Sztuka na płocie – Polska Szkoła Plakatu – Fakty i mity

Pewnego poranka, pamiętnego roku 1964, zarząd Teatru wielkiego w Warszawie doświadczył czegoś niespodziewanego – plakaty do najnowszego przedstawienia „Wozzeck” w wykonaniu Jana Lenicy, rozlepione na warszawskich ulicach, zaczęły znikać z murów w zastraszającym tempie. Jak się okazało, za tym procederem nie stała cenzura, konkurencja ani wandalizm – to zwykli mieszkańcy stolicy, stęsknieni za kolorem w szarej rzeczywistości PRL-u zrywali przepiękne, tętniące odcieniami czerwieni plakaty ze ścian i słupów, by udekorować sobie nimi własne mieszkania. Dwa lata później wspomniany plakat został nagrodzony główną nagrodą pierwszego w Polsce (i na świecie) Międzynarodowego Biennale Plakatu, kładąc nie tylko kamień węgielny pod fundamenty zaplanowanego Muzeum Plakatu, ale również stając się fundamentem jednej z najważniejszych form polskiej sztuki – sztuki plakatu.

Jan Lenica
Jan Lenica „Wozzeck” 1964

Sztuka urojona?

Dziś, przeszło pół wieku po tych wydarzeniach w Internecie zdarza się słyszeć głosy malkontentów twierdzących, iż cała Szkoła Polskiego Plakatu to mit, bzdura, pozbawiona wartości fanaberia, nadająca status Sztuki czemuś, co powinno przecież być zwykłą reklamą produktu. Jest to podejście, które przez lata podzielali krytycy sztuki, odbierający plakacistom należny im status, stawiając ich na równi z projektantami okładek, komiksiarzami czy ilustratorami. Trudno się zresztą nie dziwić, gdy dziś pewne plakaty często są wytykane i wyśmiewane przez internautów jako kompletnie błędne twory, jak np. plakat Obcego: Ósmy Pasażer Nostromo w wykonaniu Jakuba Erola czy pamiętny Elektroniczny Morderca aka Terminator  stworzony przez tego samego artystę (najwidoczniej ma pecha).

„Obcy” Jakub Erol
Zobacz również: „Kafarnaum” – Recenzja

Dla wielu przypadkowych obserwatorów te plakaty to dowód zarówno beztalencia jak i niewiedzy polskich plakacistów, co z kolei wiedzie ich do przekonania, iż cała Polska Szkoła Plakatu i towarzyszący jej szacunek wśród krytyków sztuki i kolekcjonerów to wynik silnej propagandy ze strony rządu, wywołanej by zastąpić czymkolwiek niszę opuszczoną przez znanych na świecie artystów malarzy, których po prostu w Polsce nie było wielu. Tak też zły rząd złapał te dziwaczne plakaty i ogłosił całemu światu jak wielki kunszt mają plakaciści w Polsce, a otumaniona publika powtarzała te wieści wraz z nimi. I tak już zostało.

„Elektroniczny Morderca” Jakub Erol

Represja i depresja

Głoszenie takich tez, czy to z niewiedzy, czy ze zwykłej niechęci do sztuki plakatu jest w istocie bardzo krzywdzące, bowiem uderza w lata ciężkiej pracy i poświęcenia polskich artystów, którzy nierzadko poświęcali całe swe życie, by za sprawą plakatu przekazać istotę reklamowanego filmu czy przedstawienia. A przecież wystarczy tylko zerknąć do kilku książek, by z łatwością obalić wspomniane wyżej argumenty. Zacznijmy więc od domniemanej roli, jaką spełniał komunistyczny rząd. Lecz wpierw – małe streszczenie historii plakatu.

Żegluga Parowa Maurycego Fajansa, artysta nieznany
Żegluga Parowa Maurycego Fajansa, artysta nieznany

Polski plakat ma duże znaczenie historyczne – stał się on rozpoznawalny na ulicach w tym samym czasie, co w innych krajach Europy, czyli w trakcie końcówki wieku XIX, gdy plakaty Alfonsa Muchy czy Henriego Toulouse-Lautreca dominowały na paryskich ulicach. Najstarszym znanym polskim plakatem jest Żegluga Parowa Maurycego Fajansa (1892), następnie zaś plakat był wykorzystywany do propagandy wojennej w latach 1914-1918, w międzyczasie ostrzegając mieszkańców przed zgubnymi skutkami gruźlicy czy nawołując do wspierania organizacji charytatywnych.

Zobacz również: „The Meg” – Recenzja

Okres międzywojenny zaowocował przepięknymi kompozycjami, w głównej mierze natury reklamowej – wielu kojarzy hasło Cukier krzepi! czy zapadającą w pamięć reklamę proszku Radion bądź przepiękne plakaty Stefana Norblina. Następnie mamy okres drugiej wojny i powrót plakatu propagandowego, praktycznie z każdej z walczących stron. Wojna skończona, a w Polsce rządy przejmują komuniści, wspierani przez sympatyzujących z nimi plakacistów, oferując zalew – dziś śmieszących – anty-kapitalistycznych plakatów i gloryfikujących komunizm kompozycji. Ten trend trwał oczywiście w trakcie całego okresu PRL, lecz w tym momencie musimy zwrócić naszą uwagę na ten segment sztuki plakatu, która nie interesowała rządzących w praktycznie żadnym stopniu – plakat filmowy i teatralny.

Przykład plakatu propagandowego

Wolność na papierze

W czasach PRL-u cenzura zyskała na sile – niemalże każda autorska kreacja przechodziła przez specjalnych cenzorów, wypatrujących jakichkolwiek odniesień do rządzącej partii czy choćby najmniejszej krytyki komunizmu. Z oczywistych powodów ograniczyło to artystów niemalże w każdym sektorze sztuki – od filmów przez muzykę po malarstwo. Plakat filmowy i teatralny również podlegał cenzurze (oryginalne plakaty mają wydrukowany specjalny kod, zrozumiały tylko dla państwowych cenzorów i dzisiejszych historyków), lecz w związku z małą wartością i krótkim okresem „żywotności” takiego plakatu cenzorzy nie zadawali sobie wiele trudu nad plakatami. Dzięki temu plakaciści cieszyli się niemalże największą wolnością twórczą wśród artystów.

Zobacz również: Nowo Horyzontowe TOP 10

Kolejnym argumentem przeciw tezie jakoby rząd maczał palce w nadawaniu statusu „Sztuki” polskim plakatom, jest historia Polskiego Muzeum Plakatu. Inicjatywa ta powstała na początku lat 60., gdy stajnie pałacu w Wilanowie zostały przekształcone w Galerię Plakatu, mieszczącą w sobie zbiory Muzeum Narodowego. Muzeum powstało dzięki pomysłowi Janiny Fijałkowskiej, która doświadczyła popularności sztuki plakatu we Francji, gdy odwiedziła wystawę w jednej z francuskich galerii. W międzyczasie wśród plakacistów powstał pomysł zorganizowania Międzynarodowego Biennale Plakatu w Warszawie, gdyż wspomniane na początku tekstu wydarzenie i stały popyt na nowe plakaty dowodziły, iż publika jest zainteresowana sztuką plakatu.

Rok 1966 był pierwszym rokiem Biennale, które z kolei okazało się niesłychanym sukcesem – plakaty nadeszły z najdziwniejszych zakątków naszego globu: z Japonii, Wietnamu czy nawet z zakazanego USA. Dla rządu Biennale było pretekstem, by pokazać „zgniłemu Zachodowi” jak dobrze się żyje w Polsce i jak sztuka kwitnie pod komunistycznymi skrzydłami, a jak wynika z zachowanych archiwów z tego wydarzenia, pan minister kultury Lucjan Motyka nie miał absolutnie żadnego pojęcia o sztuce plakatu, wykonując jedynie polecenia z góry. Do Warszawy przylecieli goście i dziennikarze, a rozdanie nagród odbyło się w języku polskim i angielskim. Biennale odbyło się następnie w roku 1968 (w tym samym roku zostało otwarte Muzeum Plakatu w Wilanowie) i trwało do 2016 roku, w zeszłym roku Biennale wróciło pod skrzydła Warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, a w tym roku odbyła się 26 edycja.

„Oni” Franciszek Starowieyski
Zobacz również: „Zama” – Recenzja

W trakcie trwania tych Biennale polskim artystom wielokrotnie udawało się zachwycić i zszokować publiczność. Nastał czas renesansu w sztuce plakatu – Jan Lenica tworzył plakaty na zasadzie abstrakcjonizmu, łącząc rytm z kolorystyką, Starowieyski zaprezentował plakaty rysowane ręką mistrza, o pięknych, ciągnących się liniach i doskonałym cieniowaniu, Waldemar Świerzy wkroczył w świat plakatu dzięki impresjonistycznym, często przywołującym na myśl dzieła francuskich malarzy kompozycjom, Henryk Tomaszewski opanował sztukę minimalizmu i karykatury do perfekcji, Stasys Eidrigevicius tworzył w kubistycznym stylu z domieszką surrealizmu, Wiesław Wałkuski zszokował publikę idealnym oddaniem tekstury materiału i skóry w swych „plakatach-portretach”, Eugeniusz Get-Stankiewicz osiągnął mistrzostwo w miedziorytach, czyniąc jego obrazy doskonałymi do najmniejszego detalu, a było tych artystów wiele, wiele więcej.

Niektóre plakaty stały się ikonami popkultury tamtych czasów, często wzbudzając większe zainteresowanie niż film czy przedstawienie przez nie reklamowane. Dzięki Biennale zaś polskie plakaty trafiały do zagranicznej widowni, niemal z miejsca stając się obiektami pożądania. Prawdziwy renesans.

Limity czynią mistrzów

Kolejnym czynnikiem, który przekłada się na wartość sztuki Polskiej Szkoły Plakatu są realia, w których artyści musieli pracować. Jak niemal każde państwo za Żelazną Kurtyną, technologia naszego kraju nie miała porównania do rozwiniętej techniki druku na Zachodzie czy w Stanach. Polscy artyści pracowali na przestarzałym sprzęcie, mając do dyspozycji najtańszy, koszmarnej jakości papier i wąski wybór kolorów. Na całe szczęście te niedogodności tylko zmotywowały plakacistów by eksperymentować z medium na każdy możliwy sposób, szukając nowych kompozycji kolorystycznych i stylów rysunku, by druk wykonany w stylu offsetowym odpowiednio wyglądał. Łatwo tu znaleźć nawiązanie do Polskiej Szkoły Filmowej, która pod wpływem spotęgowanej cenzury ze strony państwa wyprodukowała prawdziwe arcydzieła kinematografii.

Zobacz również: Klasyka w dniu premiery – „Rozstanie”

Wraz z postępem technologicznym plakaty polskie nabrały barw i kształtów, dając plakacistom jeszcze większe pole do popisu, co jednak doprowadziło również do powolnego zatracenia świetności Polskiej Szkoły Plakatu. Późne lata 90. były momentem, gdy technologia komputerowa wkroczyła do świata plakatu i malarskie talenty artystów zaczęły być spychane na bok przez tę nową formę sztuki. Plakaty tworzone w formie cyfrowej były też znacznie tańsze niż te, które były malowane na zamówienie, tak więc wielu mistrzów plakatu przeniosło swe zainteresowania na inne dziedziny sztuki, takie jak ilustracja, rzeźbiarstwo czy wielogodzinne maratony malarskie przy publice, jak w przypadku Starowieyskiego.

„Goja” Stasys

Krzyk ze ściany

Istotą Polskiej Szkoły Plakatu jest jej odmienność. Prostym jest zwyczajne wytykanie błędów, które to rzekomo mogły wprowadzić widza w błąd. Owszem, obcy w filmie Ridleya Scotta nie wyglądał jak klatka piersiowa z oczami, a nadmiar nachalnej symboliki również potrafi zepsuć odbiór filmu, lecz te plakaty, które powstawały w pocie czoła, bez konkretnej wiedzy o filmie prezentowanym (bo niby jak artysta miał zobaczyć film przed premierą?) często zawierają w sobie pewne piękno, które można zrozumieć wyłącznie po zapoznaniu się z filmem bądź przedstawieniem.

Jest tak np. z plakatem do filmu Cena strachu autorstwa Jana Lenicy, prezentującym twarz z powiększonymi oczami, które przecież w sztuce oznaczają właśnie strach. A skąd ten strach? Tego dowie się tylko ten, kto film zobaczył. Na tym właśnie polega siła i legenda polskiego plakatu – wielu z artystów tworzących w tym kierunku potrafiło nie tylko zachęcić widza do pójścia do kina czy teatru, ale również zinterpretować dzieło, stworzyć swoistą symbiozę między plakatem a filmem.

Zobacz również: Kulturawka #7 – Taśmy Eisensteina cz. 2
„Cena strachu” Jan Lenica

I na tym chciałbym ten tekst zakończyć. PSP to rzecz wspaniała, wyjątkowa i warta pamięci. W dzisiejszej rzeczywistości natykamy się na tysiące różnych obrazków, zarówno na ulicach jak i w internecie, ale tylko kilka z nich utyka w naszej pamięci na moment dłuższy niż sekunda. Plakaty to sztuka, nie gorsza niż ta znajdująca się na płótnach i jeżeli styl któregokolwiek  z wspomnianych mistrzów Wam się spodobał – dzielcie się nimi, pokażcie znajomym. Bez nas, bez tej pamięci, biografie i dzieła tych ludzi przepadną na zawsze, a Polska straci jeden z najpiękniejszych okresów sztuki w swojej historii. A warto o nią walczyć, w końcu jest wyjątkowa dla naszego kraju.

Człowiek-rysownik


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.