Złe wychowanie cameron post

„Złe wychowanie Cameron Post” [RECENZJA]

Wszystko wskazuje na to, że Sofia Coppola mogła trafić w samo sedno, gdy w swoim pełnometrażowym debiucie – „Przekleństwach niewinności” – umieszczała słynny dialog w szpitalu. Samo bycie trzynastoletnią dziewczynką to wystarczający powód, by patrzeć na swoje życie przez szare okulary. No, to nie musi być dokładnie ten wiek i dokładnie ta płeć, a puenta nie zawsze jest aż tak przygnębiająca, ale chodzi o samą ideę. Dorastanie może być przytłaczające i bardzo często korzysta z tej możliwości. A co zrobić, gdy do standardowych problemów danego nastolatka dochodzi także kwestia nieheteroseksualnej orientacji, która angażuje dodatkowe trudności z uzyskaniem akceptacji zarówno od społeczeństwa, jak i od samego zainteresowanego? Kino zastanawia się także nad tym i robi to coraz częściej. Tematyka inicjacyjna nie traci na aktualności, a popkulturowa detabuizacja bi- oraz homoseksualizmu ma się w najlepsze, więc rosnąca popularność gatunku coming out of age nie powinna nikogo ani szokować, ani tym bardziej dziwić.

Tylko w zeszłym roku premierę miały uważane przez wielu za dzieło wybitne „Tamte dni, tamte noce” Luki Guadagnino oraz dwie, momentami bliźniacze, produkcje: hollywoodzki „Twój Simon” i zawdzięczający dystrybucję Netflixowi „Alex Strangelove”. Teraz zaś przyszła pora na najnowszy nabytek polskich kin i zarazem zwycięzcę Głównej Nagrody Jury na zeszłorocznym festiwalu Sundance, „Złe wychowanie Cameron Post”, w opisaną tendencję wpisuje się wręcz idealnie. Najnowszy film Desiree Akhavan – znanej wszystkim fanom mumblecore za sprawą występu u boku Marka Duplassa w drugiej części „Dziwaka” – to intymne i wyciszone spojrzenie na blaski i cienie dorastania, które dokłada kolejną cegiełkę do ogółu tego typu kina i robi to w bardzo przemyślany sposób.

Zobacz również: Dlaczego „Czarna Pantera” to najważniejszy film 2018 roku? [FELIETON]

Początek lat dziewięćdziesiątych. Nastoletnia dziewczyna zostaje przymusowo wysłana do ośrodka o wdzięcznej nazwie „Boża Obietnica”, którego zadaniem będzie „wyleczenie” pacjentki z jej homoseksualnych skłonności. Na miejscu bynajmniej nie poddaje się niszczycielskim trybikom maszyny, do której została wrzucona, ale, wraz z nowo poznanymi znajomymi (wśród nich Indianin), próbuje buntować się przeciwko ideałom całej placówki uosabianym przez do bólu zimną i profesjonalną panią dyrektor. Spokojnie, to wcale nie jest opis jakiejś obrazoburczej wariacji na temat „Lotu nad kukułczym gniazdem”, chociaż błędem byłoby stwierdzenie, że historia ta nie ma nic wspólnego z losami udającego niepoczytalność McMurphy’ego. Wszak manifestowanie wolności jednostki i gloryfikowanie jej buntu wobec systemu nigdy nie wyjdzie z mody i dopóki choć jedna osoba na świecie będzie tego potrzebować, dopóty będą powstawać takie produkcje.

„Złe wychowanie Cameron Post” działa jednak o wiele mocniej jako krytyka portretowanej przez siebie instytucji, czyli na płaszczyźnie, na której wspólne dziecko Kena KeseyaMiloša Formana zdążyło się już nieco zdezaktualizować w związku z rozległymi i sięgającymi lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku zmianami w funkcjonowaniu szpitali psychiatrycznych. Chrześcijańskie placówki zajmujące się terapią konwersyjną trudno jednak traktować tylko i wyłącznie jako pewnego rodzaju metaforę problemów bohaterów z akceptacją. Pokazana tutaj Boża Obietnica może i faktycznie obiecuje dużo, ale osobiście powstrzymałbym się z mieszaniem do tego wszystkiego Boga. Placówka ta zarządzana jest przez raczej niecodzienne rodzeństwo: pełniącą funkcję dyrektorki chłodną i wyrachowaną Lydię (dość celnie określona przez jednego ze swoich pacjentów jako „disneyowski szwarccharakter, który nie pozwala ci zwalić konia”) oraz tryskającego nieskończonym optymizmem, i podskórnym tragizmem, wielebnego  Ricka (który sam kiedyś „zmagał” się z homoseksualizmem i w całym tym przedsięwzięciu pełni rolę dowodu na to, że konwersja faktycznie może działać).

Złe wychowanie cameron post

Zobacz również: Ága, czyli świat cichej tragedii [RECENZJA]

I nawet przesunięcie czasu akcji o mniej więcej dwadzieścia pięć lat do tyłu nie dystansuje od tej kwestii, a raczej wskazuje na ciągłość jego występowania. To, co było problemem ćwierć wieku temu, jest nim cały czas. Terapia konwersyjna w wielu miejscu na świecie, w tym w USA, nadal stanowi realne zagrożenie. Bo niebezpieczeństwo wynikające z przeświadczenia, że dana orientacja seksualna jest cechą nabytą, rodzajem wyboru i może zostać zmieniona na tę jedyną słuszną prawdziwe jest nie tylko dla bohaterów filmu Desiree Akhavan.

Bohaterów, wśród których centralne miejsce – co nie powinno raczej dziwić – zajmuje siedemnastoletnia Cameron Post, której daleko do filmowo-licealnego archetypu przebojowej i charyzmatycznej protagonistki. W kreacji nastolatki dominuje przejmujący, a także przekonujący, smutek oraz melancholia i naprawdę duża w tym zasługa wcielającej się w nią Chloë Grace Moretz, której empatia i zrozumienie roli widoczne są w każdej możliwej scenie. Historia Cameron pokazana zostaje dwutorowo, bo wydarzenia obecne przeplatają się tutaj z retrospektywnymi, być może w jakimś stopniu zakorzenionymi w sferze marzeń i pragnień, scenami intymnej znajomości protagonistki oraz Coley, jej szkolnej miłości. Nastolatka bez przerwy poddawana jest analizom, a sensu w nich szuka nie tylko ona sama, ale również personel odpowiedzialny za terapię konwersyjną i wreszcie sam widz. Wszyscy, w bardziej lub mniej szczytnym celu, starają się rozwiązać problemy Cameron i, przy okazji, ocenić, czy tytułowe złe wychowanie odnosi się do przeszłości, czy też do teraźniejszości.

Zobacz również: Kulturawka #10 – O co walczy Lars von Trier? [FELIETON]

Przez ostatnie sześćset słów nic się nie zmieniło. Dorastanie nadal potrafi być traumatyczne, a żywiona do samego siebie w tym okresie nienawiść, jakkolwiek niepożądana, może być niemożliwa do uniknięcia. Desiree Akhavan zwraca na to uwagę także za pomocą pozostałych bohaterów. Na pierwszy plan wśród drugoplanowych postaci wybijają się ci, na których uwagę zwraca sama Cameron. Jane (Sasha Lane) i Adam (Forrest Goodluck) w Bożej Obietnicy są już trochę dłużej od tytułowej bohaterki i może właśnie dlatego zdają się odrobinę lepiej odnajdywać w całej tej rzeczywistości.

Ich ucieczka w miękkie narkotyki, niechrześcijańską muzykę czy obgadywanie swoich przełożonych być może mogą wydawać się niedojrzałe z perspektywy kogoś, kto nie przebywa w tym środowisku, ale to właśnie te próby buntu są tym, co pomaga im przetrwać i poznać samego siebie. Spontaniczne przerwanie obierania ziemniaków na rzecz zaśpiewania utworu „What’s Up” grupy 4 Non Blondes i wytworzone dzięki temu poczucie wspólnoty i sensu daje Cameron oraz jej towarzyszom niedoli o wiele więcej niż godziny spędzone na czytaniu Biblii i ciągnące się w nieskończoność analizowanie „błędów przeszłości”.

Zobacz również: „Vice”: ten wredny facet, który pociąga za wszystkie sznurki – Recenzja

Pogarda okazywana tym dzieciom przez ich rodziców oraz pracowników Bożej Obietnicy udziela się także im samym i w zasadzie trudno, żeby tak nie było. Bo jeżeli nawet ci najbliżsi i najbardziej życzliwi w nich nie wierzą, to dlaczego sami poszkodowani mieliby to robić? Każdy z „współpacjentów” Cameron ma własne powody swojej obecności w tym miejscu i całkowicie odrębną historię do opowiedzenia. Każdy z nich ma coś do zarzucenia swoim rodzicom, samemu sobie oraz swojemu otoczeniu. Razem tworzą oni zbiorowy portret młodzieńczej niepewności, braku wsparcia od najbliższych oraz dramatycznych skutków tychże.

I chociaż „Złe wychowanie Cameron Post” potrafi zdołować i wstrząsnąć nawet tymi najbardziej niewzruszonymi, być może tak to właśnie powinno wyglądać. Ciepła forma i optymistyczny wydźwięk całości przypominają wszak, że po każdej burzy musi kiedyś pojawić się słońce, że każdy cień związany jest ze źródłem światła. Desiree Akhavan chce w to wierzyć, ja chcę w to wierzyć i mam nadzieję, że wszyscy inni też chcą w to wierzyć.


3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.