżyserem ciekawiło. Niestety, okazało się, że sam Polański jest ciekawszy niż to, co tworzy.

Film opowiada historię Delphine (Emmanuelle Seigner), znanej i czytanej paryskiej pisarki, która właśnie skończyła swoją nową książkę. Zaprzyjaźnia się ona z tajemniczą ghostwriterką (Eva Green), zafascynowaną nie tylko książkami autorki, ale przede wszystkim samą Delphine – jej osobowością, naturą i wnętrzem. Kiedy mąż pisarki wyjeżdża, pomiędzy kobietami zawiązuje się specyficzna przyjaźń – o tyle ciekawa, że po raz pierwszy w filmografii Romana Polańskiego mamy do czynienia z konfrontacją płci pięknej, co podkreślał sam twórca. Gdyby wpadł na to w okresie prac nad trylogią apartamentową, otrzymalibyśmy pewnie jeden z najlepszych i najbardziej dwuznacznych filmów polsko–francuskiego twórcy. Tymczasem, Prawdziwa historia to dzieło tylko poprawne, bezpieczne i nieodkrywcze – a momentami nawet tandetne i wybrakowane. Owszem, mogłoby być ciekawe, ale często nie jest.

Autor snuje swoją opowieść wzorcową formułą thrillera psychologicznego. Jednak egzaltowana fanka dość szybko zdradza intencje swojej postaci, bywa zbyt dosłowna i przeszarżowana. Jej quasi-manipulacyjne instynkty i gra, którą prowadzi z Delphine, zaciekawiły mnie, ale wątki te nie rozwijają skrzydeł tak, jak powinny. Relacja, jaka łączy postać GreenSeigner, często próbuje wychodzić poza klasyczne klisze fanatyzmu rodem z Misery, ale zamysł ten Polańskiemu nie wychodzi i zbyt często przechodzi on w wyświechtane i nudne frazesy fabularne. Kryzys tożsamości Delphine, który jest właściwie główną osią filmu, szczerze pasjonuje i pociąga swoją niejednoznacznością, a nawet jest jednym z najciekawszych aspektów filmu. Chorobliwie upodabniająca się do głównej bohaterki Ona (Elle) wywiera coraz większy wpływ na decyzje Delphine, wkracza w jej życie, odpisuje na maile, kontaktuje się z wydawcą, czy chodzi na spotkania. Ta niepewność dotycząca własnej osobowości łączy się z kryzysem twórczym, kiedy autorka siedzi przed Wordem i tępo spogląda w białe komputerowe płótno, nie wiedząc co ani jak napisać. Rozwiązaniem proponowanym przez reżysera jest ucieczka od rutyny i codzienności, poszukiwanie nowych doświadczeń, nowej historii. Z trudem to piszę, ale ta historia ani nie okazuje się nowa, ani porywająca.

Przeciętność Prawdziwej historii, która objawia się m.in. w słabo nakręconych, trywialnych i jednoznacznych scenach snów czy kliszowym suspensie (schodzenie do ciemnej piwnicy, które nic nie wnosi do filmu), można tłumaczyć pedantyczną próbą zachowania wierności oryginałowi. Twórca podkreślał, że z pieczołowitością odnosił się do pierwowzoru Delphine de Vigan i starał zachować z niej jak najwięcej, a z czego sam do końca nie był zadowolony. Dotarło do mnie wtedy, że właściwie reżyser, która ma na koncie filmy z naprawdę dobrymi scenariuszami (Chinatown, Lokator), nigdy nie ma tej całkowitej wolności twórczej. Nie pisze skryptów sam, decyduje się na adaptacje, czerpiąc z powieści, które lubi. Teraz widać to bardzo wyraźnie. Forma pogłębiającej się fascynacji, zagubienia siebie i prawdy musi po prostu lepiej sprawdzać się na papierze. Ekranizacja Polańskiego próbuje nawet przyjąć konwencję książkową z wieloma anegdotami i opowieściami. Jednak przez szacunek adaptatora do oryginału film jest głęboko wybrakowany. Nawet autor przyznał, że w jego odczuciu filmowi brakuje trzeciego aktu. To, co zwykle wieńczy takie pełne napięcia dreszczowce, nie następuje, bo sam film się kończy. Sprawia to, że nie tylko czujemy niedosyt miałką kulminacją, ale zdajemy sobie sprawę, że w całości dzieła czegoś brakuje. Szkatułkowa kompozycja utworu częściowo ratuje film, pozwala inaczej odnieść się do wydarzeń i linii strukturalnej filmu. Proszę jednak nie dać się zwieść krętackim interpretatorom, którzy szukają rozwiązania fabuły w Podziemnym kręgu. Film ma w sobie trochę tej tajemniczości, która na koniec zostawia widza w niepewnej sytuacji, tylko co z tego, jeśli ten sam widz nie został przez nikogo w intrygę zaangażowany?

kadr z filmu „Prawdziwa Historia”

Po raz kolejny twórcy decyduje się na współpracę ze sprawdzonym zespołem. Wspomniana już Emmanuelle Seigner, Paweł Edelman (zdjęcia) i Alexandre Desplat (muzyka) trzymają poziom, ale, ponownie, na nieimponującym poziomie. Ujęcia nie robią większego wrażenia, nie ma tu malowniczych i zapadających w pamięć obrazów. Z kolei muzyka miejscami w zbyt dużym stopniu dyktuje emocje, trochę za bardzo pomagając reżyserowi. Jednocześnie nie oferuje nic chwytliwego i specjalnie dramatycznego, będąc tak ulotną, że za każdym razem będę musiał sobie przypominać nagraniami na Spotify. Tak więc technicznie jest zwyczajnie i bez szału. Znów, gdyby dzieło zostało nakręcone kilkadziesiąt lat temu, z tamtymi zagraniami formalnymi i w tamtych warunkach operatorsko-scenograficznych – piałbym z zachwytu. Natomiast aby uniknąć oskarżeń o twardy konserwatyzm filmowy, przyznam, że gdyby Prawdziwa historia miała w sobie choć odrobinę więcej pikantności, psychotycznej skrupulatności i dwuznaczności, a trochę mniej silenia się na nudny i sprawdzony fanatyzm, już byłaby lepszym filmem.

Wyjątkowo na plus działają dialogi bohaterek: rozprawianie o autentyczności twórczej, czy o szukaniu w fikcyjnych historiach prawdy i rzeczywistości. Polański wiarygodnie przedstawił tutaj ten konflikt, gdzie postać Evy Green, która anonimowo pisze biografie ważnych polityków i celebrytów, zażarcie pragnie, by Delphine napisała coś szczerego i własnego, coś od siebie i o sobie, historię własną, bo mimo że ludzie lubią czytać fikcyjne przygody, to przede wszystkim kochają przeżywać czyjeś życie. A to właśnie w kinie, jak w żadnym innym medium, możemy prawdzwie żyć czyimś życiem.

Nowe dzieło twórcy Rzezi plasuje się zdecydowanie poniżej oczekiwań – jeśli ktoś jakieś miał. Ja nie miałem, więc czułem tylko lekkie rozczarowanie, bo wielki twórca, jakim niewątpliwie Polański jest, stworzył film przeciętny i nieszczególnie ciekawy. Taki, który wyleciałby mi z głowy, gdyby nie uroczysty pokaz i spotkanie autora z publicznością. Na siedzeniu nie trzymało mnie napięcie, bo raczej dominowała obojętność. Nie trzymało mnie oczekiwanie na zakończenie, ale to w sumie dobrze, bo porządnego zakończenia brakowało. Ze smutkiem stwierdzam, że tak nijakiego mnie jeszcze nasz nie-polski reżyser nigdy nie zostawił.

3/5

Film trafi do polskich kin już 11 maja, tymczasem zapraszamy do obejrzenia jego zwiastunu:

Wywrotowiec, dysydent, bukmacher serc, stary człowiek w internecie. Po wypalonej karierze osiadł na prowincji i pisze o filmach. Widywany raz na rok przez listonosza oraz jego psa.


One thought on “„Prawdziwa historia” – Najnowszy thriller Romana Polańskiego – Recenzja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.