„Wilkołak” – psy szczekają… i nic z tego nie wynika – Recenzja

Podczas Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni miałem nierzadko okazję usłyszeć, że jakaś produkcja jest „dobra, jak na polską”. „Wilkołak” w reżyserii Adriana Panka miał w tej kwestii jeszcze łatwiej – nie kręci się bowiem w Polsce horrorów zbyt często, a jeszcze rzadziej którykolwiek z nich wywołuje tak szerokie zainteresowanie przed swoją premierą. W tym wypadku wystarczył wrzucony w social media wyróżniający się plakat i intrygujący zarys fabuły, żeby filmowi blogerzy podchwycili temat i zaczęli dmuchać ten balonik. Sytuacja wydaje się być niemal identyczna, jak ta podczas premiery „Cichego miejsca”, efekt w obu wypadkach nie powala, a żeby to pięknie podsumować posłużę się słowami kolegi Walczaka: „nic szczególnie nowego w świecie, gdzie strach wchodzi na n-te gęstości, a tutaj dalej nas straszą wyskakiwaniem brzydkich rzeczy zza rogu.

Za brzydkie rzeczy w przypadku „Wilkołaka” służą – a jakżeby inaczej – szczekające, głodne wilki. Ten oczywisty jumpscare twórcy postanowili wyzyskać do granic możliwości – w taki sposób, że w szczytowym momencie otrzymujemy scenę, w której bohaterowie filmu podbiegają do każdego otwartego w domu okna i przy każdym z osobna ma nas przestraszyć dosłownie ten sam zabieg. Ciężko powiedzieć czy świadczy to o słabości scenariusza, czy najzwyczajniej w świecie montażyście filmu brak wyobraźni – choć w tym wypadku stawiałbym na oba.

Wilkołak
fot. kadr z filmu „Wilkołak”/Balapolis
Zobacz również: Trwaj chwilo, jesteś piękna – czyli esej o „Przed wschodem słońca”

Boli to tym bardziej, bo film posiada naprawdę solidne fundamenty – świat przedstawiony pozwala z łatwością wciągnąć się w powojenną traumę, gdzie brak zaufania i strach wypełniają ludzkie relacje na tyle skutecznie, że nawet milczące wilki wywoływałyby srogi lęk. Niestety, z każdym kolejnym wydobytym dźwiękiem, film tylko traci na wartości artystycznej. Nie pomagają nawet immersyjne kadry, łączące w sobie enigmatyczność i niepokój „Twin Peaks”, z surowością i naturalnością „Syna Szawła”Dominik Danilczyk skomponował tutaj bezsprzecznie najciekawsze zdjęcia polskiego kina A.D. 2018.

Opowiadając o niewykorzystanym potencjale stylistycznym, trzeba powoli przejść do ukrytego wewnątrz ponurego lasu serca historii – mianowicie do gromadki dzieci, wyzwolonych z nazistowskiego obozu, nad którymi opiekę sprawuję zaledwie dwudziestoletnia dziewczyna. To wśród tych dzieci zdaje się czaić tytułowy wilkołak – ktoś bowiem musi zapanować nad wygłodniałym stadem, zagrażającym bezpiecznemu azylowi w opuszczonym pałacu. Ciekawy wątek, w którym można zadać wiele pytań o moralność, pozycję siły i przeprowadzić parę ciekawych eksperymentów nad swoimi postaciami, sprowadzony zostaje do schematycznej gierki jednego z bohaterów, który choć na początku zdawał się skrywać psychotyczny potencjał, tak na końcu niezamierzenie irytuje.

Wilkołak
fot. kadr z filmu „Wilkołak”/Balapolis
Zobacz również: „Wszystko z nami w porządku”, czyli ciężkie życie polskiego indyka

Nie należy za to oczywiście winić aktorów, wręcz przeciwnie – dla dzieciaków wyłącznie czapki z głów, bo grając charaktery wyzute z ludzkich odruchów i kierujące się prymitywnymi instynktami, ciężko nie popaść w patos, czy po prostu aktorsko przeszarżować. U nich wojenna trauma wypisana jest na twarzy tak wyraźnie, że aż zaskakujące jak łatwo twórcom udało się doprowadzić do sytuacji, w których, ponownie, niezamierzenie irytują. Popełnione błędy da się zauważyć bez szczególnie wnikliwej wiwisekcji – reżyser traktuje swoje postacie po macoszemu, wkładając w ich usta słowa działające niczym supermoce (to żadne nawiązanie do klasyki, a zwyczajny kicz), lub tworząc w domyśle pełne napięcia relacje bohaterów, poza scenami ukazanymi na ekranie. W efekcie Panka nie interesuje żaden psychologiczny suspens, a tylko to, żeby widz pamiętał, że wilki są szybkie, mogą ugryźć i przede wszystkim potrafią głośno szczekać!

Kino grozy nowej fali po raz kolejny musi się więc bronić przed fałszywymi prorokami. Tak jak w przypadku horroru Krasinskiego – łatwo zbyt szybko zachwycić się awangardową formą o niewątpliwej jakości. Niestety odwaga twórców kończy się w momencie, kiedy muszą wybrać pomiędzy widzem podskakującym w fotelu, a widzem którego lęk zżera od środka –bo ten drugi widz jest o wiele bardziej niekomfortowy, ten drugi widz jest przede wszystkim niebezpiecznie błyskotliwy, a po seansie nie krzyczy z dumą, że „w ogóle nie straszne!”. „Wilkołak” to żadna rewolucja, a pasmo zmarnowanych okazji. Niesmak pozostał, ale wciąż jest nadzieja – środki bowiem są na miejscu, teraz tylko potrzeba polskiego Mitchella lub Astera, kogoś kto będzie gotów wziąć polskiego widza na jazdę, i zaryzykować że ten sam widz tej jazdy nie zrozumie.


1/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.