„Tajemnice Silver Lake” – Najnowszy film twórcy „Coś za mną chodzi” – Recenzja

Milenialsi. Tfu. Jakże to określenie jest wyświechtane, przeorane przez media i wydojone z jakiegokolwiek znaczenia. Z godła generacji skąpanej w postmodernizmie, żyjącej z głową w chmurze (hehe) i wychowanej w popkulturze stało się wręcz wyrazem pogardy. Stale wracająca z pokolenia na pokolenie narracja potępiającą młodzież stała się faktem. Jesteśmy skończeni. Inne spojrzenie oferują jednak Tajemnice Silver Lake…

David Robert Mitchell patrzy na to pokolenie o wiele przychylniej. Już w swoim nieco przemilczanym debiucie Legendarne amerykańskie pidżama party stawia pomnik młodzieńczym latom i chwyta impresje okresu dojrzewania w symbolicznej tytułowej imprezie. Rozwijając swoje pomysły w doskonałym, nieoczywistym Coś za mną chodzi, kolejny raz skupił się na nastolatkach, cenie całkowitej wolności i wyzwolenia. Nakreślając konsekwencje młodzieńczej swobody, wykazał się też przy tym wyczuciem konwencji kina gatunkowego, co tylko mogło zwiększyć oczekiwania wobec jego kolejnej produkcji.

Tajemnice Silver Lake
kadr z filmu „Tajemnice Silver Lake”

Tajemnice Silver Lake są pogłębieniem ambicji Mitchella. Tak, jak w Coś za mną chodzi odwoływał się formalnie i poprzez wykorzystanie charakterystycznych tropów fabularnych horrorów z lat 70. i 80., tak swoją najnowszą produkcję niemal w całości oparł o te popkulturowe odnośniki i konotacje. Unoszące się od samego początku tajemnica i intryga, które wywołują skojarzenia z kinem neo-noir, czy też miłość głównego bohatera do Kurta Cobaina i gier z serii Super Mario Bros to most między widzem a protagonistą. A ten jest niezbędny, bo trzeba będzie z Samem spędzić 140 minut.

Grana przez Andrew Garfielda postać spędza dni na czytaniu komiksów, wożeniu się przepięknym wozem po przedmieściach LA oraz na przygodnym seksie i podglądaniu atrakcyjnych sąsiadek. Po spędzeniu czasu z jedną z nich ta znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Sam, motywowany przez uczucie do dziewczyny i zamiłowanie do zagadek rusza w jej poszukiwaniu, zagłębiając się w świat ludzi, których znał wyłącznie z ekranu.

Filmowi jednak daleko do neo-noirowego kryminału spod znaku Sin City. Krytycy o wiele częściej wskazują na konotacje z Wadą Ukrytą Andersona i przyznaję, że chociażby w samej odrealnionej aurze obie produkcje mają wiele wspólnego. Tajemnice… są jednak o wiele bardziej surrealistyczne w swoim worldbuildingu. Mitchell rozwija wiele wątków w tym samym czasie (140 minut zobowiązuje), każda kolejna wskazówka zdobyta przez Sama jedynie zagłębia go w króliczej norze, a on ochoczo schodzi coraz niżej. Poczucie czasu w tym filmie to też ciekawa sprawa, bo Mitchellowi nigdzie się nie spieszy. Umiejętnie odkrywa przed widzem kolejne warstwy wielkiego spisku (a może wcale nie?), w który wierzy główny bohater.

Intertekstualność produkcji objawia się również w samych zagadkach. Nawiązania do miejskich legend i sposoby ich rozwiązania to chociażby odtworzenie albumu popowego od tyłu (no bo jakże inaczej, w końcu KORPORACJE I PRODUCENCI), czy też analiza warstwy lirycznej poprzez zaznaczanie liter w określonej kolejności tak długo, aż utworzą hasło. W pewnym momencie bohater nawet trafia na komiksiarza, który swoimi pracami przewiduje przyszłość. Film jest wypełniony scenami skazanymi na kultowość (songwriter scene, zapamiętajcie), a zakończenie to spełnienie mokrych snów fanatyka Alltime Conspiracies.

Muzyka pełni istotną rolę w narracji dochodzenia. Początkowo motywy ewokujące hollywoodzkie kryminały z lat 50. wprowadzały mnie w stan niemałej konfuzji, ale z czasem zrozumiałem, że to kolejne narzędzie uwydatniające intertekstualność filmu. Jest to na pewno ciekawszy sposób na pogrywanie z widzem, niż gadanie do niego z ekranu (patrzę na ciebie, Deadpool 2), a i dodaje humoru, przez co łatwiej jest zaakceptować surrealizm nowego dzieła Mitchella.

Zobacz również: „Zimna wojna” – Recenzja

Parę zdań należy się też Garfieldowi, bo zdołał z nieco antypatycznego typa zrobić postać, z którą wcale nie mamy oporów spędzić ponad 2 godzin. W przeciwieństwie do bohatera Wady Ukrytej, z którym momentami ciężko mi było sympatyzować, Sam od początku śledztwa ma wsparcie widza. Głównie za sprawą mocnego motywu – miłości, lub, jak kto woli, wykorzystaniu toposu damy w opałach. Garfield przy tym w pełni pozwala swojej nieporadności działać, jego ciekawość i zagubienie udziela się również widzowi. Tajemnice… mają też sporo momentów komediowych – głównie bazujących na grotesce lub puszczaniu oka do widza.

Tajemnice Silver Lake
kadr z filmu „Tajemnice Silver Lake”

Oczywiście nie jest to film pozbawiony wad. Jego głównym problemem jest długość, bo masa wątków i przedziwnych sytuacji z czasem zaczyna przytłaczać. Tutaj Mitchell stara się zaradzić nieustannymi zmianami lokacji lub kolejnymi, coraz bardziej surrealistycznymi scenami, lecz moim zdaniem osiąga raczej odwrotny efekt, bo z sali kinowej wyszedłem niezwykle zmęczony. Postaci drugoplanowe również nie należą do mocnych stron tego filmu, co może nieco zaskoczyć, biorąc pod uwagę jego długość. Ich portrety są uproszczone, służą za elementy pchające fabułę do przodu. Wpisuje się to w konwencję, ale od tego typu produkcji oczekiwałbym jednak nieco bardziej rozbudowanego tła.

Zobacz też:BlacKkKlansman” – nowy Spike Lee prosto z Cannes – Recenzja

Nie zmienia to faktu, że nowe dzieło Mitchella jest filmem wartym polecenia. Nie do każdego może przemawiać specyficzny nastrój i tematyka, ale Tajemnice… są przede wszystkim intrygującą produkcją wypełnioną nietypowymi, zapadającymi w pamięć scenami. Mają spory potencjał, żeby z czasem stać się obiektem kultu. Fani poprzednich produkcji reżysera powinni już teraz wypatrywać seansów na festiwalach lub odliczać dni do premiery w kinach.


3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.