„Whitney” – Recenzja

Gdy pewnego zimowego dnia wracałem do domu, nawet powietrze zdawało się być bardziej gęste niż zwykle.  Metro zdawało się wolniej jechać, ludzie słuchający na słuchawkach muzyki byli jacyś markotniejsi, a chmury zwiastowały kolejne opady deszczu. Kiedy wieczorem, jeszcze jako dość młody uczeń zapytałem mamy czy jest jakiś powód tego gorszego nastroju, usłyszałem odpowiedź, którą jeszcze parę razy w swoim życiu będę miał okazję otrzymać – „Maciusiu, dziś zmarła bardzo ważna dla mnie osoba”.Mówię o 11 lutego 2012 roku, szerzej znanym jako dzień śmierci Whitney Houston.

Whitney Houston w filmie „Whitney”, dystrybucja: Kino Świat

Streszczanie życiorysu Whitney jest chyba nie na miejscu, bo każdy, kto po tę recenzję prędzej czy później sięgnie zapewne wie jak wybitnym głosem dysponowała. Prostota z jaką potrafiła trafiać w każdą półnutę, serce bijące w rytmie jazzu (czyli na 4), czy też idealny synkretyzm gatunkowy, to tylko niewielka część zalet tej genialnej postaci. Jeśli ktoś w amerykańskim getcie lat 90-tych zapytałby „Kim chcesz zostać” większość dziewczynek odpowiedziałaby – „Chciałabym być Whitney”, Whitney czyli personifikacją zwrotu „Amerykański sen”. Jak jednak wiadomo każdy sukces wymaga sporego poświęcenia. I to o cenie jaką poniosła artystka w drodze na szczyt opowiada najnowszy film Kevina Macdonalda.

Każdy rozmówca patrzący w kamerę stara się opowiedzieć swoją wersję tej samej historii. Historii wspinania się na szczyt i tego  jak wszyscy Houston pomagali. Jak Cissy Houston była dobrą, no może z lekka zbyt surową matką. Jak Bobby Brown był kochającym mężem. Jak każdy był od początku przekonany o wybitności jej głosu. A narkotyki? Były, ale przecież wszyscy brali. Problemy z orientacja? No może, ale miała partnera i dziecko? Miała! Spór finansowy z ojcem? Przecież Whitney kochała rodzinę i chciała dla nich jak najlepiej!

Zewsząd na odbiorcę patrzą zakłamane oczy. Oczy ludzi winnych, ludzi którzy są współodpowiedzialni za śmierć artystki. Ludzie, którzy odwrócili się od niej w momencie kryzysu, w czasach gdy Houston stała się pośmiewiskiem całych Stanów, oraz jedną z pierwszych „ofiar” internetu. I tu pojawia się mój pierwszy problem z filmem Macdonalda – brak dziennikarskiej chęci wejścia głębiej, przyciśnięcia swoich rozmówców, co kończy się czy to całkowitym pomięciem tematu przemocy domowej, potraktowaniem po macoszemu wątku molestowania, czy też odpuszczeniu Bobby’emu Brownowi, kiedy mógł go mieć na przysłowiowym widelcu.

Whitney Houston na Superbowl (Photo by George Rose/Getty Images)

Macdonald ma również problem z kontynuowaniem rozpoczętych wątków – tak na przykład córka Whitney, pojawia się tylko przez trzy minuty na ekranie, by na koniec powrócić i przypomnieć o swojej dramatycznej historii. Cissy Houston zostaje wykorzystana jedynie do wprowadzenia….. kościoła, w którym to Whitney śpiewała w chórze. Porzucony całkowicie jest również wątek Robyn, wieloletniej asystentki i partnerki wokalistki, ba – kończy się zaskakująco niepotrzebnym cliffhangerem, a śmiem wnioskować, że nie był to cel twórców, a bardziej efekt niedopatrzenia.

Whitney najlepiej brzmi gdy oddamy głos samej artystce. Archiwalne materiały z backstage’u (cytat „F**k Janet Jackson” uczynił mój dzień lepszym) czy fragmenty koncertów to zdecydowanie najlepsze elementy filmu. I will always love you śpiewane na pierwszym koncercie w RPA po apartheidzie, finałowa scena z Bodyguarda, My love is your love w wykonaniu live, czy świetna składanka montażowa pod I wanna dance with somebody, to momenty, w których dokument sięga po miano wybitnego. Pytanie tylko ile w tym zasługi samego twórcy, a ile magii Whitney?

Zobacz również: Iniemamocni 2 – recenzja 

Najbardziej boli mnie jednak fakt, że film Macdonalda ma mało wspólnego z muzyką, a bardziej nastawiony jest na samą i dość tanią sensację. Byłoby to usprawiedliwione, gdybyśmy w miejsce pewnego przedstawienia twórczości, otrzymali osobisty i prywatny portret Houston, malowany przez jej bliskich. Zamiast tego dostajemy iście tabloidowe przypomnienie największych skandali, w którym czuć brak miłości do postaci artystki. Podobnie jak w przypadku Marleya, mam poczucie, że pomysł na film nie wyszedł od reżysera, a został zaproponowany przez osobę z zewnątrz, bo brak tu jakiejkolwiek chęci wyciągnięcia z tej historii czegoś więcej.

Whitney Houston na American Music Awards

Jako fan twórczości Whitney Houston muszę jednak zaznaczyć – na ten moment nic lepszego, o prawdopodobnie najwybitniejszej wokalistce popowej XX wieku nie znajdziecie. Nadal można się tu wzruszyć, przypomnieć sobie najwspanialsze utwory – w odnowionym wydaniu, czy zobaczyć odrestaurowane wersje teledysków. Szkoda tylko, że po raz kolejny zmarnowano potencjał, ale może w przypadku opowieści o Whitney Houston jest to akurat adekwatne.

3/5
Nieudana wersja Warlikowskiego, w chwilach wolnych od żartów z problemów pierwszego świata i nagłaśniania koncertów, ogląda palące stodoły Tarkowskiego. A na poważnie – kocha Włochy, Lyncha, Linklaterowską stylistykę i filmy o niczym i miłości. Muzycznie utknął na mixie Collinsa z Radiohead. Prywatnie marzy o ciepłej kawie, książce i uśmiechu osoby obok.