„Thelma” – Recenzja

„Ona ma siłę / nie wiesz jak wielką” chciałoby się zaśpiewać za Anitą Lipnicką po obejrzeniu filmu Thelma w reżyserii Joachima Triera. O wielkości tej siły nie wie również tytułowa bohaterka, której wchodzenie w dorosły świat upływa pod znakiem walki z wydobywającym się spod kontroli ciałem. Ciałem nieujarzmionym, ciałem dzikim, ciałem głodnym, jakiego wcześniej młoda kobieta nie miała szansy doświadczyć.

Zaprezentowana przez duńskiego reżysera opowieść to kolejna propozycja ze stemplem „emancypacyjnego horroru”, ponieważ struktura filmu utkana jest z elementów realistycznych, jak również nadnaturalnych, żeby nie powiedzieć – surrealistycznych. Oto świat protagonistki, budowany mozolnie przede wszystkim przez nadopiekuńczych rodziców, ulega powolnemu rozpadowi, a światopogląd dotykają rewolucyjne zapędy, o których wcześniej mogła ona myśleć co najwyżej z poczuciem zawstydzenia. Wytresowana przy pomocy Biblii i rygorystycznego wychowania, Thelma do pewnego momentu zachowuje się tak, jak gdyby istniał gruby mur pomiędzy nią a światem rzeczywistym. Dopiero tajemnicza przypadłość – konwulsje połączone z powstającymi wokół różnego typu anomaliami – otwiera ją na nowy rodzaj życia, pozbawiony wiecznego poczucia winy, zaś wypełniony przyjemnościami.

Joachim Trier uderza tam, gdzie uderzało mnóstwo artystów przed nim. Krytyka zabobonnej religijności i ultra-pruderyjnego nastawienia do życia może co najwyżej wywołać ziewanie, bo przecież przedstawione to jest powierzchownie, na autopilocie, z wykorzystaniem wiecznie tych samych argumentów, a bez jakiejkolwiek próby spojrzenia z innej perspektywy. Przebudzenie seksualne młodej kobiety to temat ostatnimi czasy wałkowany po wielokroć, chociażby w niedawnych Lady M.Mięsie czy serialowej wersji Pikniku pod Wiszącą Skałą. Z tym drugim tytułem łączy Thelmę jeszcze wykorzystanie elementów nadnaturalnych, co wiąże się z przyznaniem bohaterce atrybutów i umiejętności dalece wykraczających poza „normalne” życie.

Thelma
kadr z filmu „Thelma”

Mariaż kina artystycznego z niemalże „superbohaterskimi” zdolnościami Thelmy sprawdza się wyśmienicie i to właśnie w konstrukcji formalnej filmu należy upatrywać największego sukcesu duńskiego reżysera. Gdziekolwiek autor Głośniej od bomb porzuca realistyczny kostium i wchodzi na ścieżkę ezoterycznego symbolizmu, tam osiąga wprost wyborny efekt. Wszelkie fantasmagoryczne wizje bohaterki być może są oparte na bardzo czytelnych znakach, ale są przedstawione w tak chłodny, a jednocześnie gorący młodzieńczym erotyzmem sposób, że dzięki nim Thelma mogłaby się plasować w czołówce tegorocznych premier.

Introwertyczna gra Eili Harboe, pełna dwuznacznych uśmiechów i drobnych gestów, pomaga w zrozumieniu, jakim ciężarem dla kobiety musi być życie obok własnego ciała. Powolne dochodzenie do siebie i usadowienie się we własnej skórze wiąże się z poważnymi wątpliwościami, ale dzięki Harboe jak na dłoni widać, że relacja z przyjaciółką ze studiów otwiera Thelmę na uczucia wcześniej nieznane. Na twarzy promienieje uśmiech, ubrania zaczynają podkreślać walory sylwetki, a czerwona szminka świadczy o kwitnącej kobiecości.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby reżyserowi nie zachciało się w pewnym momencie wytłumaczyć, o co w jego filmie tak naprawdę chodzi. Konsekwentnie budowane napięcie, oparte na wykreowanej aurze tajemniczości i wątpliwości natury seksualnej, ustępuje łopatologicznej wykładni wcześniej zastosowanych symboli. Wprawdzie podjęta przez Thelmę próba zrozumienia męczącego „schorzenia” jest czymś naturalnym, niemniej jednak podążanie tą samą drogą przez Triera prowadzi do niedającego się pogodzić konfliktu na styku wykorzystywanych konwencji. Bo gdy wątek fantasy ulega lekarskiemu zracjonalizowaniu, to wydaje się, że wszelkie zabiegi formalne są wykorzystane bardzo instrumentalnie na rzecz doraźnej polityki. Nie mają służyć pogłębieniu analizy dotykanego zagadnienia, lecz stanowią efekciarski wabik dla widowni.

Thelma
kadr z filmu „Thelma”

Przypomnijmy sobie, jak to zrobił Kornel Mundruczó Księżycu Jowisza. W filmie Węgra przedostający się do Europy uchodźca zostaje obdarzony umiejętnością lewitacji. Nie jest to jednak związane z jego płcią, pochodzeniem czy wyznaniem religijnym. Ot, reżyser dał bohaterowi takie zdolności, by dzięki temu zadać konkretne pytania dotyczące kondycji zlaicyzowanych zachodnich społeczeństw. Tymczasem autor Thelmy nie potrafi zniuansować problemu i woli powiązać moce protagonistki z jej płcią, co kończy się wtórnym i boleśnie jednoznacznym emancypacyjnym manifestem.

Zobacz również: „Zimna wojna” – Recenzja

Druga połowa filmu to zaledwie prościutki thriller pozbawiony szalonej mieszanki skandynawskiego chłodu i cielesnego podniecenia, która tak znakomicie wypełniała pierwszą część produkcji. Wprawdzie Thelma przez cały czas dostarcza estetycznego orgazmu, lecz jednocześnie pozostawia z poczuciem intelektualnego niespełnienia i niezrozumienia, jak taka enigmatyczna opowieść mogła przeistoczyć się w banał.


3/5

Nie potrafi pisać o sobie w błyskotliwy sposób. Antytalent w dziedzinie autokreacji. Fan Antonioniego, Melville’a i Kurosawy. Wyróżniony w XXII Konkursie im. Krzysztofa Mętraka.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.