„Rorschach” – „Najstraszniejszy film online?”

Rorschach

Rorschach nie odbił się żadnym echem nie tyle w niedostępnej dla niego w żadnym wymiarze popkulturze, co nawet w subkulturze horrorów. Sam dowiedziałem się o nim, przeglądając subsubsubkulturę niskobudżetowych found footage o zjawiskach paranormalnych. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj prostota i amatorszczyzna. Jak okazuje się po napisach końcowych, są to największe atuty tej bardzo taniej produkcji o budżecie zaledwie 7.000 $. Nie wątpię, że po postprodukcji reżyser zaprosił wszystkich na piwo i jeszcze zostało na paliwo do domu.

Dwaj studenci naukowi a zarazem badacze zjawisk paranormalnych o dość sceptycznym nastawieniu, zostają wezwani przez Jamy do zbadania niepokojących zjawisk, występujących w jej domu. Podejrzewa ona, że ma to coś wspólnego z jej 7-letnią córką, Ashlynn i zmarłą babcią, która zachowywała się przed śmiercią co najmniej dziwnie. Panowie rozstawiają kamery, przeprowadzają wywiad, robią research. Standardowa procedura. Co się dzieje później każdy może sobie dopowiedzieć. Fabuła nie jest i, w zamyśle autora, nie ma być tutaj największym atutem. Jest nim coś, czego od zawsze oczekiwaliśmy od horrorów.

Początkowe napisy wprawiają widza w niemałą konsternację. Nie ma tu sztampowego „oparte na faktach”, ale autor mówi nam, że na podstawie zawartych materiałów można wysuwać wnioski i film otwarty jest na opinie i sądy widza. Jest to coś o tyle nietypowego, że budzi jakby niejasne podejrzenia o autentyczność całego materiału. I takie wrażenie można odnieść przez cały seans. Film nigdy nie narzuca nam jednoznacznej interpretacji wydarzeń, nie ukazuje nam źródła przedstawionych zjawisk. Widz ma wrażenie, że czuje się tak niepewnie jak sami filmowcy. Bo największym atutem Rorschach jest to, co w horrorach frustruje najbardziej – niedopowiedzenia i niewiedza. Nagle siedzenie staje się niewygodne, a każdy dźwięk – nieprzypadkowy. Paranoja, którą wprowadza film, potęguje amatorskość, quasi-nieumiejętność samych badaczy, przy których teoretycznie powinniśmy czuć się bezpiecznie.

Smith stworzył film do granic nieprofesjonalny. Użył paru kamer, naturszczyków, których imiona (o zgrozo) pokrywają się z imionami postaci, niepozornych rekwizytów, prawie kompletnie zapominając o muzyce, co oczywiście w ostatecznym rozrachunku wyszło mu na dobre. Z całego obrazu bije kinofilia pełną parą, a wpływy filmów grozy na rzekome paranormalne zjawiska są nawet wyjaśniane przez badaczy. Obraz operuje tak prostymi trickami i sprowadza się do tak prostej historii, że aż chce się wziąć kamerę i samemu nakręcić remake Paranormal Activity. Ale taki dobry, trzymający w napięciu jak Rorschach.

Naturalne zachowania postaci (bo grą bym tego nie nazwał), trzymanie widza w wątpliwości, interakcja z nim działają na plus dla filmu. Boli bardzo słabe audio, ocierający się o niecelowe partactwo montaż. Jest to oczywiście czepianie się, bo dalej mówimy o found footage, ale momentami te elementy irytują.

Ta 75-minutowa produkcja zachwyca swoim pociągiem do starszego sposobu straszenia. Nie ma tu wyskakujących brzydkich twarzy, ale są niepokojące szczegóły, o których widz dowiaduje się niemal równocześnie z bohaterami. Tak więc Rorschach, bardzo niepozorny i skromny (nie tylko budżetem, ale i formą), pozostaje znakomitym horrorem i jednym z bardziej niepokojących found footage, po którym zapewne widz będzie się bał w nocy wyjść do łazienki na siku. Jak za dawnych lat.

4/5

A tu link do obejrzenia filmu na legalu:

Wywrotowiec, dysydent, bukmacher serc, stary człowiek w internecie. Po wypalonej karierze osiadł na prowincji i pisze o filmach. Widywany raz na rok przez listonosza oraz jego psa.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.