Z miłości do kina. Recenzja „Suspirii” Luki Guadagnino

Pewnych świętości się nie tyka. Istnieją w sztuce dzieła, za remake’owanie których z urzędu należy się ostracyzm i kara zakazu wykonywania zawodu filmowca. Próby ponownego uchwycenia pierwotnej magii i kunsztu, które stoją za klasykami kina z reguły spalają na panewce, bowiem unikalne sploty okoliczności, prowadzące do synergicznej, kinematograficznej eksplozji to zjawiska unikatowe, nie do odtworzenia w warunkach laboratoryjnych.

Mniej więcej taki wstęp chodził mi po głowie od momentu, kiedy przyklepałem sobie prawo do recenzowania nowej Suspirii. Oryginał to ścisłe top 2 moich ulubionych filmów w historii, muzyczny motyw przewodni jest dzwonkiem mojego telefonu, a wszelkie opracowania czy plakaty ściągam z drugiego końca świata. Dlatego też od dawna szykowałem sobie uszczypliwe komentarze, steki wyzwisk w stronę twórców i zestawienia starego z nowym, w których to oczywiście stare nokautuje nowe już w pierwszej rundzie. No i co? No i przyszedł pan reżyser Luca Guadagnino i przy pomocy swojego filmu nafaszerował mnie jakimiś psychodelikami, skopał po nerach, po czym wyrzucił z samolotu lecącego gdzieś nad siódmym kręgiem piekła.

Fot. materiały prasowe
Fot. materiały prasowe

Szczątkowy zarys fabuły pozostaje ten sam, co w zacnym protoplaście – Amerykanka Suzy Bannion przybywa do prestiżowej akademii tańca, która służy za siedliszcze pradawnych wiedźm. W szkole dziać zaczynają się coraz dziwniejsze i bardziej podejrzane rzeczy, dziewczęta próbują dociec prawdy, a całość zyskuje coraz to bardziej psychodeliczny charakter. W tych prostych ramach, które Argento posłużyły do utkania rozgorączkowanej baśni, Guadagnino umieszcza zaangażowaną politycznie i społecznie przypowieść o kobiecości. Zestawia jej efemeryczną powierzchowność z podniesioną wręcz do rangi fantastyczności wewnętrzną siłą, a całość umieszcza w niegościnnych progach targanego terroryzmem i społecznymi niepokojami Berlina w mrocznych czasach na długo przed upadkiem Muru. Działania konwentu wiedźm rezonują w nowej Suspirii z przewijającymi się w tle doniesieniami o terrorystycznej działalności grupy Baader Meinhof, jednak ich cele, które sygnalizuje w filmie reżyser, nie mają wydźwięku czysto politycznego. Siłą napędową wiedźm jest mizoandryczna chęć wzięcia odwetu na mężczyznach, obwinianych za całe zło świata, a zwłaszcza za los, który każdego dnia, nawet w skali mikro, gotują kobietom.

Zobacz również: Wprowadzenie do serialu „Ślepnąc od Świateł”

Całe dzieło orbituje wokół kobiet, postaci męskie policzyć można na palcach jednej ręki, a kiedy weźmiemy pod uwagę, że jeden z nich jest traktowany przez szkolny personel jako dziwaczny, uwsteczniony eksponat, którego jedyną wartością i źródłem niepohamowanego śmiechu jest zabawny ogonek, wiszący miedzy nogami, a w rolę drugiego wciela się kobieta, co zresztą zdaje się subtelnie korespondować z charakterystyką postaci, mamy jasny obraz tego, kto w Suspirii pociąga za sznurki. W cechującej się smolistym poczuciem czarnego humoru konkluzji Guadagnino mówi jednak, że to nie płeć jest determinantą zasługiwania na nienawiść, tylko ogólna przynależność do gatunku ludzkiego. Zapalczywy idealizm i nihilizm przenikają się w Suspirii niemal nieustannie, prowadząc do katartycznego finału, który jest czymś, co ustanowiło mój punkt odniesienia w kwestii kinematograficznej frenezji i precyzji w ukazaniu entropii.

Fot. kadr z filmu Suspiria
Fot. kadr z filmu Suspiria

Właśnie, frenezja. To słowo klucz, którym można by w zasadzie zacząć, rozwinąć i skończyć opisywać oryginalną Suspirię. W remake’u jednak nie jest ona tak oczywista. Guadagnino zdecydował się kolorystycznie wyciszyć mury akademii, nie bombarduje również widza prog-rockową kakofonią, a przynajmniej nie robi tego bez przerwy. Rolę jaskrawoczerwonych korytarzy przejęły sale prób wypełnione lustrami, a ścieżka dźwiękowa, której autorem jest mający Radio zamiast Głowy Thom Yorke częściej operuje delikatnie muskanymi klawiszami i ambientowymi loopami, niż wkręcającymi się w mózg piskliwymi riffami prosto z koszmarów sennych epileptyka, choć i tych w odpowiednich momentach nie brakuje. Rozgorączkowany nastrój arcydzieła Dario Argento zastąpiony został chłodnymi, szarymi wnętrzami, gdzie to odpowiednie operowanie językiem filmowym pozwala wyczuć tkwiące gdzieś pod powierzchnią szaleństwo. Manualna, pełna niespodziewanych zoomów i rozedrgana praca kamery w nowej Suspirii jest zarówno hołdem dla całego Giallo, jak i mistrzowskim popisem znajomości historii kina i wizualnej narracji na poziomie porównywalnym, lub nawet przewyższającym The Love Witch.

Zobacz również: Recenzję „Halloween”

To samo powiedzieć można o montażu, który początkowo zdaje się nie mieć najmniejszego sensu – wycięte są kilkusekundowe fragmenty scen, często dostajemy ujęcia spoza głównej osi akcji, a statyczne sceny rozmów zmontowane są jak film akcji – jednak im dalej w las, tym bardziej czuć rytm w tych chaotycznych działaniach i paradoksalnie okazuje się, że wpływają one pozytywnie na immersję i wtopienie się w ten narastająco psychodeliczny świat. Zwłaszcza, że Suspiria 2018 poświęca tańcowi zdecydowanie więcej uwagi niż film z 1977 roku. Ten chaotyczny montaż z początkowych etapów filmu okazuje się idealnie pasować do rozbudowanych, otoczonych w filmie mistycyzmem scen tańca. Tańca, który równocześnie jest cechą charakteryzującą bohaterki, jak i rytuałem, równorzędnym z magicznymi inkantacjami czy zaklęciami.

Scenografia, kostiumy, montaż i praca operatorska w wyraźny i celowy sposób kreują też jednocześnie wyzywający i subtelny erotyzm, emanujący z bohaterek, w tym wypadku głównie z fenomenalnej Dakoty Johnson w roli Suzy Bannion, która poziomem kreacji dorosła do uniwersalnie (i zwykle słusznie) hołubionej Tildy Swinton, kreującej dwie, doskonałe postacie i swoją charyzmą skupiającą na sobie wszystkie spojrzenia. Jeśli ktoś kiedyś powie, że Dakota Johnson jest słabą aktorką, pokażcie mu dowolną scenę z dzieła Guadagnino. Johnson w mgnieniu oka przechodzi wiarygodnie od niewinnej, spłoszonej dziewczynki, do magnetycznego wampa, nie gubiąc przy tym ani na chwilę spójności postaci. Ten kobiecy erotyzm jest manifestacją władzy, którą wiedźmy chcą przejąć nad społeczeństwem, symbolem przewagi i bronią w walce z uciskającymi kobiety mężczyznami.

Fot. kadr z filmu Suspiria
Fot. kadr z filmu Suspiria

Reżyser nowej Suspirii powiedział w którymś z wywiadów, że nie ma ambicji kręcić remake’u oryginału, a skupiać się będzie na odczuciach, które towarzyszyły mu, kiedy po raz pierwszy widział dzieło Dario Argento. Brzmi jak standardowy tekst w stylu “mam oczywiście duży szacunek do oryginału, ale chcę nadać mu własny sznyt”, co z reguły tłumaczyć należy na “można na tym zarobić”, ale po seansie jego interpretacji klasyka doskonale wiem, co miał na myśli. Rozwija i nadaje drugie dno wątkom, które w oryginale potraktowane zostały po macoszemu (nie jest to zarzut, tylko wypadkowa obranej konwencji baśni), oddaje absurdalny, oniryczny charakter oryginału poprzez operatorkę i montaż, które wymykają się logice, a także reinterpretuje na własny sposób czysto sensoryczne bodźcie, których dostarczała pierwotna wersja, żeby wprowadzić widza w stan narkotycznych majaków.

Zobacz również: Recenzję „Dziewczyny w sieci pająka”

Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś mógł nakręcić remake jednego z filmów mojego życia lepiej, niż zrobił to Luca Guadagnino. Jedyną rzeczą, która w mojej ocenie oddziela ten film od oceny 5/5 jest czas jego trwania. Ponad dwie i pół godziny seansu, mimo że od początku do końca stanowią przemyślaną całość, w pewnym momencie, po około godzinie utrzymywania się na jednym, stosunkowo niskim poziomie intensywności, zaczynają nużyć. Znużenie zupełnie mija wraz z nadejściem szóstego aktu, jednak niedoprowadzenie do niego wcale, możliwe choćby przez skrócenie filmu o te pół godziny, dostarczyłoby nam arcydzieła. A tak, pozostaje mieć nadzieję, że Luca Guadagnino, który udowodnił właśnie, że rozumie ten film jak nikt inny, wyda wersję reżyserską w duchu swojego dzieła, wywracając oczekiwania i standardowe podejście do tematu – nie dłuższą, a krótszą. Wtedy spokojnie będzie można dodać pół do oceny. Wielkie kino.

 

4.5/5

Miłośnik kina niejednoznacznie wspaniałego. Wierzy, że forma w pewnych warunkach staje się treścią. Jego życie zmieniło się, kiedy obejrzał po raz pierwszy „Martwe Zło 2”.