„Strażnicy Cnoty” – Recenzja

kadr z filmu „Straznicy cnoty”

Miły sobotni poranek. W szkole matury, w kawiarniach powtarzający na szybko uczniowie przed podstawową matematyką, a w kinie film idealny do relaksu – „Strażnicy Cnoty„. Przynajmniej tak miało chyba być z założenia. Problem w tym, że nie wyszło. Na wstępie muszę już zdradzić zakończenie tej smutnej historii – „Strażnicy Cnoty” to prawdopodobnie najgorsza produkcja jaką w tym roku zobaczymy na ekranach naszych kin. Tym miłym akcentem zaczynając, zapraszam w podróż przez odbyt Johna Ceny.

Sam pomysł na fabułę nie napawał optymizmem. Oto trójka rodziców – Lisa – samotna matka (w tej roli skonstruowana z plastiku Leslie Mann), Hunter (Ike Barinholtz) – ojciec, przez którego rozpadła się rodzina, kiedy to zdradził swoją byłą żonę z opiekunką, a jego miejsce u jej boku zajął Frank (w tej roli całkiem niezły Hannibal Buress), kierowca holowników, oraz Mitchell (John Cena) – pełnoprawny ojciec, który w głębi serca jest bardzo ciepłym facetem. Wspólnie odkrywają, że ich córki planują uprawiać seks w dniu balu maturalnego. Tak – na tym opiera się cała fabuła.

I mimo wątpliwości, które wzbudzał sam zamysł, postanowiłem dać Kay Cannon szansę. W końcu stała za historią o studenckim zespole a’capella (Pitch Perfect) i jego mniej lub bardziej udanymi kontynuacjami, oraz współtworzyła jeden z najbardziej kultowych seriali komediowych XXI wieku – „Rockefeller Plaza 30„. Cannon postanowiła mnie jednak przekonać, jak bardzo się myliłem, wpychając mi swoje żarty bardzo głęboko w gardło, z całkowitym brakiem szacunku do widza.

Strażnicy Cnoty” to pierwsza komedia, w której nie ma żadnej zabawnej sceny. Cannon już w pierwszym dialogu odkrywa swoje wzory filmowe, opowiadając pięć żartów o filmie „Inferno„. Problem w tym, że „Inferno” oprócz tego, że jest najgorszą częścią trylogii opartej na przereklamowanej serii książek Dana Browna, jest filmem, którego zapewne nikt nie skojarzy. Później otrzymujemy wykwintne żarty o wymiotach i byciu lesbijką. Z miejsca cofamy się o 30 lat, kiedy słowo lesbijka było traktowane na równi z żartem. Problem w tym, że obecnie doszliśmy do przełomowego momentu, kiedy szanujemy inne religie i orientacje, a nie sprowadzamy je do nędznego wątku w nieudanym filmie. Podobnie jest z samym seksem, który od czasu seksualnej rewolucji nie powinien robić na nikim wrażenia. Tak samo targetu tego filmu (po żartach z technologii wnioskuję, że rodziców) nie będzie szokować nagi tyłek starszego pana, a tym bardziej gag opierający się na podglądaniu uprawiających seks starszych ludzi, którzy widząc to dostają orgazmu, a to dopiero początek!

Dostajemy również w zestawie ZABAWNĄ scenę tańcu Chada (chłopaka lekko przy tuszy), którego wątek opiera się na tym, że jest brzydki i nikt się z nim nie chce umówić, oprócz Sam, która nie chce się przyznać, że jest innej orientacji. I w przeciwieństwie do innych filmów poruszających ten temat – nawet, przerażająco nieśmiesznego „American Pie” – „Strażnicy Cnoty” przebijają każdy poziom głupoty. Obrazem tego niech będzie scena, gdy John Cena przyjmuje analnie pół litra whiskey i wszystko widzimy, z najdrobniejszymi szczegółami. Do tego dodajmy milion klisz i typowych gagów, które pewnie polecił mistrz humoru i producent wykonawczy – Seth Rogen, który przynajmniej w swoich filmach ma resztki godności.

Kadr z filmu „Strażnicy Cnoty”

Przejdźmy może do aktorstwa, które pogrzebało ten film. Muszę przyznać – John Cena ma zadatki na niezłą postać komediową (niech świadczy o tym chociażby jego występ w Saturday Night Live) i momentami widać to również tutaj. Problem w tym, że dostał najbardziej oklepaną i typową rolę jaką można sobie wyobrazić dla człowieka jego postury. Dobrze zbudowany mężczyzna z wielkim sercem. Szkoda tylko, że parę scen, w których musiał zagrać, będzie się za nim ciągnęło do końca życia – od grania w seksualną ciuciubabkę, po podglądanie ludzi uprawiających seks, aż do zbijania klat ze swoją półnagą córką, a to tylko wierzchołek góry lodowej. Reszta obsady jest po prostu nijaka. Trio dziewczyn można by ze sobą podmienić i nikt nie zauważyłby różnicy. Hunter to kolejna typowa rola Barinholtz, który głównie świeci swoimi krzywymi zębami (a szkoda, bo zdarza mu się mieć niezły timing komediowy), a Mann to najbardziej sztuczna aktorka od czasu Jessici Biel.

Czasem zastanawiam się – kto chodzi na te filmy? Komu sprawiają one przyjemność? Był to pierwszy seans komediowy (choć to słowo średnio tu pasuje), na którym cała sala siedziała cicho, poza kolegą przede mną, który okazjonalnie siorbał resztki swojego napoju. Pusta cisza, wypełniona nędznymi dialogami i jeszcze gorszym soundtrackiem. Film, który spowodował, że Amy Schumer stała się niezłą stand-uperką. Błagam idźcie na coś innego. Kino kobiece, szczególnie po „Lady Bird„, nie zasłużyło na coś takiego. A jak chcecie miły film o nastolatkach, to poczekajcie na „Love, Simon„. Strażnicy Cnoty to film, który nie wie do jakiej grupy chce trafić, nie ma pomysłu na żarty, a jedyne co potrafi to obrzydzać. No i cofać kino do poziomu kabaretu w Opolu.

0.5/5


4 thoughts on “„Strażnicy Cnoty” – Recenzja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.