„Życzenie śmierci” – Recenzja

Życzenie śmierci

 

Życzenie śmierci jest niezwykle wdzięcznym filmem dla recenzentów. Nareszcie można wspiąć się wyżyny erudycji i przy pomocy kąśliwych uwag wyrzucić z siebie całą złość, jaka nagromadziła się na przestrzeni minionego tygodnia. W końcu złe produkcje należy dobitnie piętnować, czyż nie? Nic tylko wyżyć się, zebrać poklask i żyć w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Folgowanie najniższym instynktom nie jest jednak w tym momencie wskazane, ponieważ obraz Eli’ego Rotha naprawdę miał zadatki na bycie ważnym komentarzem społecznym. Wydaje się, że reżyserska wizja została spętana przez korporacyjne wymagania, więc pazury trzeba było stępić, a kły powybijać.

Fabuła jest prosta – podczas nieobecności Paula Kerseya (Bruce Willis), jego dom zostaje okradziony przez bandę drobnych złodziejaszków. W wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności żona zostaje śmiertelnie postrzelona, zaś córka z pękniętą czaszką zapada w śpiączkę. Bohater nie może się pogodzić z panującą w Chicago niesprawiedliwością, toteż bierze sprawy (i broń) we własne ręce, pod osłoną nocy eliminując kolejnych bandytów. Przechadza się po szemranych uliczkach niczym ponury żniwiarz i swoim działaniem na rzecz „wyższego dobra” zyskuje poklask wśród zastraszonych mieszkańców miasta. Nikt wprost nie gloryfikuje dokonywanych przez niego egzekucji, niemniej jednak daje się wyczuć wśród cytowanych w filmie dziennikarzy ulgę na wieść o kolejnych zgonach przestępców.

Trzon produkcji stanowią sprawdzone motywy. Niewinny, „zwyczajny” bohater tracący najbliższych i pragnący dokonać krwawej wendety; bezprawie jako jedyna droga do wymierzenia sprawiedliwości; zdegenerowany system, przez którego nieudolność rozprzestrzenia się przestępczość – grzech reżysera nie polega na wykorzystywaniu zgranych motywów, lecz raczej tkwi w tym, w jaki sposób są one eksploatowane. A przecież mógł jeszcze korzystać z pierwotnej wersji tego filmu, wyreżyserowanego w 1974 roku przez Michaela Winnera. Roth miał mnóstwo atutów po swojej stronie, a jednak w żaden sposób nie potrafił ich wykorzystać.

Przede wszystkim uderza niezwykle powierzchowne podejście do bohaterów, jak i podnoszonego tematu. Być może oryginalna wersja też nie była mistrzowsko skonstruowana pod tym względem, gdyż bazowała na wielu stereotypach, niemniej jednak nawet na poziomie realizacyjnych szczegółów był to film bardzo precyzyjnie zaprojektowany. Obraz z Charlesem Bronsonem w roli głównej znakomicie wpisywał się w swoje czasy, niejako torując drogę dla Martina Scorsese, którego o dwa lata młodszy Taksówkarz był u swych podstaw filmem mówiącym dokładnie o tym samym. Winner ze Scorsese brali pod lupę losy weteranów wojennych, u których wiara w ideały kończyła się wraz ze zderzeniem z brutalną rzeczywistością, zatem broń w rękach Bronsona czy De Niro była symbolem walki o utraconą przez Amerykanów niewinność. Artyści pytali, do czego musi posunąć się zwykły obywatel, by ochronić siebie i wyplenić zło grasujące na ulicach.

Zaś u Rotha pistolet to tylko narzędzie zniszczenia. Reżyser nie bawi się w znane z oryginału dywagacje na temat źródła przestępczości. Nie interesuje się również debatą na temat granic wolności osobistej. W najnowszym Życzeniu śmierci występuje prosty mechanizm – skoro doszło do zbrodni, to musi nadejść kara – co prowadzi produkcję w stronę zwykłego „akcyjniaka” wypełnionego strzelaninami. Czasami twórcy próbują pójść delikatnie w stronę pastiszowania kina akcji, mimochodem wspominając o „doświadczeniu” Willisa, ale nie wprowadza to ani trochę humoru. No chyba że potraktujemy scenariuszowe głupoty jako okazję do śmiechu – pod tym względem obraz Rotha sprawdza się wyśmienicie.

Najgorsza jest jednak postawa samego aktora grającego główną rolę. Gdy przecież przypomnimy sobie Uprowadzonąto też nie było okazji doświadczyć tam wybitnie skonstruowanego scenariusza, a jednak charyzma i zaangażowanie Liama Neesona sprawiły, że dramat bohatera walczącego o odzyskanie córki nabrał wyraźnych kształtów. Tymczasem Bruce Willis przechodzi obok Życzenia śmierci, nie dodając od siebie absolutnie niczego, co mogłoby podnieść jakość tej produkcji. Gdzieś tam uroni łzę, gdzieś tam zaciśnie zęby, ale działa to głównie na zasadzie wyuczonych automatyzmów. Nie ma tej iskry, którą heros kina akcji rozpalał kolejne szklane pułapki.

Trzynastego kwietnia, oprócz Życzenia śmierci, do polskich kin trafił obraz Nigdy cię tu nie było w reżyserii Lynne Ramsay. Doszło do zabawnej koincydencji, że obaj bohaterowie tych filmów w scenach dokonywania zemsty noszą bluzy z kapturem. Ot, takie peleryny skrojone pod „zwykłych” superbohaterów. Gdy jednak obejrzy się aktorski popis Joaquina Phoenixa, to kreacja Willisa jawi się już tylko jako niezamierzona parodia. I nawet całkiem dobrze obsadzony drugi plan nic tu nie pomoże. Obecność Vincenta D’Onofrio jest trudna do uzasadnienia, zaś Deanowi Norrisowi znowu przypadł etat policjanta nieudolnie prowadzącego śledztwo.

Życzenie śmierci nie broni się jako remake, gdyż nie wchodzi w polemikę z pierwowzorem. Nie broni się również jako angażujące kino akcji, ani nawet jako gra z konwencją tego gatunku. W zasadzie to nie do końca wiadomo, o czym chciał Eli Roth tym filmem opowiedzieć. Być może to tylko prezent dla Willisa, który znowu mógł sobie trochę postrzelać z broni. Jeżeli tak, to oby dobrze się przy tym bawił. Przynajmniej on będzie coś z tego miał.

1/5

Fot. materiały prasowe / Forum Film Poland


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.