touch me not

„Touch Me Not”, czyli intymny dialog z widzem – Recenzja

Choć Berlin jako jedyny z wielkiej trójki festiwalowej zdaje się z roku na rok zdobywać coraz mniej powszechnej sympatii krytyków i publiki, to jednak ma on wciąż do zaproponowania pewien rodzaj innowacji – filmy, które w ostatnich latach zdobyły Złotego Niedźwiedzia cechują się bowiem formą o swoistym ładunku wolności artystycznej i wstępują w filmowy dyskurs odważniej niż produkcje pokazywane w Cannes czy Wenecji. Tegoroczny laureat konkursu – pochodzący z Rumunii Touch Me Not – jest w swojej formie tak wyzwolony, że aż ciężki do jakiegokolwiek zakwalifikowania.

Zobacz również: „Roma” – Wybitna pocztówka z Meksyku – Recenzja

Najprościej pasowałoby określić go jako dokument – problem jednak w tym, że twórcy nie chcą, żeby był tak nazywany. Mamy więc do czynienia z filmem, który już od samego początku stawia swojemu widzowi wyzwanie, niejako zwiastując problematykę z jaką się mierzy – to kino eksperymentu, czyste filmowe doświadczenie. Niosąc ze sobą tematy tabu, rumuńska reżyserka Adina Pintilie jest świadoma, że dla widza najtrudniejszym zadaniem będzie wytrwanie w sali kinowej do końca seansu, ze względu na siłę pokazywanej intymności. Jednak, jeśli widz zostanie do końca, może liczyć na poznanie odpowiedzi na pytania, o których do tej pory nawet nie myślał. Odpowiedzi, które mogą dodać odwagi do życiowych zmian.

touch me not

Reżyserka nie boi się ocierać o sztampowość. Wręcz przeciwnie – znajduje czas, żeby skupić się na banałach ludzkiej intymności, zadaje pytania, o których łatwo zapomnieć w świecie, w którym cielesność wciąż wywołuje silne problemy z samoakceptacją. Rumunka przedstawia nam więc historię trzech osób, Laury, Tomasa i Christiana, którzy odkrywają swoje lęki i wstydliwości bezpośrednio przed kamerą. Część ich historii jest zmyślona na potrzeby filmu, ale są też momenty, w których otwierają się ze swoimi osobistymi przeżyciami. Widz  zaproszony zostaje do bardzo intymnego dialogu, w którym biorąc aktywny udział, ma szanse przeżyć terapeutyczny proces i zburzyć mury wokół własnej cielesności i seksualności. Nikt jednak nie obiecuje, że będzie łatwo.

Zobacz również: „Dziadek do orzechów i cztery królestwa” – Dzieci ziewają, rodzice zerkają do smartfonów – Recenzja

Laura jest po pięćdziesiątce i zmaga się z lękiem przed intymnością. Powoli łamie swoje tabu, wyzbywając się wstydu przed dotykiem, seksem czy nawet sado-maso. Uczy się tego od transseksualnej terapeutki, która w swojej terapii korzysta szczególnie często z muzyki niemieckiego kompozytora Johanessa Brahmsa. Tomas jest ze swoją seksualnością bardziej otwarty, wręcz z niej dumny – bada ciało Christiana, ciało, którego prawie nigdy się nie widuje w kinie, a już na pewno nie nago i z taką rozbrajającą otwartością. Christian ma bowiem rdzeniowy zanik mięśni. Jego ciało nie jest zgodne z normą – jest fizycznie upośledzony i nie może się poruszać. Nie dopuszcza on jednak do siebie poczucia samotności, a raczej stara się utorować drogę dla większości zamkniętą – dla ludzi, którzy nigdy nie wpadliby na pomysł, aby zainteresować się osobą niepełnosprawną.

touch me not

Pintilie pozwala nie tylko rzucić okiem na ciało, które kino lubi wykluczać lub deseksualizować – jak starsza kobieta z żylakami, czy mężczyzna z wyniszczeniem mięśni – ona z tymi ciałami pracuje. Touch Me Not nie  próbuje dokonać niczego w rodzaju voyeuryzmu. Nigdy nie uczestniczy w czymś bez szacunku, nie ma tu pustego wykorzystywania. Film pokazuje coś głęboko ludzkiego, coś co obnaża. Nie ze strachu, ale z ciekawości i pragnienia większej wolności i wiedzy. Chodzi o transformacje, ucieleśnienie prawdziwego ja.

Zobacz również: „Dziedziczki”, czyli wymarzony debiut – Recenzja

Sama autorka również występuje w swoim filmie. Raz po raz twórcy zastanawiają się: Czy to, co tutaj robimy, nadal jest w porządku? Jakiego rodzaju zdobyliśmy spostrzeżenia? To przede wszystkim ten poziom introspekcji umożliwia bohaterom i widzom głębokie spojrzenie przy jednoczesnym zapewnieniu, że wszyscy zaangażowani wciąż wyrażają zgodę na ten cudownie obnażający eksperyment.

touch me not

Ogromna kompleksowość praktycznie uniemożliwia nazwanie niektórych rzeczy. Pragnienie intymnej bliskości, choć wydawałoby się bardzo naturalne, niesie ze sobą wiele lęków, które wywołują ogrom zahamowań. Tak wiele złożonych spraw reżyserka zamyka głównie w pustych, dużych, jasnych, wręcz śnieżnobiałych pomieszczeniach. Zupełnie jakby nie chciała odwracać niczyjej uwagi od żadnego z eksplorowanych tematów i próbowała dla każdego znaleźć wystarczająco dużo miejsca.

Zobacz również: „Druga strona wiatru”, czyli pożegnanie Wellesa z kinem – Recenzja

Tym bardziej godne podziwu jest zaangażowanie, z jakim do filmu podchodzą jego animatorzy. Otwartość, z jaką eksponują nie tylko swoje ciała, ale również wewnętrzne ego, jest nie tylko wizualna. To przede wszystkim szczera, wspólna rozmowa. Często padają słowa trudne, które w pozafilmowej rzeczywistości mogłyby wydawać się zbyt brutalne, zbyt szczere. Niesamowite, a nawet rewolucyjne, jest to, że w czasach nienawistnych komentarzy i natychmiastowych dewaluacji, są one z wdzięcznością przyjmowane.

touch me not

Touch Me Not to przede wszystkim podróż do samopoznania. Jako film to także odważna, usytuowana poza wszelką konwencją próba przeniesienia do kina tematów, ludzi, ciał i emocji, które nigdy wcześniej nie były w nim widoczne. Dlatego właśnie zasługuje na bycie zauważonym. I kto wie, może i Wy odnajdziecie w nim trochę siebie?


4/5

Twój najlepszy przyjaciel.