„Gwiezdne Wojny” Okiem Filmawki – 7 postaci, które zasłużyły na więcej

Star Wars to 10 stworzonych filmów i jeden zapowiedziany, aby dokończyć trzecią trylogię to całkiem sporo materiału. Nic więc dziwnego, że z łatwością można znaleźć postaci, które otrzymały mniej czasu aniżeli na to obiektywnie zasługiwały. Oczywiście teraz z duszą na ręku przyjdzie Disney i zaleje nas morzem spin-offów, których nie potrzebuje w zasadzie nikt (oczywiście poza domniemanym filmem o Kenobim). Jednakże niektórych rzeczy nie da się już naprawić. Innych natomiast chyba lepiej już nie dotykać, bo fandom Star Wars dostałby kolejny powód do nienawiści.

Przed Wami 7 postaci, które – jak w tytule – zasłużyły na więcej. Na więcej czasu, więcej uwagi, a niektórzy na lepszy scenariusz, który w świecie Star Wars jest towarem deficytowym.


#7 Mon Mothma

Kadr z filmu „Gwiezdne Wojny – Epizod VI: Powrót Jedi”

Przywódczyni Rebelii otrzymała niewiele czasu ekranowego w Oryginalnej Trylogii, lecz rozwój tej postaci nie jest specjalnie potrzebny – była ona chodzącym na biało kontrastem dla ubranego w czerń przywódcy Imperium. Najbardziej jednak żal tych kilku scen wyciętych z Zemsty Sithów, które mogły być naprawdę dobrym uzupełnieniem pierwotnych filmów. Teraz bowiem należy wierzyć na słowo, że naprawdę były w Senacie jakieś siły próbujące zwalczyć absolutystyczne zapędy Imperatora.

Odrobinę w tym pomógł Łotr 1, ale nie oszukujmy się, nie o to nam chodzi, kiedy wspominamy przywódczynię Rebelii.


#6 Grievous

Kadr z filmu „Gwiezdne Wojny – Epizod III: Zemsta Sithów”

Najlepszy gospodarz w historii uniwersum, który swoich gości zawsze przyjmuje z otwartymi ramionami, oczywiście wszystkimi czterema. Niestety ta wrodzona serdeczność ucznia hrabiego Dooku nie wystarczyła, aby przekonać Lucasa do zastosowania bardziej wyrafinowanej formy ekspozycji. Grevious wpada na ekran ze swoim charakterystycznym kaszlem i niemal równie szybko z niego wypada. Najpierw przez okno, później rozczłonkowany przez Obi-Wana Kenobiego, tymczasowo posiadającego low ground.

Jednak większym problemem niż sam czas ekranowy jest w tym przypadku sposób jego spożytkowania. Grevious nawet w tak ograniczonym wymiarze był przecież kaszlącym droidem z sercem zamiast systemu operacyjnego, co z natury rzeczy ułatwiało mu start. Niestety okazało się, że tak dobry koncept można roztrwonić w szeregu nieistotnych dialogów i najbardziej niemiarodajnego pojedynku w historii. I tego nie wybroni nawet moja nieskalana miłość do trylogii prequeli.


#5 Hrabia Dooku

Kadr z filmu „Gwiezdne Wojny – Epizod III: Zemsta Sithów”

Separatystyczne motywacje hrabiego Dooku mogłyby być przedmiotem jednej z najciekawszych form ekspozycji postaci w historii kina blockbusterowego… gdyby oczywiście ktokolwiek zechciał ją podjąć. Niestety Christopher Lee kończy swą rolę w Gwiezdnych Wojnach tak szybko, jak ją zaczyna, pozostawiając po sobie więcej pytań niż odpowiedzi oraz przynajmniej jedną memiczną linijkę.

Złośliwi powiedzą, że to przejaw łamanej konwencji na wzór tej, zaznanej przez Snoke’a w Ostatnim Jedi – ja natomiast powiem, że Dooku jest jednym z najbardziej niejednoznacznych antagonistów, jakich było mi dane poznać. Nie ma jednak co się załamywać. Zawsze można odpalić The Clone Wars, w którym Dave Filoni pokazuje Lucasowi jak wykorzystywać tworzonych przez niego bohaterów.


#4 Darth Maul

Kadr z filmu „Gwiezdne Wojny – Epizod I: Mroczne Widmo”

Co tu dużo mówić – Maul jaki jest i jaki nie jest, czego się doczekał, a czego nie, każdy widzi i każdy wie. Podwójny miecz świetlny, blackmetalowy image, mechaniczne nogi i ze dwa pełne zdania wypowiedziane na przestrzeni całej trylogii – oto dorobek naszego Sitha. Pomimo jego czynnego uczestnictwa w jednym z najlepszych pojedynków i wspomagania jednego z najbardziej newralgicznych twistów w historii uniwersum, wciąż więc pozostaje ikoną niewykorzystanego potencjału.

Ta niemal zerowa ekspozycja nie nosi również znamion nęcącej tajemnicy, która spowijała postać Boby Fetta czy Imperatora i zapewniała im kredyt zaufania ze strony widowni. Nie, Maul po prostu się pojawił, zabił winowajcę całego zamieszania w odległej galaktyce, zniknął w otchłani reaktora na Naboo, a następnie niezapowiadany przejął kontrolę nad kapitalistycznymi Syndykatami. Trochę mało jak na kult, którym dzisiaj obdarza się jego postać.


#3 Moff Tarkin

Kadr z filmu „Gwiezdne Wojny – Epizod IV: Nowa Nadzieja”

Choć jest prawdopodobnie największym zbrodniarzem w całej galaktyce Star Wars, to zdecydowanie nie ukazuje się nam w pełnej krasie. I to chyba jedyny zarzut względem tego, jak ukazany został Wielki Moff Tarkin. Z omawianego tu grona postaci wyróżnia go bowiem to, że w zasadzie wiemy o nim wszystko, czego wymaga struktura filmu, w którym się pojawia – jest wysoko postawionym oficerem Imperium, posiada broń masowej zagłady i rozstawia Vadera po kątach.

W końcowym rozrachunku jednak można odnieść wrażenie, że czegoś zabrakło – jakiegoś akcentu, kilku scen, które bezpośrednio wskazałyby na stopień skomplikowania jego relacji z Mrocznym Lordem i niesamowitą charyzmę, jaką ten z pewnością się odznaczał. W tym nie pomaga nawet komputerowy cud stworzony dla Łotra 1. Gdyby ten malutki szczególik znalazł więcej zainteresowania w oczach Lucasa, to dziś nikt nie śmiałby wspomnieć o obiektywnie groteskowym sprzężeniu między Kylo i Huxem.


#2 Armitage Hux

Kadr z filmu „Gwiezdne Wojny – Epizod VIII: Ostatni Jedi”

Jakie filmy taki zbrodniarz. Druga postać w serii mająca na sumieniu zniszczenie planety, okazała się jedynie wrzeszczącą rudą szczotą, którą się zamiata podłogę dla poprawy humoru. Ale jednak nie ma co narzekać w jego kontekście na brak czasu ekranowego. Nie o ilość lecz o jakość trzeba, bo o tej niewiele dobrego napisać można. Wrzeszczący rudy tyran wyglądający niczym cosplayowiec jest wizualnym podsumowaniem generyczności Przebudzenia Mocy oraz humorystycznym pokazem Ostatniego Jedi. A Domhnalla Gleesona chyba na więcej stać, prawda? Niech więc pokaże więcej, także w Star Wars.


#1 Najwyższy Wódz Snoke oraz Imperator Palpatine

Kadr z filmu „Gwiezdne Wojny – Epizod VIII: Ostatni Jedi”

Pewnie większość z was zgodzi się co do Najwyższego Dowódcy – jego udział w filmach jest ubogi, i chociaż jego koniec był raczej trudnym do przewidzenia, to jednak nie daje to pełnej satysfakcji. Zdecydowanie stwierdzam, że tego bohatera wprowadzono jedynie by sprzedawać książki i komiksy z logiem Star Wars wyjaśniające jego przeszłość. Czyli dwa filmy z sagi sprowadzono do roli reklamy bohatera będącego jedynie jakimś tam checkpointem dla Kylo Rena. Nieładnie. A postać nie broni się nawet na płaszczyźnie subiektywnej. 40-metrowy hologram jest chyba jedynym ze śmieszniejszych żartów J.J. Abramsa.

Kadr z filmu „Gwiezdne Wojny – Epizod VI: Powrót Jedi”

Z goła inny jest przypadek innego głównego złoczyńcy, przed którym klękał nawet Vader. Jednakże trzeba to sobie powiedzieć – postać Imperatora nie przetrwała próby czasu najlepiej. Oczywiście w dniu premiery Imperatora otaczała go aura tajemnicy, mroku i odrobiny majestatu. Wprowadzenie postaci na pokładzie nowej Gwiazdy Śmierci wciąż jest wystarczająco wbijające w fotel. Jednakże po trylogii prequeli nastąpiło ogromne przesunięcie akcentów w tej postaci.

Zobacz także: Recenzja Jurassic World: Upadłe Królestwo

Gdy znamy już wszystkie detale planu Najwyższego Kanclerza oraz to, jak go poprawiał i udoskonalał, na bieżąco reagując na niespodzianki, to postać Imperatora rysuje się jako starego wariata, którego ledwo żywy android bez ręki wrzucił do szybu wentylacyjnego czy innej zgniatarki. Nie widać tutaj subtelności sceny w operze (Did you ever hear the tragedy of Darth Plagueis the Wise?) a jedynie przerysowanego dziadka wrzeszczącego w okno o nieskończonej potędze.


Doczytałeś do końca. Pewnie się nie zgadzasz z naszą opinią. No ale po to tu jesteśmy, żeby rozmawiać ze sobą, prawda? I żeby dodać zdanie na koniec.

Plakatowy wariat, poszukiwacz neonów i estetyki łączącej się z soundtrackiem wbijającym się w umysł.

Dusza surrealisty, zacięcie akademika. Każdą rozmowę zaczyna od Godarda i prequeli Gwiezdnych Wojen, a kończy w rejonach Bunuela oraz niemieckiego ekspresjonizmu. Pluje na amerykańską tfu popkulturę i wyznaje kult „kina osobistego”.