„Fantastyczne zwierzęta: zbrodnie Grindelwalda” – Recenzja

Dwa lata temu, w ciągu zaledwie dziesięciu miesięcy, na ekranach kin mogliśmy obejrzeć kontynuacje dwóch wielkich filmów mojego dzieciństwa – VII epizod Gwiezdnych wojen oraz prequel opowieści o pewnym młodym czarodzieju, którego nie trzeba nikomu przedstawiać – Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. I o ile żaden z tych filmów nie wywarł na mnie zbyt dobrego wrażenia, tak uważam że film Yatesa i Rowling stanowi wzór tego, jak rozwinąć świat przedstawiony, zachowując całkowitą spójność z tym, co do tej pory stworzono. Choć już niekoniecznie jako wzór prowadzenia fabuły. Nowe ministerstwo, akcja poza Hogwartem, subtelne różnice w słownictwie używanym przez brytyjskich i amerykańskich czarodziejów czy wreszcie sama zmiana czasu akcji na lata 20 XX wieku wniosły dużo świeżości do świata, który z jednej strony znamy już bardzo dobrze, a z drugiej mamy w nim nadal mnóstwo do odkrycia. Tym bardziej żałowałem, że kolejne odkrywane fabularne karty były przeważnie rozczarowujące.

Z tych powodów, drugiej części filmu oczekiwałem z zaciekawieniem, ale i dużą dozą sceptycyzmu. Choć niewątpliwie cieszył mnie castingowy wybór Jude’a Law na Albusa Dumbledore’a, to Grindelwald w interpretacji Johnny’ego Deppa napawał obawą przed Jackiem Sparrowem świata czarodziei.

HOGWART

Zwiastuny produkcji eksponowały znany każdemu fanowi zamek jako jedno z miejsc akcji filmu. I faktycznie, twórcy zabierają nas do Hogwartu, na każdym kroku puszczając oko do weteranów serii. Młody Dumbledore uczący obrony przed czarną magią na lekcjach z boginem, jeszcze młodsza profesor McGonagall, znana nam doskonale Wielka Sala oraz dziedziniec… Wszystko, z czym mamy do czynienia w scenach zamkowych ma wzbudzać w widzu tęsknotę. Brakowało mi tu jednak pewnego szaleństwa. Jeśli Yates chciał wywołać w nas nostalgię to miał tu nieskończone pokłady zasób, żeby to zrobić. Jego Hogwart, jakkolwiek jasny i ładny, wydaje się strasznie pusty, trochę jak papierowa makieta, za którą nic nie ma.

NEWT SCAMANDER I PRZYJACIELE

Znany nam z poprzedniej części serii Newt to klasyczny, młody piegowaty Brytyjczyk, którego z jednej strony nie sposób nie lubić, a z drugiej trochę trudno polubić go bardziej. To bardzo bezpieczna postać, kumulująca w sobie prawie same pozytywne cechy charakteru, będąca jednocześnie lekkim dziwakiem. Na pewno dużo frajdy sprawia to, że zarówno protagonista, jak i większość jego przyjaciół to dorośli czarodzieje, nie zaś dzieci, które ogranicza się w użyciu magii. Stąd używają jej na co dzień. Nowe stworzenia zaprezentowane w filmie są bardzo pomysłowe i przyjemne, choć nie utkwią mi pewnie w pamięci na zbyt długo.

PARYŻ I NICOLAS FLAMEL

Z Paryżem łączy się moje największe rozczarowanie tej produkcji. Akcja filmu mogłaby dziać się w każdym innym dużym mieście świata i nie zobaczylibyśmy zbyt wielkiej różnicy. Poza brakiem kilku francuskojęzycznych dialogów, które nie mają na dłuższą metę żadnego znaczenia. Zwłaszcza, że wydaje się, że francuskie i brytyjskie Ministerstwa Magii stanowią praktycznie jedność, patrząc po finałowej sekwencji, w której oddziałowi aurorów przewodzi auror z Wielkiej Brytanii. Szkoda, bo przecież Nowy Jork z poprzedniej części pokazano naprawdę oryginalnie. Podobnie, krótkie sekwencje, w których pojawia się Nicolas Flamel są w zasadzie zbędne. Bohatera wprowadzono tutaj tylko po to, żeby część osób na sali wzięła głęboki wdech, gdy ten się przedstawia. Nawet jego udział w finale jest bardzo skromny.

ALBUS DUMBLEDORE

Jude Law jako Dumbledore to castingowy strzał w dziesiątkę. Charyzmatyczny aktor z figlarnym uśmiechem świetnie wpasował się w moje wyobrażenie na temat młodszej wersji czarodzieja, którego przecież wszyscy lubimy. Młody Albus ma typowe dla siebie poczucie humoru, jest jak zawsze enigmatyczny, nie da mu się także odmówić wielkiej wiedzy. Jak przystało na tego bohatera, nie bierze bezpośredniego udziału w większości wydarzeń, sterując nimi z tylnego siedzenia. I choć postać ta również służy w przeważającej części jedynie za obietnicę kolejnych epizodów i oczko puszczone fanom, ten element filmu wypada zdecydowanie na plus.

GELLERT GRINDELWALD

Moja największa obawa produkcji. Johnny Depp w roli wielkiego czarnoksiężnika, który różnił się od Lorda Voldemorta spokojem i wyważeniem? Dawny przyjaciel Dumbledore’a i mistrz czarnej magii? Moje liczne obawy przed przekształceniem Grindelwalda w karykaturę na szczęście się nie potwierdziły. Główną cechą, którą można przypisać postaci granej przez Deppa jest… spokój. Antagonista ani razu nie unosi w filmie głosu, nie biega, nie wykonuje dziwnych gestów. Jedynie jego oczy, dwukolorowe, zdradzają nutę szaleństwa. Czarnoksiężnik nie działa w żadnej chwili impulsywnie, przez co umiejętnie unika skojarzeń z wrogiem Harry’ego Pottera. Ma dalekosiężny plan, który sukcesywnie realizuje, wie kiedy działać, a kiedy czekać. Do tego, w finałowej sekwencji, gdy ujawnia cały swój plan, jest po prostu przekonujący. Nie tylko dla zwolenników czystej krwi czarodziejów, ale nawet dla mugola Kowalskiego, który mówi dramatyczne: Nie chcę kolejnej wojny.

Joanne K. Rowling oraz David Yates grają w bardzo niebezpieczną grę. Wypuszczając w dwuletnich odstępach tak ściśle powiązane ze sobą fabularnie filmy igrają z ogniem. W dobie wszechobecnych seriali, których kontynuacje pojawiają się bardzo szybko, widzom może zabraknąć cierpliwości, żeby czekać 8(!) lat na finał pięcioczęściowej serii. Pomijając także to, że 8 lat to we współczesnej branży ogromna ilość czasu, która może przynieść niejedną rewolucję. Nawet tak wielki tytan jak Disney anulował ostatnio kilka projektów marki „Star Wars”; co najmniej równie silnej jak „Harry Potter”. Wreszcie, nowe „Fantastyczne zwierzęta” nie są filmem dobrym. Są w najlepszym wypadku niezłe i tylko przy założeniu, że widz jest oddanym fanem. Jeśli po usłyszeniu nazwisk „Lestrange” czy „Rosier” nie zabije wam szybciej serce, odejmijcie dwie gwiazdki od mojej oceny.

3/5

Lubię w kinie silne charaktery i konfrontacje między nimi. Pasjonują mnie wszelkie okołoludzkie atawizmy, nieważne czy wyrażane poprzez podróż w nieznane zakątki świata, ucieczkę od codzienności czy wielogodzinne rozmowy pozbawione konwenansów. Nie uznaję tabu. Kocham zabawy konwencją; zarówno w formie jak i treści utworów.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.