Klasyka z FilmawkaPublicystyka

Klasyka w dniu premiery – “Borat”

Maksymilian Majchrzak

Klasyka kina to nie tylko filmy sprzed pięćdziesięciu lat! Postanowiliśmy nieco odświeżyć formułę naszej serii, i od czasu do czasu będziemy pisali również o nowszych, 10-15 letnich filmach, które naszym zdaniem już zasłużyły sobie na taką renomę. I które w krótkiej perspektywie czasowej będą już klasyką pełną gębą. 


Brytyjskiego komika Sachy Barona Cohena nikomu przedstawiać nie trzeba, gdyż on sam i jego liczne inkarnacje stały się już ikonami popkultury. Mało jednak kto spodziewałby się po nim, że pochodzi z raczej wyższych sfer: jako dziecko chodził do prestiżowych prywatnych szkół, później ukończył historię na Uniwersytecie Cambridge. Rodzice Cohena to Żydzi i on sam do dziś jest wierny wyznaniu, w którym został wychowany, a antysemityzm doczekał się w jego twórczości licznych odniesień i prowokacyjnych komentarzy.

Przygodę z aktorstwem rozpoczynał w studenckim teatrze, a jego pierwszą sławną inkarnacją stał się Ali G – swego rodzaju „biały murzyn”, przesiąknięty łączącą rap z reggae subkulturą początkujący gangster z angielskich przedmieść. Ta postać wystąpiła w filmie Ali G Indahouse z 2002 roku, a także prowadziła swój własny program rozrywkowy Da Ali G Show na antenach brytyjskich telewizji. To w tam emitowanych skeczach swój początek miały dwie kolejne inkarnacje Cohena, które później otrzymają własne produkcje kinowe – austriacki homoseksualny dziennikarz Bruno Gehard, oraz nasz dzisiejszy bohater Borat.

Borat

Kim jest Borat Sagdijew? Charakteryzuje go niezwykle ikoniczny wygląd: kręcone, kruczoczarne włosy i takiż, niezwykle gęsty sumiasty wąs, do tego nieodzowny szary garnitur, brązowe buty i bardzo wysoko podciągnięte skarpety. Borat należy do elity swojej społeczności, jest wykształconym reporterem telewizji, który jeździ po świecie nagrywając materiały przybliżające swoim rodakom życie w owianych legendami krajach bogatego Zachodu. A jego własna ojczyzna? Oczywiście Kazachstan, choć symbolizuje on kulturę tych wszystkich krajów, których mieszkaniec Anglii czy Ameryki nie bardzo w stanie jest konkretnie zlokalizować ani wymówić ich nazw.

Te postradzieckie, azjatycko – europejskie białe plamy, gdzie muszą żyć zapomniani ludzie trzeciej kategorii. Bohater uderza też w tony słowiańskie, a nawet polskie – swoje materiały często zaczyna od w osobliwy sposób wymawianego słowa na kształt naszego jak się masz , a kończy równie egzotycznie brzmiącą wersją dziękuję. Tak więc mimo nieodzownego powiązania z Borata z tym krajem, tutaj Kazachstan jest tylko symbolem. Dużej od wagi od Cohena wymagało posłużenie się autentycznym państwem, równie dobrze mógł użyć jakiegoś wymyślonego tworu (jak np. Sokovia w uniwersum Marvela, czy Zubrovka w Grand Budapest Hotel) a i tak większość jego rozmówców nie zorientowałaby się, że ma do czynienia z fejkiem.

Borat

W filmie z 2006 roku o cudownie brzmiącym tytule Borat: Podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej nasz reporter dostaje od kazachskiego rządu zlecenie nakręcić film dokumentalny o „najwspanialszym kraju świata”, czyli oczywiście US i A. Razem z producentem filmowym Azamatem Bagatovem (klasycznie sparowany z wysokim i szczupłym Cohenem groteskowo malutki Ken Davitian) , wyruszają w podróż przez kraj kupioną wcześniej w komisie ciężarówką do rozwożenia lodów (panowie boją się latać samolotem z uwagi na zamachy z 11 września, za którymi, jak wierzą, stali Żydzi). Spotkania z mieszkańcami USA są dla Borata polem do miażdżącego wręcz napiętnowania ograniczenia, ksenofobii, ignorancji, arogancji i czego tam jeszcze Amerykanów w starciu z tak odrębnym od nich kulturowo osobnikiem.

Komik nie oszczędza nikogo – dostaje się zarówno feministkom z Nowego Jorku, które nie są w stanie nawiązać żadnego dialogu z przybyszem, jak i fanom rodeo gdzieś z Teksasu, którzy po faux pas Kazacha przy śpiewaniu hymnu chcą go niemal zlinczować. Ośmieszani są zarówno prości ludzie jak i elity, chociażby w słynnej scenie uroczystej kolacji (podczas której Borat myli słowo retired z retarded), na którą sprowadza czarnoskórą prostytutkę. Widzimy ekstatyczne stadionowe spotkanie religijne, wizytę reportera w sklepie z konfederackimi antykami, czy podróż przyczepą kempingową z członkami bractwa studenckiego, patologicznymi seksistami. Osią filmu jest miłość Borata do Pameli Anderson, którą zobaczył w lecącej na hotelowym telewizorze czołówce Słonecznego Patrolu i którą zamierza uprowadzić i poślubić.

Obraz, który ogląda się jak dość osobliwą, ale jednak typowo głupią komedię omyłek zyskuje bardzo mocno w odbiorze, gdy przeczyta się o tym, jak został nakręcony. Otóż nikt  z osób na ekranie poza Cohenem, Davitianem, czarnoskórą prostytutką Luenell oraz Pamelą Anderson nie wiedział, w czym bierze udział! Borat naprawdę wkręcił się na autentyczne rodeo by zaśpiewać hymn, naprawdę udawał nawrócenie na autentycznej stadionowej uroczystości religijnej, naprawdę pojechał do wioski w Rumunii gdzie prezentował jej niczego nieświadomych mieszkańców jako członków swojej rodziny.

Metoda była prosta – członkowie ekipy Cohena i reżysera Larry’ego Charlesa dawali prankowanym osobom do podpisania zgody na udział w filmie dokumentalnym. Nikt nie spodziewał się, w czym naprawdę wystąpi, a po premierze ukończonego dzieła do jego twórców zaczęły spływać pozwy. Chociażby od faceta, który tak panicznie uciekał przed chcącym się do niego przytulić na ulicy Nowego Jorku Boratem. Oglądając film ze świadomością, że to wszystko dzieje się naprawdę jestem w stanie wręcz na własnej skórze odczuć zakłopotanie rozmówców kazachskiego reportera.

Borat

Zobacz również: Klasyka z Filmawką – “Andriej Rublow” Tarkowskiego

Jest jeszcze drugie dno tego filmu – to niezwykle wzruszający momentami film drogi, pokazujący samotność i problemy egzotycznego przybysza z nawiązaniem relacji z Amerykanami, do których mimo szczerych intencji nie jest w stanie dotrzeć. Nietuzinkowość Borata, jego brak obycia i nieprzystosowanie do zachodnich obyczajów (nie wynikające przecież z jego winy) doprowadzają historię w komiczny sposób do smutnej puenty, której konsekwencje będą już na poważnie. To bogactwo treści dzieła, które można odbierać zarówno jako głupiutką komedyjkę, niezwykle inteligentną satyrę na społeczeństwo oraz uderzający w poważniejsze tony dramat sprawia, że Borat: Podpatrzone… z całym przekonaniem może już być nazywany klasyką kina.

Recenzje

“Mario” – “Między miłością i karierą” – Recenzja

Michał Piechowski

Mimo że wiele jest filmów traktujących o homoseksualizmie albo o piłce nożnej, ze świecą szukać takich, których problematyka dotyczy obu tych zagadnień jednocześnie. Może wynika to z mimowolnej tabuizacji takiego połączenia, może po prostu nie ma popytu na historie tego typu, ale kino ma za zadanie tam sięgać, gdzie nie sięgał jeszcze nikt i w duchu podobnego przekonania musiał powstawać Mario, którego twórcy podjęli się zadania wymieszania tych dwóch światów i, jak się okazuje, wyszło im to całkiem zgrabnie.

Mario
kadr z filmy “Mario”

Oto trafiamy do drużyny U-21 Young Boys tuż przed rozpoczęciem sezonu i jesteśmy świadkami wprowadzenia do zespołu nowego napastnika, przybyłego z Niemiec Leona (trochę nieprzekonywujący Aaron Altras), który od tej pory będzie razem z naszym Mario (Max Hubacher, którego największym atutem jest podobieństwo do pewnego niemieckiego piłkarza – imiennika tytułowego bohatera) rywalizował o miejsce w składzie i potencjalny kontrakt z głównym klubem w przyszłym sezonie. Panowie, mimo walki o to samo miejsce, szybko zaczynają się dogadywać, a umacnianiu więzi dodatkowo sprzyja fakt, że dzielą wspólnie klubowe mieszkanie i spędzają ze sobą większość wolnego czasu. Tym razem nie skończy się na standardowej męskiej przyjaźni, ale na romansie, który dla obu piłkarzy jawi się jako okazja do wyzwolenia długo tłumionych uczuć i żądzy. Uczucie rozwija się, ale sielanka nie trwa oczywiście zbyt długo, sekret zaczyna wychodzić na jaw i atmosfera w klubie pogarsza się, a młodzi mężczyźni odnajdują się w sytuacji, w której najmniejszy błąd może zaważyć na ich towarzyskiej i zawodowej przyszłości.

Zobacz również: Wkraczając w świat Gaspara Noé

Mimo pozornego zakorzenienia konfliktu w konkretnym środowisku, tak naprawdę przedstawiony obraz zmagania się z dyskryminacją i utratą poczucia własnego „ja” jest bardzo uniwersalny. Przekrój reakcji na homoseksualizm piłkarzy jest dość schematyczny, ale przynajmniej wyczerpujący. Mamy tutaj cynicznie nastawionego kolegę z drużyny, który podjudza resztę zawodników oraz zarząd kierujący się zasadą „nie mamy nic przeciwko, ale…”, a z drugiej strony akceptację ze  strony najbliższej rodziny i przyjaciół, którzy jednak mimo najszczerszych chęci nie mogą w pełni pomóc Mario. Piłka nożna jest zaledwie katalizatorem ukazanych wydarzeń, a homoseksualizm jest tylko pretekstem dla portretu miłości i samotności.

Widać, że odpowiedzialny za reżyserię Marcel Gisler ma dużo szacunku zarówno do środowisk piłkarskich, jak i do orientacji seksualnej bohaterów swojego filmu. Rozumie on zawiłości współczesnej piłki nożnej, przedstawiając tytułowego zawodnika jako człowieka otoczonego nie tylko przez obrońców drużyny przeciwnej, ale także przez swojego trenera, menadżera i, wynagradzającego braki we własnej karierze sukcesami syna, przesadnie ambitnego ojca, a wątek romantyczny prowadzi w sposób nieszukający sensacji i zaskakująco subtelny. Próżno szukać tutaj silących się na kontrowersje scen zbliżeń czy przesadzonej romantyzacji uczucia, mającej na celu przedstawienie go jako jedynej słusznej drogi. Wszak miłość jest zawsze jedna i ta sama, i właśnie z takiego założenia wychodzi reżyser.

Mario
kadr z filmu “Mario”

Ale Mario sięga jeszcze dalej, stawia pytania dotyczące szeroko pojętego sensu życia, którym nie można odmówić celności, nawet jeżeli momentami wydają się naiwne i banalne. Odrobinę za dużo tutaj fabularnych skrótów oraz słabo zasygnalizowanych przeskoków czasowych, w związku z którymi całość wydaje się zbyt uproszczona, aczkolwiek ta prostota ma swój urok, a nadmierne skomplikowanie fabuły i przesyt wątków pobocznych najprawdopodobniej tylko zaszkodziłby całej produkcji. Nieunikniony konflikt interesów uderza tym mocniej, że zdajemy sobie sprawę z tragicznego położenia bohaterów, dla których niemożliwy będzie kompromis, a wybranie jednej ścieżki oznacza bezpowrotne zboczenie z tej drugiej. Kulminacją straconych szans będzie ostatnia scena, o której dość powiedzieć tyle, że uderza ona wystarczająco mocno, by nie dać o sobie zapomnieć długo po seansie.

Zobacz również: “Zimna wojna” – Recenzja

Dokładne odwzorowanie piłkarskich realiów służy nie tylko nadaniu wiarygodności, ale jest także dodatkową gratka dla tych, których do filmu zachęciła raczej wizja napastników siejących spustoszenie w szeregach obrony rywali aniżeli uczuć i emocji wyniszczających bohaterów od środka. Wzmianka o Young Boys przypomina o tym, że to właśnie ta drużyna przerwała w tym sezonie hegemonię FC Basel w szwajcarskiej lidze, a znajomość poglądów kibiców niemieckiego FC St. Pauli pozwoli zauważyć, że obecność akurat tego klubu nie jest tutaj przypadkowa.

Jeżeli chodzi o sekwencje boiskowe, najtrafniejszym określeniem będzie stwierdzenie, że są one solidne. Przeważają standardowe ujecia z boku, które maskują trudności w synchronizacji gry całego zespołu, ale dodano tutaj odrobinę trójwymiarowości i głębi, dzięki czemu drybling zawodników nie wygląda jak nakręcony z profilu bieg sprinterski. Wybijającą się perełką jest świetnie wyglądająca scena dośrodkowania nakręcona quasi-telewizyjną kamerą, która idealnie umiejscawia zdobywaną bramkę pośród tysięcy fanów na wypełnionym po brzegi stadionie i pozwala w pełni odczuć radość piłkarzy i kibiców towarzyszącą trafieniu.

Mario
kadr z filmu “Mario”
Zobacz też: Wkraczając w świat Gaspara Noé

Ostatecznie Mario to książkowy wręcz przykład “małego wielkiego filmu”, który najbardziej zyskuje na poruszanej, bardzo świeżej i eklektycznej tematyce oraz niebanalnym wykonaniu. Nie brakuje mniejszych lub większych niedociągnięć i braków, ale całość jest zaskakująco fascynująca i satysfakcjonująca.



Film możecie obejrzeć od wczoraj dzięki pokazom przedpremierowym, a oficjalna premiera już jutro (1 czerwca). Gdzie? Kino Luna (Warszawa) DCF – Dolnośląskie Centrum Filmowe (Wrocław) KINO MALTA (Poznań) KIKA (Kraków) Kino Pionier 1907 (Szczecin) Kino – Galeria Charlie (Łódź) Kino Światowid (Katowice) a od 1 lipca online na outfilm.pl dzięki Tongariro Releasing.

PublicystykaZestawienia

Najlepsze soundtracki filmowe – Subiektywne Zestawienie Drużyny Filmawki #3

Maja Głogowska

Filmawka to zespół ludzi o całkowicie różnych upodobaniach gatunkowych, specjalnie dla was będziemy więc co dwa tygodnie przedstawiali zestawienie swoich ulubionych propozycji z danej kategorii. Ważna informacja – każdy z nas wybiera film, który jest mu z jakiegoś powodu bliski – gdybyśmy wybierali więcej niż po jeden na głowę pewnie znalazłaby się tutaj twoja propozycja

Dziś na ruszt bierzemy produkcje z najlepszymi ścieżkami dźwiękowymi, takimi, które lecą na naszych odtwarzaczach w pętli długo po skończonym seansie. Nasze wybory mogą Was zadziwić, nie znajdziecie tu nic spod batuty Williamsa, Zimmera ani Shore’a.

Kolejność filmów losowa

Zobacz również:Zimna wojna” – Recenzja

1. Podwójne życie Weroniki (muz. Zbigniew Preisner) – Poleca Konrad Bielejewski

Van den Budenmayer – kto z miłośników muzyki klasycznej nie kojarzy twórczości tego pana? Dla wielu z pewnością nazwisko to nic szczególnego nie mówi, co jest zrozumiałe, gdyż ów natchniony Holender pozostał w cieniu sławy takich gigantów jak Mozart czy Beethoven. Trudno jednak nie docenić jego geniuszu, owych kompozycji przeplatających delikatne dźwięki instrumentów z gładkim, melancholijnym tonem damskiego chóru. Przepiękne głosy kobiece wywołują niemalże hipnotyzujące zjawisko, gdy widz pochłania jednocześnie zjawiskowe ujęcia Sławomira Idziaka, doskonałą kolorystykę Kieślowskiego, obfitującą w odcienie szmaragdu i złota oraz przepiękną grę ponętnej Irene Jacob.

Wybitne utwory Budenmayera oferują szeroki wachlarz zróżnicowanych kompozycji, od delikatnych dzwoneczków dźwięczących na wietrze, po monumentalne, miażdżące koncerty z wykorzystaniem chóru damsko-męskiego. Ta muzyka potrafi poruszyć duszę tak bardzo, że aż szkoda, iż Van den Budenmayer nie istnieje. Został on bowiem wymyślony przez innego – nie mniej wybitnego – kompozytora – Zbigniewa Preisnera, który by nadać autentyczności ścieżce dźwiękowej wymyślił postać holenderskiego artysty. Jest to tylko jeden z elementów, który czyni Podwójne życie Weroniki filmem wybitnym – polecam go nie tylko ze względu na doskonałą oprawę muzyczną.

Kadr z filmu “Podwójne życie Weroniki”

2. Barry Lyndon (muz. Leonard Rosenman) – Poleca Tomasz Małecki 

Szybka zagadka chemiczna: co wytrąci się z połączenia jednego z najlepszych filmów w historii z Sarabandą G.W Händela i Piano Trio Franza Schuberta? Odpowiedź brzmi: jeden z najlepszych soundtracków w historii! I w zasadzie sam ten fakt posłużyłby za wystarczający gwarant jakości Barry’ego Lyndona. Na nasze szczęście Stanley Kubrick był perfekcjonistą, przez co wyżej wspomniane kompozycje wchodzą w dodatkową, skomplikowaną metainterakcję z filmowym tworzywem, czyniąc zeń dzieło perfekcyjne również pod względem muzycznym. A co poza tym? Jan Sebastian Bach, Antonio Vivaldi, szereg marszy, no i przede wszystkim kilka interpretacji powyższej Sarabandy, m.in. na klawesyn, bębny i kontrabas. Nie wiem jak was, ale mnie ciarki przeszły na samą myśl.

Kadr z filmu “Barry Lyndon”

3. Trylogia Pusher (muz. Peter Peter) – Poleca Bartłomiej Rusek

Jestem osobą, która zazwyczaj omija szerokim łukiem muzykę elektroniczną. Uznałem jednak, że warto uwzględnić w zestawieniu ‘mroczną’ trylogię duńskiego reżysera, której klimatowi bardzo służy wspomniana ścieżka dźwiękowa. Wszystko dlatego, że już po obejrzeniu pierwszych sekund filmu z 1996 roku, gdy przedstawiani są wszyscy bohaterowie, a w tle leci muzyka zespołu The Prisoner wiedziałem, że obejrzę całą trylogię. Soundtrack do Pushera, który został nagrany i skomponowany przez różnych artystów, podkreśla mroczny klimat całej historii. Jest tak od samego początku pierwszej części filmu (o czym wspomniałem powyżej), aż do samego zakończenia trzeciej odsłony, gdzie podczas słynnej, brutalnej sceny pojawia się tytułowy motyw Angel of Death skomponowany przez duet Petera Kyeda i Petera Schneidermanna. Przez cały czas oprawa audio-wizualna filmów niemalże książkowo ze sobą współgra, idealnie oddziałując na odbiorcę, wprowadzając go w świat przedstawiony na ekranie.

Kadr z filmu “Pusher”

4. Łowca Androidów (muz. Vangelis) – Poleca Szymon Pietrzak

Vangelis, pozostając w ciągłym dialogu z estetyką filmu, zabiera nas w futurystyczną podróż pełną syntetycznej magii i mrocznego ambientu. Melancholijny i chłodny wydźwięk soundtracku jest naturalny, bowiem pochodzi on ze świata pełnego dylematów na temat człowieczeństwa. W pewnym momencie, gdy pojawia się „Love Theme” to za pomocą miłosnych dźwięków saksofonu zaciera się na bardzo krótko granica między człowiekiem, a maszyną. Z czasem jednak robi się coraz mroczniej, prowadząc nas do kluczowej sceny, gdzie padający deszcz znów przeniesie nas w klimat pełen dylematów, a muzyka pozwoli wybrzmieć kultowemu już monologowi. Odpalcie soundtrack jako samodzielne dzieło – zawiera on bowiem kluczowe dialogi i monologi z filmu – zamknijcie oczy, dajcie się ponieść syntezatorom lat 80. i przenieście się do dystopijnego Los Angeles.

Kadr z filmu “Łowca Androidów”

5. Pani Zemsta (muz. Choi Seung-hyun) – Poleca Andrzej Badek

Jedyny godny kandydat, który mógłby walczyć z Kill Billem o miano najlepszego filmu o zemście to produkcja z niesamowicie piękną ścieżką dźwiękową. Nie stanowi ona tutaj dopełnienia opowieści, ale jej nieodzowną część. Utwory są spokojne i wyważone; dokładnie takie jak wendeta protagonistki. Muzyka klasyczna zostaje w filmie wezwana by służyć jako lustro duszy kobiety, która musiała przejść piekło. Niewyobrażalna perfekcja syntezy obrazu i dźwięku tworzą doznanie kinowe, które udowodni każdemu, że Południowa Korea to adres, z którego produkcje powinien poznać każdy kinoman.

Kadr z filmu “Pani Zemsta”

6. Spragnieni miłości (muz. Michael Galasso, Shigeru Umebayashi) – Poleca Wiktor Małolepszy

Filmy Wonga to dopracowane do ostatniej klatki perełki, w których nie ma przypadkowych wyborów, a każdy element pełni jakąś głębszą funkcję fabularną. Jego najbardziej znane dzieło Spragnieni Miłości nie jest wyjątkiem od tej reguły. Ścieżka dźwiękowa doskonale ilustruje powoli rodzący się na ekranie romans jednocześnie pełniąc rolę symbolizującą jego etap. Powracający niejednokrotnie główny motyw sygnalizuje widzowi rozwój relacji między bohaterami. Wraz z kolejnymi repetycjami są oni coraz bliżej siebie, przekraczają kolejne granice, poznają się coraz lepiej. Wong angażuje każdy zmysł widza tworząc synestetyczny poemat o samotności i potrzebie bliskości. Partie smyczkowe wciąż wywołują dreszcze na moich plecach.

Kadr z filmu “Spragnieni miłości”

7. Wszystko za życie (muz. Eddie Vedder) – Poleca Mikołaj Krebs

Dla tak wielkiego fana filmu jak i Pearl Jamu wybór mógł być tylko jeden. Najważniejszą cechą ścieżki dźwiękowej Wszystko za życie jest dla mnie to, że nie jest tłem czy też podkreśleniem tego, co dzieje się na ekranie. Folkowo-rockowe brzmienia Eddiego Veddera są nieodłącznym elementem narracji historii i pokazaniem tego, co kieruje Supertrampem. W końcu to nie są jedynie kompozycje muzyczne, a piosenki przejmujące swoją liryką i o ile sama muzyka potrafi pięknie dopełniać obraz, tak słowa nadają jej dodatkowej mocy przekazu. Za takie podejście do tematu soundtracku Wszystko za życie ma u mnie dożywotni szacunek. Warto wspomnieć, że album został bardzo dobrze odebrany wśród publiki, a singiel Guaranteed otrzymał Złotego Globa w 2008.
Nie ma nic więcej do pisania – najlepiej posłuchać.

Kadr z filmu “Wszystko za życie”

8. Koyaanisqatsi (muz. Philip Glass) – Poleca Maksymilian Majchrzak

Eksperymentalny film dokumentalny Godfreya Reggio dorobił się już statusu niemal kultowego, zapewne z uwagi na niezwykle sugestywną, transową formę, która sprawia, że widzowi ciężko choćby na chwilę oderwać wzrok od ekranu przez te 85 minut seansu. Spora w tym zasługa ścieżki dźwiękowej stworzonej przez legendarnego amerykańskiego kompozytora Philipa Glassa, czołową postać muzycznej awangardy naszych czasów. Utrzymane w duchu minimalizmu utwory są doskonale zgrane z szeroko używającym przyspieszenia taśmy montażem filmu. Glass skacze tu od niemal sakralnej muzyki organowej, którą ilustruje fenomeny naturalne, aż do kompozycji przypominających swoją intensywnością techno, towarzyszących widokom pędzącego życia w wielkich miastach. No i ten wspaniałe trąby na początku utworu The Grid, przy których podziwiamy wdrapujący się na nocne niebo księżyc na tle nowojorskich wieżowców… Przykład idealnej, niczym niezakłóconej symbiozy obrazu z muzyką

Kadr z filmu “Koyaanisqatsi”

9. Boogie Nights (muz. Michael Penn) – Poleca Kamil Walczak

Co się tyczy klasycznego filmu Paula Thomasa Andersona, to bez dwóch zdań mogę stwierdzić, że silnikiem napędowym tego arcydzieła jest muzyka. Począwszy od otwierającego mastershota ze skocznym “Best Of My Love” w wykonaniu The Emotions, przez sprawdzające się jako swoista parabola dorastających bohaterów “God Only Knows” od The Beach Boys, aż po wieńczące karierę Dirka Digglera “Livin’ Thing” Electric Light Orchestra (możecie tylko zgadywać, czym jest to “livin’ thing”). Reżyserowi jak w soczewce udaje się skupić złotą erę pornbiznesu, przy czym ścieżka dźwiękowa wprowadza nas w tę epokę lepiej niż jakikolwiek wehikuł czasu. Wybrane przez twórców kawałki jednak to nie tylko objaw pornograficznej nostalgii – to synergiczna maestria obrazu i dźwięku, zapisująca Boogie nights w nieosiągalnych ramach czasoprzestrzeni.

Wykorzystane utwory dają często niepisany, ironiczny i gorzki wydźwięk scenom, pokazując krytyczne spojrzenie i groteskowość zdarzeń. I tak Rahad Jackson (Alfred Molina), którego Reed, Dick i Todd próbują okraść, przeżywa ekscentryczną ekstazę przy niewinnym “Jessie’s Girl” Ricka Springielda, żeby po chwili z paranoiczną radością rozpętać krwawą obławę bohaterów. Nie brakuje również piosenek potwierdzających postępującą degrengoladę przemysłu porno, jak np. “Feel My Heat”, autorski track Dirka Digglera (do którego nawiązał nawet Eminem w swoim ostatnim albumie) albo disco-cover “The Touch” od Stana Busha. Paul Thomas Anderson absolutnie potwierdza, że jest zarówno wszechstronnym rzemieślnikiem, który muzyką w filmie posługuje się niczym czasowym katalizatorem, jak również prawdziwym artystą, potrafiącym porozumieć się z widzem na synestetycznym metapoziomie, płynnie włączając nas do swojego świata fantazji, czarnego humoru i detronizacji amerykańskiego snu.

Kadr z filmu “Boogie Nights”

10. Absolwent (muz. Dave Grusin, Paul Simon) – Poleca Maciej Kędziora

Produkcja, która stworzyła legendarny zespół, bo o ile Simon and Garfunkel byli znani przed premierą filmu Nicholsa, nigdy nie staliby się kultowi bez Pani Robinson. Każda nutka, każda piosenka perfekcyjnie koresponduje z kadrami czy też emocjami głównego bohatera. Od legendarnego już “Sound of Silence”, przez jeszcze lepszą “Mrs. Robinson” (jedna z najwybitniejszych piosenek filmowych), aż do “April come she will”. Wolne od hitów najwybitniejszego folkowego duetu kadry, wypełnia twórczość Dave’a Grusina, który idealnie podbudowuje seksualne napięcie, narastające nie tylko w Benjaminie, ale również w często niedoświadczonym jeszcze widzu. “Absolwent” stworzył ścieżkę dźwiękowa, która zaczęła żyć własnym życiem, często będąc popularniejsza niż ten – skądinąd świetny – film. 

Kadr z filmu “Absolwent”

11. Taksówkarz (muz. Bernard Hermann) – Poleca Michał Piechowski

Dogłębnie przejmujący, melancholijny, docierający do najdalszych zakamarków ludzkiej duszy – taki właśnie jest soundtrack do Taksówkarza autorstwa Bernarda Herrmanna. Być może Travis byłby tym samym Travisem także bez tej muzyki, ale gdyby nie ona, losy taksówkarza nie uderzałyby z taką samą siłą. Leniwe i monumentalne sekcje instrumentów dętych wprowadzają nas nie tylko w pełen patologii świat Nowego Jorku, do którego wejście jawi się jako ostatnia szansa na odkupienie, ale przede wszystkim w pokrętną psychikę głównego bohatera sparaliżowaną w oczekiwaniu na deszcz, który zmyje brud z ulic tego miasta. Nie zna życia ten, kto nie słuchał “I Still Can’t Sleep” będąc jedyną osobą jadącą ostatnim autobusem.

Kadr z filmu “Taksówkarz”

12. Zwierzęta nocy (muz. Abel Korzeniowski) – Poleca Marcin Kempisty

Niektórzy cieszą się ze zdobywanych bramek przez Roberta Lewandowskiego, zaś ja z niecierpliwością wyczekuję kolejnych produkcji, do których muzykę skomponowałby Abel Korzeniowski. Był film Madonny (“W.E. Królewski romans”), był serial stacji Showtime (Dom grozy), ale to współpraca z Tomem Fordem przynosi pochodzącemu z Krakowa artyście największy rozgłos. Po poruszającym Samotnym mężczyźnie przyszedł czas na Zwierzęta nocy – jak na razie najdojrzalsze dzieło Korzeniowskiego. Napisane przez niego utwory charakteryzują się pięknem utkanym z partii smyczkowych podbitym poczuciem melancholii czy dekadencji. Utwór “Wayward Sisters” to dowód na to, jak Korzeniowski swobodnie porusza się między radością a smutkiem, zaś “Table for Two” to lament opuszczonej duszy, skazanej na wieczną tęsknotę za ukochaną osobą.

Każde uczucie zostaje przez Korzeniowskiego oddane z pietyzmem, ale ma się wrażenie, że to nie jest do końca realistyczne. Jak gdyby jego muzyka przenosiła słuchacza do innej rzeczywistości, w której radość byłaby porównywalna z rodzącą się do życia przyrodą, zaś smutek byłby zrównany z katastrofą cywilizacji. Jak gdyby ta muzyka przenosiła do wyidealizowanej rzeczywistości szalenie podobnej do światów filmowych Toma Forda, w których Amy Adams patrzy w dal z łzą w oku, w tle majaczy księżyc, a lekiem uśmierzającym wspomnienia jest wino z 1950 roku. Konwencję można jednak wybaczyć, gdy obraz zespoli się z dźwiękiem tworząc dzieło niezwykle wysmakowane estetycznie. To jest chyba najważniejsze w muzyce Korzeniowskiego – jest cudowna, ale zawsze współgra z filmem i nie wybija się na siłę na pierwszy plan.

Kadr z filmu “Zwierzęta Nocy”

13. Anna Karenina (muz. Dario Marianelli) – Poleca Martin Rieszke

Barokowa stylistyka utworów Dario Marinellego stanowi wspaniałe dopełnienie teatralnej stylistyki obranej przez Joe Wrighta. Jednocześnie subtelne wątki muzyczne stylizowane na rosyjskie stanowią o duszy całej ścieżki dźwiękowej, żyjącej w filmie na równi z bohaterami, będąc dźwięcznym odzwierciedleniem ich uczuć, nastrojów i zachowań.

Kadr z filmu “Anna Karenina”
Zobacz również: Subiektywne zestawienie Drużyny Filmawki #1 – Kino Akcji

Co myślicie o wybranych przez nas produkcjach i co ważniejsze – ich ścieżkach dźwiękowych? Jaką pozycję dodalibyście od siebie? Chyba każdy ma ścieżkę dźwiękową, której mógłby słuchać w kółko nawet, gdy film nie jest wart ponownego seansu. Dajcie znać!

Publicystyka

Wkraczając w świat Gaspara Noé

Mateusz Bachmiński

W którejś recenzji nowego filmu Gaspara Noé przeczytałem ostatnio arcyciekawe zdanie: „W kinie Gaspara zawsze jest trzecia nad ranem i balety mają się ku końcowi, wyczerpane jak używki, odsłaniając wówczas zbiorową podświadomość(..)”. Możnaby rzec, że twierdzenie to jest uniwersalne zarówno jeśli chodzi o przeżycia wewnętrzne bohaterów jego filmów, jak też widzów poddanych narkotycznej magii widowiska serwowanego przez ekscentrycznego niczym Doktor Caligari twórcę. Filmy Noe nie tylko nie są bowiem czymś, co możemy puścić sobie w tle podczas luźniejszego spotkania ze znajomymi, one są wręcz nieprzyjemne dla zmysłów.


TEKST ZAWIERA SPOILERY Z FILMÓW GASPARA NOÉ


Gaspara Noe
kadr z filmu “Nieodwracalne”

Oglądając „Carne” czujemy wstręt do samego filmu, jego bohaterów. Wyobrażamy sobie reżysera jako demiurga obrzydliwości, kręcącego film tylko w celu pognębienia naszej wrażliwości. W 2002 roku, podczas projekcji „Nieodwracalnego” na Festiwalu w Cannes kilkaset osób było zmuszonych do opuszczenia sali z powodu omdleń. Słynna scena gwałtu na Monice Bellucci raziła tak nieposkromioną, naturalistyczną i niesprawiedliwą przemocą, że dla wielu okazała się zwyczajnie nie do wytrzymania.

Podobnie w niedawnym „Love” seks jest ukazany w sposób stricte fizyczny, jako czynność zbliżona do defekacji czy smarkania zakatarzonego nosa. Niby między bohaterami czuć chemię, niby widać właściwe początkom związków zauroczenie, ale czujny widz w maratonie kompulsywnego seksu i narkotykowych orgii dostrzeże niepokojącą konkluzję. Seks dla bohaterów jest sposobem na radzenie sobie z emocjonalnymi problemami, własnym wybrakowaniem i stopniowym zanikiem moralnej dyscypliny. Zresztą tak naprawdę Noé oskarża w swoim filmie całe francuskie społeczeństwo, scena z policjantem doradzającym Murphy’emu otwarty związek z Elektrą jest aż nadto wymowna. Reżyser po kryjomu zakłada krwawą, prokuratorską czerwień i rzuca ukryte J’Accuse, uwypuklając kompleksy i definiując społeczeństwo V Republiki. Nieme oskarżenie dostaje się także Majowi 68’ i Rewolcie Studenckiej. Noé próbuje nam udowodnić, że z haseł: „Egalité! Liberté! Sexualité!” pozostał tylko pusty nihilizm i stopniowe zatracanie się w wywalczonych przez starsze pokolenia swobodach obyczajowych.

Gaspara Noe
kadr z filmu “Sam przeciw wszystkim”

Abstrahując jednak od politykowania i społecznych diagnoz w wykonaniu Argentyńczyka, „Love”, tak samo jak inne filmy Gaspara jest przede wszystkim opowieścią o toksycznych emocjach, zżerających dusze głównych bohaterów niczym mentalny rak. Zabawne jest tez to, jak reżyser potrafi bawić się emocjami widzów. W początkowej fazie „Love” trudno nie zazdrościć Murphy’emu zmysłowego handjoba czy trójkąta z dwoma seksownymi kobietami. W miarę rozwoju fabuły widzimy jednak grecką tragedię która rozgrywa się na naszych oczach, nieprzyjemnie się ją ogląda, lecz z drugiej strony oglądamy ją z fascynacją. W „Nieodwracalnym” od samego początku wiemy, że coś poszło nie tak. Nocny chaos na ulicach Paryża, wzburzenie Vincenta Cassela próbującego uderzyć prostytutkę, walącego śmietnikiem w szybę taksówki.

Stopniowo zaczynamy uosabiać się z głównym bohaterem, widzimy potworności, które zostały wyrządzone jego żonie, jesteśmy świadomi całego kontekstu, kłótni małżonków i tego, że nie zdążyli się pogodzić. Już w momencie gwałtu na Monice Bellucci z całego serca życzymy śmierci bestialskiemu gwałcicielowi. Podczas sceny w gejowskim klubie razem z bohaterem aż gotujemy się z zemsty, co dodatkowo podsyca próba kolejnego gwałtu, tym razem na Casselu. Brawurowa akcja Dupontela, który zabija zwyrodnialca przynosi nam chorą ulgę. Zło zostało ukarane, dobro zatriumfowało, czas iść do domu. Dopiero, kiedy emocje opadają, zdajemy sobie sprawę, że razem z bohaterem dokonaliśmy zbrodni. Był obrzydliwą kreaturą, ale przecież też człowiekiem. Zabiliśmy go tak samo jak Dupontel. Już nigdy nie wstanie i nie zostanie wyleczony, zamknięty. Bo nie żyje. W ciągu dwóch godzin staliśmy się mordercami. Łatwo poszło, prawda, panie Noè?

Celowo nie wspominałem wcześniej o „Wkraczając w pustkę”. Jest to zdecydowanie  najciężej strawny film Gaspara. Przez ponad dwie godziny wędrujemy przez podlewane gęstym, psychodelicznym sosem z szyszynki Tokio jako dusza zastrzelonego przez japońskich stróży prawa dilera. Tak jak w wyżej wymienionych dziełach, tutaj też cały czas jest noc, Tokio reżysera wydaje się jednak zupełnie inne niż zapamiętane chociażby z „Między słowami”, „Tokio Drift” czy popularnych na Youtube videoblogów Krzysztofa Gonciarza.  Obca i niezrozumiała dla Europejczyków metropolia z dramatu Sofii Coppolli strasząca głupawymi programami w telewizji i niepokonaną barierą językową istotnie nie wydaje się zachęcającym miejscem do życia dla Gaijina. Ale już pachnące olejem silnikowym i rozkrzyczane od wszechobecnych imprez, z umieszczoną pośrodku niczym serce miasta Shibuyą mogłoby skusić niejednego fana życia na krawędzi.

Gaspara Noe
kadr z filmu “Enter the Void”

Tym bardziej, że główny bohater „Tokyo Drift” mimo swojej niefrasobliwości i typowo jankeskiej zadziorności nie ma problemu z aklimatyzacją w azjatyckim megalopolis. Bohaterowie „Wkraczając w pustkę” mają problemy z aklimatyzacją nie tylko w Tokio, ale też w życiu. Ona striptizerka, on diler. Oboje niczym wyjęci z polskiego dramatu społecznego z lat dwutysięcznych. Tokio ukazane poprzez ich postacie przypomina trochę Nowy Jork z „Taksówkarza”. Miasto rozpusty, grzechu, Sodoma i Gomora, azjatycki Babilon. Jeśli kiedykolwiek będę chciał zwiedzić jakieś miasto, poczekam, aż Gaspar Noé umieści w nim akcję swojego nowego filmu i mi je zohydzi. Podobnie jak w Paryżu z „Nieodwracalnego”, tutaj też nigdy nie wstaje dzień, ludzie są z gruntu źli i zapatrzeni w siebie, zwierzęcy. Neony kuszące seksem, głośną muzyką i wszechobecną konsumpcją tutaj jawią się jako otwarte zaproszenie do piekła legalnej prostytucji, ecstasy i w konsekwencji zagubienia.

W „Między słowami” mimo ukazania ogromnej bariery kulturowej widać było pewien japoński porządek, spokój shintoistycznych świątyń i ogrodów skontrastowany z ruchliwymi ulicami Shinjuku. W filmie Noé nie ma spokoju. Jest tylko powolna droga na dno, z rzadka jedynie przetykana szczęśliwymi wspomnieniami lepszej przeszłości. W „Nieodwracalnym” mieliśmy zemstę, we „Wkraczając w pustkę” mamy niby odkupienie, narodziny nowego człowieka, w którego wciela się dusza głównego bohatera. Nie czujemy jednak żadnej satysfakcji z tego faktu, gdyż mamy świadomość, że to tylko kolejna część sansary, ciągłej wędrówki dusz i nigdzie nie jest powiedziane, w która stronę pójdzie następne wcielenie. Możemy mieć tylko nadzieję. Właśnie z powodu ciągłego wędrowania duszy po nocnym Tokio, rzadkości dialogów i powtarzalności ujęć film wydaje się ciężkostrawny niczym karkówka z grilla dla osoby z dyspepsją.

Gaspara Noe
kadr z filmu “Love”
Zobacz również: “Zimna wojna” – Recenzja

Czy Gaspar Noé jest jednak moralizatorem? We „Wkraczając w pustkę” odkupieniem jest urodzenie nowego dziecka, we wszystkich trzech opisanych filmach współczesna cywilizacja konsumpcjonizmu i samo społeczeństwo ukazane jest jako to, które zbłądziło. Przygodny seks nie przynosi ulgi, nie dają jej narkotyki, swingowanie ani współczesny styl życia, głoszący postmodernistyczny subiektywizm i hedonistyczne podejście do życiowych problemów. Postawa Noé przypomina mi trochę przebijającą z kart wszystkich niemalże książek Houllebeca krytykę współczesnej kultury, subtelniej jednak zakamuflowaną pod maską wszechobecnej przemocy, zła i początkowej radochy czerpanej z ćpania. Konkludując, filmy Argentyńczyka przypominają nieco pod względem rozwoju fabuły i tematyki przypowieściowe filmiki puszczane niegdyś na lekcjach religii, mamiące nas jednak jako widzów pozorną ekscytacją nocnym życiem i niemające tak prostych rozwiązań a niekiedy niemające ich wcale. Ale to właśnie w filmach Noé lubimy chyba najbardziej.

CampingPublicystykaRecenzje

Camping #8 – “Be My Cat: A Film for Anne” (2015)

Kamil Walczak

Jeśli jedyną rzeczą, jaką kojarzycie kinowo z Rumunią jest tzw. „rumuńska nowa fala”, to dziś zamierzam znów wywrócić dyskurs filmowy. Be My Cat: A film for Anne to dzieło, o którym nie mogliście słyszeć. Wydawać by się mogło, że niechlubne 7 głosów na Filmwebie klasyfikuje ten film jako skazany na archiwum. Dlatego postanowiłem go odkopać, póki jeszcze tli się nadzieja.

Be My Cat: A Film for Anne
kadr z filmu “Be My Cat: A Film for Anne”

Adrian Țofei – reżyser, scenarzysta, producent, aktor, sympatyk kotów i być może psychopata – z lekkością opowiada o swoim projekcie. Jego postać to głęboko zauroczony Anne Hathaway aspirujący filmowiec, który odkąd zobaczył Kobietę Kota w “Mroczny rycerz powstaje” stara się sprowadzić piękną Anne do Rumunii. By udowodnić swoją miłość i umiejętności aktorskie, poszukuje on po kraju sobowtórek aktorki, z którymi mógłby nakręcić scenki filmowe, a później przesłać je swojej idolce. Jednak, niespodziewanie dla dopplegangerek Anne, Adrian traktuję sprawę bardzo poważnie. Ironiczny i niegroźny śmieszek okazuje się rasowym psychopatą, zdolnym do wszystkiego, by sprowadzić ukochaną kocicę z Ameryki na rumuńską prowincję.

Żeby uzmysłowić sobie amatorską aranżację Be My Cat, trzeba pamiętać o tym, że film został całkowicie nakręcony metodą found footage. Nadaje na podobnych falach co Creep, z tym że produkcja z Markiem Duplassem to o wiele bardziej skupiona na kwestiach indywidualnych, rozstawiająca swoje karty w umiarkowanym tempie tak, że właściwie każde następne posunięcie bohatera może zaskoczyć. Tutaj wydaje się, że Tofei za szybko wyczerpał swój bojowy arsenał i często widzimy jedynie wariacje nietypowej, środkowowschodnioeuropejskiej psychodelii i przykrytej czarnym humorem obsesji. To jednak nie blokuje mojej bezwarunkowej miłości do tego dzieła. Adrian znakomicie operuje techniką kamery, tworzy film na wskroś autorski i oryginalny – z jednej strony czysto absurdalny, z drugiej poruszający w sposób niekonwencjonalny ciekawy temat.

Dziwactwo Tofeia w jego filmie to zupełnie inny poziom niż wspomniany wcześniej Creep Patricka Brice’a, który przy Be My Cat można by nazwać wychillowanym traktatem filozoficznym. Rumun o aparycji i zachowaniu typowego anona wygrywa swoją egzotyką, wprowadzając narastającą aurę niebezpieczeństwa. W tym dosyć krótkim długim metrażu wyczuwalny jest narastający dyskomfort, niepokój skrywany za niewinnym, infantylny uśmiechem, brutalność markowana rozchichotanym głosem Adriana, szaleństwo, którego trudno nie poczuć przy tak groteskowo nietypowym dziecku X muzy. Ale nie jest to bezpodstawny bełkot czy fiksacja na pokaz. Co jeszcze bardziej wzmaga przerażenie to motywy protagonisty. Bezkompromisowe, ekscentryczne i przeładowane emocjonalną błazenadą determinują jestestwo bohatera, całkowicie oddanego i pochłoniętego swojej pasji, swojej ikonie, swojej Anne. W miarę posuwania się fabuły stopniowo porzuca on resztki człowieczeństwa, podążając niejako maksymą: “Cel uświęca środki”.

Be My Cat: A Film for Anne
kadr z filmu “Be My Cat: A Film for Anne”

Ale Tofei nie trywializuje w żaden sposób swojej postaci, bo jako widzowie mamy nieodparte wrażenie, że masterplan Adriana jest aż tak oderwany od rzeczywistości jak mogłoby się wydawać. Że ten skrywany w małym rumuńskim miasteczku bohater jest przesiąknięty ową dziwaczną obsesją i że obsesja ta trwała w nim od zawsze. Ta generyczność charakteru pozwalałaby egzemplifikować protagonistę jako zwykłego psychopatę, ale zamknięcie go w ramach nieśmiałego reżysera-amatora, uroczego i potulnego dziwaka nadaje całości niezwykłek niepewności i sprawia, że siedzenie staje się coraz bardziej niewygodne.

Tofei mistrzowsko operuje suspensem. Wygląda jakbym stawiał znak równości między panem Hitchcockiem a panem Adrianem, ale to zupełnie różne gęstości napięcia. Rumun potęguje znaną nam na co dzień niezręczność, jego fetyszem staje się stawianie umówionych z bohaterem aktorek w sytuacjach absolutnie poniżających, niepewnych i dwuznacznych. Zwyrodnialstwo reżysera nabiera na sile, gdy Adrian chce zacząć odgrywać z sobowtórkami sceny podduszania w nocy albo gdy zaczyna wytykać im prosto w twarz, że są gównianymi aktorkami, które nie potrafią znaleźć wyjścia z sytuacji. Te scenki wydają się niewinne, ale przeszywają przyjemnym chłodem, kiedy właściwie dochodzi do konfrontacji sam na sam między Adrianem a poszczególną aktorką. Nagrania odbywają się na pustej ulicy, które przypominają amerykańskie przedmiejskie osiedla, tyle że tutaj oczywiście zamiast bogatych willi dzietnych biznesmenów są opuszczone piwnice, a zamiast luksusowych garażów – obskurne śmietniki i smród

Zobacz też:Zimna wojna” – Recenzja

To może zabrzmieć banalnie, ale Tofei banalnymi środkami tworzy wzór konstruowania filmów found footage, relacji między kamerą a personą, choć mocno ogranicza on techniki zdjęciowe. Do maestrii doprowadza za to napięcie, niezręczność i oczekiwanie, przy czym kompletnie nie zanudza. Zakończenie dodatkowo zapisuje film w nurcie mumblecore’owych horrorów, gdzie bohaterowie po mistrzowsku operują na przemian rozmową o niczym i retoryczną walką o swoje życie. Można sobie nazywać Adriana Tofeia amatorem i creepem, ale jedno trzeba mu przyznać – jest intuicyjnym mistrzem gadania o pierdołach, utrzymywania kobiet w zakłopotaniu i czerpania z tego wręcz patologicznej przyjemności. A wszystko to robi w filmie za 50 zł. Bo jeśli za coś powinniśmy kochać rumuńskie horrory found footage, to za niewypowiedziany nigdzie indziej absurd, absolutnie świeżutką grozę i cenę. Czy Anne Hathaway to kupi? Powinna.


„Camping” to cykl tekstów, w których przybliżam czytelnikom dzieła, jakich nie znajdą w zestawieniach najlepszych filmów wszechczasów. Kino pełne miłości, niebezpieczne, nierzadko szokujące, za to zawsze, w jakiś pokrętny sposób, piękne.

RecenzjeSeriale

“13 Reasons Why” – Recenzja 2. sezonu

Maciej Kędziora

Rok temu Hannah Baker i jej taśmy zawładnęły nie tylko szkołą Liberty High, ale również wieloma nastolatkami, a przez chwilę – nawet całym Netflixem. Historia samobójstwa pokrzywdzonej, samotnej i smutnej dziewczyny wprowadziło do produkcji młodzieżowych wiele świeżości i powagi, bo w przeciwieństwie do Riverdale czy Atypical – 13 Reasons Why nie bało się pokazywania i mówienia o pewnych kwestiach. Na początku mojej opowieści o drugim sezonie, muszę zaznaczyć, że konieczna jest znajomość taśm Hanny, choć by zrozumieć moje przesłanie potrzeba ich przesłuchać tylko raz. Będę starał się jednak unikać spoilerów ze świeżych jeszcze odcinków.

Kadr z serialu “13 reasons why”

Przed krótkim przypomnieniem wydarzeń z pierwszej części opowieści o Liberty High witają nas aktorzy, którzy informują, że samobójstwo nigdy nie jest dobrym sposobem radzenia sobie z problemami. Przypominają również, że rozmowa często przynosi ulgę – czy to z rodzicami, kolegami czy nawet przez infolinię. Bardzo duży nacisk jest położony na rozgraniczenie fikcyjnej opowieści od świata rzeczywistego, a przed każdym epizodem otrzymujemy informację, że 13 Reasons Why nie jest dla wszystkich. Również na koniec każdego odcinka głos jednej ze znanych nam postaci przypomina, że zawsze istnieje strona produkcji, na której to można otrzymać pomoc. Czuć więc asekuracje Netflixa przed kolejną burzą, czuć chęć odcięcia się od problemów samobójstwa i złagodzenia tonu, zabezpieczając się właśnie takimi – skądinąd bardzo chwalebnymi – akcjami społecznymi.

Sama akcja dzieje się parę miesięcy po zakończeniu pierwszego sezonu. Naszym głównym bohaterem nadal jest Clay (Dylan Minette), który spotyka się z przeuroczą Sky, a główną osią fabularną będzie proces rodziców Hanny z Liberty High. Każdy odcinek znów opowiada nam historię innej postaci – i o ile w pierwszej odsłonie postacie zamykały się na jednej taśmie – tak tutaj pojedyncze epizody opowiadają o zeznaniach poszczególnych osób. Pozwala nam to wreszcie zobaczyć drugą stronę medalu i usłyszeć inną wersję wydarzeń niż ta, którą opisała Baker.

Każda postać przeżywa nadal swój własny dramat – i tym razem mniej będzie cierpienia Hanny, a więcej poszczególnych bohaterów. Alex (Miles Heizer) po nieudanej próbie samobójczej będzie próbował wrócić do szkoły i normalnego życia, Jessica (Alisha Boe) spróbuje zapomnieć o gwałcie, którego była ofiarą, a Olivia, matka zmarłej dziewczyny, postara się zacząć życie od nowa. I znowu scenarzyści spróbowali opowiedzieć o zbyt wielu rzeczach, przez co wiele wątków wydaje się urwanych i zapomnianych.

I o ile zdarzają się perełki – takie jak relacja Claya ze Sky i pięknie napisana historia o próbie akceptacji samej siebie i potrzebie terapii – o tyle jest parę opowieści z dużym potencjałem – wybory na przewodniczącego (gdzie twórcy po dosyć niezłym wprowadzeniu, kończą opowieść w niecałych trzech scenach), dualizm zachowań kolegów z zespołu Bryce’a (nasiona pod ten wątek zostają zasadzone już w pierwszych scenach, ale wszystko zostaje potem zapomniane w połowie sezonu) czy też problemy rodzinne Justina (nadal nie wiem co dzieje się ze Scottem, bo po paru iście Fincherowskich ujęciach zostaje całkowicie zapomniany).

Kadr z serialu “13 Reasons Why”

Można jednak spróbować usprawiedliwić wielowątkowość twórców 13RW, którzy poniekąd zostali zmuszeni przez presję społeczno-medialną do podjęcia pewnych tematów. I – co poniekąd zabawne – większość tych aspektów jest związana z postacią Tylera (Devin Druid). To on w potrzebie znalezienia znajomych zacznie robić rzeczy generalnie uznawane za nielegalne, to on będzie czuł się wyrzutkiem społecznym, to on będzie aż za bardzo zafascynowany bronią i “poczuciem wolności i wyzwolenia”, jakie ona daje, i wreszcie to on będzie ofiarą w najgłośniejszej scenie całego sezonu. I mimo tego, że na aktorstwo Druida patrzy się bardzo ciężko, bo miałem poczucie, że w rolę zamkniętego introwertyka wcielił się aż za mocno i jego zamknięcie przeniosło się również na brak jakichkolwiek emocji, o tyle scenariuszowo większość z tych tematów jest poruszona w bardzo dobry i subtelny sposób.

Na szczególne brawa twórcy 13RW zasługują za podejście do tematu molestowania kobiet. Rok temu to taśmy Hanny na nowo rozpoczęły dyskusję w świecie filmu na temat molestowań, gwałtów ale również akceptacji oprawców w naszym współczesnym społeczeństwie. Później – jak wszyscy pewnie wiedzą – narodził się jeden z najważniejszych ruchów społecznych w Hollywood, ruch Time’s Up. A narracja w produkcji Netflixa świetnie uzupełnia historię tego co dzieje się w LA – Bryce’a można porównać do każdego wielkiego i uznanego producenta (Harvey is that you?), reżysera czy też postaci z kontaktami, której, jak może się wydawać, nie da się ruszyć.

Ale 13RW daje nadzieję, że coś można zmienić, każda osoba pokrzywdzona, dotknięta molestowaniem, w momencie otworzenia się czuje ulgę. Pokrzywdzone nastolatki słyszą, że takie rzeczy nie powinny się dziać, słyszą, że mają prawo do lepszego jutra, słyszą, że takie zachowania nie są i nie powinny być akceptowalne przez społeczeństwo. Utożsamiając się z Jessicą czy Niną (świetnie napisana nowa bohaterka) mogą zrozumieć, że ich ciało jest ich własnością a nie nikogo innego, że to one mogą decydować o tym co chcą z nim robić, że złych ludzi prędzej czy później dogodni sprawiedliwość. Dlatego też po raz kolejny to ostatni odcinek wspina się na poziom bycia wybitnym.

Szkoda, że scenarzystom zabrakło odwagi na odcięcie się od Katherine Langford. Wprowadzenie postaci Baker jako ducha, który prowadzi rozmowy w głowie Claya to chyba najgłupsza decyzja, jaką mogli podjąć, bo tak poważnemu serialowi odbiera to konieczny tu realizm. Co z tego, że jest to głównie dialog wewnętrzny, gdy często to w nim zawarte są kluczowe fabularne informacje. W jaki sposób jest to uzasadnione? Po co? Postać Hanny można było spokojnie zamknąć w retrospekcjach, a nie wprowadzać w 13RW deus ex machiny, bo niestety w sezonie, kiedy burzony jest pomnik Baker i pewne ukryte fakty wychodzą na jaw, stawianie jej jako “boga z machiny” i postaci, która wprawia wszystko w ruch, jest bezsensowne.

Kadr z serialu “13 reasons why”

Kolejnym problemem jest 13 odcinków, w których dostajemy historię na maksymalnie siedem. Znowu wszystko zaczyna się kręcić w okolicach szóstej części, znowu dopiero końcówka jest bardzo dobra. I o ile w pierwszym sezonie wszystko było jakoś uzasadnione (13 taśm) tak tutaj można by to wszystko skrócić, ucinając z tej historii melodramat, którego nie powstydziłby się Mark Frost (swoją drogą Tony mi przypomina Jasona z Twin Peaks). Rozwleczenie serialu ma swoje plusy (tak jak w przypadku żartu o Odysei kosmicznej), ale trudno powiedzieć, że dla paru świetnych scen było warto tworzyć 6 niepotrzebnych epizodów

Muszę jednak stanąć w obronie twórców, którzy znaleźli się w ogniu krytyki, a których serial został uznany za promocje samobójstwa. Po pierwsze, 13 RW nie jest produkcją edukacyjną i niestety oglądając film czy czytając książki, musimy być świadomi, że to z czym mamy styczność nie jest prawdziwe, a czytelnik musi posiadać umiejętność rozgraniczania fikcji od rzeczywistości. Po drugie w obecnych czasach to tabu jest najstraszniejszą rzeczą, jaką można zrobić dziecku. Wszystko powinno opierać się na otwartości i szczerości. Nie można powiedzieć: samobójstw nie ma. Są i są problemem, a ludzie, szczególnie młodzi, powinni usłyszeć nie, że samobójstwo jest złe, ale że nigdy nie jest odpowiednią decyzją, bo zawsze może i będzie lepiej. Powinni usłyszeć, że spadamy na dół po to, by się z niego odbić. Zarzucanie produkcji pokazywania realistycznej sceny gwałtu jest największą głupotą, z jaką spotkałem się w ostatnich latach.

Nikt nie ma problemu z Marzycielami Bertolucciego, nikt nie ma problemu z morderstwami w Riverdale, jednak gdy na ekranie pokazana zostanie scena napaści seksualnej nagle dowiadujemy się o tragicznych skutkach. Problem w tym, że wyparcie i brak mówienia o atakach i gwałtach nie spowoduje, że nie będą istniały, a ukazanie ich w złagodzonej wersji nie tylko odebrałoby powagę, ale mogłoby również spowodować, że nastoletni widz nie uświadomi sobie powagi sytuacji. Nie wspomnę o ludziach, którzy mają problem tylko z tym, że napaść była na tle (SPOILER – męsko męskim), bo każdy który nie wierzy w istnienie i możliwość takiej sytuacji, jest za intelektualną córą Koryntu. I dlatego uważam, że mimo mankamentów, dobrze, że 13 RW powstało. Bo otwiera oczy ludzi na różne problemy.

Oczywiście największym problemem całej produkcji pozostaje aktorstwo. O ile Minette nie jest tak irytujący jak w pierwszym sezonie, a Justin Prenitice wcielający się w Bryce’a jest jednym z najlepszych czarnych charakterów w historii teen dramas, to zmuszanie widza do śledzenia losów aktora o dwóch twarzach, znanego jako Miles Heizer to jedna z najgorszych decyzji. Muszę również docenić Christiana Naverro, wcielającego się w moją ulubioną postać – Tony’ego – szkoda tylko, że tym razem dostał tak mało ekranowego czasu, ale przynajmniej, co trzeba podkreślić, miał swój własny, osobisty wątek. Nagroda najgorszego aktora musi jednak trafić do Devina Druida, który całkowicie nie poradził sobie z ciężarem jaki musiał w tym sezonie unieść.

Kadr z serialu “13 reasons why”

Muszę zaznaczyć, że pierwsze odcinki drugiego sezonu to straszna męka, którą pomaga przeżyć bardzo dobrze dobrany soundtrack. Idealnie oddające nastrój bohaterów piosenki z pogranicza indie rocka/popu i jazzu. Zaskakująco estetycznie wypada ten sezon, szczególnie jeśli chodzi o scenografię, bo Liberty High mimo trudnej sytuacji prezentuje się znacznie lepiej niż przed paroma miesiącami.

Zobacz też: “Ładunek” [Cargo] – Recenzja

Końcówka wskazuje na to, że do Claya i spółki jeszcze wrócimy. Z jednej strony zastanawiam się, czy jest po co wracać do szkoły, szczególnie w momencie gdy sprawa Hanny została zakończona. Czy jest jeszcze potrzeba opowiadania o tych postaciach? Czy jest sens tworzenia kolejnych 13 odcinków? Z drugiej strony mam jednak wrażenie, że w całym swoim gatunku, to 13 powodów pozostaje jedynym coś wnoszącym do życia widzów produktem.

Jest tu masa wad, wiele niepotrzebnych elementów, wiele niedoskonałości. Ale czuję jednak głęboko w sercu, że gdy pojawi się kolejny sezon, to i tak po niego sięgnę. Nie szukając wybitności, ale licząc na to, że znów dostanę po twarzy. Bo mimo niskiej oceny widniejącej pod tą recenzją, mam jednak poczucie, że jest to jedna z niewielu produkcji Netflixa, która ociera się o wybitność. Problem w tym, że jedno słowo nie jest w stanie uratować całości, tak samo jak jedna osoba nie była w stanie uratować Hanny Baker.

Recenzje

“Ella i John” – Recenzja

Maciej Kędziora

Paolo Virzi rok temu w Zwariować ze szczęścia zabrał nas w szaloną podróż z dwoma kobietami, które uciekły z zakładu psychiatrycznego, by na nowo odnaleźć siebie i wyjaśnić błędy przeszłości. Również teraz zdecydował się opowiedzieć o uciekającej parze – tym razem przed niechybną śmiercią. Ella i John wybrali się w ostatnią podróż życia swoim old-schoolowym kamperem.

Ella i John
Materiały Prasowe filmu “Ella i John”

I o ile we włoskiej produkcji Virzi wprowadzał jeszcze jakieś zwroty akcji, o tyle w Elli i Johnie nic nas nie zaskoczy, bo od początku jesteśmy w stanie przewidzieć zakończenie tej opowieści. Ot John (Donald Sutherland) cierpiący na chorobę Alzheimera wraz ze schorowaną, kaszlącą krwią Ellą (nominowana za tę rolę do Złotego Globa Helen Mirren) decydują się uciec z domu i tak jak za starych, dobrych czasów, pojechać w siną dal swoim Leisure Seekerem. Relacja tej dwójki to clou całej historii. Żona wiecznie przypominająca mężowi szczegóły ich pożycia czy co wieczór urządzająca mu pokaz slajdów zawierający najważniejsze etapy ich małżeństwa, on natomiast opowiada jej na okrągło o Erneście Hemingway’u, jego największym idolu. Sam John jest tak naprawdę postacią Hemingweyowską, starym, schorowanym człowiekiem, który nadal jednak ma w sobie chęć życia. Owa chęć życia będzie ich motorem napędowym, podobnie jak strach przed tym, że jedno przeżyje drugiego.

Najlepszą częścią filmu Virziego jest bez wątpienia duet Mirren-Sutherland, która ciągnie dość typowy scenariusz (historia tego typu była poruszana już wiele razy) i wznosi całą produkcję na wyżyny kina drogi. Są oni jedynymi elementami Elli i Johna, którzy przez całe 110 minut na ekranie nie schodzą poniżej pewnego poziomu. Mirren nie tworzy postaci rozhisteryzowanej i nazbyt energicznej, a ciepłą i kochającą żonę, która znów musi wychować dziecko, jakim stał się jej mąż. Również Donald nie operuje kliszami i nie przeprowadza aktorskich szarż, a cały dramat swojego bohatera zamyka w wiecznie zagubionych oczach, które jedynie momentami odzyskują swój blask. Inne kreacje wypadają bardzo blado i nijako, szczególnie w wątku zaniepokojonych losem rodziców dzieci – wątku nic nie wnoszącym i całkowicie niepotrzebnym.

Nikt nie próbuje tu udowadniać, że robi coś, czego jeszcze w kinie nie było, jawnie operując sprawdzonymi schematami. Ale w produkcji nieaspirującej do miana wybitnej nie jest to żadnym problemem. Utarte schematy są tu na miejscu, ba – można by powiedzieć, że są tu potrzebne. Dzięki nim Ella i John mają szansę trafić do szerszej publiczności, skupiając się nie na niuansach scenariuszowych, a ukazaniu miłości w jej surowej ale i słodkiej formie. Choć jedno trzeba przyznać – nie ma tu typowego dla tego gatunku złamanego serca w połowie historii (jedyny wątek na kształt czegoś takiego trwa niecałe dwie minuty), bo widmo utraty szczęścia towarzyszy nam i naszym bohaterom od pierwszej sceny.

Ella i John
Materiały Prasowe filmu “Ella i John”

Zaskakująco nieźle wypada również strona formalna. Mamy bardzo przemyślane zdjęcia (z pięknymi widokami), zaskakująco dobry koloryt (mimo niewielkiej gamy barw), a soundtrack – mimo iż jest elementem co najwyżej czwartego planu – pomaga podkreślić atmosferę i relację między głównymi bohaterami.

Zobacz też: “Dogman” – Recenzja nagrodzonego w Cannes filmu Matteo Garrone

Leisure Seeker nie jest produkcją odkrywczą. Nie poszerzy nikomu horyzontów, nie zmieni sposobu patrzenia na kino drogi, a dla Hellen Mirren i Donalda Sutherlanda będzie tylko jedną z wielu świetnych ról. Jednak trudno wskazać mi film, który wniósł ostatnio do mojego serca tyle ciepła, tyle wiary w miłość, co ten. A co ważniejsze – trudno wskazać mi film, który w lepszy sposób przypomniałby mi, że starość i śmierć nie są straszne, jeśli jest koło nas ktoś bliski. I jeszcze kilka słów z perspektywy fana włoskiej kinematografii – mam nadzieję, że przyjdzie moment gdy Paolo Virzi wyjdzie ze strefy komfortu i zrobi inny film niż zwykle. Może wtedy osiągnie międzynarodowy sukces, bo w przeciwieństwie do wielu utalentowanych rodaków u niego zamiast pychy występuje strach przed ryzykiem. A może gdyby poszedł w ślady swoich bohaterów – chociażby Elii czy Johna – osiągnąłby sukces na miarę swojego imiennika?


Recenzje

“Ładunek” [Cargo] – Recenzja

Martin Reszkie

Ładunek przedstawia historię ojca, który w czasie apokalipsy zombie-podobnych kreatur musi dostarczyć swoją młodą córkę w bezpieczne miejsce zanim on sam nie stanie się dla niej zagrożeniem. I chociaż zaczyna się sekwencją na łodzi (co jest dość ciekawym pomysłem w obrębie tego gatunku), szybko widz zda sobie sprawę, że to na lądzie główny bohater ma szanse na zwiększenie szans dla jego córki, nawet za cenę własnego życia. Reżyserski duet Yolandy Ramke Bena Howlinga rozwija zatem opowieść, którą zaprezentował już w swoim dobrze przyjętym krótkim metrażu. Ta nasycona rodzicielską troską produkcja może podobać z wielu powodów. Problemem jest jednak to, że za każdą zaletą stoi tu jakaś wada.

Cargo Ładunek
Kadr z filmu “Ładunek”

Po pierwsze, nie ujrzymy tutaj przerysowania, czy zbędnych i nietrafionych pomysłów. Co jednak z tego, skoro spora ilość fabularnych klocków to klisze znane z mnóstwa innych, bardziej lub mniej udanych, apokaliptycznych produkcji. Aktorstwo, szczególnie młodej debiutantki Simone Landers, stoi na dość przyzwoitym poziomie. Nie od dziś też wiadomo, że Martin Freeman w opowieściach o podróżach czuje się świetnie. Jednak bardzo szybko da się odczuć pustkę stojącą za ich rolami, i głównie przez fakt niewielkiego znaczenia napotykanych przez głównego bohatera postaci, tylko młoda autochtonka wydaje się być na tyle rozbudowaną, żeby było warto się nią jakkolwiek zainteresować.

Aktorsko więc obraz się broni i dobrze prezentuje, ale lekka zadyszka twórców na przełomie drugiego i trzeciego aktu, pozwala twierdzić, że reżyserska para ze swojej siedmiominutowej opowieści, która była podstawą fabuły pełnego metrażu, chciała sięgnąć nieco dalej wyobraźnią. Niestety, ale chyba brakło pomysłu jak urozmaicić swoje dzieło tak, aby stało się czymś więcej aniżeli sprawnie zrealizowanym kinem drogi. Zdecydowanie powolnym kinem drogi, co warto zaznaczyć – akcja filmu to zaledwie około 50 godzin z życia bohaterów. Mamy więc czas by spędzić noc z ich strachem, bólem czy oczekiwaniami wynikającymi z obowiązku wobec siebie czy wobec rodziny. Buduje to interakcję widza z bohaterami, którym szczerze życzymy jak najlepiej, nawet pomimo dość liniowej fabuły, w której nietrudno ułożyć wszystkie klocki w całość jeszcze przed końcem seansu.

Braki w ekspozycji można zaliczyć na plus filmu – ile razy można słuchać tych samych kliszowych opowieści o tajemniczej epidemii, która zgarnęła śmiertelne żniwo od postaci, które nie mają nawet radia by się o tym dowiedzieć, czy też oglądać nudne wspomnienia głównych bohaterów dotyczącego życia przed apokalipsą. Uczciwym wobec widza jest uznanie, że powinien wiedzieć nie więcej niż główny bohater. Nie ma więc nadętej diagnozy społecznej, obwiniania chciwych wiedzy naukowców czy gwałtownych wojskowych igrających z ogniem. Jest za to mała historia człowieka starającego się dać swojemu potomstwu szansę na przeżycie. Porównania na tej płaszczyźnie z Cichym Miejscem są więc jak najbardziej na miejscu, nawet pomimo zupełnie innego wymiaru tragedii filmowych ojców.

Nie można więc zarzucić tej produkcji niechlujstwa, marnej reżyserii czy wybitnie dziurawego scenariusza. Mamy przed sobą surowy świat przedstawiony, jednak nie na tyle pusty, by przeszkadzało to w odbiorze. Jedną z najmocniejszych stron oczywiście są wspaniałe zdjęcia, których kolorystyka, ujęcia, estetyczne piękno czy skromność, podkreślająca pustkowia Australii, wręcz ośmieszają beznadziejnie doklejone afrykańskie tła znane z Czarnej Pantery.

Ladunek Cargo
Kadr z filmu “Ładunek”

Mad Maksowe niebo nad Australią idealnie pasuje do postapokaliptycznych filmów. Tym bardziej jednak warto zwrócić uwagę na rolę tubylczej ludności tego kontynentu, którą w swoim filmie duet reżyserski niejako wynosi na piedestał, ukazując ich minimalistyczne lecz surowe zasady przeżycia – oczyszczanie swojego kawałka domu ze stworów, które zniszczyły ludzkość. Nieśpieszny ruch kamery podczas ujęć, w których ukazywani są członkowie grupy Aborygenów utrzymane są w stylu Justina Kurzela i jego wersji Makbeta. Wzmacnia to poczucie niezwykłości i można by rzecz ekologicznego manifestu piękna naturalnego wyglądu człowieka, będącego niczym więcej aniżeli stadnym zwierzęciem próbującym sobie znaleźć miejsce w świecie pełnym zagrożeń.

Zobacz też: “Zimna wojna” – Recenzja

Z szeregu filmów, na które Netflix wydał ostatnio niemałą fortunę, to właśnie Ładunek wydaje się być tym, którego najbardziej byłoby żal gdyby nigdy nie powstał. Konkurencja nie jest w tym kontekście zbyt duża, ale warto odnotować, że to może być szczególny seans.


 

Ocena

6 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.