„Wszyscy wiedzą” [o filmie Farhadiego] – Recenzja

Kiedy ostatni raz głośno było o Asgharze Farhadim, święcił on sukcesy m.in. na Oscarach za sprawą swojego Klienta. Jego nazwisko odbiło się jeszcze szerszym echem, kiedy nowo wybrany prezydent Trump zawiesił wielu mieszkańcom Bliskiego Wschodu wstęp do USA. Farhadi, w ramach protestu, nie poleciał na ceremonię rozdania nagród. Tak się składa, że zdobył wówczas nagrodę Akademii. Minęły dwa lata, a o najnowszym filmie wybitnego Irańczyka w kontekście nagród (czy w ogóle w jakimkolwiek kontekście) cicho. Był udział w konkursie w Cannes i nagle hype prysł. Spisek Okcydentu przeciw Teheranowi? Nie tym razem. Reżyser pokusił się na współpracę z hiszpańskimi gwiazdami, wysoki budżet i kino gatunkowe. Właśnie dlatego o Wszyscy wiedzą jest tak głucho.

Akcja, podobnie jak w poprzednich filmach reżysera, koncentruje się na rodzinnych sporach. Wesele siostry sprowadza wychodźczynię Laurę (Penelope Cruz) i jej rodzinę z powrotem na familijną, hiszpańską prowincję. Tam spotyka ona swoją dawną miłość – Paco (Javier Bardem), który nieźle uwłaszczył się na rodzinnej posiadłości bohaterki. Kiedy córka Laury zostaje porwana w trakcie weselnej hulanki, na światło dzienne zaczynają wychodzić coraz to nieprzyjemniejsze niesnaski rodzinne. Okazuje się, że wszyscy we wiosce znają pewien sekret, o którym nie chcą mówić głośno.

Chciałbym, żeby to było jasne – jestem adoratorem kinematografii Farhadiego. Absolutnie uwielbiam go jako filmowego socjologa i biokonstruktora społecznej tkanki kina. We Wszyscy wiedzą Irańczyk nie zapomina, co jest podstawą jego filmów i skrzętnie wykorzystuje konflikty o ziemię, podskórne podejrzenia i ukryte uprzedzenia, jakie postacie żywią wobec siebie. Te klasycznie motywy eksploatowane są przez przenikliwe, fantastycznie napisane dialogi. Ale już tutaj gołym okiem widać uchybienia. Reżyser zakłada sam na siebie kaftan bezpieczeństwa, opatulając swoje kino w ramy gatunkowe dreszczowca, nie pozwalając wybrzmieć wiodącym konfliktom. O ile społeczne uwarunkowania są u niego zwykle przedstawiane jako kryminalne sprawy wagi życia i śmierci, tutaj zbyt często bohaterowie poddają kolejne narastające problemy bez walki… Znów Farhadi dobrze odczytuje napięcia i transgresje, grzechy przeszłości Laury i Paco, ale rezultat nie mizerny – clue całej opowieści to rozmyta gdzieś, ślepa pointa familijna, która już dawno wyleciała mi z głowy. Ani to satysfakcjonujące, ani oczyszczające emocjonalnie. Miejscami jest wręcz mdło.

Wygląda trochę na to, że Irańczyk dał się spłoszyć, że za bardzo zależało mu na sportretowaniu samej prowincji, a za mało na klasycznej tragizacji bohaterów. Cierpi na tym rozwlekana boleśnie akcja i same postacie. Często uchodzi stąd werwa thrillera, a jeśli już się pojawia, to jest ona usilnie galwanizowana przez Farhadiego dramatyczną muzyką i tymi dziwnymi wariacjami iberojęzycznego suspensu. I chociaż nie jest to jakkolwiek wysublimowany zarzut, Wszyscy wiedzą to po prostu produkcja nudna. To po części wina zbyt wąskiego scenariusza – perski twórca potrafił przecież w poprzednich latach zachwycić tematyką społeczno-rodzinną, nawet w tych „gorszych” dziełach (np. we francuskiej Przeszłości) – chociaż mówię to z przekąsem, bo to wciąż wysoka klasa dramatu.

Niestety, reżyser-scenarzysta zapomniał o tym, co czyni jego utwory tak wyjątkowymi: to wielowarstwowe konteksty, wartościowe szczegóły, skryte gdzieś głęboko tajemnice konstytuowały jego małe opowieści o zwykłych ludziach w pełnowymiarowe dramaty kryminalne (lawina takich wydarzeń spadła chociażby na bohaterów Rozstania), które ogląda się z autentycznym zaciekawieniem i zimną krwią. Tego bodaj najbardziej tutaj brakuje – sam tytuł insynuuje już pewien sekret, który po kilkudziesięciu minutach seansu staje się aż nachalnie oczywisty. Znaczy to mniej więcej tyle, że mimo zachowania swojego dramatycznego stylu Farhadi nie zaskakuje niczym widza, nie wyrządza mu etycznego kuku, nie relatywizuje moralnych uniwersaliów. Nie jest nawet wtórny – to mogłoby jeszcze coś uratować.

W filmie błyszczą gwiazdy hiszpańskiej estrady kinowej: Javier Bardem, Penelope Cruz, gość z Dzikich historii (Ricardo Darín). Trzeba dodać, że to też nietypowy ruch, bo u Farhadiego ze świecą szukać jakichś szerzej znanych na świecie gwiazd. Otrzymujemy zatem bardzo dobre występy, imponujące zarówno umiejętnościami, jak i blichtrem, lecz role te same w sobie nie są efektywne. Rzuca się w oczy znakomity warsztat aktorski, ale nie czyni on samego filmu jakkolwiek wyjątkowym, poza pojedynczymi scenami, gdy postacie z werwą dialogują i kluczą wokół głównej intrygi. Z kolei drugi plan to niewdzięczne tło, pałętające się bez celu, doprawdy zagubione w pozornie wielowątkowych scenach, gdzie lawinowo i bezkonsekwentnie rzucane są kwestie i wykonywane gesty. Rzutuje to na smutnej postseansowej refleksji, że ładunek emocjonalny jest zbyt rozparcelowany, że historia to neotelenowela, która czeka na następny odcinek. Ergo – co piszę z głębokim zawodem – film się dłużył i nużył.

Przyczepiłem się na początku wysokiego budżetu. Spokojnie, to tylko moja prywatne pomówienie, nie żałuję Farhadiemu pieniędzy, one mu się zwyczajnie należą. Ale budżet to tylko pretekst, by zwrócić uwagę na bardziej prestiżowy wymiar najnowszego projektu Persa. Przez ekipę techniczną przewijają się niebagatelne hiszpańskie nazwiska ludzi, którzy współpracowali z takimi tuzami jak: Pedro Almodóvar, Alejandro Amenábar czy Carlos Saura. To i wiele innych czynników podniosło, powiedzielibyśmy, logistyczny i jakościowy wymiar filmu, co czyni go, po mieszczańsku, przyjemnym i dla oka, i dla ucha. Ale otwarte przestrzenie i nader wyraziste zdjęcia zdają się jakoś kłócić z apanażem reżyserskim Farhadiego. Tym samym więcej tu udramatyzowania niż faktycznego dramatu. To osobista refleksja, ale na co Irańczykowi tak europejskie, nieprzystające mu, nader zwyczajne historie, z których właściwie nic specjalnie nie wynika? Koniec refleksji.

Myślę, że fani pana reżysera i tak obejrzą ten film. Co do elektoratu niezdecydowanego: ciężko mi sprzedać wam coś mocnego. To dreszczyk napięcia upłynniony w trochę zbyt rozwlekłej akcji. Ja, mimo wszystko, z chęcią pójdę jeszcze raz, bo są tu subtelne ślady porządnego rozprawienia się z matrymonialnymi porachunkami i niezabliźnionymi ranami. Jak za starych, dobrych czasów. No, może to subtelność i delikatność przekazu, a może jednak niewypał.


2.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.