Zabójcze Maszyny – Zabójcza Recenzja

Zrządzeniem losu spodobał mi się zwiastun filmu, który zaraz będę się starał rozłożyć na łopatki. Zabójcze Maszyny to bowiem flagowy przykład projektu, marnującego swój potencjał spektakularnie, głośno i boleśnie.

Trafiamy do świata po całkowitej zagładzie cywilizacji. Mieszkańcy miast, które przetrwały globalną konfrontację, postawili na przystosowanie się do nowych czasów. Metropolie zamieniły się w potężne maszyny sunące niczym czołgi przez pustkowia Europy, żerując na mniejszych i słabszych miastach. Otwarciem filmu jest pościg ukazujący potęgę Londynu wobec niewielkiego, bawarskiego miasta, w którym, musicie uwierzyć mi na słowo, jest co oglądać.

Od młodości zdana tylko i wyłącznie na siebie, Hester Shaw trafia do Londynu, by zabić jednego z londyńskich przywódców – Thaddeusa Valentine’a. Po nieudanym zamachu, w towarzystwie nieszczęśliwie jej towarzyszącego Toma, stara się raz jeszcze uderzyć w człowieka winnego śmierci jej matki.

Uczciwie przyznaję, że nie znam świata stworzonego przez brytyjskiego pisarza Phillipa Reeve’a. Całkowicie nie spodziewałem się nawet faktu, że Zabójcze Maszyny są adaptacją jakiejkolwiek książki. Wiązało się to z moim kompletnym rozczarowaniem dotyczącym ubogości świata przedstawionego, który może i wygląda olśniewająco i pierwszorzędnie, lecz jest naszkicowany ledwie kilkoma, niesatysfakcjonującymi kreskami.

Widz stoi w rozkroku, bo z jednej strony akcja jest zwarta, klarowna i każde posunięcie jednej czy to drugiej strony ma swój cel. Niestety oznacza to, że film ociera się o liniowość, całkowicie sam siebie kastruje z jakiejkolwiek głębi oraz staje się papierową fasadą, za którą stoi fabularna pustka.

Kadr z filmu „Zabójcze Maszyny”
Zobacz także: Rok z życia Bena Afflecka

60-minutowej wojnie, która ukształtowała świat na nowo, poświęcono może 60 sekund. Aktualnemu układowi sił scenarzyści poświęcają nieco więcej, lecz i tak niewiele. Wszystkie wydarzenia odbijają się echem w pustym świecie, pełnym niedopowiedzeń i frustracji.

Niespodziewaną dla mnie zaletą filmu okazała się być reżyseria. Christian Rivers, obracając się wokół całego tłumu klisz, potrafił uatrakcyjnić widowisko, podać nam na tacy kilka przepięknych obrazków oraz pochwalić się ciekawą wizją mariażu resztek cywilizacji z niejako XIX-wiecznym światem kotłów, pary i stali. Jego reżyseria jest może i bliska do tej Petera Jacksona, ja jednak przychylałbym się do stwierdzenia, że jest to spowodowane scenariuszem, który właśnie ten niewysoki jegomość napisał z Fran Welsh. Riversowi udało się jednak coś, czego nie dokonał Jackson. Znalazł odpowiednie proporcje pomiędzy efektami komputerowymi, tymi wszystkimi generowanymi tłami, a prawdziwą scenografią. Dzięki temu oglądany przez widza obraz tylko razy niedomaga, podczas gdy cała reszta ujęć zaskakuje swoją szczegółowością oraz naturalnością.

Nie jest winą reżysera, że scenariusz ewidentnie nie daje rady. Czuję w nim taką nieprzyjemną woń odległych już czasów ekranizacji Władcy Pierścieni. Napisany całkowicie na sztywno, bez jakiejkolwiek próby przełamania niektórych scen, które wręcz błagały o nadanie im nieco lżejszego tonu. Wydaje mi się, że Peter Jackson pozostał odrobinę w czasach, gdy stał na piedestale kinematografii, nie zauważając, iż świat się zmienił, a widzowie oczekują czegoś innego. Oczywiście, nie mam tutaj zamiaru lekceważyć warsztatu Nowozelandczyka ani też silić się na szukanie powodów, dla których seria Władcy Pierścieni to złe filmy. Tam jednak pewna podniosłość była częścią obranej konwencji, którą wymusił sam Tolkien tworząc swoje księgi w taki a nie inny sposób. Zabójcze Maszyny wyszły jednak drętwo, bez wyrazu i zupełnie nijako.

Kadr z filmu „Zabójcze Maszyny”

Czy jest aż tak źle?

W żadnym wypadku nie. Zawieszenie niewiary jest stosunkowo łatwe, co skutkuje tym, że widz nie musi cierpieć, kwestionując każde wydarzenie, którego jest świadkiem. Aktorzy, może i nie pierwszorzędni, to dają radę i nie mam do ich pracy większych zastrzeżeń. Co więcej, Hera Hilmar, czyli odtwórczyni roli Hester Shaw, zaprezentowała całą paletę emocji mając do dyspozycji jedynie swoje błękitne oczy, czego po takim filmie nigdy bym się nie spodziewał. Zawodzi odrobinę najbardziej utytułowany z aktorskiej ekipy, Hugo Weaving. Jego kreacja głównego antagonisty jest raczej wtórną, rzemieślniczą robotą, w którą nie włożył on zbytniego entuzjazmu. Usprawiedliwić go może jednak fakt, że scenariusz nie dał mu niczego poza długą i piękną, lecz sztuczną czupryną.

Oprawa audiowizualna, na której ewidentnie nie oszczędzano, sprawia, że cały film ogląda się ze względną przyjemnością. Ujrzeć można estetyczne perełki zasługujące na lepszy scenariusz, świat przedstawiony zasługujący na więcej uwagi. Cóż, o ile nie wydaje mi się, by było to trudne zadanie, o tyle nie wydaje mi się, by powstały Zabójcze Maszyny 2. A to przez przebrzmiały budżet filmu, który zapewne nie pozwoli temu filmowi zarobić zbyt wiele.

Czuję ogromny zawód pisząc tę recenzję. Słabiutkie przepisanie książki przez trio, które dało nam Władcę Pierścieni, tym razem zaserwowało nam coś na kształt nieszczęsnej trylogii Hobbita. A ja już nie wiem, który to już raz wystawiam niską ocenę filmowi niepotrafiącemu rozwinąć swoich skrzydeł. To pokazuje jak bardzo wiele zależy w kinie od dobrze napisanego i zbalansowanego scenariusza. Chyba będę musiał zmienić moje kryteria, według których będę wybierać filmy w 2019 roku. Ten na szczęście zapowiada się dużo lepiej niż kończy się rok 2018.

2/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.