„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” – Recenzja

Postawię śmiałą tezę, że najwspanialszym, co przytrafiło się amerykańskiej kinematografii było wynalezienie westernu. Wielkie przestrzenie gór i pustyń z silnie zarysowanymi postaciami; zazwyczaj wolnymi i niezależnymi, stanowiły idealny obraz amerykańskiego ducha. Ducha pierwszej konstytucji. To właśnie te historie, których akcja dzieje się zwykle w małych miasteczkach położonych w głębi kontynentu, tłumaczą USA wiele razy lepiej niż filmy sensacyjne, akcji czy wszelkie komedie romantyczne Allena, których akcja dzieje się w Nowym Jorku czy Los Angeles. I choć wiele osób uważa dziś western za gatunek niemalże wymarły, to moim zdaniem, ma się on świetnie. Wyewoluował, stał się dojrzalszy, bardziej złożony, ale nadal zagląda do tych małych miasteczek i ich mieszkańców, dokonując precyzyjnej wiwisekcji ich serc oraz umysłów. Tak zrobił niedawno Martin McDonagh opowiadając historię pewnych trzech Billboardów stojących przy drodze niedaleko Ebbing w stanie Missouri.

Fabuła filmu obraca się wokół małej miejskiej społeczności. Ot, mały policyjny posterunek, dentysta, kilka firm przy głównej ulicy, bar. Niecały rok wcześniej w miasteczku doszło do brutalnego morderstwa poprzedzonego gwałtem. Ofiarą zbrodni padła nastoletnia córka głównej bohaterki, która nie może się pogodzić z tym, że nie ujęto osoby odpowiedzialnej za śmierć dziewczyny. Postanawia zatem wykupić trzy billboardy za miastem, na których wzywa szeryfa z miasteczka do rozwiązania sprawy.

Niech powyższy zarys fabuły Was nie zmyli; nie jest to obraz biednej kobiety walczącej z systemem a bardzo złożona opowieść o ludziach, z których nikt nie jest idealny i każdy ma swoje za uszami. Już wkrótce poznacie, jak ciężki charakter ma nasza bohaterka i jak wiele do życzenia pozostawia lokalna policja. Cały film w bardzo zgrabny sposób lawiruje między czarnym humorem a scenami pełnymi dramaturgii. Dużą rolę odgrywa w tym wszystkim znakomity scenariusz, który kreśli nam postaci z krwi i kości, którym dobrano prawdziwie rewelacyjnych aktorów. Frances McDormand gra tu silną kobietę, która zrobi wszystko by postawić na swoim, niezależnie od kosztów tego przedsięwzięcia. Woody Harrelson jako szeryf jest jednocześnie twardy i ciepły. Jego postaci ciężko nie lubić a jednocześnie łatwo się z nią nie zgadzać. Natomiast prawdziwą petardą jest tutaj Sam Rockwell; policjant-rasista, mieszkający z matką, nieradzący sobie z własnymi emocjami. Jego rola stanowi prawdziwy motor napędowy dla akcji. Za każdym razem, gdy pojawia się na ekranie obok McDormand, aż iskry lecą.

Wielką zaletą produkcji jest to, że poruszając tak poważne tematy jak żałoba, choroby, śmierć, dyskryminacja czy zemsta, nadal jest w stanie znaleźć cząstkę dobra w prawie każdej postaci na ekranie. Bardzo cieszy też fakt, że Hollywood dorosło wreszcie do tego, żeby powierzyć główną rolę w filmie komuś, kto jest jednocześnie kobietą po 50 roku życia i nie nazywa się Meryl Streep. Jeśli miałbym się czegoś czepiać to tego, że postać, którą grał Lucas Hedges nie dostała więcej szansy na rozwój. Po zeszłorocznym wspaniałym występie w „Manchester by the Sea” miałem ochotę na kolejny popis aktorski tego zdolnego młodego człowieka. Wszystkiego jednak mieć nie można a „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” dają nam już i tak tyle wyrazistych postaci, że nieprzyzwoitym jest narzekać.

Student kierunku lekarskiego, z zamiłowania żeglarz jachtowy. Oddany fan postmodernizmu i czerpania z filmów czystej rozrywki.


Dodaj komentarz