TOP15 najlepszych filmów pierwszego półrocza 2018

Pierwsze sześć miesięcy 2018 za nami, wszystkie najgłośniejsze produkcje półrocza już nadrobione, a to oznacza, że czas na nasze zestawienie najlepszych 15 filmów, które miały kinową, bądź streamingową polską premierę w okresie od 1 stycznia do 31 czerwca obecnego roku. Na naszej liście nie brakuje zaskoczeń, brakuje natomiast tegorocznego zwycięzcy Oscara Kształtu Wody, nowej produkcji Michaela Haneke, czy czerpiącej garściami z japońskiej kultury animacji Wesa Andersona. Na wstępie trzeba wam wiedzieć, że aby produkcja mogła załapać się do TOPu musiało ją obejrzeć i ocenić przynajmniej trzech redaktorów i z tego powodu nie znajdziecie tutaj m.in. kochanego przez nas Pomiędzy Słowami. A więc nie zabierając wam więcej czasu, odliczanie czas zacząć!


15. Good Time



W Good Time jedyną rzeczą bardziej pokręconą niż uliczki Nowego Jorku są labirynty w umyśle głównego bohatera. Miasto wciąga widza i odkrywa swoje największe sekrety w niesamowitym tempie, tak aby ich poznawanie przypominało raczej chaotyczny bieg. Bracia Safdie w swoim dynamicznym debiucie pełnometrażowym stawiają przede wszystkim na klimat – neonowa metropolia jest przez cały czas pokazywana w rytm syntezatorowej, głośnej muzyki, pozwalając wręcz zatopić się widzowi w świecie przedstawionym. Odsłonięty przekrój miejskiej biedoty i społecznego marginesu obserwujemy śledząc nocną eskapadę i lawinę pomyłek głównego bohatera. Grana przez Roberta Pattinsona postać niesie cały ciężar filmu – warto więc przede wszystkim zobaczyć jak ten zniesławiony przez serię „Zmierzch” aktor staje na wysokości zadania i zabiera nas w noc pełną wrażeń, po której na pewno będziecie musieli złapać chwilę na oddech. (Szymon Pietrzak)

Zobacz Również: Good Time – Recenzja

14. Zimna wojna


Zimna Wojna


Mało jest osób w Polsce, które nie słyszały o Zimnej wojnie. Mimo że obraz Pawła Pawlikowskiego nie okazał się kasowym sukcesem w naszym kraju, to zebrał on olbrzymi prestiżowy kapitał, jaki wydawał się w ostatnich latach nieosiągalny w rodzimym kinie. Joanna Kulig zachwyciła świat kreacją charakternej i naznaczonej przez los Zuli, w której zakochał się, z wzajemnością, utalentowany muzyk Wiktor (Tomasz Kot). Ich drogi rozproszy interwencjonistyczny aparat władzy i kontradyktoryczne uczucie, które jednocześnie trzyma ich przy sobie. Zimny, dynamiczny i niełatwy romans obojga zachwycił nas nie tyle z powodu wyjątkowej czułości, jaka połączyła kochanków, ale relewantności opowieści – historii emigranta, który wolności twórczej szuka na Zachodzie, jednak jego miłość, całe jego życie, zostaje w kraju. To destrukcyjne i imposybilistyczne uczucie wydaje się dla nas tak istotne, bo jego proweniencja dokładnie definiuje niedomaganie własnych pragnień, stracone nadzieje i rozbiory miłości. W sprzecznościach, spajających relacje Zuli i Wiktora, kipią emocje, które reżyser gasi lapidarnymi impresjami z zimnowojennej Europy, czarno-białymi niby-pocztówkami. Łukasz Żal chowa bohaterów w dolnej partii kadrów, w rogu, pozostawiając wiele przestrzeni w swojej malarskiej kwadraturze. Tak często odwołuje się do Maneta, jak do Tarkowskiego, estetyką ukazanych obrazów poruszając moje spragnione audiowizualnej ekwilibrystyki serce. Zimna wojna w genialny sposób łączy narodowy folklor z zachodnim sznytem i synergicznie wyprowadza nas na umalowane łąki poetyki kina, czerpiąc z Włoch i Francji, tworząc obraz niemal nieśmiertelny, który, myślałem, przepadł ongiś na zawsze. (Kamil Walczak)

Zobacz Również: Zimna Wojna – Recenzja i Zimna Wojna – Analiza

13. Bliskość



Film Kantemira Bałagowa to jedno z najmocniejszych emocjonalnych przeżyć tego roku. Opowieść o rodzinie, porwaniu, braku tolerancji, biedzie, wiecznym uciekaniu przed samym sobą, a także potrzebie miłości. 2018 stoi pod znakiem kina inicjacyjnego, a w przypadku Bliskości mamy do czynienia z jego etniczną odmianą, opowieści o Oldze, która dla wielu wraz ze swoim partnerem mogłaby reprezentować margines społeczny. Do tego otrzymujemy piękne kadry, z kolorystyką godną Michała Anioła, świetne i bardzo naturalistyczne dialogi, a także tak rzadko spotykaną na dużym ekranie szczerość. Wszystkim polecam zamknięcie się w tej klaustrofobicznej bańce i chłonięcie każdej , nawet najbardziej brutalnej chwili. Szczególnie jeśli tęskno wam za pięknym Wschodem. (Maciej Kędziora)


12. I tak cię kocham



Śpiąca Królewna spotyka Specjalistę od niczego, czyli podszyta baśniowością komedia romantyczna, która jest zarówno bawi, jak i wzrusza. Opowieść o kulturowych uprzedzeniach, próbach przeżycia w dzisiejszym świecie, wychodzeniu spod rodzinnego klosza, spełnianiu oczekiwań, których nikt przed nami nie stawia i, co najważniejsze, o tym, jak ważna – nie tylko w związku – jest szczerość. Naturalne dialogi, nie-aż-tak-schematyczny scenariusz, świetny drugi plan (Ray Romano Holly Hunter to wzór filmowych rodziców nadający się do schowania w Sevres) i prawdopodobnie najlepszy żart o terrorystach w historii kina. Idealny do obejrzenia czy to samemu, czy też ze znajomymi, z drugą połówką, z rodziną – każdy pretekst jest dobry. (Michał Piechowski)


11. Anihilacja



O nowy film Alexa Garlanda przestałem się bać, kiedy, paradoksalnie, postanowiono o wycofaniu go z dystrybucji kinowej poza USA, Kanadą i Chinami. Wszystko przez to, że Garland wraz z producentem Scottem Rudinem sprzeciwili się apelowi Paramount Pictures, które żądało spłycenia historii i zmiany zakończenia, aby dotrzeć do szerokiej publiki. Z obawy przed klapą finansową studio sprzedało prawa do dystrybucji w reszcie świata Netfliksowi.

Unicestwienie VanderMeera po przeczytaniu potwierdziło u mnie swoją reputację jako książka nieadaptowalna, dlatego tym bardziej byłem ciekawy, jaką to bezkompromisową wizję stworzył Garland. Reżyser sam przyznał, że jest to bardziej adaptacja snu po lekturze pierwszej części trylogii Southern Reach – nie mógł tego opisać trafniej, bo choć punkt wyjściowy fabuły i bohaterki są podobne, po przekroczeniu granicy pierwszego aktu film nabiera swojej własnej, równie atrakcyjnej treści.

Bez wątpienia nowy film twórcy Ex Machiny zapisze się wśród klasyków sci-fi naszych czasów. Polaryzujący, oczywiście, bo nie każdemu przypadł do gustu senny klimat wyprawy na drugą stronę oraz nieco osobliwe CGI, ale po zaakceptowaniu konwencji Anihilacja jest filmem, który wciąga widza do zbudowanego przez siebie świata i rozdając karty potrafi nas zadziwić, porządnie wystraszyć oraz skłonić do refleksji na temat natury człowieka. (Michał Palowski)

Zobacz Również: Anihilacja – Recenzja

10. Tamte dni, tamte noce



Od pierwszego zwiastuna miałam z tyłu głowy to, że Call Me By Your Name będzie czarnym koniem tegorocznych Oscarów. Mój pierwszy seans podczas festiwalu American Film Festival tylko ugruntował moje przeczucia. Rzadko kiedy na srebrne ekrany trafiają tak delikatne i naturalne filmy o pierwszej miłości. Luca Guadagnino nie wstydził się jej żadnego aspektu, a to, magia Włoch i bardzo zdolny operator kamery sprawiło, że ogląda się tę produkcję z tak dużą przyjemnością. Bieg czasu udowodnił mi, że ta produkcja starzeje się jak wino. Mimo tego, że sezon nagród jest już dawno za nami (i już wyczekujemy kolejnego – śledźcie Awards Watch!) Call Me By Your Name wciąż jest oglądane i przeżywane przez widzów na całym świecie. Cieszy mnie to, że społeczeństwo LGBT wreszcie dostało film przedstawiający miłość między dwoma mężczyznami nie jako pasmo przeszkód, ale i po prostu — czystą radość. Mimo tego, że Call Me by Your Name zamyka pierwszą dziesiątkę naszego rankingu jestem pewna tego, iż grono fanów tej produkcji będzie się tylko poszerzało. Może i pewnego dnia ktoś umieści tę produkcję na samym szczycie zupełnie innego rankingu. Rankingu najlepszych filmów o miłości. (Maja Głogowska)

Zobacz Również: Tamte Dni, Tamte Noce – Recenzja

9. Lady Bird 



Reżyserski debiut Grety Gerwig był sporym zaskoczeniem dla wszystkich. Film, o którym było bardzo cicho przed premierą, a którego popularność eksplodowała po pierwszych pokazach i długo utrzymującym się wynikiem 100% na portalu Rotten Tomatoes (niestety, w obecnej chwili ma już „tylko” 99%). Lady Bird to kolejna opowieść o dorastaniu osadzona w kalifornijskim Sacramento – mieście w którym Christine (czy też Lady Bird, jak sama woli siebie nazywać) chodzi do katolickiej szkoły, mieście, w którym nie widzi perspektyw na dalszą edukację, na dalsze życie. Niestety nie pomagają jej w tym problemy rodzinne, finansowe i fakt, że osiągi edukacyjne naszej bohaterki nie spełniają wymagań bardziej prestiżowych uczelni. I choć to wszystko brzmi bardzo typowo dla takich filmów, to Gerwig jako reżyserka i scenarzystka, z pomocą genialnej Saoirse Ronan, pokazała to w sposób szczery i autentyczny, każdemu z jej problemów poświęcając tyle samo uwagi, luźno odzwierciedlając swoje własne dorastanie. Zdecydowanie jest to jeden z najważniejszych filmów roku i na pewno na zapisze się w czołówce filmów „coming of age” na długie, długie lata. (Mikołaj Krebs)

Zobacz Również: Lady Bird – Recenzja

8. Wieża. Jasny dzień



Zabicie świętego jelenia, Hereditary, VVITCH i wiele innych produkcji w ostatnim czasie stara się zredefiniować gatunki filmowe, których zadaniem jest straszyć i niepokoić widza, ale jednocześnie doprowadzać do prawdziwego katharsis. Te szeroko chwalone i dobrze nagłośnione produkcje stoją jednak o kilka kroków za wybitnym filmem Jagody Szelc. Podczas gdy inni twórcy stosują motywy biblijne, opętania czy łopatologicznie wyeksponowane nawiązania do mitologii, polska reżyser odważnie stawia na inteligencję i dociekliwość widza, sięgając ręką po konflikt starszy od każdej religii i filozofii; starcie dzikiej natury i ogniska domowego. Wieża przenosi nas w słoneczny majowy obszar Kotliny Kłodzkiej i snuje opowieść o kilku warstwach, gdzie nawet ta najbardziej płytka, opowiadająca o relacji rodzinnej między siostrami i podejściu współczesnej klasy średniej do sakramentów religijnych, jest niebanalna i ciekawa. Bez wątpienia jest to najodważniejszy debiut polskiego kina, który zachwyca, przeraża i zostaje w głowie na długo po skończonym seansie. (Andrzej Badek)

Zobacz Również: Wieża. Jasny Dzień – Recenzja

7. Nigdy cię tu nie było 



Nigdy Cię Tu Nie Było to zjawiskowa produkcja, przywołująca na myśl najlepsze elementy kina Alfreda Hitchcocka z wyrafinowaną brutalnością i kolorystyką znaną z filmów m. in. N. W. Refna. Jest to doskonała mieszanka dla każdego wielbiciela dosadnego kina akcji. Brak w tym filmie zbędnych dialogów, nadmiernej ekspozycji – scenariusz jest prosty, przejrzysty i brutalny, tak jak i sceny akcji, umiejętnie ukazujące nam zwalistą sylwetkę Phoenixa mordującego w brutalny sposób przeróżnych nieszczęśników. NCTNB ma w sobie cząstkę najlepszego kina akcji – mianowicie doskonale wyważony suspens, wprost wylewający się z ekranu i trzymający widza w napięciu przez całe 85 minut trwania. Amatorzy oryginalnej estetyki również znajdą w filmie Ramsay coś dla siebie, bowiem pani reżyser wplotła do filmu kilka metaforycznych scen. Nigdy Cię Tu Nie Było to mistrzowski pokaz zwięzłości w opowiadaniu historii i realistycznym przedstawieniu przemocy na ekranie. Obyśmy częściej dostawali takie cuda. (Konrad Bielejewski)

Zobacz Również: Nigdy cię tu nie było – Recenzja

6. Sweet Country


Sweet Country


Tak wysoką pozycję Sweet Country można uznać za spore zaskoczenie, ale matematyka nie kłamie – film Warwicka Thorntona zasłużył sobie na niniejsze wyróżnienie jak mało co. Jednakże nietaktem byłoby uznanie, że zawdzięcza on filmawkowy splendor wyłącznie sprzyjającej średniej głosów. Ten niezwykle intrygujący postwestern, który na kanwie zmurszałej kategorii gatunkowej potrafił wytworzyć połacie nowego artystycznego potencjału, odznacza się bowiem nienaganną narracją, metodą montażową oraz samą strukturą, która czyni zeń filmową czołówkę za rok 2018. A co takiego w niej tkwi? Wyjątkowa wrażliwość na sprawy natury kulturowo-społecznej przy jednoczesnym uwzględnieniu szczególnej i nadrzędnej roli medium filmowego – mówiąc inaczej, Sweet Country pozostaje filmem artystycznym w pełni tego stwierdzenia znaczeniu, a przy tym rewaloryzuje i kompromituje dotychczasowe struktury polityczne, odpowiadające za nadal istniejący imperializm zachodni. Błyskotliwa forma i niebanalne przesłanie w jednym? Poprosimy więcej takich produkcji. (Tomasz Małecki)

Zobacz Również: Sweet Country – Recenzja

5. Trzy billboardy za Ebbing, Missouri


Trzy billboardy za Ebbing, Missouri


Znaczący poślizg w polskiej premierze najnowszego filmu Martina McDonagha wyrządził Trzem Billboardom wiele złego, ponieważ od premiery światowej do polskiej zdążyliśmy się naczytać bardziej lub mniej sensownych peanów na ich temat. Najczęściej przewijającym się porównaniem było zestawianie Billboardów z filmami braci Coen. Nawet w zestawieniu z takimi tytanami Billboardy nie wypadają źle, jednak naprawdę błyszczą dopiero jako odrębny twór, ponieważ widać na nim wyraźne ślady autorskiego podejścia reżysera do budowania postaci i konstruowania narracji. U McDonagha każdy bohater jest przejaskrawiony, reprezentując konkretny, wąski zestaw cech, wszyscy są archetypami pewnych postaw i w swoim dążeniu do bardziej lub mniej szlachetnych celów przybliżają całą opowieść do gatunkowych ram westernu. Dodając do tego historię zemsty i wymierzania sprawiedliwości na własną rękę, figurę samotnej mścicielki, otrzymujemy jeden se świeższych filmów ostatnich lat, będącym ponadto świetnym studium przepracowywania żałoby. A to wszystko w unikalnej, nieco szalonej, percepcji McDonagha. Wielkie kino. (Bartek Bartosik)

Zobacz Również: Trzy Billbordy za Ebbing, Missouri – Recenzja

4. Disaster Artist



The Room słyszał już niemalże każdy. Słynna produkcja odnalazła swoją długą młodość przy okazji wydania książki Grega Sestero Disaster Artist, o kulisach produkcji filmu. W momencie gdy cztery lata później na wielki ekran postanowił ją przenieść James Franco, The Room miało już pozycję kultową wśród wszystkich osób mniej lub bardziej zainteresowanych kinem. Znajdująca się na czwartym miejscu naszego zestawienia produkcja, była prawdopodobnie największym nieobecnym na ostatnim rozdaniu Oscarów, gdzie otrzymała tylko jedną nominację. Wcielający się w Tommy’ego Wiseau James Franco wykonał swoją pracę najlepiej, jak to było możliwe, nie tylko świetnie naśladując kultową już postać, ale również dodając przy tym wiele od siebie. Podobnie zresztą, jak jego młodszy brat Dave, wcielający się w Grega Sestero. Dodatkowo, całość została przyozdobiona co najmniej przyzwoitą ścieżką dźwiękową.
Sam nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo śmiałem się na seansie filmowym. Disaster Artist to jednak nie tylko dobra komedia – to przede wszystkim świetne widowisko o dążeniu do spełnienia swoich marzeń, a także o niesamowitej roli przyjaźni w życiu człowieka. Pozycja obowiązkowa do nadrobienia dla wszystkich, niezależnie od upodobań filmowych. (Bartłomiej Rusek)

Zobacz Również: Disaster Artist – Recenzja

3. Dziedzictwo. Hereditary


Dziedzictwo. Hereditary


Swoim debiutem Ari Aster nieźle pozamiatał i to nie tylko boxoffice’owo (73 melony przy 10 budżetu), ale też jeśli chodzi o sam produkt końcowy. Spłodzony za pieniądze od mesjasza amerykańskiego kina – A24 – film jest zarówno nowym otwarciem w kategorii horroru jak i głęboko zakorzenionym w klasyce straszakiem. Ukazując rodzinkę terroryzowaną przez ducha zmarłej babci reżyser w rzeczywistości snuje swoje rozważania nad funkcją rodzica w życiu dziecka – szkodliwymi efektami nadmiernej opieki, która nie jest kierowana miłością, lecz pragnieniem uzyskania dominacji w domostwie. Wykorzystując żałobę protagonistki rysuje obraz kobiety wiecznie żyjącej w cieniu własnej matki, dla której jej śmierć wcale nie okazuje się okazją, żeby stanąć na własnych nogach. Odkrywając coraz to kolejne jej cechy w samej sobie bohaterka coraz bardziej odrywa się od własnej tożsamości, co doskonale widoczne jest w finale będącym moim zdaniem jedną z najlepszych scen tej dekady. Jeśli do tego całego ogromu żalu i cierpienia dodamy fantastyczny popis aktorski Toni Collette, klimatyczne zdjęcia Pawła Pogorzelskiego i horrorowe mięso rozkręcające się w drugiej połowie seansu otrzymamy jeden z najlepszych filmów tego roku i mój nowy ulubiony horror w tej dekadzie. Żyjemy w świetnych czasach dla tego gatunku. (Wiktor Małolepszy)

Zobacz również: Dziedzictwo. Hereditary – Recenzja i Hereditary – Rozważania po seansie

2. Niemiłość



Werdykt redakcji jest oczywisty: obraz Zwiagincewa to zdecydowanie najlepszy film z zeszłorocznego Cannes. Historia zaginięcia dziecka będących w separacji Borysa i Żenii staje się dla Rosjanina pretekstem do opowiedzenia w chłodnym stylu o fatalnej kondycji uczuciowej człowieka. W Niemiłości ludzie cierpią na znieczulicę, kiedyś wierzyli w prawdziwe uczucie, dzisiaj leczą zmarnowane razem lata. Dzieckiem tego toksycznego związku jest Aliosza, który pewnego dnia wychodzi z domu i już do niego nie wraca. Początkowo szukają go rodzice, ale ich konflikty prowadzą do rozdrapywania ran, kolejnych wyrzutów i eskalacji. Czy kiedykolwiek w ogóle się kochali? Może. Ale teraz znaleźli sobie nowych kochanków, partnerka Borysa jest nawet w ciąży. Poszukiwania prowadzi dalej grupa ochotników. Zwiagincew jest bezlitosny w swojej diagnozie. Portretuje swoich bohaterów jako oschłych i zmarnowanych ludzi, którzy chcieliby zacząć nowe życie. W równie zimnych barwach przedstawia otaczającą ich Moskwę, z której wypruto duszę. Nie bez powodu opuszczone budynki na obrzeżach miasta, gdzie szukają chłopca, tak przypominają stalkierowskie ruiny Zony. Niemiłość to obraz chłodny i europejski, z wolna poruszający się między korytarzami klasy średniej. Choroba, jaka targa bohaterami, naznacza całe nasze społeczeństwo – ludzi, którzy nie znaleźli szczęścia w kapitalistycznej rzeczywistości i ekspresie życia. Mimo że zbyt często uderza w klimaty polityczne (konfliktu donbaskiego), to pozostaje aktywnym obrazem współczesności. U Zwiagincewa każdy tak chciałby być kochany, ale tak trudno mu kochać. Niemiłość to nie tylko ludzka tragedia – to utrata człowieczeństwa, utrata nas samych. (Kamil Walczak)


1. Nić widmo



Prawdopodobnie większość czytelników spodziewała się, że ten film będzie w ścisłej czołówce naszego zestawienia, a jeśli nie było go na piątym, trzecim, ani drugim miejscu – to musi być właśnie tutaj, na samym szczycie rankingu. Nasuwa się tutaj skojarzenie z piosenką zespołu Jonny’ego Greenwooda, autora muzyki do tego dzieła – „Everything in Its Right Place”. A używając bardziej polskiej metafory, podium dla tego filmu było równie przewidywalne co schabowy na obiad. Mało o czym pisaliśmy bowiem tak dużo na łamach naszego portalu i fanpage’a. Bez cienia przesady można rzec, że dla promocji Nici Widmo Filmawka zrobiła tyle samo, jeśli nie więcej co polski dystrybutor, mimo naszych skromnych przecież środków.

Ale nie wybraliśmy niepewnego konia, gdyż na długo przed pierwszym pokazem tego filmu można było stawiać domy na to, że powrót trio Anderson Day-LewisGreenwood (które pierwszą kolaborację zaliczyło przy słynnym Aż poleję się krew) przyniesie nam jedno z najintensywniejszych kinowych doznań tego roku. No i dzieło, które już od premiery będzie kroczyć prostą drogą do uzyskania miana klasyka. Kalifornijski reżyser skomponował z szerokiego wachlarza swoich umiejętności niezwykle harmonijny obraz zagubionego artysty i bezkompromisowego indywidualisty, londyńskiego krawca Reynoldsa Woodcocka. Scenografia, ruchy kamery, chemia między bohaterami, stopniowanie napięcia i hipnotyczna wręcz atmosfera w niektórych scenach – to tylko niektóre z wielu zalet zdecydowanie najlepszej rzeczy, jaką można było zobaczyć w polskich kinach w 2018 roku. (Maksymilian Majchrzak)

Zobacz Również: Nić Widmo – Recenzja

Dziękujemy za uwagę i do zobaczenia za kolejne 6 miesięcy!

Twój najlepszy przyjaciel.

Wywrotowiec, dysydent, bukmacher serc, stary człowiek w internecie. Po wypalonej karierze osiadł na prowincji i pisze o filmach. Widywany raz na rok przez listonosza oraz jego psa.

Nieudana wersja Warlikowskiego, w chwilach wolnych od żartów z problemów pierwszego świata i nagłaśniania koncertów, ogląda palące stodoły Tarkowskiego. A na poważnie – kocha Włochy, Lyncha, Linklaterowską stylistykę i filmy o niczym i miłości. Muzycznie utknął na mixie Collinsa z Radiohead. Prywatnie marzy o ciepłej kawie, książce i uśmiechu osoby obok.

pisanie recenzji.
plusy: pomnik twarlszy niż ze spiżu
minusy: pisanie recenzji

Nastolatka wychowana przez Hollywood. Uwielbia szeroko pojętą popkulturę i sztukę. Jeżeli spotkalibyście się na ulicy pewnie gloryfikowałaby Nintendo i gry ekskluzywne Playstation, a jakbyś poprosił ją o polecenie filmu to zasugerowałaby seans „The Florida Project”. Wierny żołnierz batalionu Archie Comics.

Twój przyjazny recenzent z sąsiedztwa. Malkontent i jego quality content. Prostym językiem do prostych ludzi, to moje motto.

Student kierunku lekarskiego, z zamiłowania żeglarz jachtowy i podróżnik. Oddany fan postmodernizmu i czerpania z filmów czystej rozrywki.

Człowiek-rysownik

Dusza surrealisty, zacięcie akademika. Każdą rozmowę zaczyna od Godarda i prequeli Gwiezdnych Wojen, a kończy w rejonach Bunuela oraz niemieckiego ekspresjonizmu. Pluje na amerykańską tfu popkulturę i wyznaje kult „kina osobistego”.

Miłośnik kina niejednoznacznie wspaniałego. Wierzy, że forma w pewnych warunkach staje się treścią. Jego życie zmieniło się, kiedy obejrzał po raz pierwszy „Martwe Zło 2”.

Jestem studentem. Oceniam filmy obiektywnie. Lubie, gdy filmy są Coenowskie i Cohenowskie. Ironicznie urodziłem się w niewłaściwym pokoleniu, bo moje ulubione filmy i muzyka mają 40+ lat. W dziele filmowym zwracam szczególną uwagę na reżyserię i montaż dźwięku. I’m not a drowining man! And I’m not a burning building!

Recenzent i badacz kina słoweńskiego, poza tym fan dorobku autorskiego takich reżyserów jak Fellini czy Scorsese. Językoznawca, obecnie student filologii słowiańskiej.

Fascynat koreańskiej nowej fali, o której może rozmawiać godzinami. Nie rozumie współczesnej fascynacji „Rejsem”. Płakał na dwóch filmach – „To wspaniałe życie” i „Coco”.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.