Recenzje

“Avengers: Wojna bez granic” – Recenzja

Maja Głogowska

Marvel, podobnie jak Gwiezdne Wojny ma w moim sercu specjalne miejsce, ale to wcale nie oznacza, że miałam wysokie oczekiwania względem Infinity War. Jest wręcz przeciwnie. Mimo tego, że niemalże każdy film ze stajni Marvel Cinematic Universe mnie bawił, mało mnie w sobie rozkochało tak jak robi to dobry komiks. Po seansie śmiało mogę przyznać — Infinity War miało wiele okazji, by zmienić ten stan rzeczy, ale… nie jest to film pełny.

Bracia Russo stanęli przed kilkoma trudnymi wyborami. Jak napakować film bohaterami nie odbierając przy tym nikomu zasłużonego czasu ekranowego? Postanowili pozwolić fabule toczyć się w najprostszy sposób, przenosząc bohaterów i ich osie fabularne w różne, wcześniej niedokryte przez nas obszary. Wojna bez granic zabiera nas w odległe krańce wszechświata, nie zapominając o naszej rodzimej planecie. W każdej lokacji widzowie odnajdą swoich ulubionych herosów włączonych w proste i jednocześnie dość zaskakujące grupy.

Avengers: Wojna bez granic, Disney, materiały prasowe
fot. materiały prasowe

Jak już wspominałam we wstępie — Wojna bez granic nie jest filmem pełnym. Cztery lata temu na Marvel Media Day, Kevin Feige (szef Marvel Studios) wyjawił tytuły najbliższych produkcji, zwieńczonych sequelem Wojny bez granic. Nagle tytuł czwartej części przygód mścicieli zmieniono, ale nikt nie obiecał nam, że produkcje nie będą stanowić spójnej całości. Po seansie trzeciej części Avengersów mogę stwierdzić, że będą i niestety wiem, że to będzie słuszny wybór, bo…

… Mimo tego, że Infinity War jest najdłuższym filmem Marvela jest również zbyt krótki. Bracia Russo za bardzo się zniecierpliwili i przyśpieszyli kilka wątków, które inni twórcy dusili na małym ogniu od kilku lat. Ten film należy do Thanosa, a herosi w rajtuzach i syntetycznych zbrojach są jedynie przeszkodą antagonisty, którą obserwujemy w ramach jego misji. Muszę przyznać, że szalony tytan jest jednym z najciekawszych wrogów, jakich widziałam na srebrnym ekranie kiedykolwiek. Intencje Thanosa można zrozumieć — co więcej, widz nie ma oporów, gdy przychodzi do obrania jego strony. Jego charakter przypomina mi postać Boga, wykreowaną w Starym Testamencie. Nie jestem pewna czy bracia Russo zrobili to celowo, ale jeśli tak — czapki z głów. Między innymi dzięki temu Thanos wydawał mi się tak potężny i tak… dziwnie znajomy.

Avengers: Wojna bez granic, Disney, materiały prasowe
fot. materiały prasowe

Marvel Cinematic Universe nigdy nie było na tyle szczodre, by ofiarować nam dobrego antagonistę. Dlatego za fakt, że to jemu poświęcona jest cała pierwsza część Infinity War (bo ustalmy sobie jedno, Avengers 4 to wciąż Inifinity War 2) nie należy się obrażać. Na szczęście MCU podarowało nam jeszcze jedną rzecz, której wcześniej próżno było szukać w produkcjach spod pióra twórców największego filmowego uniwersum… chemię między postaciami. Na pierwszy rzut oka widać, którzy herosi są przyjaciółmi od kufla piwa, a którzy dopiero stawiają pierwsze kroki w swojej relacji. Według plotek do tego stanu rzeczy przyczynił się James Gunn, reżyser filmów o Strażnikach Galaktyki. Dialogi napisane przez Christophera Markusa i Stephena McFeely’ego są pełne kolorytu. Niestety nie zabrakło też klasycznego, Marvelowskiego humoru, choć tym razem wydawał mi się o wiele bardziej strawny.

Prawdopodobnie największą przywarą Infinity War jest pośpiech w dążeniu do finału. Mimo tego, że impet emocjonalny filmu zebrał na sali kinowej spore żniwo mógł to zrobić jeszcze bardziej efektywnie, gdyby od czasu do czasu twórcy pozwolili bohaterom na chwilę odpoczynku. Myśl, że nie było na to czasu wcale nie umniejsza mojego żalu. Z jednej strony bardzo ucieszyły mnie wszelkie interakcje ulubieńców, ale z drugiej czułam, że za dużo będę musiała sobie opowiedzieć po seansie. Gdy w powieści graficznej tak duża liczba herosów gromadzi się, by wspólnie zaradzić hipotetycznemu złu dostajemy nie tylko tę serię (event), ale i tie-iny, czyli komiksy opisujące dzieje różnych bohaterów na przestrzeni danego wydarzenia. Tu dostaliśmy tylko to pierwsze, a drugiego musimy się domyślać.

Od czasu Ery Ultrona i przedwczesnej śmierci Quickslivera (ups, spoiler) Marvel nigdy tak źle nie potraktował żadnego herosa jak zrobił to w swojej najnowszej produkcji. Vision, jeden z najpotężniejszych „mścicieli” został sprowadzony do roli błyskotki, którą Thanos koniecznie chce posiąść, przez co nie lśni tak jak powinien. Żałuję też, że Bruce Banner stał się jedynie rozluźniającym widzów żartem i nie ma w sobie prawie nic z inteligentnego naukowca, którego znam z komiksów. Już kilka produkcji wstecz twórcy śmiało eksponowali jego niezręczność, ale nigdy tak, by zamienić ją w obiekt śmiechu.

Avengers: Wojna bez granic, Disney, materiały prasowe
fot. materiały prasowe

Na dużym ekranie Infinity War prezentuje się rewelacyjnie. Wrażenie zrobiły na mnie nie tylko niesamowite efekty specjalne, ale i przepiękne ujęcia. Gromkie brawa należą się Trentowi Opaloch. Jego zdjęcia przenoszą widzą do centrum akcji. Swoją funkcję spełnia również ściężka dźwiękowa, choć nie należy do tych, które chciałabym mieć na swojej półce. Alan Silvestri sprawnie skorzystał z kilku fantastycznych motywów przewodnich znanych z poprzednich filmów, ciarki.

Naprawdę ciężko mi ocenić Wojnę bez granic. Dostaliśmy ciekawy blockbuster z angażująca fabułą, fantastycznymi bohaterami i niesamowitym antagonistą. Niestety nie jest pełny, więc próżno mówić o tym jaki wpływ będzie miał na uniwersum i czy w końcu Marvel postawił na odwagę. Czy każda ze śmierci jest pernamentna? Jeżeli tak to jak zmieni się formuła filmów, które już zostały zaplanowane? A może czeka nas reset uniwersum? Na te wszystkie pytania odpowiedź poznamy już za rok. A teraz… czas na teorie. Uwierzcie, będzie ich równie dużo co fanowskiej kontemplacji nad kwestią rodziców Rey.

Scena po napisach sprawiła, że serce zabiło mi mocniej. Tak dobrej zapowiedzi filmu nie da nam żaden zwiastun. Koniecznie przesiedźcie kilka dodatkowych minut na sali kinowej.

thumbnail: fanart by BossLogic

PublicystykaSeriale

6 seriali Marvela, które trzeba zobaczyć!

Maja Rybak

Premiera Avengers: Wojny bez Granic już na dniach. Oczekiwanie i ekscytacja fanów Marvela na całym świecie sięga zenitu (przynajmniej ja siedzę niemal jak na szpilkach). Nie samymi filmami jednak człowiek żyje. Marvel ma również całkiem ciekawe seriale, które pomimo braku wplecenia ich w filmowy timeline, warte są obejrzenia. Poniżej moja pierwsza topka. Kiedyś musiało do tego dojść. Top 6 seriali Marvela, które naprawdę trzeba zobaczyć.

  1. Agenci T.A.R.C.Z.Y

Pozycja obowiązkowa dla tych, którzy uważają, że filmy i seriale powinny tworzyć spójną całość. Do momentu, w którym skończyłam oglądać (ostatni odcinek trzeciego sezonu) Agenci T.A.R.C.Z.Y bardzo ciekawie splatali odpowiednie epizody z wydarzeniami z filmów kinowych. Do dziś pamiętam rozwinięcie wątku Hydry w podwojach T.A.R.C.Z.Y, które w serialu robiło niemal tak samo dobre wrażenie, co w Zimowym Żołnierzu. To gdzie organizacja z Furym i Coulsonem na czele została potem poprowadzona również nie zawodzi oglądającego.

Agenci Tarczy
Agenci Tarczy
  1. Daredevil

Pierwszy z Netlfixowych seriali od Marvela powalił niemal wszystkich na kolana. W tym również i mnie. Samozwańczy uliczny superbohater w nocy, a za dnia niewidomy prawnik. Świetna choreografia scen walki, porządny, momentami naprawdę przerażający złoczyńca i przyjaciel herosa, który niekoniecznie kończy jako jego pomocnik. Najważniejsze jednak są wewnętrzne konflikty Murdocka w obu sezonach: czym dla niego jest sprawiedliwość i czy naprawdę warto poświęcać życie dla jednego miasta? Daredevil utorował również drogę takim serialom jak Jessica Jones, Luke Cage czy znakomity The Punisher, przez co staje się pozycją obowiązkową dla fanów dopiero wkraczających do świata filmowo-serialowych adaptacji Marvela.

Daredevil
Daredevil
  1. Runaways

Jeden z najnowszych seriali, skierowany głównie do nastoletniej widowni. Do nastolatków już nie należę od dobrych kilku lat, ale na każdy nowy odcinek czekałam z niecierpliwością; Runaways to serial wyjątkowo wierny komiksowemu pierwowzorowi pomimo wielu wprowadzonych zmian. Twórca tej grupy to Brain K. Vaughan, który przy serialu pełni funkcję konsultanta. Serial zachował ducha i atmosferę pierwszej komiksowej odsłony Uciekinierów, a cały sezon usiany jest easter eggami, przez które moje serce topiło się z radości.

Runaways
Runaways
  1. Jessica Jones

Wielu osobom ostatni sezon Jessici Jones podobał się mniej niż pierwszy. Ja wręcz przeciwnie – uważam, że udało się utrzymać poziom pierwszego sezonu. Postać Jessici jest pełna wyrzutów sumienia, alkoholu i samo-destruktywnych skłonności, co wyróżnia ją z tłumu innych ekranowych superherosów. Jessica Jones pokazuje również, że bycie super nie jest rozwiązaniem na wszystkie problemy, a wręcz dostarcza ich jeszcze więcej; daje to trochę do myślenia tym, którzy marzą o super zdolnościach.

Jessica Jones
Jessica Jones
  1. Legion

Pierwszy serial z uniwersum Marvelowych mutantów doprowadził do niezłego zawirowania nie tylko na rynku telewizyjnym, ale również w głowach swoich widzów. Tak psychodelicznej serii telewizyjnej nie widziałam wcześniej i pewnie długo nie zobaczę. Legion zakręci Tobą w ciągu kilku sekund tak, że nie będziesz wiedział, czy to wciąż rzeczywistość, czy już nie. Dan Stevens jest przegenialny w głównej roli, a drugi sezon, który obecnie jest emitowany na kanale Fox, jest jeszcze bardziej zakręconą podróżą przez zakątki umysłu głównego bohatera – Davida Hallera.

Legion
Legion
  1. The Punisher

Większość z Was pewnie uzna, że jest to dosyć kontrowersyjna decyzja umieścić Punishera na pierwszym miejscu. Dla mnie jednak jest to coś oczywistego. Historia Franka Castle’a jest tragiczna, wyciskająca łzy i jednocześnie wciągająca nas po uszy. Obsadzenie Jona Bernthala w roli tytułowej to jedna z tych decyzji, których nikt już teraz nie podważy – genialny ruch. Wprowadzenie go w drugim sezonie Daredevila zapewniło nam również coś innego niż proste origin story – dostaliśmy opowieść o weteranie, który wrócił z wojny tylko po to, żeby wkroczyć w następną. Bo wojna w jego głowie nigdy się nie kończy.

The Punisher
The Punisher

 


Honorowe wspominki i jedna nie-tak-honorowa:

  • Pisząc o serialach Marvelowych trzeba wspomnieć o Agentce Carter i drugim serialu z uniwersum X-Men – The Gifted. Naznaczeni. Pierwszy tytuł to nic innego jak spin-off o kobiecie, która wyprzedzała swoje czasy i była niedoceniana oraz ignorowana przez swoje środowisko pomimo swoich zasług. Peggy Carter potrafi skopać tyłek, co udowadnia w każdym odcinku. Szkoda, że były tylko dwa sezony, bo z chęcią oglądałabym przygody założycielki T.A.R.C.Z.Y po dziś dzień.
Agent Carter
Agent Carter
  • The Gifted z kolei to serial, który pokazuje dobrze nam znaną z filmów segregację mutantów. Historia rodziny, której ojciec zajmuje się wyłapywaniem i odsyłaniem ludzi ze zdolnościami do zamkniętych placówek przybiera niespodziewany obrót, kiedy dzieci okazują się tymi, których izolują. W serialu pokazany jest ruch oporu, nie pod przywodnictwem Xaviera czy Magneto, a tych, którzy wiedzą, że mogą polegać tylko na sobie i innych mutantach.
The Gifted
The Gifted
  • Niehonorowa wspominka należy do serialu, którego wybór chyba nikogo nie zadziwi. Inhumans to produkcja bardzo zła, która spędzała co wierniejszym fanom sen z powiek. Pierwszy odcinek nie zapowiadał nic ciekawego, a dalsze epizody pogarszały tylko sytuację tej produkcji. Okropny, nieprzemyślany scenariusz z dziurami i aktorstwo na dosyć niskim poziomie (nie licząc Iwana Rheona). Inhumans zasłużyło sobie na łatkę najgorszego serialu Marvela każdą sekundą każdego odcinka.
Inhumans
Inhumans
Recenzje

“Sobibór” – Recenzja

Tomasz Małecki
"Sobibór" (fot. materiały prasowe)
kadr z filmu “Sobibór” (materiały prasowe)

Nie zaskoczę was chyba stwierdzeniem, że motyw nazistowskich obozów zagłady w kinematografii nie jest niczym nowym. Odkąd za pośrednictwem Nocy i mgły Alaina Resnaisa upadła zasłona milczenia, doczekaliśmy się wielu dzieł, które wykorzystując historyczny a czasem nawet biograficzny kontekst niniejszego zagadnienia, dobierały się do ludzkiej psychiki wyniszczonej doświadczeniem piekła na ziemi. Mogłoby się zatem wydawać, iż w tym temacie prochu już nie wymyślimy, ale jednak – wyobraźnia artysty podobno nie zna granic. I z tego założenia wyszedł chyba Konstantin Khabenskiy, słynny jak Mateczka Rossija długa i szeroka aktor, który prócz występu przed kamerą postanowił także wejść w kontakt z rzemiosłem reżyserskim. Jego podwójna rola w Sobiborze jest natomiast tym, o co wszyscy mogliśmy pytać przed premierą filmu – czy ktokolwiek będzie w stanie powiedzieć nam jeszcze coś, czego w tym temacie nie słyszeliśmy? Albo czy przynajmniej można to zrobić w jakiś jeszcze niepraktykowany dotąd sposób, aby wpuścić odrobinę świeżego powietrza do tego naprawdę często użytkowanego pomieszczenia? Cóż, ja na te pytania nie odpowiem, ale za to pozostawię wam nadzieję, iż ktoś kiedyś udzieli pozytywnej responsy. Khabenskiy natomiast tej nadziei was pozbawi…

Historia Sobiboru jest wyjątkowa z przynajmniej jednego względu – oto w przeciwieństwie do oficjalnej wykładni doktryny reżimu nazistowskiego, zakładającej pozbawienie więźniów obozów koncentracyjnych wszelkiej woli do życia, następuje masowy zryw, którego efektem jest wyzwolenie kilkuset osób oraz doprowadzenie do likwidacji niniejszego miejsca zagłady. Ten wyraz ludzkiej witalności, najdonioślejszy akt pragnienia zachowania własnego, materialnego jestestwa, może, a zatem powinien, budzić najszczerszy podziw, z czego doskonale zdawał sobie sprawę, ale czego nie do końca potrafił zrozumieć Khabenskiy. Jego film w dużej części bowiem wypełnia ekshibicjonistyczny patos, wielkoprodukcyjna tandeta, która budzi tym większe zniesmaczenie, iż w innych partiach ucieka się on do realistycznego umiaru, a zarazem okrucieństwa. Ten mix konwencji wybucha mu prosto w twarz za każdym razem, gdy tylko dochodzi do spotkania ich elementów składowych w narracji, co oczywiście następuje dość często i w najmniej odpowiednich momentach. Na największy lincz w tym kontekście zasługuje ścieżka dźwiękowa, która – co również jest paradoksem – kontrastuje z naprawdę wybitną warstwą audiowizualną. Wjazd lokomotywy na stację czy wystrzał z karabinu maszynowego potrafią przyprawić o niemałe ciarki, które jednak z miejsca znikają, gdy na horyzoncie majaczą podniosłe melodie smyczkowe i chóralne. Podstawowym problemem Sobiboru jest zatem jego nieudolny eklektyzm, łączenie niespójnych wewnętrznie fragmentów sprzecznych ze sobą konwencji i niezdecydowanie twórców w kwestii tego, co widzowi pokazać, a czego mu oszczędzić.

"Sobibór" (fot. materiały prasowe)
kadr z filmu “Sobibór” (materiały prasowe)

W tym ostatnim przypadku szczególnie reprezentatywne są sekwencje eksterminacji oraz morderstw. Kiedy przez ponad połowę filmu Khabenskiy zdaje się dbać o dobry smak i ekranową elegancję, to wówczas następuje ujęcie rozgniecionej tępym narzędziem głowy niemieckiego oficera. Początkowo postulowana “brutalność bez okrucieństwa” przeradza się więc w pełnokrwisty gore, którego nijak nie mogliśmy się spodziewać i który nijak nie współgra z tym, czego od swojego dzieła oczekiwał reżyser. Tego typu “wahania nastroju” występują także w łonie samej struktury filmu, inspirującej się jednocześnie dokonaniami nurtu eksploatacji jak i klasycznego dramatu obozowego. W takich warunkach widz więc nie może czuć się na seansie Sobiboru komfortowo. Z tym jednak zastrzeżeniem, iż ten komfort odbiera mu nie treść lub nietuzinkowe podejście do tematu, a zagubieni w swej ambicji twórcy.

Zadacie zatem pytanie, skąd tak wysoka ocena? Filmawka się sprzedała? Bynajmniej. Jak na ironię obie wyżej opisane konwencje Sobiboru same w sobie się sprawdzają. Zarówno część eskapistyczna, jak i część realistyczna w swych najgorszych momentach wypadają co najmniej nieźle, stąd też powinniśmy wysnuć twierdzenie, iż to nie film zawodzi, a właśnie to łączenie konwencji. Poza tym podziałem całkiem zgrabnie wypada również implementacja bohatera zbiorowego oraz jego konfrontacja z wyraźnie nakreślonymi bohaterami indywidualnymi. I to jest coś, co na przykład nie udało się Nolanowi w Dunkierce, gdzie o bohaterze zbiorowym mowy być nie może, a bohaterowie indywidualni ograniczani są przez siermiężny scenariusz. Sobibór natomiast w sposób satysfakcjonujący przeprowadza ekspozycję masy oraz dialektykę grup, na czym jednocześnie nie tracą główne postacie, sprawcy zamieszania w obozie. Ich motywacje i działania są wyraźnie uzasadniane, lecz przy tym nie narzucają nam indywidualizacji narracji i nie odciągają uwagi od sedna przedmiotu, jakim jest bunt przeciwko ciemiężcom. To wszak opowieść o bezimiennej sile ludzkiej woli do życia, która nie potrzebuje piedestałów i autorytetów, by dać znać o swoim istnieniu. W tym aspekcie więc Khabenskiy-reżyser okazał się lepszy niż Nolan, a to w niektórych kręgach uchodzi za nie lada rekomendację.

W ogólnym rozrachunku jednak po Sobiborze może w głowie pozostać jedynie chaos. To, co tu jakoś broniłoby się samo, całkowicie ulega, gdy tylko musi wejść w interakcję z całością. Dlatego też na wstępie zaznaczyłem, że Khabenskiy odbierze wam nadzieję – jeśli tak bowiem, z całym dorobkiem intelektualnym i możliwością twórczego parafrazowania (swoją drogą jedną dobitną parafrazę w Sobiborze powinien dostrzec każdy pasjonat rosyjskiego kina), tworzy się dziś kino “obozowe”, to nadzieja nie umarła ostatnia. Ona umarła pierwsza.


Film trafi do polskich kin już 11. maja, tymczasem zapraszamy do obejrzenia jego zwiastunu:

CampingPublicystyka

Camping #3 – Power ranking “Teksańskich Masakr Piłą Mechaniczną”

Bartek Bartosik

„Camping” to cykl tekstów, w których przybliżam czytelnikom dzieła, jakich nie znajdą w zestawieniach najlepszych filmów wszechczasów. Kino pełne miłości, niebezpieczne, nierzadko szokujące, za to zawsze, w jakiś pokrętny sposób, piękne.


 

Świat pogrążą się w coraz większym chaosie. Wartości, które nasze pokolenie, wychowane w dobrobycie i poczuciu bezpieczeństwa, uznawało za pewnik, stoją pod coraz większym znakiem zapytania. Atomowy zegar nie był tak blisko godziny dwunastej prawdopodobnie od czasu kryzysu kubańskiego. Tarcia międzynarodowe przekładają się na wewnętrzne niepokoje. Fala protestów przelewa się przez świat z nie widzianą od niemal trzydziestu lat siłą. Kryzys imigracyjny podzielił Europę, gdzie humanitaryzm walczy z pierwotnym lękiem, podsycanym przez grupy wpływów. Na czele najpotężniejszego państwa świata stoi człowiek uznany przez opinię publiczną za szaleńca, który to szaleniec wdaje się do tego w pyskówki z szaleńcem programowym, władcą Korei Północnej. Kładąc się spać nie możemy być pewni, czy obudzimy się w tym samym świecie. Wychodząc naprzeciw obawom, które każdy z nas, niezależnie od popieranej opcji politycznej, ma gdzieś zaszyte pod skórą, postanowiłem coś zrobić. Stworzyłem Power Ranking wszystkich części Teksańskiej Masakry Piłą Mechaniczną.

  1. Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną (1974r.)

texas 1

Żałuję wielu rzeczy, zwłaszcza tych, na które nie miałem wpływu. Jednym z takich żali jest fakt, że nie urodziłem się w okolicach roku 1950 w Stanach Zjednoczonych. Przeżycie (albo i nie) Woodstocku to jeden z koronnych argumentów za chęcią przynależności do tej konkretnej demografii, ale nie mniejszym byłaby możliwość zobaczenia Teksańskiej Masakry Piłą Mechaniczną tuż po premierze. Z perspektywy czasu fabuła wydaje się oklepana, ale nawet oklepane fabuły miały gdzieś swój początek. To właśnie pan Tobe Hooper (plus minus) wykoncypował sobie motyw z grupką nastolatków kolejno rozpierdalanych przez jakiegoś zwariowanego wariata i dobry Boże, jak mu to wyszło. Okej, w filmie można się dopatrywać odczarowania hipisowskiego spojrzenia na rzeczywistość i pokazania tej brzydkiej strony Ameryki, jakby ktoś się zapędził, to pewnie i Wietnam mógłby w interpretacje zaangażować, ale naprawdę nie trzeba. Pierwsza „Teksańska…” najlepiej broni się w warstwie dosłownej. Tak naprawdę większość masakrowania dzieje się poza kadrem, a mimo to panu Hooperowi udało się wypalić w celuloidzie nieskończone pokłady zła, atawizmu i brudu. Horror tutaj nie jest nastawiony na efekciarstwo, tylko na efekt. Nikt z masakratorów nie ma planu działania, nie ma pocierania dłoni w mroku i złowieszczego chichotu, nie ma skomplikowanych planów, nie ma jumpscare’ów. Współczesne, mainstreamowe horrory kompozycją scen, dźwiękiem, światłem i innymi zabiegami idą w stronę przestraszenia widza. W pewien sposób można uznać to za przełamanie czwartej ściany, bo głównym adresatem terroru jesteśmy my, a bohaterowie są tylko nośnikami tegoż. W „Masakrze” jest inaczej. Każdy akt  bestialstwa jest skierowany wyłącznie w stronę gówniarzy, co równa się maksymalnej immersji. Groza w czystej postaci. Do tego sfilmowana w części jak dokument, z prześwietlonymi kadrami i klasycznym już Leatherface’m na tle wschodzącego słońca. Poezja.

 

  1. Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną 4: Następne Pokolenie (1994)

texas 4

Okrzyknięty przez kurwa wszystkich najgorszym filmem w serii, wypuszczony do dystrybucji dopiero po tym, jak grający w nim Rene Zelweger i Mefju Makkonahej stali się sławni za sprawą innych filmów, gnojony nawet przez najzagorzalszych fanów mechanicznego piłowania. A ja go uwielbiam od A do Z. Ten film jest stuprocentowo szalony. I to nie w ten sposób, co przejażdżka kolejką górską czy skok na bungee. On jest szalony jak Charles Manson. Wydaje się operować w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, która pozornie przypomina naszą, ale cała jest na twardych narkotykach.  Czego tu nie ma – głowa rodziny z mechaniczną nogą sterowaną pilotami od telewizora, Leatherface – transwestyta, mnóstwo nieskoordynowanych okrzyków, all right all right all right, kosmici, tajne organizacje, przekłute sutki kosmitów, główna bohaterka strofująca Leatherface’a.  Nie bardzo nawet wiem, co mogę o nim napisać, bo musiałbym opowiedzieć każdą scenę, żeby pokazać choćby procent ciężkiego popierdolenia, z jakim ten film nawet nie tyle się zmaga, co je ostentacyjnie afiszuje. Fenomenalnie przeszarżowane aktorstwo z wyjącym Makkonahejem na czele, skandaliczna konstrukcja postaci, ogólny chaos i fabularne absurdy są tu wymieszane proporcjach, które pokażą ci, jak to jest brać heroinę. Jeśli lubisz filmowe bad tripy, z całego serca polecam ten, jako mój ulubiony z nich.

 

  1. Teksańska Masakra Piłą Mechaniczą: Początek (2006)

texas początek

Wraz z tym filmem wkraczamy do królestwa „Meh”. Nie zrozumcie mnie źle, „Początek” i dwa kolejne teksasy na liście to naprawdę spoko filmy, ale nie ma w nich ani maestrii jedynki, ani choroby psychicznej czwórki. Ten konkretny przedstawiciel meh-masakr pokazuje szanownemu widzowi, jak to się stało, że rodzina rzeźników stała się rodziną kanibali. Wszystko przez tych cholernych kapitalistów, rzecz jasna. Rzeźna się zamknęła, ale trzeba coś jeść. Pójście do innej pracy nie wchodzi oczywiście w rachubę, więc przy użyciu brzytwy Ockhama państwo Sawyerowie dochodzą do wniosku, że będą teraz jeść ludzi. W tej części oglądamy akt założycielski ludziowpierdalactwa, kiedy na farmę rzeźników trafiają jakieś randomy. R. Lee Earney (pozdro dla kumatych) robi tu musztrę rzeczonym koleżkom, a sam kanibalizm traktowany jest jako pragmatyczne rozwiązanie problemów finansowych rodziny. To wyjęcie konwencjonalnej moralności z równania wzmacnia poczucie dehumanizacji Sawyerów, co ładnie koresponduje z oryginałem. Poza tym to jednak tylko niezły slasher, który czerpie z pierwszej masakry, no ale jakby nie patrzeć, wszystkie z niej czerpią.

 

  1. Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną (2003)

texas 2003

Nie widziałem nigdy, żeby ktoś próbował zrobić remake pizzy, pornografii albo oranżady Heleny. Nikt się za to nie zabiera, bo ludzie mają na tyle oleju w głowie, że wiedzą, że pewnych rzeczy się nie ulepszy, nieważne jak by się nie próbowało. A jednak ktoś postanowił nakręcić od nowa Teksańską Masakrę Piłą Mechaniczną.  Twórcy pewnie coś tam pierdolili o szacunku dla oryginału, przedstawieniu go nowemu pokoleniu odbiorców, kontynuacji legendy czy coś. Podejrzewam jednak, że chodziło głównie o szybki sposób na zarobienie Benjaminów Franklinów. Co dziwniejsze, mimo całej systemowej niechęci do takich skoków na kasę nie mogę powiedzieć za dużo złego o finalnym produkcie. Tło jest lekko zmodyfikowane, żeby pan reżyser mógł mówić o swoim artystycznym wkładzie w przedsięwzięcie i tak dalej, ale dalej widać, że to stuprocentowa „Teksańska”. Z tych gorszych, oczywiście, ale dalej krew z krwi Tobe’a Hoopera. Cały szkopuł tkwi w realizacji. Tam, gdzie Hooper pracował na autentycznym brudzie, tutaj widać brud zainscenizowany, tam gdzie było szaleństwo i niekontrolowana groza, tutaj wkradają się nowoczesne zagrywki straszakowe. Seria takich drobnych różnic sprawia, po raz kolejny, że mamy do czynienia z tylko poprawnym remakiem i całkiem niezłym slasherem na miarę naszych czasów. A że nasze czasy nie są zbyt kolorowe dla tego gatunku, to inna sprawa.

 

  1. Texas Chainsaw 3D (2013)

texas 3d

To ta część, w której gra Alexandra Daddario. Dla twórców, jak się zdaje, nie liczyło się absolutnie nic więcej ponad fakt, że pani Daddario ma bardzo ładne cycki. Każda akcja, w którą była zaangażowana ta bądź co bądź główna bohaterka, miała za zadanie podkreślić jej ucycowienie. Psychol przywiązuje cię w rzeźni na haku? Lepiej upewnić się, że twoja koszula się rozerwie. Pan policjant daje ci swoją koszulę? Zapnij tylko jeden guzik na wysokości sutków. Cycki nie skaczą? CIĘCIE, DUBEL, MAJĄ SKAKAĆ.

Skoro już omówiliśmy linię artystyczną, którą podąża ten film, warto wspomnieć, że rzecz się dzieje w miarę współcześnie, a pani Cyckario odziedziczyła chatę z Leatherface’m w piwnicy. No.

Nie uważam czasu spędzonego na oglądaniu Texas Chainsaw za stracony, ale podejrzewam, że zdecydowanie lepiej prezentowałby się w kinie w formacie 3D(D), he he he he he.

 

  1. Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną 3 (1990)

texas 3

Nie ma w tym filmie absolutnie nic interesującego poza faktem, że grają w nim Aragorn i Candyman.

 

  1. Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną 2 (1986)

texas 2

Dużo bardziej od złych filmów nie znoszę filmów, które w całej swojej nijakości starają się być jakieś i im to za chuja nie wychodzi. Modelowym przykładem jest właśnie bezpośredni sequel oryginału, do tego reżyserowany przez samego Hoopera. To taka próba złagodzenia klimatu jedynki i nadania całości bardziej fikuśnego sznytu. Wygląda na to, że Tobe Hooper nie ma za grosz poczucia humoru, bo rozładowujące napięcie wstawki są skandalicznie żenujące, a siłą rzeczy gubi się przez nie cały potencjał horrorowy i nawet rzadkie momenty „na poważnie” wpadają do jednego wora z chujowizną reszty. Podczas oglądania tego potwora zastanawiałem się, co się stało z panem reżyserem, który dekadę wcześniej był w stanie stworzyć jeden z najduszniejszych filmów w historii, a teraz kręci gówno, gdzie strach polega na tym, że mamy ciemny pokój i z ciemnego pokoju wybiega nagle pan z piłą i krzyczy. Żałosna jest też scenografia – legowisko kanibali zostało przeniesione z rudery do zamkniętego wesołego miasteczka, więc zamiast skrzypiącej podłogi, zachodzącego słońca i mnóstwa teksańskiej trawy mamy tunele strachu i karuzele. No ja jebię. Może ja się chuja znam i tak tylko pierdolę od rzeczy, ale kiedy słyszę głosy zachwytu nad tym hehe komediohorrorem to się zastanawiam, czy wygłaszający te opinie debil nie widział w życiu dobrej komedii, czy dobrego horroru. Żeby nie być gołosłownym, humor w tym gniocie zasadza się na takich scenach jak: Głowa rodu kanibali wygrywa konkurs na barbecue i wszyscy pytają „o rety panie głowo rodu kanibali, gdzie tkwi twój sekret”, na co pan głowa rodu kanibali odpowiada „wiecie, sekret tkwi w mięsie”, spojrzenie w kamerę, mrugnięcie oczkiem, błyśnięcie szelmowskim uśmieszkiem. Bo czaicie, oni jedzo ludzi. Brak mi słów, żeby opisać poziom tryharderstwa, charakteryzujący drugą część. Jeśli chcecie piły mechanicznej nie na poważnie, obejrzyjcie czwórkę.

Recenzje

“Wyspa psów” – Recenzja

Andrzej Badek
„Wyspa psów” (fot. Imperial CinePix)
„Wyspa psów” (fot. Imperial CinePix)

Niecały tydzień przed tym, gdy świat ogarnie walka o Kamienie Nieskończoności, na ekrany polskich kin wszedł najnowszy film Wesa Andersona, nagrodzony w Berlinie Srebrnym Niedźwiedziem za reżyserię. W tej pięknej poklatkowej animacji poruszony został o wiele istotniejszy problem niż losy Wszechświata. Jeden z najbardziej charakterystycznych twórców współczesnego Hollywood opowiada nam historię najlepszych przyjaciół człowieka, zesłanych w wyniku spisku na Wyspę Psów.

„Kocham psy” – to zdanie Anderson przemyca nam już w formie angielskojęzycznej tytułowej gry słownej, a cała produkcja stanowi wielkie potwierdzenie tych słów. Reżyser opowiada historię, w której czworonogi grają pierwsze skrzypce – są urocze, momentami niebezpieczne, wierne, czułe i honorowe. Każdy, kto łączy posiadanie psa i serca, po seansie wymiętosi swojego pupila, wyjdzie z nim na długi spacer i da smakołyk schowany w szafce.

Akcja filmu rozgrywa się na japońskojęzycznej wyspie, na której bezwzględną władzę sprawuje burmistrz miasta Megasaki, Kobayashi. Sama narracja prowadzona jest w taki sposób, że rozumiemy jedynie kwestie wyszczekiwane przez psiaki i wymawiane w języku angielskim; te wypowiadane po japońsku są dla nas albo niezrozumiałe, albo tłumaczone przez tłumacza umieszczonego w świecie przedstawionym.

Wspomniany burmistrz postanawia, rzekomo w trosce o zdrowie i bezpieczeństwo obywateli, wygnać czworonogi na wyspę-wysypisko. Młody chłopiec, krewny Kobayashiego, postanawia na przekór prawu wylecieć samolotem na miejsce zsyłki i odnaleźć swego pupila. Na miejscu trafia na drużynę trzymających się razem psów alfa – Duke’a, Rexa, Bossa, Kinga i Chiefa. Każdy z nich szczeka głosem znanego aktora, co, w połączeniu z inteligentnym humorem zapisanym w scenariuszu, daje niesamowity efekt. Nie sposób nie uśmiechnąć się, słysząc Bryana Cranstona w roli psiego wyrzutka, mając jednocześnie przed oczami wspomnienia z Breaking Bad. Kogo nie rozbawiły monologi Rexa mówione charakterystycznym stylem Edwarda Nortona? Czy usta Billa Murraya nie zostały stworzone specjalnie do tego, żeby wyrazić psie myśli? Albo czy piękny i subtelny głos Scarlett Johansson, na którym Spike Jonze zbudował Her, nie został doskonale wykorzystany tutaj, żeby nakreślić osobowość pięknej i dumnej suczki?

Wes Anderson sięga w swojej animacji po całą plejadę starych sztuczek, które nadal dobrze działają. Zobaczycie tutaj znany sposób kręcenia dialogów, ruchu kamery czy duże ilości symetrycznych kadrów, każdy z nich pełen detali, które urodzić się mogły tylko w pozytywnie dziwnym umyśle reżysera. Podróż z bohaterami daje naprawdę dużo satysfakcji. Odkrywamy coraz to nowe niebezpieczeństwa, uczymy się świata, który reinterpretuje dziedzictwo kina postapokaliptycznego.

Po premierze podniosły się liczne głosy krytykujące film za tani sposób, w jaki naśmiewa się z japońskiej odmienności kulturowej, sprowadzając ją do rangi zwyczajnego dziwactwa. Jest to argument, z którym ciężko polemizować, ale dla mnie samego nie zaważa on na ocenie całości. Być może wynika to z tego, że Japonia nigdy nie była mi w szczególny sposób bliska, a być może z tego, że akceptuję więcej wolności twórczej w produkcji, która ma z założenia być wyjątkowo krzywym zwierciadłem dla naszej rzeczywistości. W końcu, czy ktoś narzekał na brak realizmu w kontekście Grand Budapest Hotel i sposobu, w jaki zarysował swoją wizję Austro-Węgier? Jeśli jednak mam wbić szpilę, to powiedziałbym, że wątek dziejący się w samym Megasaki jest zwyczajnie przydługi i odciąga nas od ciekawszych wydarzeń z tytułowej wyspy.

Jak na film Andersona, Wyspa Psów jest zaskakująco poważna i momentami brutalna. Choć twórca nie szczędził nam nigdy kontrastu między cukierkową kreacją świata a silnymi akcentami, które dodawały inne smaki niż słodki, to, dotychczas, ciężar produkcji przechylał się zwykle w kierunku komedii, stanowiąc odprężające kino familijne. Tym razem równowaga przechyla się w kierunku dramatu z dużą ilością humoru. Być może należy to po prostu uznać za ewolucję twórczości Amerykanina.

Jeśli jesteście miłośnikami psów, szukacie dobrej zabawy, lubicie animacje lub po prostu chcecie przeczekać atak Thanosa na jakimś mniejszym, bardziej artystycznym filmie, z bohaterami którzy naprawdę dadzą się polubić, nie wahajcie się – kupujcie bilety i lećcie za młodym Kobayashim na Wyspę Psów!

Ocena

8 / 10
Publicystyka

10 Lat Superbohaterów – TOP 18 Filmów Marvela

Mikołaj Krebs

Wielkimi krokami zbliża się do nas pierwsza część najbardziej ambitnego crossovera w historii, czyli Infinity War. Ma być ono zakończeniem fazy trzeciej Marvelowego Uniwersum Kinematograficznego. Osiemnaście filmów (i dwa kolejne, które ukażą się w przerwie pomiędzy częściami) i 10 lat by stworzyć nową jakość nie tylko kina superbohaterskiego, ale i kina akcji.

Osiemnaście filmów, które wchodzi w skład tego rankingu. Jak prezentowały się dotychczas wytwory Marvel Cinematic Universe i które z nich wypadają lepiej, a które gorzej?

Spoiler Alert, duh.

 

  1. The Incredible Hulk (2008)

The Incredible Hulk

The Incredible Hulk jest dla filmów Marvela tym, czym filmy DC dla kina superbohaterskiego. Nie tylko jest niepotrzebny i powinien zostać przygotowany z lepszym pomysłem, ale oprócz tego znajdą się fanatycy, którzy będą go bronić. Całe szczęście dla Hulka, nie był pierwszym filmem z ban(n)erem MCU i mógł zostać zapomniany, kiedy przez kolejne dwa lata fani ekscytowali się Iron Manem i jego sequelem.

 

  1. Thor: The Dark World (2013)

Thor The Dark World

Drugi Thor strasznie podupadł pod wieloma względami, np. pracy kamery i ten no…
No i w sumie tyle. Oba filmy o moim ulubionym Avengersie były cierpieniem, a nie przyjemnością (chociaż nie aż takim jak Ant-Man, ale o tym później). Zawinione gdzieś na poziomie scenariusza. To, co Thor vs. Mroczne Elfy robi dobrze, to rozwój postaci Lokiego. Szkoda tylko, że Loki dostał tyle miłości w scenariuszu, a cała reszta wypada słabo. A najsłabiej plany obronne Asgardu.

 

  1. Thor (2011) 

Ale wyszedł nam świetny Iron Man! I Iron Man 2! Szybko, dzwońcie do Kennetha Branagha, niech nakręci nam film o kolejnym popularnym superbohaterze, co może pójść nie tak?
Oj chłopcy, dużo rzeczy poszło nie tak. Mimo umiarkowanie dobrego odbioru Thora wśród krytyków i publiczności, zawiódł on moje oczekiwania. Robicie film o bogu z fantastycznie zaprojektowanego Asgardu, kusicie widza widokami i… każecie mu oglądać, jak ten tuła się po Ziemi z Natalie Portman. A raczej nie tuła, a przechodzi najbardziej kliszową ścieżką bohatera. I rzuca drętwe żarty. Ech. Asgard mógł być tym wszystkim, czym teraz jest Wakanda. Szkoda, że tylko mógł.

 

  1. Iron Man 3 (2013)

Kocham filmowego Starka. Kochałem poprzednie Iron Many. Ale nie można stworzyć filmu, który będzie bazował tylko i wyłącznie na tym jak poradzi sobie Robert Downey Jr. i foreshadowingu Spider-Mana. Pierwszy Iron Man wykreował całą postać i jej historię. Drugi dostarczył świetny czarny charakter i wprowadzenie do Avengersów. Trzeci dostarczył pieniądze do kieszeń. Wizualnie to nadal fajna rozrywka, a Tony Stark to nadal (z superbohaterską traumą, ale nadal) Tony Stark. Tylko ma się poczucie, że to mogło wyjść trochę lepiej, szczególnie jeśli chodzi o postać Mandaryna. Wszystko stało się jakieś nudne, powtarzalne i niezapadające w pamięć.

 

  1. Captain America: The Winter Soldier (2014)

Co, pogrzało cię, Zimowego Żołnierza tak nisko? Przecież to taki dobry film!
Ta, jasne, no. Fabuła jest naiwna jak w bajkach dla dzieci – Kapitan Ameryka, bohater, uratował świat dwukrotnie i jest człowiekiem na super-sterydach, tym razem chowa się po kryjówkach i nawraca lata prania mózgu siłą przyjaźni. Mówi się też o tym, że tam w tle był jakiś wielki zły plan,  za którym faktycznie stał jakiś wielki zły, ale niestety był tak nieistotny i nieobchodzący nikogo, że posiadam słuszne obawy, iż mało kto pamięta jak się nazywał. Nie zmienia to faktu, że jako standalone movie ma się bardzo dobrze i nie wymaga jakiejkolwiek znajomości uniwersum, a cała historia Kapitana jest subtelnie wprowadzona. Gratuluję, bracia Russo.

 

  1. Avengers: Age of Ultron (2015)

Po pierwszych Avengersach wizja ponownego pojawienia się całej ukochanej ekipy na ekranie budziła dreszcz emocji u fanów Marvela. I o ile scena superbohaterska nadal niesamowicie cieszyła, tak do dzisiaj ciężko jest mi pojąć, jak można było tak zepsuć, zdeptać, obedrzeć z godności, przeżuć i wypluć najważniejszego nemezis Avengersów. Podobała mi się zmiana jego genezy, tym bardziej, że postać Hanka Pyma nie została jeszcze wprowadzona, natomiast sam Ultron… Naprawdę liczyłem na to, że jego nienawiść będzie przedstawiona trochę lepiej niż „ale nienawidzę Avengersów i już!” i będzie leciutko sprytniejszy, a nie poleci miastem prosto w stronę stratosfery i będzie powtarzalny w swoich sposobach walki z ekipą Nicka Fury’ego.
Trochę też boli to, co zrobiono z postacią Quicksilvera – nie on powinien umrzeć od tych pocisków.
Nie można jednak odmówić drugim “Mścicielom” tego, że były solidną rozrywką; świetnie poprowadziły rozwój superbohaterów i napięcia na linii Stark – Rogers.  Szkoda tylko, że druga faza nie dostarczyła żadnego naprawdę dobrego villaina.

 

  1. Captain America: The First Avenger (2011)

Geneza Steve’a Rogersa uderza w moje dwa czułe punkty – drugą wojnę światową i Hugo Weavinga. Co prawda serwuje nam bardzo generyczną historię, ale robi to w mniej sztywny sposób niż Thor, kreując całkiem przyjemny klimat i podwaliny pod przyszłe filmy. I na tym tak naprawdę można skończyć, zrobiono bardzo dobrze zagrany film z książki kucharskiej „upichcij sobie genezę” i wyszło smacznie, lecz bez gwiazdki Michelin.

 

  1. Iron Man (2008)

Przykro mi to mówić, ale pierwsza część przygód Starka nie przetrwała próby czasu. Marvelowcy stworzyli jak na swoje czasy bardzo dobry debiut, ale każdy kolejny film miał być coraz lepszy i lepszy – i w ten sposób po dziesięciu latach Iron Man już tak nie zachwyca, a w aż tak dobrym mniemaniu trzyma go tylko sentyment. Sentyment do pięknych scen z budowy pierwszego stroju i odkrywania możliwości Tony’ego i Roberta Downeya Juniora, który dostarczył najbardziej wyraźną postać w MCU.
Nie zrozumcie mnie źle – ten film nie jest zły. Ale nie jest aż tak dobry, za jakiego duża część osób może go uważać, a szans na czołówkę marvelowską na pewno nie ma.

 

 

  1. Ant-Man (2015)

Słyszeliście, że paraponera clavata są zwane także „bullet ants” z tego powodu, że ich ból po ich ugryzieniu jest porównywalny do PATRZENIA JAK DUŻO POTENCJAŁU ZOSTAŁO ZMARNOWANEGO W TYM FILMIE?!
Wyobraźcie sobie wielkiego, majestatycznego orła, który mógłby w pełni swojej gracji rozwinąć pełne skrzydła i przelecieć tuż nad głowami ludzi ku ich zachwyceniu.
Ant-Man jest jak taki orzeł, tylko zamiast rozwinąć skrzydła i pięknie szybować, ledwo co trzyma się w powietrzu a następnie ląduje ryjąc o ziemię swoim głupim dziobem. Fabuła jest nijaka, ale serwuje nam bardzo wyraźne postacie – po cichu liczę, że Michael Douglas jako Hank Pym będzie jeszcze istotny w uniwersum. To co mnie zaskoczyło w Ant-Manie, to fakt, że mimo małej ilości mostów z pozostałymi filmami radzi sobie w swojej pół-żartobliwej konwencji i gdybym nie oglądał tylu dzieł MCU wcześniej na pewno bawiłby mnie bardziej. Liczę, że wszystkie błędy tej części zostaną naprawione w kolejnych przygodach Mrówkoludzia, bo on i jego otoczenie to naprawdę fajna gromadka dostarczająca dużo frajdy i mimo, że mógłby być o wiele lepszy i tak przebija prawie połowę produkcji Marvela.

 

  1. Guardians of the Galaxy vol. 2 (2017)

Jeśli chcesz kontynuować robienie filmów w żartobliwej konwencji, to lepiej upewnić się, że zdecydowana większość twoich żartów faktycznie jest śmieszna i nie powtarzasz tego, co już było. To coś, czym James Gunn na pewno nie kierował się przy tworzeniu sequela, który wypada o wiele gorzej niż jedynka. Ale w bardzo kreatywny sposób rozwija postać Star-Lorda, kliszowo rozwiązuje wątek Gamory i Nebuli a co najważniejsze – przedstawia najlepszy redemption arc w historii kina superbohaterskiego. Spoczywaj w bezkresie kosmosu, Yondu Udonta.

 

  1. Iron Man 2 (2010)

Ależ to był genialny sequel – dostaliśmy jeszcze więcej Starka, jeszcze więcej pracy Favreau , scenariusz Justina Theroux i cudowny soundtrack AC/DC, który swoim hardrockowym brzmieniem idealnie wpasował się w film. Dołóżcie do tego corporation war i fajnie zbudowanego villaina. Iron Man 2 może nie jest niczym szczególnie świeżym, ale jest taki, jakim pierwszy Iron Man powinien być. Rozrywka, rozrywka i jeszcze więcej rozrywki. Jestem na tak.

 

  1. Captain America: Civil War (2016)

Wiecie, co jest najfajniejsze w Civil War? Helmut Zemo. Pomijam, że Marvel pozwolił sobie na wrzucenie niemiecko brzmiącego nazwiska w realia kraju wschodnioeuropejskiego, ale to był villain dla którego można było poczuć sympatię i zrozumienie. U mnie zadziałało to aż do tego stopnia, że chciałem, by mu się udało.
Tak naprawdę Civil War to bardziej film o Avengersach i personalnym konflikcie na linii Rogers – Stark, ale headline’owy tytuł wskazuje z sympatią dla kogo rozgrywa się cała historia. Scena walki między superbohaterami – cud, miód i maliny. I tylko Zemo szkoda – nawet nie pozwolili mu popełnić samobójstwa.

 

  1. Black Panther (2018)

Genialny film o Wakandzie, średni film o Czarnej Panterze. Afrykańskie zaawansowane państewko przedstawione w swojej pełnej krasie. Przywiązania do afrykańskich tradycji (plemiona, tańce, rytualne walki) idące w parze z technologią – mmm, dajcie mi tego więcej. Piękna ta Wakanda, piękna. I postacie drugoplanowe wypadają super – Klaue, Shuri, Ross, M’Baku… I tylko T’Challa jakiś taki, heh, wyblakły na ich tle. I bardzo niekonsekwentny – prawie nie przypomina tej samej Czarnej Pantery, którą pokazano nam w Civil War. Ale i tak wypada lepiej niż przekarykaturyzowany Killmonger, który z superzłoczyńcy z fajnymi motywami staje się palaczem ziół i wielkim wodzem wojen światowych.
A montaż przemilczę – w żadnym innym filmie w uniwersum nie był tak kancerogenny. Mam nadzieję, że nie o to chodzi z „nową jakością w MCU”.
Ale, ale, ja tu sobie narzekam, a Czarna Pantera dała mi naprawdę sporo rozrywki. Ten film jest świadomy tego, czego oczekuje widz i właśnie to dostarcza – miałem poczucie, jakby reżyser nie zrobił tego filmu dla siebie, a naprawdę chciał spełnić wszystkie moje zachcianki. Oby tak dalej!

 

  1. Doctor Strange (2016)

Adept wykrada tajemne sztuki by prześcignąć mistrza zostaje następnie pokonany przez nowego adepta, czyli głównego bohatera. W międzyczasie mistrz umiera rzucając niesamowitą mądrość, która sprawia, że główny bohater odnajduje klucz do zwycięstwa. Mój Boże, ale to brzmi niesamowicie kliszowo. I faktycznie główna oś fabularna taka jest, ale to filmy o superbohaterach, czy można im mieć to za złe? Tak, można. Ale nie jeśli realizują te klisze tak jak robi to Doctor Strange. A finał i słynne „Dormammu, I’ve come to bargain” to czyste złoto. Chcę więcej Benedicta Cumberbatcha i więcej Doktora Dziwago w dużych ilościach, bo to było naprawdę magiczne przeżycie.

 

  1. Marvel’s The Avengers (2012)

Nadszedł czas na pierwszy z serii najambitniejszych crossoverów w historii. Loki jako główny zły, dużo superbohaterów na raz, epickie bitwy i tłuczenie podłogi twarzą Toma Hiddlestone’a. Największą ekscytację budziło (i jak widać po Infinity War, nadal budzi) umieszczenie na ekranie takiej ilości superbohaterów – i faktycznie jest to największy plus filmu dostarczający ogromne ilości frajdy w interakcjach między bohaterami i współpracy w walce z armią Chitauri. Niby nikt nie oczekiwał nic więcej, ale film i tak zachwycił i w dalszym ciągu zachwyca – najlepszy film pierwszej fazy i perfekcyjne jej zakończenie. Serdecznie polecam obejrzeć go ponownie w wolnej chwili przed premierą Infinity War.

 

  1. Guardians of the Galaxy (2014)

Zabawny, ekscytujący i piękny wizualnie, że o soundtracku nie wspomnę. Wykorzystujący dziwność swoich postaci i ich charakterystyczne cechy, tworząc najweselszą ekipę marvelowego uniwersum filmowego, a przy okazji bardzo ważny fabularnie w odniesieniu do całej jego historii. I broni się przy tym jako standalone movie, bo powiązań widocznych z MCU prawie nie ma. I jak przy każdym filmie na coś narzekałem, tak tutaj mi się nie chce – w ogólnym rozrachunku czegoś mi Strażnikach Galaktyki brakuje, natomiast ciężko mi się przyczepić jakiejś szczególnej cechy. Nawet ten villain nie jest najgorszy!

 

  1. Spider-Man: Homecoming (2017)

Na początku myślałem, że Marvel wypuścił sobie Homecoming tak przy okazji, bo ludziom spodobał się Spider-Man w Civil War, że to będzie jakiś nieistotny film, o którym ludzie zapomną mniej więcej tak szybko jak o Iron Manie 3 czy pierwszym Kapitanie Ameryce.

Ależ ja byłem w błędzie, ależ ja byłem w niewyobrażalnym błędzie.

Dwie rzeczy trzeba sobie wyjaśnić od razu – Peter Parker z kinowego uniwersum żyje w innym świecie, niż Peter Parker z komiksów. To dwie zupełne inne postacie. Druga- jeśli kino superbohaterskie ocenia się tak jak ja, czyli przez pryzmat rozrywki i radości płynącej z oglądania filmu, to Spider-Man na spokojnie pokonuje całą resztę superbohaterów (z jednym wyjątkiem, ale ów wyjątek nastąpił dopiero ostatnimi czasy plus jestem niesamowitym fanboyem bohatera tegoż wyjątku). Radocha z supermocy (a raczej supermożliwości kombinezonu), nastoletnie motywacje i bezwzględny, lecz ludzki złoczyńca. Bardzo miło było zobaczyć Keatona wcielającego się jeszcze raz w Birdmana. Homecoming pod przykrywką niczego specjalnego niesie wszystko, co najlepsze w kinie superbohaterskim.

  1. Thor: Ragnarok (2017)

Zwycięzca mógł być tylko jeden. I biorąc pod uwagę, że Thor zajmuje pierwsze miejsce w rankingu, a Hulk ostatnie, możemy sobie bardzo łatwo odpowiedzieć na pytanie kto wygrał w ringu. Thor Ragnarok to najlepszy film Marvela ever i postawił mi wysoko poprzeczkę. Pozostałe filmy już tak mnie nie cieszą. Niesamowicie zabawny potrafi oprócz tego dostarczyć akcję, piękne montaże walk i Thora, który nie jest już poważnym blondaskiem z poczuciem obowiązku, a bogiem piorunów. Taika Waititi stworzył arcydzieło kina, naprawiając najważniejszy błąd poprzednich Thorów – jeśli nie potrafimy dobrze sprzedać Asgardu, pozwólmy mu zniknąć. Wraz z rewatchem przekonałem się nawet do Hel, która choć na początku wydawała mi się zmarnowanym potencjałem, tak teraz uważam, że jest dawkowana idealnie – jak zresztą wszystko w tym filmie: muzyka, efekty specjalne, montaże walk, pioruny, Thor, Loki, gagi, lawa, wilki, Hulk, emocje, Tessa Thompson. Po prostu perfekcja.

Recenzje

“Sweet Country” – Recenzja

Marcin Kempisty
Sweet Country
kadr z filmu “Sweet Country”

Gdy Sam Kelly (Hamilton Morris) przystaje na prośbę zaprzyjaźnionego kaznodziei i wybiera się wraz z rodziną do nowego sąsiada Harry’ego Marcha, to nie wie jeszcze, że w ten sposób dokonuje jedną z najgorszych decyzji w swoim życiu. Kierujące nim pobudki są jak najbardziej słuszne – w końcu chce tylko pomóc przy zbudowaniu ogrodzenia dla zwierząt. Robi to z czystej bezinteresowności, gdyż czuje, że taka jest jego powinność. Zapewne nie potrafiłby odmówić i postawić na swoim, ale to nie znaczy, że nie należy szanować dobroci wypływającej z jego serca. Sęk w tym, że nadmierna ufność rozpocznie lawinę wydarzeń, która zakończy się strzelaniną i zabiciem przez Sama wspomnianego ranczera. Aborygen postawi tym samym krzyżyk również na swoim losie, toteż podejmie wraz z żoną próbę ucieczki przed bezwzględnym wymiarem sprawiedliwości uosabianym przez sierżanta Fletchera (Bryan Brown).

Sweet Country w reżyserii Warwicka Thorntona to opowieść o wstydzie, frustracji i upokorzeniu, jakiego notorycznie musieli doświadczać rdzenni mieszkańcy Australii. Autor nie bawi się jednak w kronikarską dokładność. Nie wspomina o dziewiętnastowiecznym traktowaniu tego kraju jako odpowiedniego miejsca na zsyłki więźniów i wszelkiej maści szumowin. Tym samym odrzuca dywagacje na temat przyczyn oraz skutków grabieżczej polityki kolonialnej Zjednoczonego Królestwa prowadzącej do eksterminacji Aborygenów, skupiając się na indywidualnych losach postaci. Dla nich bowiem przeszłość nie ma żadnego znaczenia. Liczy się tylko przetrwanie i prowadzenie w miarę możliwości spokojnego życia. Portretowani przez twórcę Anglosasi są jednak na tyle okrutni w swoim zachowaniu, że nawet o te drobne marzenia trzeba powalczyć do ostatniej kropli krwi.

Reżyser przedstawia zatem sylwetki trzech Aborygenów, z których każdy toruje sobie inną drogę do wolności i możliwości samostanowienia. Wspomniany Sam to człowiek cichy, nadal wierzący w istnienie wyższej sprawiedliwości. Archie to przykład osoby złamanej ciągłym wykonywaniem rozkazów, liczącej na to, że służalczością zapracuje sobie na szacunek, zaś Philomac to młodzieniec kombinujący i oszukujący, gdzie tylko się da. Ci trzej mężczyźni różnią się pod wieloma względami, lecz łączy ich jedno – rzadko kiedy mogą być w pełni sobą, bo wciąż ich umysły i ciała są zniewolone kajdanami.

Mimo że film utrzymany jest w stylistyce westernu, to nie sposób doszukać się wyraźnie poprowadzonej linii między dobrymi a złymi ludźmi. Oczywiście od razu wiadomo, kto przeżywa najgorszą traumę, niemniej jednak reżyserowi udaje się zachować równowagę, umieszczając po obu stronach konfliktu jednostki o różnej “wrażliwości” moralnej. I tak wspomniany Philomac, ulegający rozbójniczym pokusom, często swoimi działaniami prowadzi do konfliktów, zaś po drugiej stronie barykady znajduje się białoskóry kaznodzieja, którego postawie nie da się nic zarzucić. Wrogie obozy łączy jednak to samo doświadczenie – “słodki kraj” nie jest emanacją marzenia o sielankowym życiu, lecz jawi się jako piekielna fantasmagoria, w której żywioł ziemi nie daje się w żaden sposób ujarzmić.

Thorntonowi udaje się rzecz niesłychana – nie dość, że umieszcza swoją opowieść w konkretnym miejscu oraz czasie, zachowując przy tym jej uniwersalny wydźwięk, to jeszcze unika romansu z dominującą we współczesnej humanistyce narracją. Wyraźnie punktuje rasistowskie podejście białoskórej części społeczeństwa, lecz potrafi również przedstawić urzędnika państwowego jako osobę szczerze poszukującą prawdę i pragnącą zaprowadzić rządy prawa. Kreśli sierżanta Fletchera na postać szaleńczo łaknącą zemsty, by następnie wyhamować w odpowiednim momencie i przedstawić wiarygodną przemianę psychologiczną. Porzucenie akademickich rozważań na rzecz stosunkowo prostej historii wychodzi filmowi na dobre.

kadr z filmu "Sweet Country"
Sweet Country

W prostocie tkwi bowiem siła Sweet Country. Reżyser nie sili się na gimnastykę estetyczną czy ekwilibrystykę narracyjną. Bajeczne krajobrazy są pokazywane naprzemiennie z zatęchłymi dziurami. Historia jest poprowadzona w bardzo konsekwentny sposób, dzięki czemu nie jest ona “przeładowana” tematami. Natomiast wszelkie emocje są znakomicie oddawane przez aktorów, dzięki czemu historia zyskuje na wiarygodności. Szczególne brawa należą się dla Hamiltona Morrisa. Grana przez niego postać jest wręcz utkana z boleściwego milczenia. Mimo że zna okolicę jak własną kieszeń, a i nie brakuje mu żadnych umiejętności przydatnych w walce, to jest w stanie odnaleźć w sobie tę iskrę dobroci chroniącą go od upodobnienia się do okrutnych przeciwników. Powściągliwa kreacja zasługuje na szczere uznanie, ponieważ łatwo byłoby przeszarżować i zaszantażować widza emocjonalnie. A Sam woli milczeć niż ściągnąć hańbę na swoją rodzinę.

Jest taka scena, gdy kilka osób ogląda przed barem film wyświetlany na białym płótnie. Ot, krótka historyjka dotycząca jakiegoś gangu, dzięki której można spędzić miło wieczór popijając alkohol i cały czas śmiejąc się od ucha do ucha. Gdy jednak przychodzi sierżant Fletcher i zrywa materiał, przy okazji rozganiając gawiedź, to w tym geście ujawnia się siła tkwiąca w istocie kina. Być może jest to forma sztuki wywodząca się z kultury masowej, wszak łatwiej “czytać” obrazki od druku, ale według reżysera tkwi w niej ewolucyjny potencjał do przystosowywania się do nowych warunków. Ten drobny metakomentarz, pojawiający się niby mimochodem, można potraktować jako wyznanie wiary Warwicka Thorntona w potęgę X Muzy, zdolnej rozbijać zmurszałe poglądy i sztuczne podziały między ludźmi. W tym kontekście Sweet Country staje się głosem wykluczonych, wyrzuconych poza margines “cywilizowanego” społeczeństwa. To lament nad niewinnymi ofiarami, jak również przypowieść o destrukcyjnej żądzy podporządkowywania sobie drugiego człowieka. To wreszcie kino niezwykle emocjonalne, które w powolny sposób odsłania przed widzem tragedię Aborygenów.

Fot. materiały prasowe / Aurora Films

Recenzje

“Paterno” – Recenzja

Maciej Kędziora
Kadr z filmu “Paterno” – HBO

Gdyby duet Levison – Pacino nakręcił coś parenaście lat temu, prawdopodobnie mówilibyśmy o premierze miesiąca. Teraz oboje pomagają sobie nawzajem godnie żegnać się z światem filmowym. Szkoda, że w tym miłym duecie obu panów, nie zachowano równie godnego podejścia do widza.

W roku 2011 na uniwersytecie Penn State wybuchła jedna z największych afer – jeśli chodzi o prześladowanie seksualne – w historii Stanów Zjednoczonych. Chwilę po 409 zwycięstwie zespołu pod wodzą legendarnego Joe Paterno (w tej roli Al Pacino), do prokuratury wpływają zawiadomienia o molestowaniu nieletnich przez wieloletniego współpracownika i defensywnego koordynatora drużyny, do których miało dochodzić od 1998 roku.

Levison skupia się na pierwszym tygodniu po wyjściu na jaw zarzutów. Jak zmieniało się podejście telewizji, dziennikarzy, ludzi, aż wreszcie do tego – jakie decyzje zostały podjęte w stosunku do osób uwikłanych. Problem w tym, że reżyser nie radzi sobie z wielowątkowością swojej opowieści. Żaden bohater nie czuje się dla nas ważny, a przesadna próba obiektywizmu powoduje, że ma się momentami poczucie lawirowania między “winny” a “niewinny” (problem w tym, że w tej sprawie nie powinno być żadnych wątpliwości). Wątek Sary Ganim zamiast stworzyć z niej interesującej protagonistki, której z początku nikt nie wierzył, przedstawia ją jako uciekającą i ignorującą swoje źródła dziennikarkę. Nie ma tu też ani jednego elementu tworzącego z jego wcześniejszych dzieł (patrz “Rain Man”) filmów warte obejrzenia. Szczególnie brakuje logiki w wartościach, które te film przedstawia, choć – trzeba tutaj twórcy oddać – próba rozłożenia przyczyn kultu Paterno na czynniki pierwsze i masowe protesty studentów to naprawdę dobre 20 minut. Całkowicie nieudolnie poprowadzony jest również wątek choroby trenera, który oprócz operowania jedną wielką kliszą (samą historię problemów zdrowotnych dało się zrobić znacznie lepiej), nie daje odbiorcy powodów by zastanowił się nad moralnością “wielkiego” Joe, mimo że taki jest tu widoczny cel.

Brakuje też, typowego dla Levisona, prowadzenia aktorów. Al Pacino by błyszczeć w obecnych czasach potrzebuje świetnego kontrastu. Tak było w Idolu,  czy Upokorzeniu, tutaj nie dość, że nie ma kontrastu, to tak naprawdę nie ma żadnej innej interesującej postaci. Pacino nawet gdy nie wygląda na zbyt zainteresowanego – głównie dlatego, że jego bohater cały czas odpływa gdzieś myślami (może do Irishman) – nadal wnosi do filmu jakiś, choć w ostatnich latach coraz niższy, poziom. Szczególnie tutaj wychodzi, jak bardzo jest to film telewizyjny. Drugoplanowi aktorzy, z pojedynczych ról w serialach czy filmach, którzy zamiast próbować zabłysnąć na ekranie, decydują się na przeszywająco nędzną poprawność. Na recytację scenariusza. Jest to do przełknięcia gdy ta nijakość jest w grupie, gorzej gdy trzeba ograć dramat danej osoby, czy też uświadomienie sobie własnych błędów – wtedy dopiero  można sobie uświadomić, że produkcja HBO upadła bardzo nisko.

Poprawność przeszywa nas też w warstwie formalnej. Levison często decyduje się na przeskakiwanie między dwoma gatunkami – dramatem rodzinnym i filmem dziennikarskim. Pierwszy objawia się przyciemnionymi kadrami i wiecznymi retrospekcjami (co z tego, że w nich Pacino najczęściej wygląda tak samo jak 30 lat później), drugi ciągłymi przebitkami wstawek z programów TV i wypowiedziami ekspertów. Nawet w tym aspekcie nie chciano ryzykować. Nie ma tu nic co byłoby jakkolwiek pomysłowe, niespotykane i nietypowe. Wszystko co widzimy niczym nie różni się od innych filmów biograficznych na potrzeby telewizji. Pytanie tylko – po co w takim razie robić film?

Kadr z filmu “Paterno” – HBO

Afera w Penn State była drugą tak nagłośnioną aferą związaną z pedofilią w Stanach, po tej Bostońskiej znanej z filmu “Spotlight” (Sara Ganim za jej ujawnienie otrzymała nagrodę Pulitzera – podobnie jak dziennikarze Boston Globe). I ma się poczucie, że Levison chciał bardzo mocno pójść w stronę McCarthy’ego, dodając do “Oscarowej fabuły” znaną w USA postać, która w parę dni straciła cały swój wizerunek i dorobek. Problem w tym, że dla twórców filmu z 2015 roku ten temat był ważny i dało się to wyczuć w każdym ujęciu. Może przez to, że byli świadomi, że poprawność nie zmieni poglądów niektórych osób i nie otworzy innym oczu. Ale pan Levison zamiast włożyć w coś serce, chyba po prostu wolał dostać wypłatę i zrobić coś poprawnego, niż postarać się i wrócić do lat świetności.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.