„Venom” – Guilty pleasure roku – Recenzja

Czas dorastania w mojej rodzinnej miejscowości – Brzozowie – upłynął mi pod znakiem oglądania seriali na Cartoon Network, Disney Channel czy innym Nickelodeonie. Popołudnia po szkole spędzałem głównie przed telewizorem oglądając seriale jak iCarly, Dom zmyślonych przyjaciół pani Foster, Hannah Montana czy Kryptonim: Klan na drzewie. Parę lat wcześniej gustowałem raczej w Batmanie z przyszłości, Lidze Sprawiedliwości czy animowanym Spider-Manie. Można powiedzieć, że za sprawą kreskówki i filmów Sama Raimiego całkiem nieźle ogarniam lore człowieka-pająka mimo braku znajomości marvelowskich komiksów – a sam bohater, obok Bruce’a Wayne’a, Bena 10 i Eminema był moim idolem. Rok 2018 przyniósł nam stand-alone’owy film o (w moim odczuciu) najbardziej kozackim villainie z uniwersum „Pajączka” – Venomie.

Już przed premierą wiedziałem, że Venom będzie filmem niezwykłym, natchniony poniekąd. Obraz ten, zanim w ogóle trafił do kin, wywołał niemałe kontrowersje: każdy choć trochę zorientowany widz zdołał wyrobić sobie o nim zdanie, a fani masowo skarżyli się na jego ograniczenie wiekowe, którym początkowo była ostatnio popularna w kinie superbohaterskim „R-ka”. Producenci jednakże zrezygnowali z tego ratingu. Czemu? Nie wiem, lecz się domyślam. Być może wiedzieli, że coś jest nie tak i chcieli zarobić na widowni, która znajduje się w widełkach PG-13? Muszę przyznać, że informacja o zmianie ograniczenia troszkę mnie zawiodła – nie dlatego, że jestem jakimś wielkim fanem lejącej się krwi, wiedziałem po prostu, że wymusi to dostosowanie konceptu całego filmu do młodszej widowni. Po tej informacji i trailerach spodziewałem się generycznego capeshitu. Jak rzeczywisty obraz filmu ma się do moich oczekiwań?

Zobacz również: „Kler” – Recenzja

Venom

Venom zaczyna się typową sekwencją ze spadającym statkiem kosmicznym, który rozbija się w Malezji. Przeżywa jeden z członków załogi. Trafia do ambulansu. Okazuje się, że ma w sobie symbionta. Symbiont przeskakuje na ratowniczkę medyczną. Ta idzie w stronę jakiegoś miasteczka. Z niepokojem pozostałym po tym otwarciu, przenosimy się do sypialni Eddiego Brocka (Tom Hardy) i Anne (Michelle Williams), gdzie narzeczona żegna się ze swoim ukochanym i idzie do pracy, prosząc go przy tym by był grzeczny.

Jak się okazuje, po późniejszych efektownych ujęciach jazdy na motocyklu, Eddie jest dziennikarzem śledczym, pracuje w jakiejś tam telewizji, robi wywiady z ludźmi i idzie w nich na całość (no, może nie jest to skala Saszy Baron Cohena, ale wciąż, całkiem fajny z niego dziennikarz). Gość naprawdę chce za wszelką cenę dowieść prawdy. W każdym razie, okazuje się że ma zrobić wywiad z miliarderem i właścicielem tej rakiety, która spadła w sekwencji początkowej – nie pamiętam jak się nazywał, ale gra go Riz Ahmed. Podczas wywiadu, mimo  ostrzeżeń swojego szefa, Brock zaczyna zadawać niewygodne pytania, co kończy jego karierę jako dziennikarza, jako narzeczonego i jako nie-przegrywa. I tu zaczyna się K I N O.

Sposób, w jaki przedstawiłem streszczenie nie odbiega za bardzo od tego, jak karmią nas fabułą twórcy filmu. Jako widzowie jesteśmy świadkami ich nieudolności w całej okazałości tego słowa. Tempo jest okropne, jako obserwator miałem wrażenie, że po prostu odhaczamy kolejne punkty fabuły, a scenarzyści nie do końca mają pomysł, żeby zaserwować nam i tak oczywistą genezę symbiozy Venoma i naszego kochanego dziennikarza-anona.

Zobacz również: „Lemoniada” – Recenzja (oficjalnego) zwycięzcy festiwalu Ars Independent 2018

Wszystko to w rytmie słabego soundtracku (z jednym wyjątkiem, ale o tym potem) i przy akompaniamencie wspaniałych aktorów, mówiących oklepane frazesy niczym w typowym słabym filmie o superbohaterach (z jednym wyjątkiem, ale o tym…). Montaż i montaż dźwięku również nie powalają na kolana, nawet wrzucony do filmu okrzyk Wilhelma dostarcza raczej żenujących wrażeń. Nie wiem, na czym polegała praca Rubena Fleischera, bo na pewno nie na reżyserowaniu. Generalnie cały film byłby dla mnie bardzo przykrym doświadczeniem, gdyby nie jeden jego element, który pozwala czerpać nam z niego czerpać nie byle jaką przyjemność, a jest nim…

Venom

Tom Hardy. To, co ten gość zrobił z tym filmem, to coś wspaniałego. Jego postać jest bardzo „off” w kontekście robionej „na poważnie” reszty filmu, a zgodność z komiksowym pierwowzorem jest jak mniemam zerowa. To właśnie interakcje z Venomem czy jego eklektyczna rola (coś na kształt Jima Carrey’a w Masce) czynią ten film oglądalnym i sprawiają frajdę większą niż fragmenty, które są wręcz wypchane akcją. Uwielbiałem słuchać coraz to dziwniejszych wymian zdań, które z każdą minutą szły coraz dalej.

Zobacz również: „Wilkołak” – psy szczekają… i nic z tego nie wynika – Recenzja

Absurd niektórych scen jest tak komiczny, że nie wiem, jakim cudem ktoś mógł to pooglądać i pomyśleć „dobra, kręcimy poważny, mroczny film”. Akt drugi to po prostu meme de la meme; mamy tu pełno niezręcznych dla widowni tekstów, pokaz braku jakichkolwiek motywacji i rozsądku bohaterów i naprawdę, ale to naprawdę beznadziejnych scen – czyli to co tygryski lubią najbardziej. Osobiście, momentami bawiłem się lepiej niż na The Room, całościowo jest to jednak twór o znacznie mniejszej wartości ironicznej niż arcydzieło Tommy’ego Wiseau.

Venom

Bardzo żałuję, że z filmu ostatecznie wycięto czterdzieści minut materiału z Hardym, bo myślę, że bawiłbym się jeszcze lepiej. Ostatni akt to praktycznie tylko i wyłącznie akcja i jeden wielki komputerowy chaos – nie dość, że przeciwnik Venoma wygląda do niego bardzo podobnie, to reżyser zdecydował się na użycie trzęsącej się kamery. W momencie kiedy zaczynają się napisy wchodzimy w najlepszą fazę filmu. W tle można słyszeć utwór najlepszego rapera w historii, a obie (tak, są dwie sceny po napisach) dostarczają mniej lub bardziej intensywnych doznań.

Jeśli więc potrafisz bawić się na kinie tak złym, że aż wspaniałym, to na pewno polecam Ci ten film. Zresztą, nie wiem czy kiedykolwiek będzie jeszcze okazja by zobaczyć kino bądź co bądź superbohaterskie z aktorem, który prawdopodobnie robi sobie z tego filmu jaja. Weź ze sobą znajomych, a potem wymieniajcie się najlepszymi tekstami z filmu. Już nie mogę doczekać się tych kompilacji, gdy film trafi do domowej dystrybucji.


2/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.