Wkraczając w świat Gaspara Noé

W którejś recenzji nowego filmu Gaspara Noé przeczytałem ostatnio arcyciekawe zdanie: „W kinie Gaspara zawsze jest trzecia nad ranem i balety mają się ku końcowi, wyczerpane jak używki, odsłaniając wówczas zbiorową podświadomość(..)”. Możnaby rzec, że twierdzenie to jest uniwersalne zarówno jeśli chodzi o przeżycia wewnętrzne bohaterów jego filmów, jak też widzów poddanych narkotycznej magii widowiska serwowanego przez ekscentrycznego niczym Doktor Caligari twórcę. Filmy Noe nie tylko nie są bowiem czymś, co możemy puścić sobie w tle podczas luźniejszego spotkania ze znajomymi, one są wręcz nieprzyjemne dla zmysłów.


TEKST ZAWIERA SPOILERY Z FILMÓW GASPARA NOÉ


Gaspara Noe
kadr z filmu „Nieodwracalne”

Oglądając „Carne” czujemy wstręt do samego filmu, jego bohaterów. Wyobrażamy sobie reżysera jako demiurga obrzydliwości, kręcącego film tylko w celu pognębienia naszej wrażliwości. W 2002 roku, podczas projekcji „Nieodwracalnego” na Festiwalu w Cannes kilkaset osób było zmuszonych do opuszczenia sali z powodu omdleń. Słynna scena gwałtu na Monice Bellucci raziła tak nieposkromioną, naturalistyczną i niesprawiedliwą przemocą, że dla wielu okazała się zwyczajnie nie do wytrzymania.

Podobnie w niedawnym „Love” seks jest ukazany w sposób stricte fizyczny, jako czynność zbliżona do defekacji czy smarkania zakatarzonego nosa. Niby między bohaterami czuć chemię, niby widać właściwe początkom związków zauroczenie, ale czujny widz w maratonie kompulsywnego seksu i narkotykowych orgii dostrzeże niepokojącą konkluzję. Seks dla bohaterów jest sposobem na radzenie sobie z emocjonalnymi problemami, własnym wybrakowaniem i stopniowym zanikiem moralnej dyscypliny. Zresztą tak naprawdę Noé oskarża w swoim filmie całe francuskie społeczeństwo, scena z policjantem doradzającym Murphy’emu otwarty związek z Elektrą jest aż nadto wymowna. Reżyser po kryjomu zakłada krwawą, prokuratorską czerwień i rzuca ukryte J’Accuse, uwypuklając kompleksy i definiując społeczeństwo V Republiki. Nieme oskarżenie dostaje się także Majowi 68’ i Rewolcie Studenckiej. Noé próbuje nam udowodnić, że z haseł: „Egalité! Liberté! Sexualité!” pozostał tylko pusty nihilizm i stopniowe zatracanie się w wywalczonych przez starsze pokolenia swobodach obyczajowych.

Gaspara Noe
kadr z filmu „Sam przeciw wszystkim”

Abstrahując jednak od politykowania i społecznych diagnoz w wykonaniu Argentyńczyka, „Love”, tak samo jak inne filmy Gaspara jest przede wszystkim opowieścią o toksycznych emocjach, zżerających dusze głównych bohaterów niczym mentalny rak. Zabawne jest tez to, jak reżyser potrafi bawić się emocjami widzów. W początkowej fazie „Love” trudno nie zazdrościć Murphy’emu zmysłowego handjoba czy trójkąta z dwoma seksownymi kobietami. W miarę rozwoju fabuły widzimy jednak grecką tragedię która rozgrywa się na naszych oczach, nieprzyjemnie się ją ogląda, lecz z drugiej strony oglądamy ją z fascynacją. W „Nieodwracalnym” od samego początku wiemy, że coś poszło nie tak. Nocny chaos na ulicach Paryża, wzburzenie Vincenta Cassela próbującego uderzyć prostytutkę, walącego śmietnikiem w szybę taksówki.

Stopniowo zaczynamy uosabiać się z głównym bohaterem, widzimy potworności, które zostały wyrządzone jego żonie, jesteśmy świadomi całego kontekstu, kłótni małżonków i tego, że nie zdążyli się pogodzić. Już w momencie gwałtu na Monice Bellucci z całego serca życzymy śmierci bestialskiemu gwałcicielowi. Podczas sceny w gejowskim klubie razem z bohaterem aż gotujemy się z zemsty, co dodatkowo podsyca próba kolejnego gwałtu, tym razem na Casselu. Brawurowa akcja Dupontela, który zabija zwyrodnialca przynosi nam chorą ulgę. Zło zostało ukarane, dobro zatriumfowało, czas iść do domu. Dopiero, kiedy emocje opadają, zdajemy sobie sprawę, że razem z bohaterem dokonaliśmy zbrodni. Był obrzydliwą kreaturą, ale przecież też człowiekiem. Zabiliśmy go tak samo jak Dupontel. Już nigdy nie wstanie i nie zostanie wyleczony, zamknięty. Bo nie żyje. W ciągu dwóch godzin staliśmy się mordercami. Łatwo poszło, prawda, panie Noè?

Celowo nie wspominałem wcześniej o „Wkraczając w pustkę”. Jest to zdecydowanie  najciężej strawny film Gaspara. Przez ponad dwie godziny wędrujemy przez podlewane gęstym, psychodelicznym sosem z szyszynki Tokio jako dusza zastrzelonego przez japońskich stróży prawa dilera. Tak jak w wyżej wymienionych dziełach, tutaj też cały czas jest noc, Tokio reżysera wydaje się jednak zupełnie inne niż zapamiętane chociażby z „Między słowami”, „Tokio Drift” czy popularnych na Youtube videoblogów Krzysztofa Gonciarza.  Obca i niezrozumiała dla Europejczyków metropolia z dramatu Sofii Coppolli strasząca głupawymi programami w telewizji i niepokonaną barierą językową istotnie nie wydaje się zachęcającym miejscem do życia dla Gaijina. Ale już pachnące olejem silnikowym i rozkrzyczane od wszechobecnych imprez, z umieszczoną pośrodku niczym serce miasta Shibuyą mogłoby skusić niejednego fana życia na krawędzi.

Gaspara Noe
kadr z filmu „Enter the Void”

Tym bardziej, że główny bohater „Tokyo Drift” mimo swojej niefrasobliwości i typowo jankeskiej zadziorności nie ma problemu z aklimatyzacją w azjatyckim megalopolis. Bohaterowie „Wkraczając w pustkę” mają problemy z aklimatyzacją nie tylko w Tokio, ale też w życiu. Ona striptizerka, on diler. Oboje niczym wyjęci z polskiego dramatu społecznego z lat dwutysięcznych. Tokio ukazane poprzez ich postacie przypomina trochę Nowy Jork z „Taksówkarza”. Miasto rozpusty, grzechu, Sodoma i Gomora, azjatycki Babilon. Jeśli kiedykolwiek będę chciał zwiedzić jakieś miasto, poczekam, aż Gaspar Noé umieści w nim akcję swojego nowego filmu i mi je zohydzi. Podobnie jak w Paryżu z „Nieodwracalnego”, tutaj też nigdy nie wstaje dzień, ludzie są z gruntu źli i zapatrzeni w siebie, zwierzęcy. Neony kuszące seksem, głośną muzyką i wszechobecną konsumpcją tutaj jawią się jako otwarte zaproszenie do piekła legalnej prostytucji, ecstasy i w konsekwencji zagubienia.

W „Między słowami” mimo ukazania ogromnej bariery kulturowej widać było pewien japoński porządek, spokój shintoistycznych świątyń i ogrodów skontrastowany z ruchliwymi ulicami Shinjuku. W filmie Noé nie ma spokoju. Jest tylko powolna droga na dno, z rzadka jedynie przetykana szczęśliwymi wspomnieniami lepszej przeszłości. W „Nieodwracalnym” mieliśmy zemstę, we „Wkraczając w pustkę” mamy niby odkupienie, narodziny nowego człowieka, w którego wciela się dusza głównego bohatera. Nie czujemy jednak żadnej satysfakcji z tego faktu, gdyż mamy świadomość, że to tylko kolejna część sansary, ciągłej wędrówki dusz i nigdzie nie jest powiedziane, w która stronę pójdzie następne wcielenie. Możemy mieć tylko nadzieję. Właśnie z powodu ciągłego wędrowania duszy po nocnym Tokio, rzadkości dialogów i powtarzalności ujęć film wydaje się ciężkostrawny niczym karkówka z grilla dla osoby z dyspepsją.

Gaspara Noe
kadr z filmu „Love”
Zobacz również: „Zimna wojna” – Recenzja

Czy Gaspar Noé jest jednak moralizatorem? We „Wkraczając w pustkę” odkupieniem jest urodzenie nowego dziecka, we wszystkich trzech opisanych filmach współczesna cywilizacja konsumpcjonizmu i samo społeczeństwo ukazane jest jako to, które zbłądziło. Przygodny seks nie przynosi ulgi, nie dają jej narkotyki, swingowanie ani współczesny styl życia, głoszący postmodernistyczny subiektywizm i hedonistyczne podejście do życiowych problemów. Postawa Noé przypomina mi trochę przebijającą z kart wszystkich niemalże książek Houllebeca krytykę współczesnej kultury, subtelniej jednak zakamuflowaną pod maską wszechobecnej przemocy, zła i początkowej radochy czerpanej z ćpania. Konkludując, filmy Argentyńczyka przypominają nieco pod względem rozwoju fabuły i tematyki przypowieściowe filmiki puszczane niegdyś na lekcjach religii, mamiące nas jednak jako widzów pozorną ekscytacją nocnym życiem i niemające tak prostych rozwiązań a niekiedy niemające ich wcale. Ale to właśnie w filmach Noé lubimy chyba najbardziej.

Jako przyszły magister dziennikarstwa i pasjonat krwawej historii Europy chętnie cofnąłbym się do XV wieku i napisał reportaż z wojny religijnej. Z chęcią wybrałbym się na koncert RHCP np. rowerem, gdyż jestem cyklistą z zamiłowania. Uwielbiam filmy Lyncha i stare arcydzieła kina.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.