Recenzje

“Życzenie śmierci” – Recenzja

Marcin Kempisty

Życzenie śmierci

 

Życzenie śmierci jest niezwykle wdzięcznym filmem dla recenzentów. Nareszcie można wspiąć się wyżyny erudycji i przy pomocy kąśliwych uwag wyrzucić z siebie całą złość, jaka nagromadziła się na przestrzeni minionego tygodnia. W końcu złe produkcje należy dobitnie piętnować, czyż nie? Nic tylko wyżyć się, zebrać poklask i żyć w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Folgowanie najniższym instynktom nie jest jednak w tym momencie wskazane, ponieważ obraz Eli’ego Rotha naprawdę miał zadatki na bycie ważnym komentarzem społecznym. Wydaje się, że reżyserska wizja została spętana przez korporacyjne wymagania, więc pazury trzeba było stępić, a kły powybijać.

Fabuła jest prosta – podczas nieobecności Paula Kerseya (Bruce Willis), jego dom zostaje okradziony przez bandę drobnych złodziejaszków. W wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności żona zostaje śmiertelnie postrzelona, zaś córka z pękniętą czaszką zapada w śpiączkę. Bohater nie może się pogodzić z panującą w Chicago niesprawiedliwością, toteż bierze sprawy (i broń) we własne ręce, pod osłoną nocy eliminując kolejnych bandytów. Przechadza się po szemranych uliczkach niczym ponury żniwiarz i swoim działaniem na rzecz “wyższego dobra” zyskuje poklask wśród zastraszonych mieszkańców miasta. Nikt wprost nie gloryfikuje dokonywanych przez niego egzekucji, niemniej jednak daje się wyczuć wśród cytowanych w filmie dziennikarzy ulgę na wieść o kolejnych zgonach przestępców.

Trzon produkcji stanowią sprawdzone motywy. Niewinny, “zwyczajny” bohater tracący najbliższych i pragnący dokonać krwawej wendety; bezprawie jako jedyna droga do wymierzenia sprawiedliwości; zdegenerowany system, przez którego nieudolność rozprzestrzenia się przestępczość – grzech reżysera nie polega na wykorzystywaniu zgranych motywów, lecz raczej tkwi w tym, w jaki sposób są one eksploatowane. A przecież mógł jeszcze korzystać z pierwotnej wersji tego filmu, wyreżyserowanego w 1974 roku przez Michaela Winnera. Roth miał mnóstwo atutów po swojej stronie, a jednak w żaden sposób nie potrafił ich wykorzystać.

Przede wszystkim uderza niezwykle powierzchowne podejście do bohaterów, jak i podnoszonego tematu. Być może oryginalna wersja też nie była mistrzowsko skonstruowana pod tym względem, gdyż bazowała na wielu stereotypach, niemniej jednak nawet na poziomie realizacyjnych szczegółów był to film bardzo precyzyjnie zaprojektowany. Obraz z Charlesem Bronsonem w roli głównej znakomicie wpisywał się w swoje czasy, niejako torując drogę dla Martina Scorsese, którego o dwa lata młodszy Taksówkarz był u swych podstaw filmem mówiącym dokładnie o tym samym. Winner ze Scorsese brali pod lupę losy weteranów wojennych, u których wiara w ideały kończyła się wraz ze zderzeniem z brutalną rzeczywistością, zatem broń w rękach Bronsona czy De Niro była symbolem walki o utraconą przez Amerykanów niewinność. Artyści pytali, do czego musi posunąć się zwykły obywatel, by ochronić siebie i wyplenić zło grasujące na ulicach.

Zaś u Rotha pistolet to tylko narzędzie zniszczenia. Reżyser nie bawi się w znane z oryginału dywagacje na temat źródła przestępczości. Nie interesuje się również debatą na temat granic wolności osobistej. W najnowszym Życzeniu śmierci występuje prosty mechanizm – skoro doszło do zbrodni, to musi nadejść kara – co prowadzi produkcję w stronę zwykłego “akcyjniaka” wypełnionego strzelaninami. Czasami twórcy próbują pójść delikatnie w stronę pastiszowania kina akcji, mimochodem wspominając o “doświadczeniu” Willisa, ale nie wprowadza to ani trochę humoru. No chyba że potraktujemy scenariuszowe głupoty jako okazję do śmiechu – pod tym względem obraz Rotha sprawdza się wyśmienicie.

Najgorsza jest jednak postawa samego aktora grającego główną rolę. Gdy przecież przypomnimy sobie Uprowadzonąto też nie było okazji doświadczyć tam wybitnie skonstruowanego scenariusza, a jednak charyzma i zaangażowanie Liama Neesona sprawiły, że dramat bohatera walczącego o odzyskanie córki nabrał wyraźnych kształtów. Tymczasem Bruce Willis przechodzi obok Życzenia śmierci, nie dodając od siebie absolutnie niczego, co mogłoby podnieść jakość tej produkcji. Gdzieś tam uroni łzę, gdzieś tam zaciśnie zęby, ale działa to głównie na zasadzie wyuczonych automatyzmów. Nie ma tej iskry, którą heros kina akcji rozpalał kolejne szklane pułapki.

Trzynastego kwietnia, oprócz Życzenia śmierci, do polskich kin trafił obraz Nigdy cię tu nie było w reżyserii Lynne Ramsay. Doszło do zabawnej koincydencji, że obaj bohaterowie tych filmów w scenach dokonywania zemsty noszą bluzy z kapturem. Ot, takie peleryny skrojone pod “zwykłych” superbohaterów. Gdy jednak obejrzy się aktorski popis Joaquina Phoenixa, to kreacja Willisa jawi się już tylko jako niezamierzona parodia. I nawet całkiem dobrze obsadzony drugi plan nic tu nie pomoże. Obecność Vincenta D’Onofrio jest trudna do uzasadnienia, zaś Deanowi Norrisowi znowu przypadł etat policjanta nieudolnie prowadzącego śledztwo.

Życzenie śmierci nie broni się jako remake, gdyż nie wchodzi w polemikę z pierwowzorem. Nie broni się również jako angażujące kino akcji, ani nawet jako gra z konwencją tego gatunku. W zasadzie to nie do końca wiadomo, o czym chciał Eli Roth tym filmem opowiedzieć. Być może to tylko prezent dla Willisa, który znowu mógł sobie trochę postrzelać z broni. Jeżeli tak, to oby dobrze się przy tym bawił. Przynajmniej on będzie coś z tego miał.

Fot. materiały prasowe / Forum Film Poland

Publicystyka

Dziesięciolecie Iron Mana!

Maciej Kędziora
Iron Man
fot. Kadr z filmu Iron Man 3

Gdyby ktoś dziesięć lat temu powiedział mi, że największym potentatem rynku filmowego będą produkcje Marvela, to uśmiechnąłbym się pod nosem. Tak się jednak stało, a dzisiaj mija równe 10 lat od czasu premiery pierwszej produkcji spod znaku MCUIron Man.

W kinie widzowie potrzebują bohatera, który będzie dla nich wzorem. Na początkach historii były to ikoniczne postacie historyczne, takie jak Joanna D’Arc, utożsamiające sobą heroizm i walkę z przeciwnościami. W erze westernów były dwa archetypy bohatera — postacie Johna Wayne’a (idealnego republikanina i patrioty) oraz Brudnego Harry’ego (sarkastycznego rewolwerowca). Do widza szczególnie będzie przemawiać postać, którą sam mógłby się stać — a przynajmniej mieć takie poczucie. Stąd też DC na start postawiło na Batmana, eksperta walk, który do wszystkiego doszedł sam, a jego pierwszymi rywalami byli ludzie pokrzywdzeni przez los. Tony Stark również jest bohaterem pokrzywdzonym i osamotnionym. Jest bohaterem zabawnym, ale i upadłym, który potrzebuje mechanicznego serca, by się postawić na nogi. W skrócie — Tony Stark to Robert Downey Jr. z roku 2008.

Pomysł obsadzenia Downey Jr. w roli Iron Mana wydawał się oczywisty już na etapie castingowym. Marvel oczywiście po części ryzykował, ale w zamian dostawał znane i co najważniejsze głośne nazwisko. Ryzyko było tym mniejsze, że Robert przez ostatnie lata — szczególnie za sprawą Kiss kiss Bang bang i Zodiaka wskazywał, że jest już gotowy na powrót w blask jupiterów, będąc całkowicie trzeźwym od 2002 roku.

Iron Man
fot. Kadr z filmu Iron Man 3

Iron Man nigdy nie miał być odpowiedzią na produkcje DC (gdzie Nolan za chwilę miał wypuścić Mrocznego Rycerza), a bardziej szansą na pokazanie, skupiając się bardziej na połączeniu dramatu człowieka z bardzo typowym dla nich humorem (wtedy jeszcze będącym głównie na drugim planie). Gdy wróciłem do Iron Mana po latach, to miałem poczucie, że niedociągnięcia techniczne wnoszą pewną świeżość, zamiast powodować negatywny odbiór. Świeżość, która po czasie w produkcjach MCU zamieni się w zwykłe wyrobnictwo.

Historia z Iron Mana jest jedną z moich ulubionych opowieści z tego uniwersum — bo jest niczym produkcje o Szyderczym Harrym — bardzo ludzka i choć opiera się na prostych schematach, to zyskuje przy tym na szczerości. Nawet jeśli w pewnym momencie traci tempo, głównie przez wiecznie znudzonego Bridgesa, to ma czas na pierwiastek ludzki — tak potrzebny w kreowaniu wiarygodnych postaci.

Czekając na Infinity War, w którym wielu fanów przypuszcza, że Tony Stark zginie, przeszła mi przez głowę pewna myśl. Czy Marvel stworzył kiedykolwiek tak wielowymiarową postać? Czy bez Downey Jr. produkcje w świecie Stana Lee nie staną się zbyt płytkie? Po największej premierze kwietnia Marvel stanie na pewno przed trudnym zadaniem — nie stać się drugim DC.

Recenzje

“Piękna i bestie” – Recenzja

Marcin Kempisty
Piękna i bestie
Fot. materiały prasowe Aurora Films

Mariam (Mariam Al Ferjani) spogląda w lustro i przygotowuje się do studenckiej imprezy organizowanej w hotelu. Uśmiech nie znika z jej ust nawet wtedy, gdy odkrywa dziurę na wieczornej kreacji. W końcu od czego są przyjaciółki – jedna z nich przybywa z pomocą i oferuje inną sukienkę. Wprawdzie z dużym dekoltem, co nie jest w stylu konserwatywnie wychowanej bohaterki, ale skoro sytuacja jest wyjątkowa, to nie wypada darowanemu koniowi zaglądać w zęby. Jeszcze tylko drobne poprawki i już można udać się na zapełniony ludźmi parkiet. Światła wirują, muzyka wprawia biodra w kołysanie, a i przystojnych mężczyzn nie brakuje. Rozpoczyna się taniec godowy. Początkowa sekwencja Pięknej i bestii w reżyserii Kaouther Ben Hanii mogłaby być nakręcona w każdym miejscu na świecie. Ot, zwyczajna młodzieżowa zabawa utkana ze swawolnych podrygów, pstrykania selfie i porozumiewawczych spojrzeń między płciami. To właśnie w takich okolicznościach Mariam poznaje Youseffa. Wystarczy jednak chwilowe opuszczenie przez dziewczynę gardy, a życie wyprowadzi nokautujący cios. Spacer po plaży z nieznajomym zakończy się koszmarem, gdyż bohaterka zostanie zgwałcona przez napotkanych policjantów.

Rozpoczyna się traumatyczna walka o wymierzenie sprawiedliwości. Dziewięć “rozdziałów” filmu jest niczym dziewięć piekielnych kręgów z Boskiej komediiprzez które Mariam będzie musiała przejść. Począwszy od prywatnej kliniki, poprzez szpital publiczny, a skończywszy na komisariacie policji – protagonistka wszędzie będzie doświadczać szyderstwa, niezrozumienia oraz bólu. Mimo że zostanie postawiona pod ścianą, a jej sytuacja będzie dramatyczna, to nie cofnie się przed niczym w walce o odzyskanie godności.

Piękna i bestie to przede wszystkim apel w obronie praw kobiet. Reżyserka skrupulatnie, punkt po punkcie, przedstawia problemy dotykające ofiar tego typu przestępstw. Napotykani przez Mariam funkcjonariusze publiczni w bardzo stereotypowy i krzywdzący sposób oceniają jej położenie. Sugerują bohaterce, że sukienka była zbyt kusa, a zatem sama sobie zasłużyła; nie chcą poznać jej wersji wydarzeń, ponieważ zgubiła dowód osobisty, więc wszelkie podjęte działania byłyby niezgodne z procedurami; wreszcie szydzą z nocnego spaceru w mężczyzną – w końcu porządne dziewczęta tak się nie zachowują. Następuje wtórna wiktymizacja bohaterki systematycznie wpędzanej w wyrzuty sumienia. Kaouther Ben Hania stawia jednak sprawę jasno – protagonistka nie jest absolutnie niczemu winna. W filmie nie ma miejsca na dywagacje czy moralną niejednoznaczność. Linia podziału między dobrymi a złymi została wyraźnie poprowadzona. O ile często takie działania prowadzą do nachalnego agitowania, o tyle w przypadku tego tematu autorka osiąga zamierzony efekt. Upomina się o elementarne prawa dla ofiar, jednocześnie oczekując kary dla oprawców. Niby mówi o oczywistościach, ale skoro scenariusz został oparty na prawdziwych wydarzeniach sprzed kilku lat, to najwidoczniej trzeba te oczywistości nadal przypominać.

Reżyserka wychodzi od jednostkowej tragedii bohaterki, by wprost oskarżyć panujący w Tunezji system. Być może doszło kilka lat wcześniej do rewolucji w tym kraju, lecz wydaje się, że przelana wtedy krew została zmarnowana. Zmieniły się dekoracje, ale ucisk, niesprawiedliwość i nędza wciąż triumfują. Gdy wszystko wiodło się dobrze, to Mariam zapewne nie dostrzegała wszędobylskiej patologii, ale wystarczyło zderzenie z aparatem państwowym, by boleśnie odczuć nadal panujący ucisk. Podczas seansu czasami pojawia się myśl, że autorka za bardzo przejaskrawia niektóre problemy, by lepiej “sprzedać” swoje dzieło, ale w szwedzko-egipskim Morderstwie w hotelu Hilton służby zostają przedstawione niemalże w identyczny sposób. Korupcja, zepsucie i pogarda wobec zwykłych ludzi też są tam na porządku dziennym. Obraz Tarika Saleha dotykał spraw jeszcze sprzed wybuchu Arabskiej Wiosny, także film Ben Hanii można traktować jako odpowiedź na pytanie, co pozostało z tamtych masowych wystąpień. Czy mogło dojść do zmiany, skoro Youseff rozpoznaje w przesłuchującym go policjancie osobę tłumiącą kilka lat wcześniej antyrządowe protesty? Funkcjonariuszom stosującym przemoc wobec obywateli nie spadł chociażby włos z głowy, toteż wciąż panuje przyzwolenie na totalny brak szacunku, czego Mariam jest kolejną ofiarą. Rewolucja nie zmieniła starego porządku, Tunezja jest więzieniem, ale reszta na pewno nie jest milczeniem, a silna postawa bohaterki jest tego najlepszym przykładem.

Al Ferjani gra w Pięknej i bestiach pierwsze skrzypce, znakomicie oddając wszelkie traumatyczne emocje doświadczane przez bohaterkę, ale to specyficzny sposób narracji stanowi największy walor filmu. Każdy z dziewięciu “rozdziałów” został bowiem nakręcony w jednym ujęciu. Kamera wiruje wokół bohaterów, śledzi ich po ciasnych korytarzach i nie odstępuje choćby na krok. Ben Hania z zegarmistrzowską precyzją zainscenizowała każdą sekwencję, czasami korzystając z pomocy wielu statystów, także ma się wrażenie udziału w teatrze lalek, w którym za sznurki pociąga wszechmocny demiurg. Niewątpliwie pod względem formalnym jest to jeden z najlepszych filmów tego roku.

Już teraz można stwierdzić, że Piękna i bestie to jedna z największych niespodzianek wśród tegorocznych premier kinowych. Zaproponowana przez reżyserkę filmowa podróż do Tunezji nie przedstawia pocztówkowych krajobrazów i nie pozostawia wspomnień z kurortów oferujących all inclusive. Ben Hania schodzi do jądra ciemności, by w niezwykle kunsztowny sposób oddać głos ofierze. Staje po jej stronie, by przy pomocy sztuki walczyć o sprawiedliwość. Nie idzie na żadne kompromisy i dzięki temu zwycięża pod względem artystycznym. Oby również rzeczywistość odpowiedziała na wezwanie artystki w słuszny sposób.

Fot. materiały prasowe Aurora Films

Klasyka z FilmawkaPublicystyka

Klasyka z Filmawką – “Zabójstwo” Stanleya Kubricka

Michał Piechowski

Stanley Kubrick to nazwisko, którego nikomu nie trzeba przedstawiać. Spora część z filmów uważanego za jednego z najlepszych twórców wszech czasów reżysera zapisała się złotymi zgłoskami w historii kinematografii i do dzisiaj fascynuje i polaryzuje kolejne pokolenia widzów. Nakręcone zaledwie rok przed Ścieżkami chwały, jako trzeci pełnometrażowy film w dorobku Kubricka, Zabójstwo nie dorównuje popularnością kolejnym dziełom tego amerykańskiego twórcy i nie wywołuje aż tylu dyskusji, ale nie sposób obojętnie przejść obok tego perfekcyjnie zrealizowanego kryminału noir, który potrafi zaskoczyć nawet 62 lata po premierze.

No właśnie, perfekcyjna realizacja. To, do czego Kubrick przyzwyczaił nas w ciągu całej swojej kariery, znajduje swoje odzwierciedlenie także tutaj. Próżno szukać w Zabójstwie niepotrzebnych scen czy postaci. Każdy element ma tutaj swoją rolę i, zgodnie z tym, co myśli jeden z bohaterów, jest małym puzzlem, bez którego układanka nie może zostać ukończona. Rozgrywająca się na kilku płaszczyznach czasowych akcja nie gubi się ani na moment, poszczególne sceny powtarzane więcej niż raz, z różnych perspektyw, uzupełniają się idealnie i tworzą zniuansowaną całość, a dzięki bardzo precyzyjnemu narratorowi odnosimy słuszne wrażenie, że akcja filmu chodzi niczym szwajcarski zegarek. Dodatkowym smaczkiem jest kilka naprawdę frapujących od strony technicznej spojrzeń na konie pędzące po torze wyścigowym czy długich ujęć świadczących o autorskiej ręce Stanleya.

Świetna forma byłaby jednak niczym, gdyby nie równie dobra treść. Główna intryga koncentruje się tutaj wokół próby kradzieży około dwóch milionów dolarów podczas wyścigów konnych. Skupione wokół postaci Johnny’ego Claya (Sterling Hayden, znany fanom jako Generał Jack Ripper z Doktora Strangelove) działania angażują kilku pełniących różne role i wykonujących różne zawody mężczyzn. Śmiały plan zawiera dokładnie rozpisane zadania dla każdego z konspirantów. Od otworzenia odpowiednich drzwi o odpowiedniej godzinie, przez wszczęcie bójki w barze, aż do oddania jednego, kluczowego strzału. Frapujący jest również wątek żony jednego ze spiskowców, pełniącej funkcję femme fatale i usilnie próbującej zniweczyć wszelki wysiłek reszty. Kubrick umiejętnie stopniuje napięcie, pozwalając widzowi na domysły i jednocześnie utrzymując świetne tempo oraz trzymając w napięciu.

Śledząc zapięte na ostatni guzik przygotowania, krok po kroku poznajemy nie tylko całość operacji, ale także członków napadu. Każdy z nich ma swój własny, lepszy lub gorszy, powód, dla którego chce wziąć udział w kradzieży i dostać swoją działkę pieniędzy. Nie ma tutaj czasu ani potrzeby na dokładne portrety psychologiczne i biografie każdego z bohaterów. Nikt nie jest tu po prostu statystą, tylko człowiekiem z krwi i kości, nawet jeżeli zaledwie pobieżnie naszkicowanym. Wyraziste zarysowanie niektórych aspektów pozwala na o wiele bardziej realistyczne ewentualne przemiany czy charakterystyczne postawy w określonych sytuacjach. Wszystkie trybiki maszyny, jaką jest plan obrabowania toru wyścigowego, zachowują swoje człowieczeństwo i bronią się same, a nie tylko jako część większej całości.

Przede wszystkim jednak Zabójstwo to kawał świetnie zrealizowanej intrygi, która broni się zarówno na płaszczyźnie formalnej, jak i fabularnej. Gorąco zachęcam do nadrobienia nie tylko fanów późniejszej twórczości Kubricka, ale też tych, którzy dopiero próbują się do niego przekonać, bo być może właśnie ten film okaże się kluczowy. Trudno przejść obojętnie obok tak genialnie pomyślanego napadu, nawet jeżeli w ostatecznym rozrachunku jedną z refleksji po seansie będzie stwierdzenie, że pies to wcale nie jest najlepszy przyjaciel człowieka.

fot. Kadry z filmu
Recenzje

“6 balonów” – Recenzja

Michał Piechowski


6 Balloons


Po tegorocznych rozczarowaniach pod postacią Bez słowa Paradoks Cloverfield, filmy z wyłączną dystrybucją Netfliksa coraz częściej uważane są za niewarte uwagi. Na szczęście trafiają się też produkcje przeczące prawdziwości tego krzywdzącego stereotypu. Takie właśnie jest 6 balonów, które po dobrych recenzjach na marcowym festiwalu SXSW wylądowało w netfliksowej bibliotece i pokazuje, że brak kinowej dystrybucji nie musi oznaczać braku filmowej jakości.

Historia, z którą mamy tutaj do czynienia jest całkiem prosta. Oto Seth (świetny Dave Franco), uzależniony od heroiny młody mężczyzna jeździ po Los Angeles razem ze swoją siostrą oraz dwuletnią córką i szuka ośrodka, do którego mógłby udać się na odwyk. W tle zaś widz śledzi przygotowania do urodzinowej imprezy-niespodzianki skupiającej wokół siebie rodzinę i przyjaciół głównych bohaterów. Brakuje tutaj pogłębienia wątków drugoplanowych, ale służy to poświęceniu maksymalnej uwagi skomplikowanym układom pomiędzy postaciami oraz pokonywanej przez nich drodze. Podczas ich podróży dzieje się dużo, ale całość jest bardzo stonowana i momentami jedynie wytaczająca cięższe działa, które przypominają o tragizmie sytuacji narkomana i jego rodziny.

Marja-Lewis Ryan, reżyserka i scenarzystka, jako przewodni temat swojego dzieła wybiera narkotyki i koncentruje się na ich destruktywnym wpływie na relacje uzależnionego z innymi ludźmi. Pozornie skupiając się na biorącym heroinę Secie i to jego zachowaniu podporządkowując przebieg akcji, tak naprawdę patrzy przede wszystkim na towarzyszącą mu siostrę i jej rozdarcie pomiędzy chęcią pomocy i bezwarunkową miłością do zawodzącego ją raz po raz brata i resztą rodziny, która aż tak nie angażuje się w tę sprawę. Działania podjęte w celu uwolnienia od wyniszczającego obowiązku są tutaj może nawet ważniejsze niż analogiczne próby wyjścia z nałogu, a jej pozornie agresywna maska i świadomość zmarnowanego życia z powodu zachowania  to najlepszy dowód na to, że heroina zniszczyła w tej familii więcej niż jedną osobę.

Bynajmniej nie jest jednak tak, że postać Franco została całkowicie pominięta. Niczym swój egipski imiennik, Seth wprowadza chaos do uporządkowanego świata. Dodanie do historii jego niewinnej, nieświadomej prawdziwego stanu rzeczy, dwuletniej córki pozwala na bardziej wyraziste podsumowanie ojca wobec otaczającego go świata i dobitnie pokazuje, jak bardzo zawiódł on swoich bliskich. Poszczególne sceny ukazują dualizm bohatera, który w jednej scenie bawi się ze swoim dzieckiem, tryska optymizmem i chęcią życia, a chwilę później wije się w konwulsjach głodu narkotykowego i błaga o tę jedną, ostatnią dawkę, po której już na pewno będzie czysty do końca życia. Kreacja Franco wzbudza sprzeczne emocje i nie ułatwia jednoznacznej oceny. Jednocześnie budzi u widza żal i odrazę. Brakuje jednak w tym wszystkim bezstronności podczas obserwacji bohaterów. Na płaszczyźnie emocjonalnej Franco stara się o naszą litość głównie dzięki swojej grze aktorskiej i postaci córki niż w wyniku faktycznego zarysowania bohatera i jakości scenariusza.

Intrygujący jest sposób, w jaki 6 balonów korzysta z kontrastu w kreowaniu akcji i konfliktów pomiędzy bohaterami. Walka zniewolonego przez narkotyki mężczyzny dzieje się podczas Dnia Niepodległości, niewinna córka towarzyszy mającemu swoje za uszami ojcem, a bierna postawa rodziny spotyka się z aktywnym działaniem siostry. Te połączenia to swoiste maksima interferencyjne składających się na nie elementów, pozwalające na wyciśnięcie esencji każdego z wątków bez niepotrzebnego nadmiaru pustych, nic niewnoszących scen. Jeżeli chodzi o stylistykę, równie pozytywnie wypada łączenie jasnych, spokojnych fragmentów z cięższymi, chaotycznymi sekwencjami wprowadzającymi nas w świat Setha. Antagonistyczne kombinacje jawią się jako jedna z największych zalet. W subtelny sposób spinają cały film, dodają tej historii jakiejkolwiek wyrazistości i wynoszą ją ponad zwyczajne rozważania na temat szkodliwości narkotyków i ważności rodziny.

Daleki jestem od twierdzenia, że 6 balonów to kino w jakimkolwiek stopniu bardzo dobre czy przełomowe. Trudno oczekiwać tutaj jakiegoś zaskoczenia, ale całość jest zrobiona z taką dozą sensu i gracji, że nie można odmówić jej pewnego uroku. Napędzany przez Franco i zabiegi formalne seans daje satysfakcję i nadzieję na więcej takich małych wielkich netfliksowych premier.

CampingPublicystyka

CAMPING #1 – O Miłości i Śmierci

Bartek Bartosik

„Camping” to cykl tekstów, w których przybliżam czytelnikom dzieła, jakich nie znajdą w zestawieniach najlepszych filmów wszechczasów. Kino pełne miłości, niebezpieczne, nierzadko szokujące, za to zawsze, w jakiś pokrętny sposób, piękne.


O Miłości i Śmierci (1994, Michele Soavi)

TEKST ZAWIERA SPOILERY

 

Definiując efemeryczne zjawisko, jakim jest „dobry film” wiele osób prawdopodobnie skupiać się będzie na tym samym zestawie arbitralnych cech, jak precyzyjne zdjęcia, rozbudowany rys psychologiczny postaci, jakościowe efekty specjalne albo wciągająca fabuła. Należy teraz wymieszać ze sobą wszystkie te składniki, dodać jakąś rozbuchaną ścieżkę dźwiękową, kilka gwiazd i oto mamy przepis na uznanie krytyki i więcej zer na koncie, niż mógłby sobie wymarzyć pewien warszawski raper znany z odczytywania stacji stołecznego metra. Jakkolwiek by się nie zaprzeć i jak bardzo nie wejść w buty filmowego snoba, nie da się z tym przepisem na dobry (bywa, że genialny) film nie zgodzić. Jeśli jednak ktoś zapyta mnie, co dla mnie jest kluczowym elementem filmu niezwykłego, odpowiem – dysonans.

Dysonans między formą a treścią tekstu kultury, nie tylko filmu, to coś, co wymaga niebywałej maestrii twórcy. Zawarcie spójnej myśli, przekazanie emocji lub podzielenie się wycinkiem własnej percepcji świata, używając ikonografii kojarzonej wyłącznie z najpodlejszymi warstwami kultury masowej  to umiejętność, którą posiadła może garstka dziwolągów.

Jednym z takich niebezpiecznych szaleńców jest Michele Soavi, który w 1994 roku popełnił niespodziewane arcydzieło, „O Miłości i Śmierci” (oryginalny tytuł, „Dellamorte Dellamore”, zdecydowanie lepiej płynie, więc proszę się nie obrazić, jeśli w dalszej części tekstu będę używał właśnie jego), o którym sam Martin Scorsese powiedział, że to najlepszy film swojego roku.

Film Soaviego to w pierwszej, dosłownej warstwie historia cmentarnego stróża, Francesco, którego zakres obowiązków jest nieco szerszy, niż u typowego przedstawiciela tego zawodu, ponieważ większość „klientów” po kilku dniach wstaje z grobu i to w gestii naszego bohatera jest ponowne ułożenie ich w miejscu wiekuistego spoczynku przy pomocy gigantycznego rewolweru. Pomieszkuje sobie nasz Francesco razem z opóźnionym pomagierem, Gnaghim, w przycmentarnej chatce i wspólnie wesoło szlachtują zastępy nieumarłych do momentu, w którym Francesco zakochuje się w pięknej (w nieco przerysowany sposób – Anna Falchi nie jest chodzącą definicją subtelności) wdowie. W tym momencie historia obiera kierunek jeszcze-bardziej-niż-oniryczny, a język filmowy, używany przez reżysera do opowiedzenia tejże, najeżony zostaje neologizmami, których nie powstydziłby się Leśmian. Kampowa przemoc i przerysowane, pulpowe motywy w stylu wyskakującego z grobu nieboszczyka-motocyklisty, porywającego ukochaną na trupią przejażdżkę czy gadającej, odciętej głowy w telewizorze stają się stałym elementem programu. Soaviemu udało się przefiltrować całe to szaleństwo przez własną, romantyczną wizję narracji, przez co coraz bardziej ekstrawaganckie wybuchy dzikiej kreatywności nie obracają się ostatecznie w chaos, a określeniem, które najbardziej pasuje do formy „Dellamorte Dellamore” jest „poetycki”.  Wizualia sugerujące sen, lub – jak kto woli – koszmar, z którego bohater nie może się obudzić, sugerują również, że pod całą tą zabawą w ucinane głowy i latające wnętrzności kryje się coś więcej.

Schodząc warstwę niżej, pod główną, widzialną oś filmu, dostajemy metaforyczny obraz szukania odkupienia, zatarcia dawnych win poprzez przeżywanie na nowo psychodelicznej wersji „Dnia Świstaka”, gdzie mieszają się ze sobą  osoby i zdarzenia. Francesco, miotający się w próbie przeżycia sekwencji wydarzeń w sposób gwarantujący szczęśliwe zakończenie pogrąża się coraz bardziej w beznadziejnej spirali horroru, rozumianego nie jako rzeczywistość, w której zmarli wstają z grobów, tylko horroru jako stanu permanentnej bezsilności wobec własnej przeszłości.

W końcu schodząc najniżej, w warstwę czysto emocjonalną, „Dellamorte Dellamore” to opowieść o przejmującej samotności, która zabrnęła już tak daleko, że nie ma z niej odwrotu. Kiedy w wielkim, w odczuciu Francesco ostatecznym zrywie udaje mu się wyrwać poza bramy cmentarza i w końcu, miasta, który jest też jego cmentarzem, przez chwilę czuje się wolny. Do czasu, aż okazuje się, że droga ucieczki kończy się raptem kawałek dalej i nie ma w tym nic dziwnego, bo ze śnieżnej kuli nie ma wyjścia, a życie w niej toczy się od jednego potrząśnięcia do drugiego. Częściej jednak panuje nieznośna cisza.

Recenzje

“Zimowi bracia” – Recenzja

Marcin Kempisty


Zimowi bracia

Gdy na samym początku filmu kamera przygląda się ludziom pracującym w kopalni, to wydaje się, że Zimowi bracia w reżyserii Hlynura Pálmasona mają swój rodowód w naturalistycznych powieściach spod znaku Emila Zoli. Ciemności kryją harujące sylwetki i aż dziwne, jak zwinnie poruszają się one w tym piekle pod ziemią. Wątłe światła latarek umocowanych na kaskach służą ludziom za jedyne drogowskazy, ogłuszający ryk maszyn wyklucza jakąkolwiek konwersację, a mimo to bez większych problemów wywiązują się oni z powierzanych obowiązków. Dzień mija za dniem, robotnicy przyzwyczajają się do cieni pozbawiających poczucia realności, ale nie jest to dla nich powód do zmartwień. Oblepiający mrok służy bowiem jako zasłona, dzięki której można się odgrodzić od ciekawskich spojrzeń i ukryć wstydliwe oraz bolesne tajemnice. To w pokrytym czapą śniegu zewnętrznym świecie czyhają zagrożenia, zaś fabryka pełna maszyn jawi się jako bezpieczna przystań.

W tych warunkach przyszło żyć Emilowi (Elliott Crosset Hove) i Johanowi. Relacja braci zmienną jest – wprawdzie wspierają się, między innymi kradnąc z pracy składniki potrzebne do domowej produkcji bimbru, lecz wystarczy tylko iskra, by się pomiędzy nimi zagotowało, a zażyłość przerodziła się w nienawiść. Czy może być jednak inaczej, skoro są to tak odmienne charaktery? O ile Johan zachowuje się jak introwertyk skupiony tylko na pracy, o tyle Emil prezentuje się niczym postać wyrwana z czeskiego filmu. To chudzina z rozbieganymi oczami, drobny cwaniaczek próbujący uciułać kilka dodatkowych groszy na boku. Niby robi to w celu zbudowania szczęśliwej przyszłości z wybranką serca Anną, ale popijany ukradkiem alkohol w trakcie pracy świadczy o czymś zgoła innym – bohater to po prostu oślizgły typ, z którym nie warto robić biznesów. Ciekawe, że imiona mężczyzn pojawiają się mimochodem, “przy okazji”, jak gdyby nie miało to żadnego znaczenia. Pálmasona nie interesuje ich przeszłość, nie dokonuje również pogłębionej analizy psychologicznej bohaterów. Mocnymi pociągnięciami pędzla kreśli ich sylwetki, skupiając się przede wszystkim na dokonywanych przez nich życiowych decyzjach. Częściej są archetypami (skojarzenie z Kainem i Ablem, przy zachowaniu wszelkich proporcji, w pełni uzasadnione) niż postaciami z krwi i kości.

Pálmason balansuje zatem na styku wielu konwencji, co wychodzi mu z różnym skutkiem. Bez wątpienia chłodna obserwacja przynosi najlepsze efekty. Ciemność kopalni wprawia w obłęd, a wyjście na zewnątrz grozi utratą wzroku od oślepiającej bieli śniegu. Kamera podąża za wiecznie otulonymi pyłem bohaterami, których podejmowane trudy są wręcz fizycznie odczuwalne. Nastawione na szczegół oko obiektywu wychwytuje wszelkie oznaki brudu i nędzy, umieszczając mężczyzn w samym środku walki o przetrwanie. Przyglądanie się tym zapasom z życiem jest zaiste fascynujące. Gdy jednak produkcja zmierza w “baśniową” stronę, popada w pretensjonalną symbolikę. Konsekwentnie prowadzona narracja wykoleja się, ustępując miejsca luźno powiązanym ze sobą impresjom. Jak gdyby twórca bał się postawić jednoznaczną diagnozę wyraźnie domykającą podjęty wątek, dlatego też wolał “strzelać” onirycznymi obrazami, niekiedy bardziej wywołującymi uśmiech politowania aniżeli zadumę.

Wielka szkoda, że Islandczyk tak usilnie poszukiwał klucza do uniwersalizacji przedstawianej historii, bowiem to w momentach skupienia na osobistych rozterkach bohaterów jest najbliżej odkrycia mechanizmów rządzących ludzkim losem. Może sceneria jest obca, ale serce Emila jest zbudowane z dobrze znanych jam – w przedsionkach jest dużo miejsca, by mogła w nich zamieszkać druga osoba, zaś w komorach czają się autodestrukcyjne zapędy. To nie śnieg jest największym utrapieniem dla protagonisty, lecz zima panująca w jego psychice.

Dodatkowo Pálmason otwiera szereg innych wątków, również nieposiadających satysfakcjonujących puent. Spór z władzą uosabianą przez szefa fabryki (Lars Mikkelsen) jest ledwie zarysowany, zaś fascynacja bronią orbituje bardziej w sferze popkulturowego imaginarium – między innymi dlatego, że instruktaż objaśniający korzystanie z karabinu jest oglądany przez Emila na zdezelowanej kasecie VHS. Reżyser gra w ten sposób ze stereotypowym podejściem do męskości, w obrębie której siła i seks są równoznaczne z sukcesem.

Zimowi bracia to pełnometrażowy debiut z całym dobrodziejstwem inwentarza. Bije momentami od tego obrazu naiwność, ale również wiara w sugestywną moc kina. Wyziera potrzeba skrupulatnego przedstawiania świata, ale również ujawnia się niczym nieskrępowana fantazja. Pálmason ewidentnie próbuje różnych stylistyk w celu odnalezienia odpowiedniego dla siebie języka, czym niewątpliwie może ściągnąć na siebie krytykę. Nielinearna narracja i wszelkiego rodzaju surrealistyczne naleciałości wprowadzają niezamierzony chaos. Brakuje mu jeszcze silnej ręki, by w pełni okiełznać ten żywioł. Na szczęście Islandczyk nie żeruje na wcześniejszych produkcjach. Nie cytuje i nie stosuje wielu nawiązań do dzieł innych twórców, co ostatecznie może mu pomóc w stworzeniu silnie autorskiego stylu. Warto zatem przyglądać się jego karierze, ponieważ już debiut znamionuje umiejętność niezwykle plastycznego kadrowania krajobrazów, które czasami “mówią” więcej o świecie od samych bohaterów. A ożywić naturę i oddać jej głos to sztuka zaiste godna podziwu.

Fot. kadry z filmu / Gutek Film

 

Publicystyka

Ranking – 10 najlepszych filmów na podstawie komiksów

Maciej Kędziora

Jak każda strona zajmująca się kulturą, będziemy tworzyć rankingi i układać listy. A skoro trwa w najlepsze Miesiąc z Marvelem, to stwierdziłem – czemu by nie zająć się produkcjami na podstawie komiksów. Jako jednak całkowity laik, który komiksy kojarzy z Gigantów z Kaczorem Donaldem (kiedyś to było), będę oceniał je jedynie przez warstwę filmową. Pod uwagę brałem produkcje oparte na wszystkich komiksach, wykluczając jedynie mangi (z tego miejsca rzepraszam fanów K-Popu). Oczywiście przypominam – wybór jest subiektywny. Chyba czas zaczynać:

Watchmen. Strażnicy
10. Watchmen. Strażnicy

Zack Snyder oddycha kinem komiksowym. I o ile od ostatnich paru produkcji bardziej mu się obrywa, “Watchmanii” to jeden z niewielu przykładów nowoczesnego, autorskiego kina superbohaterskiego. Nie mamy tu “pompy” typowej dla produkcji DC, nie mamy też manieryzmów, które zabiły późniejsze produkcje Snydera. Strażnicy, to niesamowita wizualna podróż, na którą trzeba się zabrać – najlepiej w wersji reżyserskiej. Zabawa formą, a przede wszystkim sięganie po muzyków klasycznych i łączenie ich z filmem o banitach, tworzy mieszankę, z której każdy wyniesie co innego. Snyder na przykład wyniósł całkiem spory kontrakt na zniszczenie DCEU.

Kapitan Ameryka - Zimowy Żołnierz
9. Kapitan Ameryka – Zimowy Żołnierz

Jedna z dwóch produkcji Marvela na liście, wniosła do MCU pewną powagę i inne podejście do prowadzenia fabuły. Nie mamy tu wielu starć z mitycznymi stworami z kosmosu, bardziej skupiając się na demonach przeszłości, które ścigają głównego bohatera. Zamiast wielu wybuchów, dostaliśmy najwyższej jakości thriller, który angażował jak żadna inna produkcja czerwonego giganta. Doceniam go również, a może właśnie szczególnie za inność wykonania, a my po raz pierwszy możemy poczuć lekki dreszcz emocji, w momentach pościgu Kapitana i Zimowego Żołnierza.

Powrót Batmana
8. Powrót Batmana

Trudno o kinie komiksowym mówić nie wspominając o pierwszej, w pełni poważnej serii filmów o Człowieku – Nietoperzu, a szczególnie o pierwszych dwóch częściach. I o ile większość wydaje się bardziej cenić część pierwszą (głównie za genialnego Jacka Nicholsona w roli Jokera), ja stawiam na sequel, który widziałem przynajmniej 15 razy. Opowieść, która oprócz masy akcji, świetnie porusza temat dramtów ludzkich – samotna, molestowana w pracy kobieta, która w desperacji przemienia się w Kobietę-Kota (wyśmienita Michelle Pfeiffer), niepełnosprawny i porzucony przez rodzinę mężczyzna (rola życia Danny’ego DeVito), czy też wielki magnat finansowy, bez satysfakcji życiowej (w roli Batmana – Michael Keaton). Burtonowi udało się stworzyć całkowicie własną wizję Gotham City, miasta brudnego, skorumpowanego i przeżartego ludzkimi dewiacjami (klimat Gotham generuje lepiej niż Nolan w swojej trylogii). Szkoda tylko, że kolejne części zostawiły tylko mało udany humor i niemiły posmak neonów Shumachera.

Civil War
7. Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów

Drugi film z “Kapitanem” w tytule, który spokojnie mógłby być również kolejną częścią Avengersów. Spełnienie marzeń każdego geeka, nerda, oraz stopniowe zbliżanie się do końca pewnej ery (końca, który nastąpi w Infinity War). Udanie zarysowany wątek polityczny, jak zawsze dobre, już znane widzowi role i po raz pierwszy autentycznie zabawne dialogi, powodują, że przez dwie i pół godziny uruchomione zostaje w widzu wewnętrzne dziecko. Świetna przystawka przed – miejmy nadzieję jeszcze lepszym deserem.

Scott Pilgrim kontra Świat
6. Scott Pilgrim kontra Świat

Edgar Wright jest mistrzem komedii, które bardzo dużą wagę przywiązują do montażu, ciekawego zamysłu i sposobu prowadzenia historii. Do perfekcji doszedł w tym gatunku, właśnie w “Scotcie..”, opowieści o bezrobotnym basiście, który znajduje miłość swojego życia, ale by dotrzeć do jej serca, musi pokonać siedmiu byłych chłopaków. Wright bardzo sprytnie, pod płaszczykiem komedii przepakowanej żartami, opowiada tutaj o miłości, szukaniu siebie i walce o swoje przekonania i marzenia. W roli głównej archetyp zagubionego chłopaka – Michael Cera, który perfekcyjnie obrazuje nieumiejętność radzenia sobie z miłością – pytanie tylko, czy ktoś potrafi sobie z nią radzić?

Sin City
5. Sin City

Najpiękniejszy wizualnie film z całej listy, opowiadający o mieście, w którym prostytucja i morderstwa to codzienność. Roberto Rodriguez wraz z Frankiem Millerem stworzyli świat, którego nie powstydziłby się żaden inny twórca. Najważniejsze jednak są tutaj wyśmienite kreacje aktorskie – czy to Bruce’a Willisa jako chroniącego prostytutkę (zaskakująco niezła Jessica Alba) przed gangsterami policjanta, czy też Mickiego Rourke’a w roli zakochanego w prostytutce podstarzałego i zmęczonego życiem faceta. Miasto Grzechów nie wybacza, a w jednej z jego dzielnic tworzy sam Quentin Tarantino.

Kingsman: Tajne Służby
4. Kingsman: Tajne Służby

Matthew Vaughn, to fan komiksów, o czym niech świadczy, chociażby seria “Kick-Ass”. Co, jeśli do jego talentu komediowego, dodamy genialnych brytyjskich aktorów i komiksowy pastisz opowieści o szpiegach? Jedną z najlepszych komedii obecnej dekady. Produkcja, która od początku do końca zabiera nas na jazdę bez trzymanki, przez wszystkie wybuchy, żarty, wybitny soundtrack, czy nawet jąkającego się Samuela L. Jacksona w roli milionera, który pragnie zniszczyć świat. Obowiązkowa pozycja dla każdego fana spy movies. Szczególnie dla sekwencji walki w barze, w której to Colin Firth wygląda jakby mógł wygrać z samym McGregorem.

Persepolis
3. Persepolis

Moja ulubiona animacja XXI wieku, świetnie poruszająca temat problemów kobiet na Bliskim Wschodzie. Najgłośniejszy głos feminizmu, jaki mogliśmy stamtąd usłyszeć, połączony z historią o wojnie, problemach rodzinnych i dorastaniu w czasie mroku. Przez cały czas trwania animacji, słyszymy głos walecznej i dzielnej dziewczyny, która stanęła przed obliczem rewolucji, po której zaczęto narzucać jej zasady, do których nie chciała się stosować. Jeśli chodzi o filmy komiksowe na poważne tematy – “Persepolis” nie ma sobie równych. Szkoda tylko, że Marjane Satrapi nie udało się zrobić większej kariery po “Persepolis”. Dla ludzi, którzy nie widzieli to pozycja obowiązkowa, szczególnie dlatego, że otworzy wam oczy na obce kultury.

Amerykański Splendor
2. Amerykański Splendor

Produkcja, o której zapewne większość z was nie słyszała – a szkoda. Opowieść o lekarzu, który postanawia stworzyć własną serię komiksów. Komiksów, w których będzie opowiadać o swoim smutnym życiu. Życiu ojca, życiu nieudacznika. W głównej roli świetny Paul Giamatti, w roli swojego życia. Codzienność nie jest prosta, komiksy nie muszą być szczęśliwe, a człowiek nie zawsze odniesie sukces. Film może nie trafi do każdego, ale jeśli jego odbiorcą będzie osobą we właściwym dla siebie momencie w życiu – “Amerykański Splendor”, może stać się z miejsca jej/jego ulubioną produkcją.

Mroczny Rycerz
1. Mroczny Rycerz

Czy mógł to być inny wybór? Najlepszy w historii film o superbohaterze, jedno z największych dzieł Nolana, jedna z najlepszych ról drugoplanowych w historii kina i jeden z najlepszych sequeli. Począwszy od mistrzowskiej sceny otwierającej, przez monologi Jokera (wybitny Heath Ledger), aż do końcowej opowieści Jamesa Gordona (Gary Oldman). Ten film ma wszystko, z czego powinien się składać nie tylko dobry film komiksowy, ale również każdy thriller. Nie jest to oryginalny wybór, ale czasem trzeba zdecydować się na coś co jest powszechnie uważane za bardzo dobre. Ukłony mistrzu Nolanie.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.