Spider-Man Uniwersum [czyli najlepszy Spider-Man od czasów Fox Kids] – Recenzja

Jeśli na kanwie kina superbohaterskiego i – szerzej – komiksowego może dochodzić do fenomenu postmodernizmu, to Spider-Man Uniwersum bez wątpienia widniałby na jego sztandarach. Intertekstualna lokomotywa atrakcji, którą twórcy wytoczyli z depotu marvelowego luzactwa na potrzeby kolejnej przygody Człowieka-pająka, ciągnie za sobą znacznie więcej wagonów odniesień niż wskazywałaby na to blockbusterowa zdroworozsądkowość. W szprycowaniu narracji multimedialnymi smaczkami Uniwersum idzie bowiem o krok dalej niż wszystkie dotychczasowe produkcje Marvela razem wzięte, dołączając do składu pociągu nowe, zdaje się niewyczerpywalne, źródło inspiracji. Tym źródłem jest internet, a w szczególności mali i niesforni przyjaciele każdego internauty – memy.

W jakim jednak stopniu internet, jako przestrzeń wyjęta spod wszelkich uwarunkowań czasowych, a co za tym idzie, przestrzeń bardzo niechętnie dostosowująca się do rygoru strukturalnie uzasadnionego momentu, może odwdzięczyć się twórcom za ich zainteresowanie? Odpowiedź brzmi nad wyraz prosto i aż dziw bierze, że nikt do tej pory (może poza twórcami LEGO Batmana) nie wyszedł temu rozwiązaniu na przeciw – wystarczy poddać w wątpliwość istnienie uniwersum jako jednorodnego bytu, funkcjonującego w konkretnym czasie i konkretnej przestrzeni. Spider-Man umiera, nie namaszcza swego sukcesora, a świat, który pozostawił, sam musi wykształcić następne przeciwciała. Trochę z przypadku, a trochę z winy ubocznej złowrogiego Kingpina, spuściznę Pajączka podejmują… jego wcielenia z innych wymiarów oraz zwyczajny młodzieniec mieszkający w samym sercu Brooklynu. Wspólnie opowiadają się przeciwko ślepej żądzy zemsty oraz kompleksowi utraty antagonisty, ukazując wszystkim dookoła siłę, jaka tkwi w bogactwie różnorodności i przepływności różnych wcieleń tego samego bohatera. Bohatera, którym koniec końców okazuje się każdy z nas.

Fot. kadr z filmu
Fot. kadr z filmu

I w tym właśnie przejawia się najmocniejszy aspekt Uniwersum – jako jedyny film superbohaterski w historii próbuje podjąć zagadnienie uniwersum, które na przestrzeni kilku ostatnich lat spęczniało do tego stopnia, że w pewnym momencie niemożliwym staje się dalsza jego ekspansja. Sytuacja tu zaprezentowana otwiera więc dogmatyczną perspektywę „wewnętrznej zgodności” uniwersum na eklektyzm wszystkich części, z których to uniwersum składało się w całej historii swojego istnienia. Obowiązywać zatem przestaje tzw. aktualny kanon (seans wskazany dla miłośników Gwiezdnych Wojen), a w jego miejscu pojawia się „kanon wszech czasów”, ukazujący przekrój superbohaterstwa, którego dotyczy. Jest to jednocześnie znacznie większy kaliber „kooperacji” różnych elementów uniwersum niż to miało miejsce w niedawnym Avengers: Wojna bez granic – tam dotyczyła ona wejścia wielu elementów w jedną ciągłość, tu polega na jej zanegowaniu poprzez rozpierzchnięcie na wiele poszczególnych, lecz funkcjonujących równolegle mikrociągłości.

Zobacz również: Recenzję filmu „Mary Poppins Powraca”

Ów postmodernistyczny intertekst i multimedialność nawiązań przejawiają się jednak nie tyle w samej dekonstrukcji uniwersum, a w ścisłej formie filmu. Pomimo tego, że fundamentem estetyki Uniwersum jest estetyka komiksu, która daje o sobie znać szczególnie przy umiejętnie wplecionych w narrację ramkach dialogowych oraz w kontekście komiksowego „montażu”, polegającego na łączeniu ujęć przez iluzoryczną „zmianę stron w zeszycie” , to wiele dobrego poczyniono także na poziomie zgodności różnych technik animowania. Kiedy naszym oczom ukazuje się Spider-Man w wersji noir, anime, czy Looney Tunes, wrażenie ciągłości wciąż pozostaje w mocy, albowiem pomimo zachowania specyfiki i odmienności każdej z tych estetyk (szczególnie drobiazgowość modelu noir robi wrażenie), doskonale wpisują się one w naczelną zasadę, rozciągając uniwersum nie tylko pod względem merytorycznym, ale również formalnym.

Fot. kadr z filmu
Fot. kadr z filmu

Pytanie jednak dotyczy tego, czy nietuzinkowa forma Spider-Man Uniwersum okazuje się wystarczającym argumentem, by zagrozić dotychczasowo niewzruszonej arcydzielności animowanej postmoderny w postaci Shreka? Skłaniałbym się ku jednoznacznie negatywnej odpowiedzi, gdyż twórcy Uniwersum, w dość bezrefleksyjnej postawie autoironii, powielili casus Spielberga i Ready Player One. Potęga odniesienia jest tu zaznaczona formą, a nie treścią, stąd to, co widzimy pozostaje wizualną atrakcją bez pokrycia w swym wnętrzu. Do pewnego stopnia jest to wina taniego, fabularnego efekciarstwa, jakim Marvel zwykł okraszać każdą ze swych minionych produkcji, a które zamyka się w maksymie „więcej = lepiej”. Na ile założenie to jest częścią składową konwencji kina superbohaterskiego, a na ile prostą wymówką przed niewidzialną ręką wolnego rynku, pozostaje jednak sprawą drugorzędną. Fakt jest taki, że w dziełach tak otwartych na intertekstualną zabawę w ciuciubabkę należy przywiązywać szczególną uwagę do koherentności ich zewnętrznych (forma) i wewnętrznych (treść) czynników. Gdyby więc odrzucić, zaiste wytrawną, formę, to z dostojnego króla pozostałby zwykły błazen w rajtuzach. Z wielu intelektualnych łakoci, jakie oferują nauki Arthura Schopenhauera, najsłodsza była ta zakładająca, że istotą wszechrzeczy, jej naturą i prawdziwą jakością, nie jest to, co bezpośrednio przedstawione, lecz to, co ukryte za kurtyną wszelkich przedstawień. Gdyby więc Spider-Man Uniwersum zdawało u niemieckiego filozofa egzamin na autentyczność, to zakończyłoby go z wielką czerwoną pałą.

Fot. kadr z filmu
Fot. kadr z filmu

Nie zmienia to jednak faktu, że Uniwersum jest prawdopodobnie najlepszym filmem superbohaterskim od czasów oryginalnego Batmana i w ogóle najlepszym, co przydarzyło się Człowiekowi-pająkowi od czasów kreskówek Fox Kids. Trudno natomiast stwierdzić, czy będzie mieć to przełożenie na pewną tendencję w rozwoju kina komiksowego, albowiem animacja w głównym nurcie zawsze (i niestety) traktowana będzie jako miejsce, w którym można realizować pomysły, o jakich w kinie aktorskim nikt nigdy na poważnie by nie pomyślał. Tak czy owak, w swoim jednostkowym przypadku, Uniwersum przełamuje impas, jaki toczy kino trykociarskie od kilku ostatnich lat, pokazując, że siła takowych produkcji nie leży w rozmachu, lecz w zamyśle.

P.S. Najlepsza scena filmu następuje tuż po wyświetleniu ostatnich napisów końcowych, zatem nie opuszczajcie sal kinowych zbyt szybko.

4/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.