Recenzje

“Twój Simon” – Każdy zasługuje na wielką miłość – Recenzja

Maciej Kędziora
Kadr z filmu - "Twój Simon"

Rok 2018 w polskich kinach staje pod znakiem zaskakująco dobrych produkcji z gatunku Coming of Age oraz Teen Drama. Na początek dostaliśmy subtelną podróż przez rozterki osobowościowe Elio w Tamtych dniach, Tamtych nocach, potem opowieść o trudnościach z odnalezieniem się w swoim mieście, pierwszych miłościach i konfliktach rodzinnych w Lady Bird, a już 15 czerwca dostaniemy produkcje, która łączy to w sposób bardzo subtelny i inteligentny. Produkcję pod bardzo niewinnym tytułem – Twój Simon.

Fabuła wydaje się wybitnie prosta. Ot mamy głównego bohatera – Simona Spiera (Nick Robinson), który jak sam siebie określa “jest wybitnie typowym nastolatkiem”. Z jednym małym haczykiem – Simon ukrywa się ze swoją orientacją. Nie jest to jednak spowodowane wrogością środowiska – jego mama jest liberalną feministką (idealna do tej roli Jennifer Garner), która protestuje przeciw patriarchatowi, a jego znajomi to najbardziej otwarci i różnorodni ludzie, jakich można sobie wyobrazić (niech świadczy o tym walka o Drake’a i Jakcson’s 5). Jedyną osobą, która wie o tajemnicy głównego bohatera jest inny skryty chłopak, który boi się dokonać coming outu, a z którym to Simon porozumiewa się jedynie za pomocą maili (podpisując się jako Jaques – francuski odpowiednik swojego imienia). Oprócz problemów naszego głównego bohatera, mamy tu całą kanonadę problemów bardzo adekwatnych to wieku – skrywane miłości, przeżywanie braku pełnej rodziny, przypadkowy seks w sypialni ciotki, pierwsze imprezy mocno zakrapiane alkoholem, czy nieudolne próby aktorskie.

Ku mojemu zaskoczeniu film bardzo sprawnie dźwiga na swoich barkach wielowątkowość i ryzyko ocierania się o klisze. Greg Berlanti z dużym wyczuciem steruje emocjami widza – czy to przez zwodzenie nas, jeśli chodzi o tożsamość tajemniczego Blue, który konwersuje bardzo otwarcie z naszym bohaterem (nie jest to jednak otwartość tinderowa, a raczej niewinna rozmowa chłopaków, którzy wstydzą się tego co robią), czy przez generowanie napięcia związanego z szantażem emocjonalnym, którego ofiarą staje się nasz bohater – aż wreszcie po masę rozczarowań, które będzie przeżywać grupa przyjaciół. Na trzecim planie udaje mu się upchać również własną wersję Cabaretu Boba Fosse’a. I wszystko to łączy się w jedną zgrabną całość, która stoi trzy półki wyżej od najlepszego odcinka “13 reasons why…”, zbliżając się do ideału, jakim w tym gatunku jest bez wątpienia Perks of Being a Wallflower (w rodzimej wersji “Charlie”).

"Twój Simon"
Kadr z filmu “Twój Simon”

Głównym powodem, dlaczego to wszystko działa – jest rola Nicka Robinsona. Nie jest to pod żadnym względem rola na poziomie Chalameta z “Call me…”, ale w filmie o znacznie prostszym schemacie, Robinson przemyca masę emocji do każdego swojego ruchu. Wszystko zamyka się w małych gestach, jak lekkie zaciskanie pięści i kręcenie się w kółko przy pisaniu maili do swojego ukochanego, błysk w oku, gdy zauważa atrakcyjnego chłopaka po drugiej stronie ulicy, świetne odnajdywanie chemii z innymi aktorami, a w pewnych momentach również świetnie oddane zagubienie w kłamstwach, których jego bohater powiedział za dużo.

Nick dostaje również całkiem dobre wsparcie z drugiego planu – Jennifer Garner w roli dobrej matki sprawdziła się już w “Juno”, a tutaj tylko udowadnia, że mało która aktorka ma tyle wdzięku co ona. Alexandra Shipp (młoda Storm z nowych X-Menów) świetnie odnalazła się w roli porzuconej dziewczyny, która musi sobie radzić z tym że jest “nowa” w szkole, a Tony Hale – jak na niego przystało – jest wybitnym comic reliefem jako narwany i “wyluzowany” wicedyrektor placówki. Nawet Josh Duhamel był tu znośny – choć prawdopodobnie dlatego, że grał samego siebie. Jedynie Katherine Langford (Hannah Baker z 13 Powodów), wydała się nie odnajdywać w swojej roli, bardziej przypominając pannę Baker, niż postać, którą miała grać.

Twój Simon
kadr z filmu “Twój Simon”

Twój Simon to nie tylko bardzo rozsądne i nieprzeszarżowane role, ale również świetnie napisany scenariusz. Scenariusz, który wznosi ten film na wyżyny. Świetne wyważenie między humorem a dramatem głównych bohaterów. Po raz pierwszy od dawna faktycznie chcemy, by wszystkim wyszło, by każdy osiągnął swój cel (choć często ich cele są sprzeczne). Jedynym antagonistą w produkcji Berlantiego jest uciekający czas (do końca szkoły), ale również życie. Życie, w którym nie wszystko musi się ułożyć po naszej myśli. Życie, które spowodowało, że jesteśmy tacy, a nie inni. Życie, z którym musimy się pogodzić, a nie zmieniać siebie na siłę. I mimo że historia wydaje się bardzo typowa, czy nawet oklepana – po raz pierwszy tego nie czuć. Nie czuć sztuczności dialogów, czy braku świadomości jak wyglądają relację szkolne, problemy z orientacją, albo wstyd związany z byciem sobą.

Zobacz również: “13 Reasons Why” – Recenzja 2. sezonu

Mógłbym zarzucić twórcy, że strona formalna bardziej przypomina nowy odcinek “Riverdale” niż pełnometrażowy film. Mógłbym zarzucić, że nie ma w nim tyle artyzmu co w Lady Bird, czy Tamtych dniach… Mógłbym, ale tego nie zrobię, bo Twój Simon to film, który musiał być łatwiejszy w odbiorze. Przystępniejszy dla widza, który czuje się troszkę zagubiony i nie chce się dołować. Dla widza, który przyjdzie do kina, nie po to, by dostać w kość, ale po to, by zrozumieć, że nie jest sam. Że zawsze ktoś będzie na niego czekał. Dla widza, który wejdzie 15 czerwca do kina i zrozumie, że nie musi się zmieniać. Twój Simon to pozycja obowiązkowa, dla każdego, kto czuje się zagubiony, czy niezrozumiany przez otoczenie. Bo tak jak bohaterowie filmu zasługujecie na superbohatera, a co ważniejsze – zasługujecie na szczęście.


Film trafi do polskich kin już 15 czerwca, tymczasem zapraszamy do obejrzenia jego zwiastunu:

Publicystyka

Kto strzeże filmowców? – nowe podejście do “Strażników” Alana Moore’a

Konrad Bielejewski
kadr z filmu “Watchmen”

Pod koniec XX wieku, za sprawą “Batmana” Tima Burtona filmy o superbohaterach znów rozgrzały serduszka producentów filmowych, motywując ich tym samym do poszukiwania kolejnego kasowego hitu. Była to końcówka lat 80-tych, a z ust fanów komiksów wciąż nie schodziło jedno imię – Alan Moore.

Strażnicy (Watchmento jeden z kamieni milowych komiksowego światka. Niemal natychmiast po publikacji pierwszego zeszytu czytelnicy zrozumieli, iż znany im koncept superbohatera został przewrócony do góry nogami. Moore szczerze nienawidził superbohaterów (a na koncie ma m. in. otoczony kultem Zabójczy Żart czy Kapitana Brytanię), więc potraktował ich w najgorszy możliwy sposób – zrobił z nich śmiertelników. Strażnicy to bardzo nietypowy komiks, osadzony w brutalnej rzeczywistości Stanów Zjednoczonych na krawędzi nuklearnej wojny, gdzie polityka, ludzie, morale, ulice i wreszcie – bohaterowie są obrzydliwi, odpychający i godni pożałowania. Moore stworzył własny “zespół” superbohaterów, wzorując się na Avengersach czy Justice League, lecz samą historię umieścił w momencie, gdy grupa ta dawno straciła szacunek społeczeństwa i dawną świetność. Całą aferę rozpoczyna zaś tajemnicza śmierć jednego z upadłych bohaterów…

Ale ten tekst nie jest o tym – historia Strażników jest warta całego eseju biorąc pod uwagę niesłychaną ilość detali i fabularnych niuansów, które Moore wplótł wraz z artystą Gibbonsem. Jest to historia warta poznania i nie rzeknę ni słowa, by jej wam zepsuć (i tak, Snyder odwalił kawał dobrej roboty, ale jedynie pokazał czubek góry lodowej). Ważna jest tu wersja filmowa – w tym momencie warto wrócić do wspomnianej końcówce lat 80-tych, bowiem wtedy to Terry Gilliam – członek legendarnej grupy Monty Python – porzucił projekt adaptacji filmowej Strażników, twierdząc przy tym, że ów materiał jest “niemożliwy do sfilmowania”. Gilliam jako reżyser znany z twórczych, niesłychanie napakowanych filmową ekspresją filmów musiał zrezygnować twierdząc, iż Strażnicy nadają się jedynie na srebrny ekran, w formie serialu. Trudno się z nim nie zgodzić, biorąc pod uwagę prawdziwą lawinę informacji zawartych w komiksie – Moore nie tylko ograniczył się do napisania scenariusza, on także napisał rozdziały książki, o której w komiksie się wspomina, a która jest też wydrukowana wewnątrz komiksu! Jest tam też przedstawiony cały komiks Czarny korsarz wewnątrz samego komiksu! Moore zabawiał się z materiałem jak tylko mógł, a wynikiem jest historia tak wielowątkowa, tak skomplikowana i tak niesłychanie ludzka, że niemożliwością jest wręcz zamknięcie jej w biednych dwóch godzinach charakteryzujących typowy film. Lecz ostatnimi czasy HBO podjęło się wyzwania.

HBO podjęło się wyzwania wprowadzenia na serialowy rynek historii opowiedzianej już wcześniej przez Zacka Snydera, która ma być przedstawiona w zupełnie inny, mniej kanoniczny i różniący się od komiksu sposób. Zapewne wszystkim fanom twórczości Moore’a po poznaniu tej informacji stanęło serce z przerażenia, ale nie powinni mieć oni w tym momencie powodów do obaw. A przynajmniej nie ci twardogłowi, dla których zmiana koloru kostiumu jest już zbeszczeszczeniem oryginału.

Za przygotowanie całego konceptu oraz scenariusza wziął się bowiem prawdziwy fachowiec, twórca seriali Lost The Leftovers – Damon Lindelof. O pierwszej produkcji chyba napisano już wszystko. Dosłownie cały świat oszalał po tym, gdy pokazano pierwszy odcinek, w którym czterdziestu ośmiu pasażerów lotu 815 z Sydney do Los Angeles linii Oceanic Airlines wylądowało po katastrofie na tajemniczej wyspie. Zaś drugie dziecko Lindelofa, spłodzone razem z HBO, przeszło bez większego szumu, mimo że przez wielu krytyków zostało okrzyknięte najwspanialszym dziełem tego dziesięciolecia. Opowieść o zniknięciu 2% ludzkości z powierzchni globu była bolesnym wniknięciem w głąb ludzkich traum i bolączek, w których wciąż walczyły ze sobą nadzieja z potrzebą autodestrukcji.

Seriale wychodzące spod ręki Lindelofa charakteryzują się skomplikowaną warstwą fabularną oraz świetnie napisanymi pod względem charakterologicznym bohaterami. Nie dość, że historie sensownie układają się w całość, to jeszcze pojawiają się pojedyncze odcinki, które można oglądać bez ustanku. Tragizm miesza się z komizmem, a WIELKIE SPRAWY z przyziemnymi problemami. Ale co najważniejsze – nigdy nie wiadomo, czy wydarzenia są przedstawiane w sposób realistyczny, czy może są senną marą, a może jeszcze chichotem Boga. Bo trzeba powiedzieć jasno, że Lindelof nie boi się dotykać spraw ostatecznych, jednakże robi to z takim wyczuciem, że nadbudowa metafizyczna zawsze jest lekkostrawna i chętnie później omawiana przez widzów.

W kontekście Strażników powstaje pytanie, czy oczekujemy wiernego przeniesienia na ekran historii napisanej przez Moore’a, czy może jednak fantazji utrzymanej w duchu pierwowzoru. HBO zapowiada drugą opcję, co może okazać się ciekawszym rozwiązaniem. Wprawdzie enigmatycznie zapowiedziany trzon fabularny – historia grupki policjantów z Oklahomy – to zaledwie muśnięcie komiksu Brytyjczyka, ale za to jakie stwarza pole do popisu dla twórców! Ekranizacje zawsze stwarzały okazję do ataków ze strony “prawdziwych” fanów, ale były również gorsetem ograniczającym swobodę artystyczną. Zresztą przy tworzeniu The Leftovers Lindelof bazował na książce Toma Perrotty o tym samym tytule, więc pokazał już, w jaki sposób potrafi obchodzić się z literackim pierwowzorem.

Warto zatem spokojnie poczekać i nie ekscytować się doniesieniami o możliwym odejściu od głównej osi fabularnej w Strażnikach. Damon Lindelof już tyle razy zaskakiwał, że podana historia może okazać się zasłoną dymną, a nawet jeżeli nie, to przygotowany przez niego serial na pewno powinien mieć wiele do zaoferowania. Zresztą stacja HBO zapewnia dobrą jakość, także to może być kolejny kamień milowy w historii telewizji, tak jak wcześniejsze dzieła tego utalentowanego twórcy.

Recenzje

“Dziewczyna we mgle” – Recenzja

Maciej Kędziora
Kadr z film “Dziewczyna we Mgle”

Włoskie kino z roku na rok staje się coraz mroczniejsze. Coraz częściej sięga po brudną część Półwyspu Apenińskiego, po problemy marginesu społecznego (Suburra), dewiacje społeczeństwa (Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie), czy też odwołuje się do klasyki kina, tworząc mroczne kryminały. W ten ostatni nurt wpisuje się debiut Donato Carrisiego, który na ekrany kin postanowił przenieść swoją własną powieść (za co otrzymał nawet odpowiednika naszych Orłów – Davida di Donatello w kategorii debiut), powieść bardzo mocno fincherowską.

Fabuła z pozoru wydaje się prosta. Zaginęła 16-letnia dziewczyna, a jej sprawę powierzono powszechnie znanemu inspektorowi Vogelowi (Toni Servillo), znanemu z przekładania otoczki medialnej nad faktyczne prowadzenie śledztwa. Całą historię śledztwa opowiada on psychologowi policyjnemu (granemu przez Jeana Reno), trzeba dodać – opowiada ją będąc cały zakrwawiony.

Donato Carrisi operuje więc tutaj retrospekcjami. Jest to pewnego stopnia uproszczenie, ułatwiające ukrywanie zwrotów akcji (w szczególności związanych z głównym podejrzanym – Profesorem Loriso Martinim), które jednak można wybaczyć samym rozpisaniem relacji Servillo – Reno, których to dialogi są pewnymi przerywnikami między samą akcją. Pozwalają również wydzielić film na cztery części gdzie każda jest inna od wcześniejszej. Problem w tym, że inność odczuwalna jest także w poziomie każdej z nich. Wyśmienity początek, kiedy to reżyser skupia się głównie na relacji Vogel – media, opierającej się na niepewnych dowodach, wcześniejszych animozjach (kiedy przez inspektora został skazany niewinny człowiek), a widz dostaje również bardzo ciekawą ekspozycję (większość kadrów przedstawiających miasto jest wykonana na policyjnej makiecie). Dziewczyna we Mgle wiele zyskuje wtedy, gdy na pierwszym planie nie jest zbrodnia i chęć ustalenia kto jest winny, ale relacje i próba ukazania nakręcającej się maszyny medialno-społecznej, która nie zastanawia się czy ktoś jest winny, ale go z miejsca skazuje.

Gorzej, gdy w produkcji zaczynają pojawiać się klisze typowe dla tego gatunku, polegające na masie zwrotów akcji, często mniej logicznych niż bardziej. Znów, nawet w tak artystycznym thrillerze, twórcę gubi chęć zaskoczenia widza, zaskoczenia, które jest wprowadzone na siłę. Myśl, że dobra opowieść detektywistyczna nie może się obejść bez wprowadzania widza w błąd, zostawiania niewłaściwych śladów. Ba, do pewnego momentu wydaje się, że oglądamy świetny dramat o podłożu kryminalnym, skupiający się na dramacie jednostki. Również sama końcówka, zamiast zaskakiwać niczym w Memento, bardziej przypomina każdą nędzną końcówkę kryminału z Czarnej Serii.

Trudno jednak nie docenić głównego bohatera, granego przez najlepszego Włoskiego aktora od czasu Marcello Mastroianniego, czyli Toniego Servillo. Oczywiście, wątpliwy moralnie inspektor Vogel to bardzo wdzięczna rola mężczyzny, któremu trudno zaufać – nawet mimo bycia protagonistą. Często kwestionujemy jego decyzje, nie zgadzamy się z nimi, a nawet chcemy by poległ. Servillo powoduje również, że Vogel ma w sobie cząstkę dobra, z pozoru głęboko ukrytą, która z czasem wyjdzie, ale przez jego sposób gry ta zmiana wydaje się szczera. Na drugim planie szczególnie wyróżnia się Lucrezia Guidone, grająca żonę podejrzewanego o zbrodnię profesora. Czyni ze swojej bohaterki prawdopodobnie jedyną całkowicie dobrą postać, która jednak cierpi ze względu na położenie w jakim się znalazłem. Miło jest również zobaczyć na ekranie Jeana Reno, który (niestety) jest jednak bardziej kontrastem dla Servillo niż równorzędnym “przeciwnikiem”.

Cieszy świadomość i odwaga z jaką twórca podchodzi do strony formalnej. Operowanie ciemnymi, przeciągniętymi kadrami, częsty (przemyślany) brak, zanik światła czy unikanie ostrego montażu, typowego dla gatunku, powodują, że czuje się dojrzałość twórczą i rozsądek, który powoduje ograniczenie efektów specjalnych. Choć – muszę przyznać – momentami Carrisi przeciąga wszystko o parę klatek za długo.

Nic nie cieszy mojego włoskiego serca bardziej niż rozsądna produkcja, która próbuje czegoś nowego w starym umeblowaniu (większość aktorów można kojarzyć z produkcji Sorrentino). I mimo że Carrisi w pewnym momencie gubi się w swoim świecie, czuć, że to wszystko jest jego. No może jego i Toniego Servillo, który staje się Midasem produkcji Półwyspu Apenińskiego.

Kadr z filmu “Dziewczyna we Mgle”
Recenzje

“Dorwać Gunthera” — Recenzja

Marcin Kempisty

Dorwać Gunthera

To mogła być zręcznie nakręcona parodia kina akcji dekonstruująca jeden ze spiżowych pomników tego gatunku – Arnolda Schwarzeneggera. To mógł być pastisz kolejnych filmów o superbohaterach w rajtuzach łączących siły w walce z największym złoczyńcą, jakiego nosiła na swych barkach Matka Ziemia. To mógł być wreszcie mockument szydzący z dwuznacznej moralnie postawy widzów, których sympatia tak często kierowana jest w stronę postaci dokonujących krwawych morderstw. Gdybania i niespełnione nadzieje należy jednak odstawić na bok, ponieważ Dorwać Gunthera w reżyserii Tarana Killama jest po prostu głupią “komedią”.

A było to tak: po świecie chodził Gunther, którego prawdziwej tożsamości nikt nie mógł ustalić. Grupa pomniejszych złoczyńców nie potrafiła znieść tego, że ciągle znajdowali się w cieniu tego wirtuoza zbrodni, toteż zainicjowali powstanie nieformalnej grupy, której celem było zabicie najpopularniejszego z płatnych zabójców. Stworzyli swego rodzaju ligę niesprawiedliwości zrzeszającą mistrzów w swoich fachu introwertycznych unabomberów, wrażliwych trucicieli, szalonych rosyjskich zawadiaków, komputerowych geeków, pochodzących z Bliskiego Wschodu “pistoleros”, a na czele tej trupy stanął sam reżyser, wcielający się w postać mordercy odzianego w dobrze skrojony garnitur. Wszystko miało być uwiecznione przez specjalnie wynajętych do tego filmowców, gdyż o “ojcobójstwie” winien dowiedzieć się cały świat.

I tak trzęsąca się kamera podąża za bohaterami łaknącymi krwi Gunthera. Czasami podgląda zza węgła, chcąc uwiecznić intymne chwile zabójców, a czasami znajduje się w centrum wydarzeń, umykając przed świszczącymi kulami. Zaś same perypetie postaci można sprowadzić do prześmiewczej przenośni – “zabili go i uciekł”. Kolejne zasadzki okazują się niewypałami, krew się leje, samochody wybuchają, a to wszystko unurzane jest w eskapistycznym pragnieniu przedstawienia na ekranie totalnej i niezobowiązującej demolki.

Sęk w tym, że zaprezentowana historia nie funkcjonuje dobrze na żadnym poziomie. Trudno odnaleźć jakąkolwiek puentę i nie do końca wiadomo, o czym chciał swoim obrazem opowiedzieć reżyser. Ni to pies, ni wydra. Nie można tego filmu potraktować również jako komedii wprawiającej w dobry nastrój, ponieważ wygłaszane żarty są na poziomie gagów z Totalnego kataklizmu czy Poznaj moich Spartan. Jedyny rodzaj uśmiechu, jaki może pojawić się na twarzy widza, wynikać będzie zapewne z poczucia zażenowania.

Najgorsze jest to, że początkowe fragmenty filmu nie zapowiadają takiej katastrofy. Wydaje się, jak gdyby Taran Killam miał pomysł na to, w którą stronę wykierować ostrze szyderstwa, ale po drodze zamysł gdzieś wyparował. Konceptu starczyło na ledwie kilkanaście minut, a później trzeba było pchać ten wózek do samego końca. Docenić należy jedynie pomysł przedstawienia historii w estetyce mockumentu. To bowiem stworzyło szansę do specyficznego prowadzenia kamery, dzięki któremu w efektowny sposób zostały przedstawione kolejne sceny walki.

Dorwać Gunthera jest również przeciętną produkcją pod kątem aktorskim. Oczywiście scenariusz nie dawał szansy do stworzenia ciekawszych kreacji. Nawet sam reżyser, mający jedną z głównych ról, nie potrafił w pełni oddać rozterek targających wnętrzem granej przez niego postaci. Wydaje się, że tylko Schwarzenegger dobrze bawił się na planie tego filmu. Jedno ważne zastrzeżenie – nie dajcie się zwieść plakatom reklamującym tę produkcję. Heros kina akcji pojawia się raptem na kilkanaście minut, a co za tym idzie – nie jest głównym bohaterem i nie jest to najlepsza jego rola w ostatnich latach. Wykazano się sporym nietaktem, wprowadzając w taki sposób widzów w błąd.

Dorwać Gunthera w reżyserii Tarana Killana nie dostarcza jakiegokolwiek rodzaju rozrywki. Nie rozśmieszy, nie wprawi w dobry nastrój, nie przedstawi ciekawych spostrzeżeń na temat popkultury, lecz zagwarantuje jedynie ból głowy. Nie przedstawia ten film interesującej historii, więc nie widać przed nim świetlanej przyszłości. Pojawił się w specyficznym momencie w polskich kinach i szybko zostanie zapomniany, gdy tylko zniknie z repertuarów. Należy trzymać kciuki, by ustąpił miejsca ciekawszym obrazom.

Fot. kadry z filmu / Spectator

Publicystyka

“Avengers: Wojna bez granic” – czyli jak garstka komiksowych nerdów spełniła marzenia.

Andrzej Badek

UWAGA! TEKST ZAWIERA SPOILERY DOTYCZĄCE FABUŁY FILMU AVENGERS: INFINITY WAR

Marvel Cinematic Universe by DiamondDesignHD

W kilka tygodni przed premierą nowych Avengers toczyliśmy w redakcji gorącą dyskusję, kto napisze recenzję tej produkcji. W wyniku losowania i ponad stu szybkich meczy w warcaby wyłoniliśmy do tego zadania Maję. Początkowo żałowałem, że to nie mnie ono przypadło, jednak, po przedpremierowym seansie, całkowicie zmieniłem zdanie. Nie jestem w stanie wystawić oceny liczbowej trzecim „Mścicielom”, co wynika między innymi z tego, że, jak chyba żadna inna produkcja, nie powinna być oceniana bardziej jako osobny film niż jako zjawisko popkulturowe.

Nie będzie szczególnie odkrywczym, jeśli zauważę, że Marvel Cinematic Universe to organizm, który ciągle ewoluuje. Przez ostatnie 10 lat zostaliśmy zalani prawie dwudziestoma filmami pełnometrażowymi i kilkoma serialami. Żaden z tych obrazów nie był dla mnie idealny; żaden nawet się do tego ideału nie zbliżył. Natomiast niemalże każdy z nich dostarczył mi dawki solidnej rozrywki, skutecznie eliminując wiele błędów poprzednika (przy czym często wprowadzając nowe).

Po obejrzeniu napisów końcowych Infinity War byłem pod wielkim wrażeniem. Znowu, nie samego filmu, ale tego, jak niesamowitego i przełomowego wydarzenia jestem świadkiem. Obejrzałem produkcję, która bez wątpienia znajdzie się w TOP 10 najlepiej zarabiających filmów w historii. I co mamy w tej historii? Kilkanaście obdarzonych supermocami postaci, walczących z potężnym kosmitą o losy Wszechświata. Twórcy produkcji przenoszą nas na różne planety, na których oglądamy wydarzenia o epickiej skali. Do tego każdy z poszukiwanych przez Thanosa kamieni kontroluje jakiś aspekt rzeczywistości, jak Czas czy Rzeczywistość. Jedna z ostatnich bitew rozegrana zostaje między armią kosmitów a afrykańskim plemieniem uzbrojonym w laserowe włócznie i tarcze! A na sam koniec, antagonista zdobywa ostatni z artefaktów i wybija połowę Wszechświata.

Nie wiem, czy to czujecie, ale ja po seansie pomyślałem sobie, że gdybym pokazał poprzedni akapit komuś kilka lat temu i stwierdził, że czymś powyższym zainteresuje się ktoś więcej niż grupa nerdów, skupionych wokół komiksu na szkolnym korytarzu w trakcie przerwy, to każdy by mnie wyśmiał. Włącznie z tymi nerdami. A teraz to się stało! Kino superbohaterskie przeszło nieprawdopodobnie długą drogę, od czasów generycznych origin stories pokroju Spider Mana do premiery trzeciej części Avengers. To skala wydarzeń zawsze różniła film od komiksu. Komiksy nie raz opowiadały przecież o podróżach w czasie, niszczeniu całego wszechświata, alternatywnych rzeczywistościach i innych sprawach, które wydawały się zupełnie niemożliwe do przeniesienia na wielki ekran. A już na pewno nie w taki sposób, żeby produkt ten zainteresował kogoś więcej niż wąską grupę odbiorców.

I to chyba robi na mnie największe wrażenie. Fakt, że za całą bezwzględną machiną finansową, tysiącami kalkulacji, kampaniami marketingowymi, badaniami rynku i innymi przeszkodami stała grupa komiksowych zapaleńców, która wpadła na szalony koncept, żeby ekranizować tę formę literacką na nieznaną dotychczas skalę. Nie umiem sobie nawet wyobrazić, ile razy ci ludzie musieli wysłuchać odmownych odpowiedzi sponsorów i producentów. Jak wiele musiało ich kosztować obronienie każdego pomysłu. Ile radości chłonęli ze wszystkich sukcesów finansowych oraz scen po napisach końcowych każdej produkcji, marząc, żeby móc stworzyć coś  tak spektakularnego jak pełnometrażowe starcie z Thanosem.

Zresztą, siła MCU nie polega jedynie na tym, jak powoli, mozolnie i przemyślnie budowano tam świat, ale również na tym, jak świetnie wpisuje się we współczesną popkulturę. Umieszczenie Petera Dinklage’a w roli olbrzyma zostało z całą pewnością zrobione ze świadomością tego, jak istotnym elementem fabuły „Gry o tron” jest jego karłowatość, a wrzucenie Benedicta Cumberbatcha i Roberta Downey Juniora do jednego zespołu i umożliwienie im interakcji ze sobą jest oczywistym oczkiem puszczonym w kierunku fanów postaci Sherlocka Holmesa; niezależnie, którą z niedawnych adaptacji preferują.

Wreszcie, Marvel komentuje w swoich filmach problematykę mniejszości rasowych i etnicznych i na swój sposób edukuje. Oczywiście nie ma co oczekiwać po blockbusterze wnikliwej analizy społecznych problemów albo psychologii postaci, tym niemniej, trudno zaprzeczyć, że, dla przykładu, sukces Czarnej Pantery (3. miejsce w box office USA w historii!) niewątpliwie świadczy o tym, jak wielkie jest zapotrzebowanie na przedstawicieli mniejszości we współczesnej kinematografii. Nawet pokazywanie świata, w którym pojawia się coraz więcej różnorodności kulturowej i religijnej (czyli tak agresywnie krytykowana przez prawicę rzekoma „poprawność polityczna”), stanowi czynnik kształtujący świadomość młodych odbiorców na całym świecie.

Spotkałem się z opiniami narzekającymi, że Infinity War nie jest tak przełomowy, jak oczekiwali; że produkcja nie jest rewolucją. I pewnie nie jest. Nie mam złudzeń; zmiany dokonane w filmie zostaną w dużej mierze cofnięte i za rok, po premierze Captain Marvel i czwartej odsłony Avengers, świat wróci do status quo lub czegoś do niego zbliżonego. Natomiast udowodniono mi, że w kinie można sprzedać każdą historię, jeśli tylko włoży się w to dość pracy i serca. Nawet historię o szalonym tytanie, który chce zniszczyć połowę Wszechświata. I, choć dziś na Disneya i Marvela patrzy się jako na wielkich biznesowych graczy, to spróbujcie ujrzeć za całą tą fasadą ludzi, którzy spełnili swoje marzenia i tchnęli nowe życie w bohaterów, których do niedawna znała jedynie garstka fanów. I chociaż nigdy nie byłem fanem rysowanych obrazków, a i do samego filmu mam liczne zastrzeżenia, to oddaję hołd twórcom i wznoszę toast za ich wytrwałość i nieustępliwość!

Recenzje

„Śmierć Stalina” – Recenzja

Kamil Walczak

O filmie dystrybutor rzecze: „Dobra zmiana to przeżytek” – bo oto nadchodzi zmiana totalna, zakręcona i niebezpieczna. Kiedy po tytułowej śmierci Czerwonego Kata najwyżsi członkowie partii komunistycznej stają w szranki o sukcesję, Armando Ianucci rozpoczyna brytyjski zamach stanu. Ze swoimi żartami i gagami  zdarza mu się chybiać, ale zgodnie z dyrektywą samego Stalina: “Ani kroku wstecz”.

Według współczesnych badań, największą bolączką wszelkich systemów autokratycznych i totalitarnych jest nieuzgodniona zasada następstwa tronu. Tak więc kiedy w potężnym Związku Sowieckim towarzysz Stalin odchodzi na łono Lenina, kolejka chętnych do zajęcia jego miejsca jest bardzo długa.. Jego najbliżsi współpracownicy: Beria (Simon Russell Beale), Mołotow (Michael Palin), Chruszczow (Steve Buscemi) oraz Malenkow (Jeffrey Tambor) rozpoczynają rywalizację o władzę. Starej gwardii próbuje przeszkodzić nierozgarnięty Stalin Junior (Rupert Friend), a w pogotowiu znajduje się panujący nad armią Żukow (Jason Isaacs) z obwieszoną orderami piersią.

Śmierć Stalina
fot. kadr z filmu “Śmierć Stalina”

Utrzymaną w brytyjskim sznycie komedyjkę Ianocciego najlepiej oglądać z pewnym dystansem, zwłaszcza mając na uwadze fakt, że przeciętny Polak trochę inaczej odbiera Związek Radziecki (i także ma nieco większe pojęcie o tym chwalebnym kraju) niż przeciętny zachodni widz, do którego film jest adresowany. Bo o ile można zrozumieć fakt, że scenariusz miał być z założenia płytki, a świat przedstawiony intencjonalnie ukazany jako siermiężna groteska systemu sowieckiego, to trudno oprzeć się wrażeniu, że to za mało. Brytyjski humor, oparty tutaj na trochę dziecinnej zabawie cyrylicą i zataczających koło żartach o sowieckim zamordyzmie i atmosferze śmierci, jest, niestety, dość wybrakowany. Brak tu polotu i powagi, które wyważyłyby beztroskę i lekkość luźnej adaptacji historii. Niewyczuwalna jest waga konfliktu między pretendentami do tronu, choć celowym zabiegiem reżysera mogło być uproszczenie tego sporu. Śmiertelna gra sowieckich tuzów, podsycana przez wszechwładne siatki NKWD Berii, powinna łączyć rozrywkę z dramatyzmem i napięciem. Tymczasem splątana w konwulsjach przeakcentowanego humoru Śmierć Stalina jest zbiorem skeczów, które silą się na skondensowaną akcję.

Nie zmienia to faktu, że czerpałem dziwną przyjemność z seansu. Nie powala on może płynnością, ale łączące się ze sobą epizody współgrają i raczej nie zaburzają zwykłej absurdalności, na którą tak silą się twórcy. Swoją drogą, ignorancja Brytyjczyków to niebywały fenomen. Upraszczanie wydarzeń historycznych, na które powołują się twórcy i układanie z dosłownych scen ogólnikowej charakterystyki totalitaryzmu (które są, szczerze mówiąc, o kant dupy rozstrzał) zdają się zajmować poślednie miejsce przy werwie ciętego czarnego humoru, utarczek słownych, ironizacji wszystkie we wszystkim.

Choć nie wiem jak bardzo bym się upierał i jak bardzo nie dzieliłbym włosa na czworo, to czy tego chcę czy nie chcę, seans Śmierci Stalina jest w swoich ramach satysfakcjonujący. Dostarcza paru faktów historycznych i anegdotek, dobrze przedstawia trochę karykaturalne sylwetki radzieckich szych i bawi, mimo że często to gęste i głęboko ironiczne suchary.

Śmierć Stalina
fot. kadr z filmu “Śmierć Stalina”

Bodaj najlepszym aspektem filmu Ianocciego jest mistrzowska obsada, uhonorowana nawet nagrodą BAFTA. Simon Russell Beale portretuje samego Berię z zimnokrwistym instynktem i opętaniem, pomieszanym z grubaśną rubasznością. Buscemi błyszczy polityczną smykałką (jak już to robił w Zakazanym imperium) i dodaje też od siebie  radziecką absurdalność, Michael Palin dalej się nie wypalił i wtrąca swoje dwa, wyjątkowo groteskowe grosze. Muszę zwrócić też uwagę na Jeffreya Tambora, który Malenkowa, teoretycznego następcę Stalina, niemającego pojęcia co się dzieje, kreuje jako postać o wyjątkowo ciepłym jak na krwawy Kreml zacięciu. Jego naiwność i serwilizm razem z resztą grzesznego składu Komitetu Centralnego jawią się widzowi jako prawdziwie unikalny i zabawny skład. Dodając do tego ekscentryczną rolę Ruperta Frienda i bitny rosjanizm Jasona Isaacsa, otrzymamy mieszankę, dla której naprawdę warto wybrać się na film Ianocciego.

Gdybym miał stawać w szranki o dobre imię Stalina, nie byłoby problemu. Ze Śmiercią Stalina mam już jednak wątpliwości. O ile ciężko tego filmu bronić w obliczu gradu wyrafinowanych argumentów (Beria wcale nie był taki gruby) i miejscami szczerze żenującego humoru, można tę brytyjską produkcję brać i nic się nie bać. Aktorskie kreacje, Kreml vibes i stalinowskie danse macabre sprawiają, że skrycie lubię to urocze i trochę pobłażliwe filmidło.

 

Klasyka z FilmawkaPublicystykaRecenzje

Klasyka z Filmawką – “Spotkanie” z Davidem Leanem

Michał Piechowski
Celia Johnson i Trevor Howard

W szerokiej świadomości widzów David Lean funkcjonuje przede wszystkim jako twórca zachwycających swoim technicznym rozmachem epickich przedsięwzięć pokroju Mostu na rzece Kwai czy Lawrence’a z Arabii. O wiele rzadziej mówi się obecnie o tej mniej widowiskowej części jego filmografii, a najlepszym dowodem na to, że tak być nie powinno, niech będzie powstałe w 1945 roku Spotkanie. Chociaż brakuje tutaj zapierających dech w piersiach kadrów czy patetycznych scen, nie można odmówić temu melodramatowi wyczucia i obecności subtelnych emocji, dzięki którym nieznaczne gesty i ukradkowe spojrzenia są celniejsze niż najwznioślejsze przemowy i monologi.

Przedstawiona tutaj, pozornie prosta, historia pozwala na stworzenie wiarygodnego portretu z góry skazanej na niepowodzenie miłości i uwikłanej w nią kobiety i, mimo istnienia w konkretnym miejscu i czasie, nadanie całości uniwersalnego wymiaru. Oto trafiamy na dworzec kolejowy i widzimy siedzących przy kawiarnianym stoliku: Laurę (nominowana do Oscara Celia Johnson) i Aleca (w tej roli Trevor Howard). Chociaż panuje tam wszechobecny gwar, nas uderza przejmująca cisza, a w tym wymownym milczeniu dwójki bohaterów instynktownie wyczuwamy melancholijną świadomość utraconej szansy i spowite w atmosferze beznadziei pragnienie walki z całym światem. Uczestniczymy właśnie w ostatnim spotkaniu kochanków, w finiszu znajomości, która rozpoczęła się w tym samym miejscu zaledwie kilkanaście tygodni wcześniej.

Z opowieści Laury, nadającej Spotkaniu formę kompozycji szkatułkowej, stopniowo rodzi się pełen obraz wydarzeń, których zakończenie już znamy. David Lean skupia się przede wszystkim na relacji łączącej tę parę, nie ucieka się do zbędnego suspensu, a dokładny przebieg wydarzeń traktuje zaledwie jako pretekst do rozważań na temat jej istoty. Portretuje uczucie głównych bohaterów nie tylko przez pryzmat ich samych, wspólnie prowadzonych rozmów, wyjść do kina, oczekiwań na przyjazd pociągu, ale również za pomocą ich otoczenia, społeczeństwa, w którym przyszło im żyć. Namacalne niemalże jest narastające poczucie winy, z jakim muszą radzić sobie zakochani. Wszak ukrywają oni prawdę przed swoimi małżonkami i znajomymi, posuwając się do kłamstw i podchodów, mając jednocześnie świadomość, że nie ma żadnych szans na to, by udało im się wspólnie osiągnąć szczęście.

Jednak centralne miejsce w całej tej układance należy do Laury, niezrozumianej przez najbliższych, mimo ich jak najlepszych intencji. Nacechowana emocjonalnie, przepełniona niemą egzaltacją, narracja pozwala spróbować zrozumieć toczącą się w niej walkę, a wewnętrzne monologi (które w określonych okolicznościach mogłyby nawet brzmieć pretensjonalnie, ale tutaj świetnie współgrają z inkoherentnym spojrzeniem kobiety na samą siebie) dopełniają obrazu przepełnionej dualizmami kobiety. Przedstawiona z wielkim wyczuciem jednocześnie wzbudza sympatię i współczucie w związku z swoim tragicznym położeniem, tworząc postać rozdartą  pomiędzy uczuciem i wartościami świata, w którym żyła dotychczas.

Od premiery minęły już 73 lata, a Spotkanie nadal fascynuje świeżością i czułością, z jaką traktuje swoich bohaterów. Trudno tutaj znaleźć coś, od czego można by było zacząć negatywną krytykę i chyba najłatwiej jest po prostu zaprzestać poszukiwań, poddać się przepięknej historii i zwyczajnie delektować każdą minutą tego dzieła sztuki. Polecam, mimo że nie płakałem.

Publicystyka

Miloš in the Sky with Diamonds – Miloš Forman a ruch Hipisowski

Konrad Bielejewski

Miloš in the Sky with Diamonds

wyk. Leszek Żebrowski

Czyli krótka dywagacja o związkach Miloša Formana z kulturą hipisowską

Swego czasu mieszkałem w czeskiej Pradze, studiując sztukę, pijąc Kozela i przesiadując w gęstych od papierosowego dymu kafejkach, gdzie rock’n’roll wciąż niepodzielnie dzieli i rządzi. Pobyt w Czechach nauczył mnie wiele – ale najbardziej zaskakującym był fakt, jak bardzo Czechy są kulturowo wyzwolone w porównaniu do mej rodzinnej Polski. Stąd też z nieco większym zrozumieniem wspominam twórczość zmarłego Miloša Formana.

Jeżeli Forman – podobnie jak ja – delektował się wolną miłością, litrami absyntu i rzeźbami o dorodnych, całkowicie odsłoniętych biustach, które zapełniają Praskie uliczki, to nie powinien nikogo zaskoczyć fakt, że pierwszym jego filmem po przybyciu do USA był Lot nad Kukułczym Gniazdem”, oparty na książce Kena Keseya – najsłynniejszego propagatora silnego narkotyku, znanego jako LSD (Kesey podróżował po Stanach w kolorowym autobusie, rozdając darmowe próbki narkotyku i promując zespół The Greatful Dead). „Lot[…]” to opowieść o jednostce, która trafia do obcego środowiska, stara się zachować swą odrębność, lecz ostatecznie zostaje brutalnie wepchnięta do szeregu, tracąc całą swą osobowość i piękno charakteru. Oczywiście film można interpretować w inny sposób, lecz powiązania między dziełem Formana, a twórczością i dorobkiem Keseya są widoczne gołym okiem.

Lot nad kukułczym gniazdem
Lot nad kukułczym gniazdem

Kultura hipisowska – promująca odrębność, wolną miłość, negowanie autorytetu i narzuconych z góry norm społecznych idealnie wpasowuje się do wydarzeń przedstawionych w filmie. Główny bohater wielokrotnie ignoruje zasady panujące w domu szaleńców, doprowadzając tym samym naczelną pielęgniarkę do szewskiej pasji. Wreszcie i ona sama staje się ofiarą furii człowieka, w którym frustracja wywołana nieustannym buntem wręcz się gotuje. Forman bardzo delikatnie wprowadza nas w ten świat, lecz nie demonizuje żadnej ze stron – w tym przede wszystkim tkwi piękno „Lotu[…]”, jest to bowiem film ludzki. Emocje wybuchają w kluczowych punktach, niosąc ze sobą bardzo specyficzne przesłanie – świat potrzebuje buntowników, lecz z rzadka kończą tacy szczęśliwie, jednakże idee przez nich promowane żyją i dają przykład innym. Tym był ruch hipisowski, tak jak i losy bohatera filmu i książki „Lot nad Kukułczym Gniazdem.

Czy Forman sprostał przesłaniu? Podejrzewam, że zależy to od widza, choć wciąż mam nadzieję, że wielu oglądających poczuło pewien rodzaj uniesienia, widząc szpitalną umywalkę poddającą się potężnym bicepsom niemego giganta. Pamięć pozostaje wciąż żywa, a Forman przez lata delektował się promowaniem sztuki wyzwolonej, czy to w rewolucyjnym „Hair”, czy w dystyngowanym, aczkolwiek mocno erotycznym „Amadeuszu”. Jeżeli ten film jest wam zaś nieznany – drogi czytelniku, odnajdź w sobie Drzwi Percepcji i odpłyń w ten świat, gdzie każdy jest szalony. Zapewniam, że nie będziesz tego żałować.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.