„Wyspa psów” – Recenzja

„Wyspa psów” (fot. Imperial CinePix)
„Wyspa psów” (fot. Imperial CinePix)

Niecały tydzień przed tym, gdy świat ogarnie walka o Kamienie Nieskończoności, na ekrany polskich kin wszedł najnowszy film Wesa Andersona, nagrodzony w Berlinie Srebrnym Niedźwiedziem za reżyserię. W tej pięknej poklatkowej animacji poruszony został o wiele istotniejszy problem niż losy Wszechświata. Jeden z najbardziej charakterystycznych twórców współczesnego Hollywood opowiada nam historię najlepszych przyjaciół człowieka, zesłanych w wyniku spisku na Wyspę Psów.

„Kocham psy” – to zdanie Anderson przemyca nam już w formie angielskojęzycznej tytułowej gry słownej, a cała produkcja stanowi wielkie potwierdzenie tych słów. Reżyser opowiada historię, w której czworonogi grają pierwsze skrzypce – są urocze, momentami niebezpieczne, wierne, czułe i honorowe. Każdy, kto łączy posiadanie psa i serca, po seansie wymiętosi swojego pupila, wyjdzie z nim na długi spacer i da smakołyk schowany w szafce.

Akcja filmu rozgrywa się na japońskojęzycznej wyspie, na której bezwzględną władzę sprawuje burmistrz miasta Megasaki, Kobayashi. Sama narracja prowadzona jest w taki sposób, że rozumiemy jedynie kwestie wyszczekiwane przez psiaki i wymawiane w języku angielskim; te wypowiadane po japońsku są dla nas albo niezrozumiałe, albo tłumaczone przez tłumacza umieszczonego w świecie przedstawionym.

Wspomniany burmistrz postanawia, rzekomo w trosce o zdrowie i bezpieczeństwo obywateli, wygnać czworonogi na wyspę-wysypisko. Młody chłopiec, krewny Kobayashiego, postanawia na przekór prawu wylecieć samolotem na miejsce zsyłki i odnaleźć swego pupila. Na miejscu trafia na drużynę trzymających się razem psów alfa – Duke’a, Rexa, Bossa, Kinga i Chiefa. Każdy z nich szczeka głosem znanego aktora, co, w połączeniu z inteligentnym humorem zapisanym w scenariuszu, daje niesamowity efekt. Nie sposób nie uśmiechnąć się, słysząc Bryana Cranstona w roli psiego wyrzutka, mając jednocześnie przed oczami wspomnienia z Breaking Bad. Kogo nie rozbawiły monologi Rexa mówione charakterystycznym stylem Edwarda Nortona? Czy usta Billa Murraya nie zostały stworzone specjalnie do tego, żeby wyrazić psie myśli? Albo czy piękny i subtelny głos Scarlett Johansson, na którym Spike Jonze zbudował Her, nie został doskonale wykorzystany tutaj, żeby nakreślić osobowość pięknej i dumnej suczki?

Wes Anderson sięga w swojej animacji po całą plejadę starych sztuczek, które nadal dobrze działają. Zobaczycie tutaj znany sposób kręcenia dialogów, ruchu kamery czy duże ilości symetrycznych kadrów, każdy z nich pełen detali, które urodzić się mogły tylko w pozytywnie dziwnym umyśle reżysera. Podróż z bohaterami daje naprawdę dużo satysfakcji. Odkrywamy coraz to nowe niebezpieczeństwa, uczymy się świata, który reinterpretuje dziedzictwo kina postapokaliptycznego.

Po premierze podniosły się liczne głosy krytykujące film za tani sposób, w jaki naśmiewa się z japońskiej odmienności kulturowej, sprowadzając ją do rangi zwyczajnego dziwactwa. Jest to argument, z którym ciężko polemizować, ale dla mnie samego nie zaważa on na ocenie całości. Być może wynika to z tego, że Japonia nigdy nie była mi w szczególny sposób bliska, a być może z tego, że akceptuję więcej wolności twórczej w produkcji, która ma z założenia być wyjątkowo krzywym zwierciadłem dla naszej rzeczywistości. W końcu, czy ktoś narzekał na brak realizmu w kontekście Grand Budapest Hotel i sposobu, w jaki zarysował swoją wizję Austro-Węgier? Jeśli jednak mam wbić szpilę, to powiedziałbym, że wątek dziejący się w samym Megasaki jest zwyczajnie przydługi i odciąga nas od ciekawszych wydarzeń z tytułowej wyspy.

Jak na film Andersona, Wyspa Psów jest zaskakująco poważna i momentami brutalna. Choć twórca nie szczędził nam nigdy kontrastu między cukierkową kreacją świata a silnymi akcentami, które dodawały inne smaki niż słodki, to, dotychczas, ciężar produkcji przechylał się zwykle w kierunku komedii, stanowiąc odprężające kino familijne. Tym razem równowaga przechyla się w kierunku dramatu z dużą ilością humoru. Być może należy to po prostu uznać za ewolucję twórczości Amerykanina.

Jeśli jesteście miłośnikami psów, szukacie dobrej zabawy, lubicie animacje lub po prostu chcecie przeczekać atak Thanosa na jakimś mniejszym, bardziej artystycznym filmie, z bohaterami którzy naprawdę dadzą się polubić, nie wahajcie się – kupujcie bilety i lećcie za młodym Kobayashim na Wyspę Psów!

4/5

Lubię w kinie silne charaktery i konfrontacje między nimi. Pasjonują mnie wszelkie okołoludzkie atawizmy, nieważne czy wyrażane poprzez podróż w nieznane zakątki świata, ucieczkę od codzienności czy wielogodzinne rozmowy pozbawione konwenansów. Nie uznaję tabu. Kocham zabawy konwencją; zarówno w formie jak i treści utworów.