„Tamte dni, tamte noce” – Recenzja

Pewien czas od polskiej premiery „Call Me by Your Name” (w Polsce znanego też pod niezbyt zgrabnym tytułem „Tamte dni, tamte noce”) już upłynął i na pewno większość z tych, którzy planowali obejrzeć obsypany nominacjami do wszelkich nagród obraz Luki Guadagnino już to zrobiła. Postanowiłem więc podzielić się wrażeniami w tym krótkim tekście. Warto wspomnieć że nawet po oficjalnej kinowej premierze film nie był zbyt często grany w multipleksach. W Poznaniu praktycznie tylko jedno kino z dwóch głównych dużych sieci go wyświetlało. Jak to ktoś ładnie ujął „film za «duży» na granie tylko w kinach studyjnych, ale zbyt kameralny na multipleksy”. Dlatego chwała Akademii, że promuje takie obrazy nominując je w czterech kategoriach (Najlepszy film, najlepszy aktor pierwszoplanowy, najlepszy scenariusz adaptowany i najlepsza piosenka).

Wszyscy już raczej wiedzą, że film opowiada o wakacyjnym romansie 17-latka (Chalamet) ze studentem jego ojca (Hammer) „gdzieś w północnych Włoszech w latach 80.”. Ale to ta ostania część zdania w cudzysłowie stanowi o 80% magii tego filmu. Przepiękna rezydencja rodziców Elio otoczona sadzawkami i morelowymi( ͡° ͜ʖ ͡°) sadami, małe, urocze włoskie miasteczko, no i piękne krajobrazy, które nasi bohaterowie podziwiają podczas podróży na rowerach z epoki. Stereotypowi do bólu włoscy krzykacze i piękne włoskie kobiety, a także bezbłędnie oddane lata 80. Przepastne koszule i ultrakrótkie męskie szorty, dyskotekowe tańce, stare Fiaty i klimatyczny soundtrack zawierający kilka ejtisowych szlagierów pozwalają na te 2 godziny z hakiem przenieść się do zupełnie innego świata. I służą za doskonałe tło dla samego romansu.

No właśnie, jak prezentuje się „sam romans” i relacje między bohaterami? Ciężko o tym cokolwiek napisać, myślę, że każdy odbiorca filmu powinien sam sobie wyrobić do niego stosunek. Zastanawiałem się, czy gdyby nie zrobić z tego „straight” filmu między mężczyzną a kobietą, to czy nie wyszedłby z tego typowy, troszkę zbyt ckliwy melodramat. Ale takie dywagacje są nie do końca uzasadnione, gdyż poprzez fakt przedstawienia homoseksualizmu film zahacza o znacznie szersze spektrum tematów, takie jak szukanie prawdziwego siebie, rola presji środowiska na osoby innej orientacji, granicę między przyjaźnią a miłością, stosunek rodziców do tego typu relacji i wiele innych. Setki ckliwych romansideł damsko-męskich już powstało, więc temu filmowi o biseksualistach można jednak wybaczyć, że momentami uderza w zbyt melodramatyczne tony.

„Tamte dni, tamte noce” na pewno są filmem przy którym doświadczymy klasycznie pojmowanej magii kina i dziełem, które zasłużyło na wszelkie otrzymane przezeń nagrody i nominacje. Jeszcze przez jakiś czas będę pewnie grane w wybranych kinach, dlatego kto jeszcze nie widział powinien się konieczne wybrać, bo tak piękne zdjęcia warte są kinowego ekranu. A jaka jest Wasza opinia o tym filmie? Piękny i bezpretensjonalny, czy może momentami zbyt obrzydliwy i seksualizujący? Dzisiaj jest to już kolejny film z kolei o homoseksualnej miłości i to wszystko już tak nie szokuje, ale jeśli „Call Me by Your Name” wygra Oscara, na pewno przez sieć przetoczy się równie gorąca dyskusja jak było w zeszłym roku przy „Moonlight”.

Jestem studentem. Oceniam filmy obiektywnie. Lubie, gdy filmy są Coenowskie i Cohenowskie. Ironicznie urodziłem się w niewłaściwym pokoleniu, bo moje ulubione filmy i muzyka mają 40+ lat. W dziele filmowym zwracam szczególną uwagę na reżyserię i montaż dźwięku. I’m not a drowining man! And I’m not a burning building!


Dodaj komentarz