Box OfficePublicystyka

Podsumowanie 1968 roku w polskich kinach – Box Office’owy Zawrót Głowy #1

Box Office'owy Zawrót Głowy
Wilcze Echa

Box Office’owy Zawrót Głowy to grupa pasjonatów, dla których stojące za filmami liczby są przynajmniej tak samo ważne jak filmy same w sobie. Zanim prowadzili największy fanpage poświęcony box office’owi w polskim internecie, od 2007 roku aktywnie działali (i nadal działają) na forum Filmweba. Na ich profilu znajdziecie nie tylko polski, amerykański i światowy box office, ale też najświeższe informacje, artykuły, analizy, statystyki, opinie, materiały promocyjne oraz wszelkie różności o filmach, ich zarobkach i kinie. Jako, że wspieramy chłopaków i śledzimy ich doniesienia, cieszymy się, że postanowili oni podsumować na łamach naszego portalu rok 1968 w polskich kinach i mamy nadzieję na dalszą współpracę. Bądźcie więc tak mili i zarzućcie lajka, a my zapraszamy do tekstu.


W roku 1968 w Polsce działały 3 523 kina z czego 512 to były kina ruchome. Na widowni mogło zasiąść łącznie 667 tys. widzów. Odbyło się 1,643 mln seansów, o 42 tys. mniej niż rok wcześniej. Liczba seansów polskich filmów wzrosła o 37 tys. do 414 tys. Liczba widzów w całym 1968 roku wyniosła 155,746 mln i była mniejsza o 9,5 mln niż w 1967 roku. Wzrosła za to liczba widzów na filmach polskiej produkcji z 29,955 mln do 33,600 mln. Liczba widzów na jednym seansie wyniosła średnio  95 osób – dla porównania w roku 2017 jeden seans oglądało tylko 25 osób. Pół wieku temu mieszkaniec Polski odwiedził kino prawie 5 razy w ciągu roku – obecnie 1,5 raza.

W samej Warszawie na kinowych widowniach zasiadło 13,296 mln osób na 75 tys. seansów. Średnia widzów na seans jest w dzisiejszych czasach ciężka do uwierzenia – 178 osób.

W dwóch województwach odnotowano wzrost liczby widzów w stosunku do roku poprzedniego, a spadek w pozostałych piętnastu.  W gdańskim liczba widzów wzrosła o 50 tys. mimo, że seansów było aż o 5 tys. mniej. W krakowskim wzrost widzów był podobny, ale wyświetlono tam 800 seansów więcej niż rok wcześniej.

Wilcze Echa 1968
kadr z filmu “Wilcze echa”

Niesamowicie popularne w omawianym roku były westerny – mamy ich aż 7 w TOP20. Jeden z nich wyprodukowano w RFN, dwa są koprodukcji RFN-Jugosławia-Włochy z cieszącej się ogromną popularnością serii ekranizacji książek Karola Maya, a cztery są z USA. Jest też film polski w konwencji westernu, ale dzieje się w Bieszczadach w 1948 roku. Jedynym filmem ze Stanów Zjednoczonych, który nie był westernem i znalazł się wśród najpopularniejszych filmów była kompilacja slapstikowych krótkich filmików z lat 20 z dogranym głosem narratora.

Wyniki trzech filmów są w pewien sposób zawyżone. Filmy te były puszczane w seriach czy też zestawach i wynik wszystkich części został zsumowany. Chodzi konkretnie o Czterej pancerni i pies (wyświetlano cztery zestawy składające się z dwóch odcinków serialu), Winnetou (3 serie) oraz Wojna i pokój (3 serie). Natomiast dwa francuskie filmy o Angelice wyświetlane w tym samym czasie miały oddzielnie liczoną publiczność.

Winnetou 1968
kadr z filmy “Winnetou”

Cztery z dwudziestu najpopularniejszych filmów miały swe premiery przed rokiem 1968. Winnetou zadebiutował w sierpniu 1966 r. i do końca 1968r. obejrzała go niewiarygodna obecnie liczba 17 mln widzów (5,866 mln w 1966r., 12,304 mln w 1967r.). Lepszą łączną liczbą widzów w tamtym czasie mieli tylko Krzyżacy – prawie 23 mln. Filmy, które miały premiery w roku 1967 to: Wojna i pokój – łącznie 4,247 mln widzów, Westerplatte3,988 mln i Działa Nawarony2,978 mln.

Zobacz też: Zimna wojna” – Recenzja

Filmy o największej frekwencji w 1968 r.

Tytuł Data premiery Produkcja Frekwencja

1

Czterej pancerni i pies

I/1968

Polska

4 763 616

2

Winnetou

VIII/1966

Jug-RFN-Włochy

4 706 049

3

Hrabina Cosel IX/1968 Polska

2 927 428

4

Old Surehand III/1968 Jug-RFN-Włochy

2 823 036

5

Flip Flap i inni I/1968 USA

2 524 867

6

Wilcze echa IV/1968 Polska

2 498 976

7

Ostatni Mohikanin I/1968 RFN

2 385 282

8

Lalka XI/1968 Polska

2 292 537

9

Piękna Angelika VII/1968 Francja

2 073 968

10 Angelika i król VIII/1968 Francja

1 853 042

11

Działa Navarony XI/1967 Anglia

1 843 615

12

Ringo Kid V/1968 USA

1 767 074

13

Fantomas wraca VI/1968 Francja

1 699 869

14

Ostatnie polowanie I/1968 USA

1 664 156

15

Wojna i pokój X/1967 ZSRR

1 580 352

16

Anna Karenina X/1968 ZSRR

1 556 768

17

Kasia Ballou IV/1968 USA

1 516 337

18

Rzeka bez powrotu II/1968 USA

1 511 224

19

Na pomoc I/1968 Anglia

1 492 454

20 Westerplatte IX/1967 Polska

1 364 096

 

Nowe HoryzontyRecenzje

“Dogman” – Recenzja nagrodzonego w Cannes filmu Matteo Garrone

Wiktor Małolepszy
Dogman Garrone

Patrząc na plakat najnowszego dzieła Garrone można odnieść wrażenie, że będziemy mieli do czynienia z kinem zemsty. Mały człowieczek niosący cielsko wielkiego draba na samym środku błotnistego osiedla z symbolicznie towarzyszącym mu psem. Właśnie to zbudowanie postaci Marcello jako człowieka-psa stanowi główną oś filmu Dogman – jego, głównie dyktowana strachem, ślepa wierność zapędza go na sam dół drabiny społecznej. Widz obserwuje stopniowo postępujący upadek – z pozycji szanowanego psiego opiekuna i fryzjera, nieustannie podkreślającego, że reputacja i zaufanie sąsiedztwa jest dla niego najważniejsze – do kryminalisty zmuszonego wracać na stare śmieci, gdzie nikt, oprócz córeczki, nie czeka na niego z otwartymi ramionami. Dopiero w momencie, gdy Marcello nie ma nic do stracenia decyduje się walczyć o odzyskanie godności.

Dogman, co zaznajomionych z twórczością Garrone nie zaskoczy, stoi przede wszystkim kreacją podłej włoskiej rzeczywistości. Utrzymane w szarych, błotnistych barwach blokowisko, mimo plaży i boiska, raczej nie należy do zachęcających miejsc. Widz od początku uczy się o panujących między mieszkańcami stosunkach. O tym, kogo warto tam znać, a kogo warto okraść; kto pcha towar i komu lepiej nie wisieć pieniędzy. Towarzysząc Marcellowi odwiedzamy podłe meliny, kluby ze striptizem, bogate wille istniejące tylko po to, żeby zrabować znajdujące się w nich rzeczy. Zresztą scena w owej posiadłości to jeden z najbardziej wstrząsających obrazów w całym filmie – publiczność w Cannes, włącznie ze mną, zamarła modląc się o powodzenie głównego bohatera. Garrone ma w zanadrzu więcej podobnych trików, także Dogmana nie da się nazwać nużącym seansem.

Dogman
kadr z filmu “Dogman”

Warto pochylić się nad wcielającymi się w Marcello i Simone aktorami, bo wykonali fantastyczną robote, za którą pierwszy z nich zasłużenie otrzymał Złotą Palmę. Marcello Fonte, imiennik granej przez siebie postaci, to tragiczna, momentami żałosna postać. Od początku filmu widz obserwuje zmasowany atak na jego kręgosłup moralny. Brak asertywności i poczucia własnej wartości bohatera jest wielokrotnie wykorzystywany przez Simone, a widz zachodzi w głowę, jak to możliwe, że Marcello wciąż mu ufa. W pierwszej połowie pojawiają się co prawda momenty szczęścia – czy to mistrzostwa psich fryzjerów, mecze piłki nożnej z sąsiadami, zabawa z córką, gdy akurat matka pozwoli jej odwiedzić Dogmana. Chwile te ukazane zostają, jak gdyby pochodziły ze snów albo alternatywnej rzeczywistości. Gdy myślimy, że w końcu fortuna zwróciła się w kierunku głównego bohatera, brutalnie zostajemy sprowadzeni na ziemię kolejnym obrazem Marcello zmuszonego handlować kokainą.

Druga połowa filmu to już konkretny dramat. Bohaterowi nie zostaje zupełnie nic – każdy przyjaciel i sąsiad się od niego odwraca, jest bity, poniżany, wstydzi się pokazać córce. Wzrasta ilość wypełnionych przemocą scen, a widz w końcu dostaje oczekiwany od początku moment przełamania. Wsparcie dla Marcello nie wywodzi się jednak z sympatii, lecz z litości. Bohater sięga absolutnego dna.

Dogman Garrone
kadr z filmu “Dogman”

Simone, którego postać wprawia w ruch większość przykrych momentów w filmie, to taki groźny Seba, tylko, że nieustannie naćpany i bez żadnych wartości. Z twarzy kubek w kubek Popek Monster, wyglądający jak kolos przy Marcello, bijący bez opamiętania i rozwalający maszyny do gier drab paraliżuje całą społeczność. Nieustannie wygrywa, nawet wynajęci mordercy nie są w stanie go powstrzymać. W jednej z nielicznych zabawnych scen widzimy Marcello zagarniającego kokainę z podłogi, podczas gdy Simone, celem odwrócenia uwagi własnej matki, pozwala okładać się po twarzy. Widz zaczyna wierzyć, że może bohaterów łączy jakaś przyjaźń. Jakiś czas później Marcello leży ze zmasakrowaną twarzą w błocie. Simone znów tryumfuje.

Zobacz również: “BlacKkKlansman” – nowy Spike Lee prosto z Cannes – Recenzja

Dogman to produkcja, przy której filmy Smarzowskiego wyglądają jak afirmujące życie obyczajówki. Garrone tworzy przykry, ciężki dramat o utraceniu wszystkiego, co dla człowieka ma znaczenie. Pod koniec filmu pojawia się scena, w której zdjęcia nabierają barw, a kamera porusza się spokojnie i harmonijnie. Marcello nurkuje wraz ze swoją córką. Nie widać jego twarzy, ale nietrudno dostrzec jego szczęście. Chwile wcześniej ta sama twarz zostaje wgnieciona w ścianę i rozbita na baku motocykla. Marcello to dobry facet – ma pecha, że żyje w świecie bez empatii.

Ocena

8 / 10
RecenzjeSeriale

“Cobra Kai” czyli kontynuacja “Karate Kid” – Recenzja 1. sezonu

Bartłomiej Rusek

Pierwsza część Karate Kid, która ukazała się w 1984 roku, była idealnym wręcz przykładem kina familijnego. Historia Daniela LaRusso (Ralph Macchio), który na skutek prześladowania przez uczniów karate z dojo Cobra Kai zaczął uczyć się tej sztuki walki, była przejmującą opowieścią o przyjaźni, samozaparciu i realizacji marzeń. Czym więc jest serial Cobra Kai, który opowiada o „tych złych” z filmu? Odpowiedź jest krótka i prosta – czymś znacznie lepszym.

Cobra Kai

Już na samym początku poznajemy głównego bohatera produkcji, którym jest Johnny Lawrence (w tej roli świetny William Zabka). Odwieczny wróg Daniela LaRusso pracuje obecnie jako złota rączka, ledwo wiąże koniec z końcem, zbyt często sięga po alkoholu, a co najważniejsze – nie może uciec od demonów swojej przeszłości. Wszystko dlatego, że cały czas, jeżdżąc swoim zabytkowym Pontiakiem Firebirdem, spotyka swojego odwiecznego rywala. Daniel LaRusso, w przeciwieństwie do niego, osiągnął sukces – prowadzi jeden z największych salonów samochodowych w całym mieście, a reklamy jego usług pojawiają się zarówno na co drugim billboardzie, jak i w radiu, przerywając słuchaną przez Johnny’ego rockową muzykę. W tym momencie trzeba wręcz wspomnieć o soundtracku, który jest po prostu świetny. W serialu pojawiają się utwory takich wykonawców, jak Poison, Foreigner, Alan Parsons, REO Speedwagon, Twisted Sister… można by wymieniać niemalże bez końca.

Słuchana przez Johnny’ego muzyka w pewien sposób stanowi zestawienie jego świata z nowoczesnością, którą symbolizuje nie tylko sam Daniel LaRusso, ale i kolejny z bohaterów serialu. Mowa tu o granym przez Xolo Maridueñę Miguelu Diazie. 17-letni aktor bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Wcielił się on w męczonego przez rówieśników chłopca, który chce się nauczyć karate, a jego rola przebiła nawet postać Daniela z oryginalnego filmu z 1984 roku. Podobnie wypadła również Mary Mouser w roli Samanthy LaRusso – córka Daniela była jedną z najjaśniejszych postaci w całej opowieści. Niestety, nie można tego samego powiedzieć o wszystkich młodych aktorach, występujących w serialu. Fatalnie wypadł moim zdaniem Tanner Buchanan w roli Robby’ego Lawrence’a. Ta, momentami bardzo przerysowana, postać była wręcz zbędna – nie podobał mi się zarówno sposób, w jaki Buchanan wcielił się w syna Johnny’ego, jak i sposób poprowadzenia postaci, która faktycznie powinna odegrać dużą rolę, ale dopiero w zapowiedzianym już drugim sezonie.

Cobra Kai
kadr z filmu “Cobra Kai”

Wracając do wątków fabularnych – całość akcji została poprowadzona zaskakująco sprawnie. Widać było, że twórcy mieli konkretny pomysł na serial i zrealizowali go w bardzo przystępny sposób. Otrzymujemy tu historię bardzo podobną do tej z filmu, jednak ukazaną ze strony tych teoretycznie złych osób. Słowo teoretycznie jest tu kluczowe, a jednym z moich ulubionych fragmentów serialu była opowieść Johnny’ego, streszczająca wydarzenia z filmu, tym razem przedstawione z jego perspektywy. Patrząc w ten sposób, zarówno na starą historię, jak i tę przedstawioną w serialu, można dojść tylko do jednego wniosku – to Daniel LaRusso był czarnym charakterem w Karate Kid. Jest na takiego kreowany i teraz, gdyż robi wszystko, żeby utrudnić życie Johnny’emu, nie wierząc w jego przemianę i uważając, że ktoś pokierowany w zły sposób za młodu, nie jest w stanie się zmienić.

Tymczasem Johnny stara się odnowić markę swojego starego dojo, tytułowego Cobra Kai, ucząc Miguela karate. Nie uczy on jednak tak, jak w filmie uczył Daniela pan Miyagi. Johnny jest bowiem twardym nauczycielem z krwi i kości, który chce zrobić ze swojego ucznia prawdziwego wojownika. Stara się mu pokazać, że karate może służyć nie tylko do obrony, ale przede wszystkim do ataku. Z tego wszystkiego wynika również wiele komicznych sytuacji, które nie dość, że nie przeszkadzają w odbiorze całości, to wypadają całkiem dobrze, łagodząc wydźwięk innych scen. Bardzo przeszkadzały mi natomiast niektóre wstawki muzyczne – o ile sam soundtrack do filmu można spokojnie nazwać co najmniej dobrym, tak bardzo często muzyka wybrzmiewająca w czasie walk brzmiała po prostu… tanio.

Cobra Kai

Zobacz również: “Barry” – Recenzja 1. sezonu

Cobra Kai to serial, który mogę z czystym sumieniem polecić niemalże każdemu. Tak, jak Karate Kid zawsze uważałem – zarówno ze względu na tematykę, jak i przedstawienie całej produkcji – za przeznaczony dla najmłodszych film w stylu Rocky’ego, tak Cobra Kai ma zdecydowanie poważniejszy wydźwięk. Uznaję to za wielki plus. Poza niektórymi scenami oraz sposobem przedstawienia kilku postaci, nie ma się tu do czego przyczepić. W efekcie Cobra Kai to bardzo dobre widowisko, które przywołuje wspomnienia, związane z oglądaniem za młodu Karate Kid. Z tym, że Cobra Kai jest zdecydowanie lepszą i dojrzalszą produkcją, niż film z 1984 roku, a zapowiedź drugiego sezonu napawa mnie szczerym optymizmem.


 

Ocena

8 / 10
Recenzje

“The Tale” – Recenzja

Maciej Kędziora

Dla osób pokrzywdzonych przez życie, dotkniętych molestowaniem, prześladowaniem, stalkingiem czy przemocą domową najważniejsza jest możliwość wyrzucenia z siebie bólu – czy to przez rozmowę, płacz, czy pisanie opowieści. Jennifer Fox, ofiara seksualna swojego trenera biegania, historię swojego życia (szczególnie tego tragicznego momentu) postanowiła przekuć na film. I tym właśnie jest The Tale – prywatną sesją terapeutyczną, której możemy przyglądać się z boku.

The Tale
Materiały Prasowe filmu “The Tale”

Pewnego dnia do domu Jennifer (Laura Dern), uznanej pani profesor, przychodzi paczka od jej mamy (Ellen Burstyn) z opowiadaniem napisanym przez Jenn w wieku 13 lat. Opowiadaniu o jej relacji  z trenerem biegania Billem, oraz Panią G. (Elizabeth Debicki), u której to spędza każdy wolny weekend, początkowo trenując jazdę konną, później będąc częścią bardzo amoralnego trójkąta miłosnego. Jej zapiski przywołują w dorosłej bohaterce wszystkie złe wspomnienia, wspomnienia, które umiejętnie na pewnym etapie swojego życia wyparła i zmieniła ich bieg. Jedyna co pomoże jej ulżyć to odszukanie swojego oprawcy, obecnie jednego z najbardziej uznanych trenerów na poziomie akademickim w USA.

Cała akcja rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. W jednej śledzimy dorosłą Jennifer wracającą do miejsc swojego dzieciństwa, szukającą innych ofiar, czy też próbującą poukładać sobie życie miłosne wraz ze swoim partnerem (w którego wciela się sam Common). Druga to retrospekcje, w których możemy obserwować rozwój relacji trzynastolatki z jej trenerem, jej mentorką, oraz problem braku miłości i ciepła w swoim własnym domu. Wszystko oczywiście splata postać głównej bohaterki, która często konfrontuje swoje wspomnienia, prowadząc dialog z młodą sobą. I o ile sceny z Dern napędzają film i pchają fabułę do przodu, to sceny z przeszłości są cloue The Tale. Umiejętność budowania relacji ofiara-oprawca, tuszowania tej historii przez innych, czy też ukazywani skręcających widza od środka scen kontaktów seksualnych z nieletnią, powoduje że w każdym elemencie opowieści odczuwa się złość, że takie rzeczy potrafią się dziać.

Jennifer Fox swoje życie przekuła na mistrzowski scenariusz. Poza lekko ciągnącym się prologiem, świetnie balansuje między brutalną szczerością, a symbolizmem, między opowieścią o zaufaniu,  a opowieścią o pedofilii. W czasach #MeToo The Tale wybrzmiewa szczególnie mocno, bo na miejscu głównej postaci mogłaby stanąć każda inna pokrzywdzona, molestowana kobieta. Kobieta, która musiała wyprzeć swoje wspomnienia, bo wstydziła się bycia ofiarą. W pewnym momencie produkcji  z jej ust padają słowa “Nie chciałam być nędzną ofiarą, więc uczyniłam się bohaterką swojej własnej fikcji”, fikcji, w której Bill nie był kimś do końca złym, ba – był kimś kogo kochała.

The Tale
Materiały prasowe filmu “The Tale”

Laura Dern po raz kolejny przypomniała mi jak wybitną jest aktorką. To na jej barkach spoczywała cała waga tej historii, to ona musiała wcielić się w postać, która na nowo przeżywa krzywdy przeszłości. Wtóruje jej tu Ellen Burstyn, w szczególności w scenach kiedy stoją sam na sam i zastanawiają się co poszło nie tak, gdzie i kiedy wyparowała z ich relacji szczerość (szczerość, która dla młodej Jen okaże się tak pociągająca w trenerze). Podczas retrospekcji trudno oderwać oczy od magnetyzującej Elizabeth Debicki, która pewne braki warsztatowe, nadrabia swoją nieziemska urodą. Zresztą jej braki pasują tu idealnie, bo ma za zadanie wcielić się w postać wyidealizowaną, postać bez wad. Nie może być jednak idealnie – Common aktorem nigdy nie zostanie, wypadając co najmniej blado przy Dern, a Jason Ritter nie odnajduje się do końca w roli Billa, wypadając bardzo nijako.

Zobacz też: “Zimna wojna” – Recenzja

The Tale to ważny element uświadamiania ludzi o problemie pedofilii. Nie ma tu nic z Lolity pióra Vladimira Nabokova (może oprócz fascynacji trenera swoją podopieczną), relacja oprawca – ofiara nie wywołuje w nas żadnych pozytywnych emocji, a przedstawienie wpływu wydarzeń z dzieciństwa na dorosłe życie to jeden z najmocniejszych wątków całej produkcji. Jennifer Fox przez swoją historię pragnie przypomnieć jak ważny w życiu rodzinnym człowieka jest dialog i szczerość. Jak otwarte powiedzenie o swoich problemach potrafi przynieść człowiekowi ulgę (tu przychodzi na myśl mistrzowska ostatnia scena). Trzeba wybaczyć tutaj pewne wady techniczne (przez nie produkcja faktycznie przypomina film telewizyjny), czy lekkie przestoje scenariuszowe, bo w swojej niszy ta Opowieść jest jedną z najlepszych, jakimi możecie podzielić się z rodziną. A później o niej porozmawiać, bo cokolwiek by się w waszym życiu nie działo zawsze warto z kimś pogadać.



Film będzie miał premierę 27.05 na HBO GO

Okiem FilmawkiPublicystyka

“James Bond” Okiem Filmawki – Zmiany w postaci na przestrzeni dekad

Martin Reszkie

Ponad 50 lat to kawał czasu. Widać to po cenie ropy, rozmiarze telefonu i grubości telewizora. Widać to również po Bondzie, jednej z najdłuższych serii filmowych. Wiele się w tym czasie zmieniło – między innymi odtwórcy głównego bohatera, których było sześciu. Zmieniali się też dystrybutorzy, czy producenci, ale Bond, agent Jej Królewskiej Mości, nie zmienił celu – obrona Anglii i Królowej. Zacznijmy więc wyliczenie naszych bohaterów.


Sean Connery – pierwszy James Bond

James Bond
Kadr z filmu “Goldfinger”

To on był osobą, która jako pierwsza wcieliła się w postać Jamesa Bonda w filmach z oficjalnego uniwersum, wydawanych przez EON Productions. Jako pierwszy odtwórca tej roli, najbliższy był oryginalnemu, seksistowskiemu, bezwzględnemu wobec przeciwników brytyjskiej korony Agentowi 007. Możliwe, że zawdzięczamy to temu, że w czasie kręcenia pierwszych filmów z Connerym, Ian Fleming, autor książek i jednocześnie twórca postaci najsłynniejszego brytyjskiego szpiega, wciąż żył.

James Bond, w którego wcielał się Sean Connery, wyrobił sobie markę – filmy z niego udziałem były dochodowe i po prostu co najmniej dobre, przy czym ciężko było w nich zarzucić coś scenariuszowi – może właśnie dlatego, że był on dość wierny książkom. Owszem, już w przypadku pierwszego z filmów, jakim był Doctor No (1962), zmieniono kilka elementów (mało kto wie, że w książkowym oryginale, po Bondzie pełzała skolopendra, a nie jadowity pająk, jak to miało miejsce w klasycznej już filmowej scenie), podobnie zresztą było w dalszych produkcjach (min. cały plan Goldfingera, który opisywaliśmy w naszym zestawieniu antagonistów). Wciąż jednak, pod względem scenariusza, ciężko było się o cokolwiek przyczepić. Podobnie wygląda kwestia realizacji technicznej filmów, która dobrze przetrwała próbę czasu.


George Lazenby

James Bond
Kadr z filmu “W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”

Następca Connery’ego, George Lazenby, to epizod, o którym zdecydowana większość fanów serii stara się zapomnieć. Jedyne, w czym Lazenby dobrze wypadał, to walka wręcz, co biorąc pod uwagę jego przeszłość w wojsku i fakt, że prywatnie był instruktorem samoobrony, nie powinno zaskakiwać. Cały film jednak, razem z absurdalnym wręcz zakończeniem (Bond, który się ożenił…? To zdecydowana przesada) daje wrażenie zrobionego jakby na siłę i nie dziwi decyzja o ponownym obsadzeniu w roli Agenta 007 Seana Connery’ego, który wcielił się w tę rolę po raz szósty w mającym swą premierę dwa lata później filmie Diamenty są wieczne.


Roger Moore

James Bond
Zdjęcie z planu filmowego “Człowiek ze złotym pistoletem”

Trzecią z kolei postacią, wcielającą się w postać charakterystycznego szpiega, był Roger Moore. Serię siedmiu produkcji, w których zmarły zaledwie przed rokiem aktor odgrywał rolę Jamesa Bonda, można z pewnością uznać za przełomową. Wraz ze swoją komediową przeszłością, wniósł do serii sporą dawkę świeżego humoru. Wciąż jednak, z tego powodu, wiele osób uważa ten okres, pełen efektownych scen, niezwykłych wynalazków Q i coraz mniejszej dawki realizmu, za pomyłkę. Tego typu fala filmów ciągnęła się aż do 2006 roku, kiedy to ukazało się Casino Royale, pierwszy film z Danielem Craigiem. Ale o tym później później.

Roger Moore jako Agent 007 nie wypadł wcale tak źle, był bardzo charakterystyczną postacią, a niektóre z jego filmów z uniwersum EON Productions były wręcz bardzo dobre – jak na przykład wyróżniany już przez nas Człowiek ze złotym pistoletem (1974). Ze względu jednak na stopniowe odchodzenie od tak ważnej w produkcjach z Connerym koncepcji filmu szpiegowskiego, obrazy z Moorem zazwyczaj nie zachwycały. W końcu to za jego kadencji powstał Moonraker (1979), a także Ośmiorniczka (1983) czy Zabójczy widok (1985)… James Bond Rogera Moore’a może uchodzić za symbol zmian w serii, które najłatwiej można dostrzec zestawiając pierwsze wydane z nim produkcje z tymi, które wyszły jako ostatnie.


Timothy Dalton

James Bond
Kadr z filmu “Licencja na zabijanie”

Trudno ocenić jednoznacznie rolę Daltona jako Bonda. Z jednej strony, strony, stanowił on nowe rozdanie w filmach o brytyjskim szpiegu. Ewidentnie widać, że producenci zauważyli jak bardzo seria po kolejnych filmach z Rogerem Moorem staczała się w otchłań autoparodii, w której starszy pan próbuje ratować świat za pomocą zabawki wyciągniętej z buta. Timothy Dalton jest całkowitym zaprzeczeniem takie przedstawienia Bonda – jest twardy, nieustępliwy i brutalny, tak jak sobie tego życzył Ian Fleming.

Z drugiej jednak strony, filmy z jego udziałem (a szczególnie ten drugi) zaliczyły raczej wpadkę budżetową. Być może to przez słabą promocję, być może z powodu zbyt dużej rozbieżności między tym jak następujący po sobie aktorzy prezentują jedną postać. Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że o ile w W obliczu śmierci (1987) bardzo dobrze poprowadzono główną postać kobiecą oraz jej romans z Bondem, tak w Licencji na zabijanie (1989) żadna z dwóch “Bond-girl” nie czuła specjalnej chemii z Daltonem, który w ostatecznym rozrachunku wygląda niczym nieśmiały chłopiec otoczony pięknymi kobietami. Chyba nie o taki powrót do korzeni chodziło.


Pierce Brosnan

James Bond
Kadr z filmu “GoldenEye”

Świat po zimnej wojnie, M w spódnicy i brak w światowego zagrożenia o rozmiarze państwa. Te czynniki musiały determinować fabułę którą poprowadzili scenarzyści GoldenEye (1995), a ludzie od castingów musieli wpasować w ten format kogoś nowego, kto poniesie serię raz jeszcze. Wybór padł na Pierca Brosnana, który w swoim pierwszym epizodzie był tak fantastycznie zrównoważony, że aż przykro patrzeć jak źle się to skończyło. Humor z polotem w stylu Rogera, bezpardonowość Seana, a to wszystko podlane zimną krwią i wyrachowaniem. Taki był Bond Brosnana.

Niestety dobre złego początki, bo im dalej w las, tym dłużej Brosnan kroczył po swojej drodze na zatracenie. Finalny epizod – Śmierć nadejdzie jutro (2002) mający być celebracją 40-lecia serii okazał się gniotem godnym najgorszych filmów z lat 80., przepełniony efekciarstwem, czerstwym żartem i niezamierzoną duchową kontynuacją filmów o Austinie Powersie.


Daniel Craig – współczesny James Bond

James Bond
Kadr z filmu Skyfall

W 2006 roku na nowo rozpędzono serię. Nadano jej tożsamość inną niż zwykle – blondyna z przerzedzoną grzywką o przeciętnym wzroście i śmiesznych uszach. Właściwie nikt nie wierzył, że to ma szansę dać radę – a jednak dało radę. Pędzący bez postoju Daniel Craig zrobił coś, czego nie zrobił Dalton – pomimo średniej interakcji z większością kobiecych postaci (poza Vesper) przyciągnął filmowi nie tylko dobre recenzje ale i wiadro pieniędzy.

Czego by nie mówić o współczesnych bondach (że zrzynka z Jasona Bourne’a, że mordownia, kto to montował, że utracił ducha oryginału itp.) to własnie Craig ma na swoim koncie największą ilość eksperymentów z konwencją. Bezpieczny start z kinem szpiegowskim najwyższej klasy, eksperyment z maszyną do zabijania napędzaną zemstą w Quantum of Solace (2008), osobisty i w pewnym aspekcie bardzo intymny Skyfall (2012) oraz nieudane Spectre (2015) o starszym panie, który wciąż daje radę, dają nam obraz postaci podlegającej ciągłej ewolucji. Żadna z głównych postaci również nie stoi w miejscu, nawet jeśli do wielu zmian mamy wątpliwości.

Zobacz również: „James Bond” okiem Filmawki – Najlepsi antagoniści z serii o Agencie 007

Krótka sygnalizacja przenoszenia akcentów w nieco już spróchniałej serii zakończona. Czekamy na nowe, premiera 8 listopada 2019 roku. Liczymy, że Danny Boyle dostarczy. Oraz, że Daniel Craig będący dopiero drugim aktorem, który wcieli się w Bonda po pięćdziesiątce, nie będzie tak znudzony swoją postacią jak w Spectre.


Seria Okiem Filmawki powróci

Recenzje

“Duża ryba i begonia” – Recenzja

Marcin Kempisty

Jest czas rodzenia i czas umierania. Gdy raz rozkręci się kołowrót życia, to nie sposób go jakkolwiek zatrzymać, toteż każdy, kto zechce wsadzić kij w tryby tej boskiej maszynerii, musi liczyć się z poważnymi konsekwencjami. I nieważne będą dobre pobudki, którymi kierować się będzie dana osoba, gdy harmonijna koegzystencja wszelkich istot zostanie naruszona.

Chun, ledwie szesnastoletnia dziewczyna, jeszcze o tym nie wie, dlatego też zgłosi swój sprzeciw wobec niesprawiedliwym w jej mniemaniu wyrokom losu i stanie w szranki ze śmiercią o duszę ukochanego mężczyzny. Gdy niewiasta opuści zamieszkiwaną przez nią mistyczną krainę, dryfującą po niebie między ziemią a domem bogów, i zstąpi do ludzi pod postacią czerwonego delfina, to namacalnie będzie miała okazję doświadczyć piękna życia. Majestat świata przyprawi o zawrót głowy, co wywoła również wzruszenie, gdy trzeba już będzie wracać do domu po tej tygodniowej “wycieczce”. W drodze powrotnej Ziemia ukaże Chun swoje mroczniejsze oblicze, toteż gdyby nie ofiarność mieszkających nad morzem chłopaka o imieniu Kun, to dziewczyna skończyłaby swój żywot w rybackich sieciach. Pomoc będzie jednak drogo kosztować – chłopak przez przypadek umiera, zatem po powrocie do domu dziewczyna postanowi wskrzesić wybawiciela i wybierze się do krainy umarłych, gdzie przechowywane są ludzkie dusze.

Duża ryba i Begonia
Kadr z filmu “Duża Ryba i Begonia”

Duża ryba i begonia to przykład filmu niezwykle żerującego na ludzkich emocjach, co jednak w tym przypadku nie jest wadą. Kolorowy świat zamieszkany przez dziwy, o jakich się nie śniło filozofom, pod batutą Xuan Liang oraz Chun Zhanga staje się odpryskiem ludzkich fantazji o odzyskaniu utraconej idylli. Chińska produkcja uderza w czułą strunę, którą zapewne każdy widz gdzieś głęboko w sobie kryje. Niewinność i dziecięca wiara są przedstawione w tak magiczny sposób, że nie sposób atakować tego filmu z racjonalnych pozycji. Lepiej się rozsiąść głęboko w fotelu, wskrzesić fantazję i dać się ponieść kolejnym szalonym wizjom fundowanym przez twórców.

Na szczęście nie jest to film zbudowany tylko na zapadających w pamięć ładnych obrazkach. Duża ryba i begonia ma również zadatki na bycie swego rodzaju baśniowym moralitetem na temat zasad ludzkiego postępowania. W animacji zostają postawione niezwykle ważne pytania – czy działania podejmowane z dobroci serca mogą być złe, gdy uderzają w postronne osoby? Jaka jest cena poświęcenia w imię miłości? Twórcy udzielają niejednoznacznych odpowiedzi, stawiając na równi racje obu stron konfliktu. Nie da się ukryć, że pod kolorową aurą harmonii skrywa się gorzki wymiar egzystencji, bo cóż z idealnego życia, gdy nie ma w nim spontanicznego uczucia?

Duża ryba i begonia
Kadr z filmu “Duża ryba i Begonia”

Niezwykle emocjonalny wydźwięk filmu, podbijany poruszającą muzyką, dosyć skutecznie przykrywa problemy z konsekwentnie prowadzoną narracją. Film czasami kluczy po wątkach, które nie odnajdują zakończenia. Skoro bowiem większość czasu poświęcono na zbudowanie relacji Chun z Kunem, to zabrakło go już na bardziej szczegółowe zaprezentowanie świata, w jakim przyszło im funkcjonować. Może to jednak nie być wadą dla kogoś, kto bez problemu porusza się po symbolice rodem z Chin. Wtedy to seans nabierze głębszego oraz bardziej zrozumiałego wymiaru.

Zobacz również: “Zimna wojna” – Recenzja

Większa wiedza nie jest jednak potrzebna do tego, by docenić kunszt animacji i by wzruszyć się tam, gdzie ludzkie życie pokazywane jest w tak przejmujący sposób. Duża ryba i begonia to przykład kina gwarantującego eskapistyczną podróż w głąb pierwotnych potrzeb i marzeń. To opowieść o potrzebie odnalezienia idealnego porządku, w którym prawo nie byłoby spisane rozumem, lecz dobrocią serca. To wreszcie historia o odwiecznym korowodzie miłości i śmierci. Jak bowiem pisał Jan Lechoń:

Na żarnach dni się miele, dno życia się wierci
By prawdy się najgłębszej dokopać istnienia –
I jedno wiemy tylko i nic się nie zmienia
Śmierć chroni od miłości, a miłość od śmierci.


Recenzje

“Zimna wojna” – Recenzja

Marcin Kempisty
Zimna Wojna
Foto: Łukasz Bąk

Miejmy to już za sobą – Paweł Pawlikowski na tegorocznym festiwalu filmowym w Cannes otrzymał statuetkę za najlepszą reżyserię. W takich okolicznościach pisanie o jego filmie jest niezwykle trudne, bowiem jak, będąc uzbrojonym w krytyczne narzędzia, podejść na chłodno do produkcji tak hołubionej przez przewodniczącą jury Cate Blanchett czy widzów takich jak Benicio del Toro i Julianne Moore? Wszelkie podawane argumenty mogą zostać skwitowane jedynie szyderczym uśmiechem, no bo jak to taki byle recenzent z internetu może wysuwać wątpliwości wobec nagrodzonego Dzieła? Sytuacja to niełatwa i prowadząca zapewne do niesnasek, niemniej jednak nie warto do Zimnej wojny podchodzić na kolanach, bo nie dość, że to zawęzi perspektywę i utrudni dostrzeżenie niewątpliwego kunsztu twórcy, to jeszcze nie pozwoli na słuszne wypunktowanie rys występujących na tym obrazie.

Wszystko rozpoczyna się od roku 1949, gdy Wiktor (Tomasz Kot) ze swą przyjaciółką Ireną (Agata Kulesza) objeżdżają Polskę w poszukiwaniu osób, które mogłyby dołączyć do powstającego właśnie Zespołu Pieśni i Tańca “Mazurek”. To w tych okolicznościach mężczyzna poznaję Zulę (Joanna Kulig), pozornie zahukaną dziewczynę z niejasną przeszłością i przepięknym głosem, który niczym syreni śpiew otumania zmysły bohatera. Treningi treningami, występy występami, ale ważniejsza jest rozkwitająca miłość, już od jej zarania determinująca poczynania kochanków. Relacja to niełatwa, bo miłość ta funkcjonuje w czasach zarazy, a i usposobienia postaci nie są tak jednoznaczne, jak by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać. Zwłaszcza charakterna Zuzanna próbuje na wszelkie sposoby odnaleźć dla siebie miejsce w nowej sytuacji, co generuje napięcia trudne do rozładowania. Gdy wielka polityka wkracza w losy bohaterów, to każda ich decyzja będzie odnajdywała odzwierciedlenie w kształcie ich związku.

Miłość jest obecna cały czas na pierwszym planie, niemniej jednak Pawlikowski stara się poruszać również inne kwestie, na czele ze statusem artysty w zniewolonym kraju, jak również z aspektem imigranckiego wyobcowania, tak boleśnie dotykającego kochanków. To kolejny w polskim kinie, po Pomiędzy słowami w reżyserii Urszuli Antoniak, portret duchowych wyrzutków, dla których przaśna swojskość jest na swój sposób wygodniejsza od nowoczesności zachodnich metropolii. Wprawdzie “pospolitość skrzeczy”, a i szans na awans nie widać, ale obecność w innym kraju generuje poczucie tęsknoty oraz nostalgii niedających się w żaden sposób zdusić.

Zimna Wojna Paweł Pawlikowski
Foto: Łukasz Bąk

Zimnej wojnie twórca przedstawia dosyć konwencjonalną koncepcję sztuki jako przestrzeni pozwalającej na całkowite wypowiedzenie swoich emocji czy myśli. Naturalnie szkaluje wykorzystywanie jej w celach politycznych, toteż kierownik zespołu Lech Kaczmarek (Borys Szyc) zostaje przedstawiony jako oślizgły typ bez kręgosłupa moralnego, dla którego wypluwana nań ślina zawsze będzie deszczem. Niczym nieskrępowana wolność artystyczna, a przede wszystkim szczerość wobec siebie to klucz do sukcesu, oczywiście okupionego najczęściej cierpieniem i poczuciem niedopasowania do zastanej rzeczywistości. Reżyser nie wychodzi o krok poza przyjęte myślenie, nadal traktując sztukę jako boginię, dla której warto poświęcić wszystko.

Najnowszy film Pawlikowskiego jest zainscenizowany w sposób perfekcyjny. Każdy kadr jest wymuskany, nie ma miejsca na jakikolwiek przypadek. Wydaje się, że nawet z początku pokazywane błoto zostało specjalnie przygotowane na tę okazję, a kury i krowy chodzą po wyznaczonych ścieżkach. Zdjęcia Łukasza Żala nie są na szczęście tylko kalką z wcześniejszej Idy.  Bohaterowie są sporadycznie prezentowani na wielkich planach, zajmując jedynie niewielki skrawek w rogu ekranu. Często pokazywane tańce wymuszają bowiem na kamerze dynamikę, zaś sytuacja psychiczna bohaterów determinuje korzystanie z ciasnych kadrów jako egzemplifikacji ich niełatwego położenia.

Podczas gdy osobiste dramaty bohaterów są przedstawiane w sposób boleśnie wiarygodny, to ich związek jest tylko nieznośną kalką z dzieł kinematograficznych lat 50. i 60. poprzedniego wieku. Nie ma w nich prawdy, jest tylko filmowa poza. Może i Jeanne Kulig przechadza się po Paryżu jak bohaterka Windy na szafot, a Marcello Kot uczestniczy w spotkaniu towarzyskim rodem z Nocy autorstwa Michelangelo Antonioniego, ale wszystko pozostaje tylko na poziomie przesadnej estetyzacji. Są pokątne spojrzenia, spacery po uroczych alejkach, wielkie słowa, jazz w oparach tytoniowego dymu i smutne spojrzenia w dal, ale brak w tym wszystkim ducha. O ile wymienione filmy były osadzone w swoich czasach, o tyle gest Pawlikowskiego można traktować jako przenoszący w przeszłość wehikuł, za pomocą którego spełniają się marzenia o stworzeniu podobnych dzieł.

Zimna Wojna
Foto: Łukasz Bąk

Stosunkowo krótki metraż filmu (ledwie 85 minut) i szybkie przeskakiwanie pomiędzy kolejnymi planami czasowymi to przyczyny niepozwalające na stworzenie odpowiedniego fundamentu pod uczucie kochanków. Jak gdyby wykorzystane ramy melodramatu miały wymuszać na widzach bezrefleksyjną wiarę w Wielką Miłość bohaterów. Aktorzy zastygli w pozach nieszczęśliwych Hamleta i Ofelii (śliczne nawiązanie w scenie nad wodą do obrazu Johna Everetta Millais’a) trwalszych niż ze spiżu. Na szczęście trzon filmu nie jest traktowany w sposób śmiertelnie poważny, toteż kwestie Joanny Kulig czy Borysa Szyca wprowadzają elementy komizmu. Mnóstwo pochwał spadło na aktorkę, ale to jednak Tomasz Kot, ze swoim rozgorączkowanym poszukiwaniem nadziei prowadzącym do poczucia rozgoryczenia, tworzy kreację na stale wpisującą się do historii polskiego filmu. Takiego amanta dawno na polskich ekranach nie było.

Zobacz również:BlacKkKlansman” – nowy Spike Lee prosto z Cannes – Recenzja

Skoro główny budulec filmu szwankuje, a kontekst historyczny ustąpił “filmowości”, to Zimna wojna na pewno nie stanie się dziełem formacyjnym na miarę hasowskich Pożegnań czy Niewinnych Czarodziejów autorstwa Andrzeja Wajdy. Pozostanie jedynie przepięknie zrealizowanym, ale jednak dosyć schematycznym melodramatem. Pawłowi Pawlikowskiemu udało się stworzyć obraz niezwykłej urody, będący zapewne owocem osobistych doświadczeń oraz prawdziwej miłości do kina, niemniej jednak jego wizualne czary nie mogą przysłonić tego, co kryje się w warstwie scenariusza. Formalny majstersztyk to za mało, by jednocześnie wychwalać dosyć banalne tezy na temat miłości czy sztuki.


Ilustracja wprowadzenia: Łukasz Bąk

PublicystykaZestawienia

Perwersyjne TOP9 “Gwiezdnych Wojen”

Michał Piechowski

Dzisiejsza premiera najnowszego filmu z uniwersum Gwiezdnych Wojen jawi się jako idealny moment na to, by powrócić raz jeszcze do poprzednich dziewięciu filmów z tej serii i ustawić je w kolejności rosnącej. Nie mogliśmy oczywiście zaprzepaścić takiej okazji, więc zebraliśmy pięć osób o zupełnie różnym podejściu do sagi i stworzyliśmy zestawienie, które nawet jeżeli nie rozwieje wszystkich wątpliwości, to przynajmniej sprowokuje do dyskusji.

Liczby znajdujące się obok nazwisk autorów oznaczają miejsce, które film zajął w osobistym rankingu opisującego. Tekst zawiera spoilery.


Gwiezdne Wojny
9. Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy (2015)

Odświeżenie Nowej nadziei w ramach wskrzeszania całej serii dobrym pomysłem wydaje się tylko wtedy, gdy spojrzymy na wyniki box office. Absolutnie neutralny i niezapadający w pamięć, ale przewyższający pierwowzór na polu szeroko pojętej “luźności” i humoru. Tylko i aż wstęp do nowej trylogii. (Michał Piechowski, 6)

Przebudzenie Mocy to produkcja do bólu asekurancka i wtórna względem oryginalnej trylogii. Brakuje tutaj ciekawych rozwiązań fabularnych, a premierowy seans obfitował raczej w sceny śmiechu wywołane niezamierzoną parodią niż humorem. (Andrzej Badek, 8)

Myśląc o tym, co popełnił J.J. Abrams, mam tylko odruchy wstrętu. Sztampowa, blockbusterowa estetyka, powielanie schematów z Nowej nadziei i upośledzona próba ich redefinicji. Subtelne przymiarki do wprowadzenia czegoś nowego zostały przyćmione przez hurrdurralne pokazy nazistowskiego imperium, karykaturalnego Hitlera i kolejnej broni masowej zagłady, która ma jeden słaby punkt. (Kamil Walczak, 9)

Jeśli posiadłbym moc usuwania nieprzyjemnych zdarzeń z uniwersum Gwiezdnych Wojen, to rzuciłbym wszystkie swe midihloriany na Przebudzenie Mocy. Liczba grzechów, jaką Dżej Dżej do spółki z Disneyem popełnili przy produkcji tego filmu, przekracza pojemność boskiego miłosierdzia, szczególnie przy uwzględnieniu faktu, że mieli oni czelność nazywać ten “wyczyn” nowym otwarciem w serii. Czy jest na sali egzorcysta? (Tomasz Małecki, 9)

Operując na motywie, który Gwiezdne Wojny wykorzystały już wcześniej próbuje tchnąć w serię nowe życie w serię z nutką nostalgii. Jest dobrze, ale to nic nowego, a jedyne co zapada w pamięć to miecz Kylo Rena. (Mikołaj Krebs, 7)


Gwiezdne Wojny
8. Gwiezdne wojny: Część II – Atak klonów (2002)

Ten film jest dla mnie tym, czym piasek był dla Anakina. Nie lubię go. (Michał Piechowski, 9)

Z jednej strony jest to najniższa pozycja w moim zestawieniu, a z drugiej nie podzielam tak całkowicie fali hejtu. Poza bezsensownym romansem mamy tutaj niezłego Kenobiego, Django Fetta i całkiem przyjemną sekwencję finałową. (Andrzej Badek, 9)

Obejrzane we wczesnym dzieciństwie pozostało w mej pamięci jako unikalny symbol nowej sagi. I choć dziś dostrzegam liczne błędy, niebagatelny cringe i miałkość dialogów, Atak klonów pozostaje dla mnie klasykiem z naiwnym ale szczerym serduszkiem. (Kamil Walczak, 8)

Bez mojej rejtanowskiej reakcji chłopaki zepchnęliby Atak klonów na sam koniec zestawienia, co stanowiłoby dziejową niesprawiedliwość podobną do tej, zaznanej przez Polskę w Jałcie. Film, w którym każda, nawet najmniej znacząca, klatka wręcz ocieka miłością do uniwersum i prawdziwie dziecięcym (w dobrym tego słowa znaczeniu) pragnieniem jego eksploracji. Lucasa zawiodło jedynie wykonanie, co jednak nie odbiera całości nieopisanego uroku. (Tomasz Małecki, 2)

Zmieszana z ziemią (i piaskiem) bardziej niż na to zasługuje, druga część prequeli oferuje bardzo dobrą rozrywkę  mimo paru usterek i najgorszego romansu w historii kina. Zresztą spójrzcie tylko na załączony kadr – ten film to prawie takie Infinity War franczyzy. (Mikołaj Krebs, 4)


Gwiezdne Wojny
7. Gwiezdne wojny: Część IV – Nowa nadzieja (1977)

Jest niczym wyglądająca majestatycznie Gwiazda Śmierci, której pozycja w historii kina jest tak silna, że mogłaby niszczyć planety, ale w rzeczywistości rozpada się na kawałki w bardzo łatwy sposób, czyli przy każdej próbie spojrzenia na nią w sposób inny niż przez pryzmat wpływu na popkulturę. (Michał Piechowski, 7)

Często tak bywa, że jedyną słabością prekursora jest to, że następcy zrobili po prostu każdy element lepiej. (Andrzej Badek, 6)

Kino nowej przygody nasączone multigatunkowym sznytem i jedynym w swoim rodzaju międzygwiezdnym klimatem. Lucas wprowadza nas do swojej historii z wigorem i sprawnością. Film przygodowy, który dostarcza humorku, dramatyzmu i absolutnej rozrywki. (Kamil Walczak, 4)

Z perspektywy czasu Nowa nadzieja okazuje się najsłabszym graczem starego kanonu. Wszystko bowiem, co udaje jej się stworzyć w swoim własnym, zamkniętym świecie, następne części uczyniły po prostu lepiej, mocniej i przyjemniej. Co nie zmienia faktu, że pozostaje najbardziej memicznym epizodem oryginalnej trylogii. (Tomasz Małecki, 6)

Ja chyba po prostu mam awers do motywów wielkich baz, które można łatwo zniszczyć. (Mikołaj Krebs, 8)


Gwiezdne Wojny
6. Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi (2017)

Konwencja Genewska pozostaje chyba jedyną, której nie złamali twórcy tego filmu. Bawiące się z widzem i inteligentne widowisko, które zjada swój ogon i oblizuje się ze smakiem. Żarty z żelazka, desakralizacja rebelii i niszczenie decorum w rozmowach o Mocy to najlepsze, co ma nam do zaoferowania cała seria. (Michał Piechowski, 1)

Jest dużo lepiej niż w Przebudzeniu. Szczególnie zyskuje postać Kylo Rena, któremu nadano trochę głębi. Lubię też to, że po raz pierwszy misja protagonistów okazała się brawurowa i bezsensowna. Pomimo powyższego, bolą dziury fabularne i niedobór Mocy. (Andrzej Badek, 7)

Jako oficjalny starwarsowy konserwatysta będę ganił Johnsona. Owszem, ładnie łamie konwencję i stęchłe konwenanse serii. Ale granie na nerwach klasykom i częste odrzucanie gwiezdnowojennej formuły na rzecz zabawy w nowoczesny i lekki blockbuster szkodzi. Idź pan już sobie, panie Riannie, bo mi przykro. (Kamil Walczak, 7)

Nieco lepszy od Przebudzenia Mocy głównie ze względu na podjęcie jakiejkolwiek próby “pójścia na swoje”. Z drugiej strony na każdą zaletę przypadają tu przynajmniej dwie wady, z czego najgorszą i wymagającą wyraźnego potępienia jest jawna propaganda Disneya, mająca na celu przekonanie odbiorców co do słuszności “uśmiercania” starego kanonu. Niech Gryzoń jednak pamięta, że każda rewolucja pożera własne dzieci… (Tomasz Małecki, 7)

Będąc idealnym przeciwieństwem Michała, Ostatni Jedi ląduje u mnie na samym końcu. Łamanie konwencji sięga tu granic absurdu i złamania konsekwencji względem poprzednich części, a nawet poprzedniej części nowej trylogii. To nie są Gwiezdne Wojny, jednym się to spodoba, innym nie. Ja jestem na nie. (Mikołaj Krebs, 9)


Gwiezdne Wojny
5. Gwiezdne wojny: Część I – Mroczne Widmo (1999)

Urocze guilty pleasure, które stojący w miejscu scenariusz i dziwnie szybko przestarzałe efekty ukrywa pod fasadą wspaniałej sekwencji finałowej walki na miecze świetlne oraz bezbłędnie zrealizowanego wyścigu Anakina. Największym problemem pozostaje Jar Jar Binks, ale po dwudziestym nieudany comic reliefie z jego udziałem idzie się przyzwyczaić (Michał Piechowski, 5)

Hejt na Jar Jara to jedna z tych rzeczy, których nigdy nie zrozumiem. Pewnie, postać nie jest szczególnie zabawna, ale nie uważam żeby była słabsza na przykład od Ewoków, czy innych comic reliefów z różnych filmów. A sam film to relatywnie udane origin story. (Andrzej Badek, 5)

Nazywany największy zawodem fanów SW, jest dla mnie szczególnie wyjątkowy. Nie narzekam na wprowadzenie polityki w świat serii, kiedy poznajemy tak kultowy origin story Obi-Wana, John Williams jak nigdy robi jeb w organki, a sekwencja pojedynku z Darthem Maulem przy akompaniamencie The Duel of the Fates sprawia, że mam mokro w gaciach. (Kamil Walczak, 5)

Niech o jakości Mrocznego Widma poświadczy fakt, że w jednym z najlepszych filmów w historii według użytkowników Filmweba, znalazł się bezpośredni cytat z bitwy na równinach Naboo. Chodzi rzecz jasna o Avengers: Wojna bez granic, które w ten sposób oddało należyty hołd wojennemu rozmachowi Lucasa. Najsłabszy epizod z trylogii prequelowej, ale nadal o półkę wyżej niż propagandowe posunięcia Myszki Miki. (Tomasz Małecki, 5)

To w zasadzie jest taki prequel prequeli. Świetna muzyka, świetne sceny akcji i umierający Liam Neeson. Nie potrzebuję niczego więcej. Lubię to, ale nie kocham. (Mikołaj Krebs, 6)


Gwiezdne Wojny
4. Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie

Idealnie wyważony patetyczny prometeizm, którego ostatnie czterdzieści minut, gdzie batalistyczna perfekcja bezbłędnie komponuje się z kulminacją utrzymanego w odcieniach szarości dramatu szeregowców, to popis niespotykanej wcześniej wrażliwości i niejednoznaczności. Małe (w skali sagi) wielkie kino i nadzieja na kolejne świetne spin-offy. (Michał Piechowski, 4)

Perełka Disneya. Z jednej strony film zupełnie poboczny do głównej sagi, z drugiej strony bardzo mocno osadzony w uniwersum. Paradoksalnie jedyna produkcja spod skrzydeł Myszki Miki, gdzie naprawdę czuć potęgę Mocy (Andrzej Badek, 4)

Edwards miał szansę dostarczyć. Są dobre postaci, świetny comic relief Alana Tudyka i niezły plot. Niestety, albo akcja grzęźnie gdzieś przy własnych fanaberiach jak z Forestem Whitakerem, albo samemu filmowi nie udaje się mnie dostatecznie zainteresować. Tak, ja to ten koleś, co hejtuje fanservice z Vaderem na końcu. (Kamil Walczak, 6)

Na skalę niniejszego uniwersum Łotr 1. stanowi swoisty fenomen. Dlaczego? Bo trwa tylko około 30 minut. Tyle bowiem z niego zostaje, gdy usuniemy wszystko, co przestaje mieć sens po ujrzeniu epizodu na Scarif. Gdyby Disney odważył się na nieustanne trwanie przy wojennej konwencji pierwszej połowy filmu, to być może miałby szansę zachowania twarzy. (Tomasz Małecki, 8)

Koledzy już powiedzieli wszystko, co można powiedzieć o samym filmie. Łotr 1 zbudził we mnie gamę emocji, której od dawna brakowało mi w serii. To najlepsze co Disney wypuścił i wypuści spod szyldu Gwiezdnych Wojen, wspomnicie me słowa. (Mikołaj Krebs, 2)


Gwiezdne Wojny
3. Gwiezdne wojny: Część VI – Powrót Jedi (1983)

Nieskończone możliwości w nieograniczonym uniwersum, a Lucas drugi raz w przeciągu trzech filmów raczy nas Gwiazdą Śmierci? Czemu nie. Piękny wątek Jabby szybko zostaje przykryty przez smutne rozważania smutnej rebelii, pozbawione jakiegokolwiek suspensu sceny w bazie Imperium oraz idylliczną walkę dobra (oraz Gumisiów) ze złem w tak pięknych okolicznościach przyrody na pewnym lesistym księżycu. A reszta jest jeszcze gorsza… (Michał Piechowski, 8)

Godny finał trylogii, choć o poziom niżej niż Imperium Kontratakuje. Mniej mroczny od poprzednika, obfituje w zbędną rasę Ewoków, ale wynagradza to satysfakcjonującym starciem Jasnej i Ciemnej Strony. (Andrzej Badek, 3)

Zwieńczenie Starej Trylogii to nie tylko kwestia sentymentu. To również bezpardonowo porywająca fabuła, mroczne sceny z Imperatorem, masa wzruszeń i radości. Powrót Jedi to Star Wars w pełnym wydaniu, gdzie mimo trochę przestarzałych chwytów dalej czuć autentyzm i zapierającą dech w piersiach pompę – zwłaszcza podczas starć kosmicznych. (Kamil Walczak, 3)

Na jakość Powrotu Jedi składa się przede wszystkim rewelacyjny pierwszy akt na Tatooine, który jest zarazem najlepszym intrem w historii całego uniwersum. A no i oczywiście zakończenie, choć ono nabiera na impecie dopiero w zestawieniu z prequelową opowieścią. Nawet pomimo faktu, że Hayden w nim się znaleźć nie powinien. (Tomasz Małecki, 4)

Powrót Jedi to przykład na to, że można nieskończenie wiele razy dokonywać recyklingu jednego motywu (no, nie licząc jeszcze Przebudzenia Mocy) i będzie to działać. Oprócz tego to także bardzo dobre zakończenie trylogii, dające satysfakcjonujące spełnienie oczekiwań względem każdego z głównych bohaterów. (Mikołaj Krebs, 5)


Gwiezdne Wojny
2. Gwiezdne wojny: Część V – Imperium kontratakuje

Świetnie wyważona i poprowadzona dwutorowo akcja, w końcu angażujące relacje pomiędzy głównymi bohaterami, kilka nieironicznie ikonicznych dialogów oraz gorzkie zderzenie Rebelii z rzeczywistością w końcówce. Czy fakt, że George Lucas nie napisał scenariusza ani nie wyreżyserował tej części ma jakiś związek z tym, że jest ona aż tak dobra? Nie wiem, ale się domyślam. (Michał Piechowski, 3)

Jeden z najlepszych sequeli w historii kinematografii. Mroczny, ciekawy, rozwijający postaci, z najbardziej ikonicznym plot twistem w historii. Jedyne czego żałuję, to że nie dane mi było usłyszeć w kinie z zaskoczenia “No, I am your father”. (Andrzej Badek, 1)

Absolut Gwiezdnych wojen, który wciąż uważam za wzór Sagi. Ten film transcenduje fun, suspens i emocje do poziomu przestrzeni kosmicznej – z tą różnicą, że nie ma tu próżni. Imperium kontratakuje to świeży (mimo ponad 30 lat!), pozbawiony zerojedynkowej sztampy i fałszywego blichtru, jakim mogą śmierdzieć dzisiejsze epizody. To film z prawdziwym kręgosłupem, który zachwyca pod wieloma aspektami tak technicznymi, jak i fabularnymi, a przy tym pozostaje przystępny dla każdego śmiertelnika. (Kamil Walczak, 1)

Perła w koronie oryginalnej trylogii, jak i oczywiście całej sagi. Desant na Hoth, twist Vadera, ikoniczność Solo, mrok Dagobah i gwiezdnowojenność Bespinu – ktoś jeszcze potrzebuje jakichś dowodów na wielkość tej marki? (Tomasz Małecki, 3)

Imperium kontratakuje jest dla mnie jak pierwsza miłość z liceum. Nie potrafię o tym filmie myśleć źle, chociaż wiem, że nie jest perfekcyjny – po prostu wszystkie jego zalety potrafią przyćmić wady. Najbardziej ikoniczny plot twist, którego 2000’s kids nigdy nie doświadczą i bitwa na Hoth, to jest to. (Mikołaj Krebs, 3)


Gwiezdne Wojny
1. Gwiezdne Wojny: Część III – Zemsta Sithów (2005)

Gdy byłem mały, bałem się tego filmu i nie lubiłem go najbardziej z całej sagi. Teraz jednak widzę wyraźnie ten maksymalnie wykorzystany potencjał tragizmu historii Dartha Vadera w najpoważniejszej odsłonie całej sagi. Bez przedłużanych scen w senacie byłby dziełem totalnym, ale wielowymiarowość, mroczność i nieintencjonalna memiczność w zupełności wystarczają. (Michał Piechowski, 2)

Ten film to porażka George’a Lucasa. Na całe szczęście dla nas. Zamiast filmu, który w jego założeniach miał się skupić na drewnianym Anakinie, dostaliśmy produkcję, w której stanowi on jedynie tło do świetnego politycznego thrillera z postacią przemiany bohatera w tle. (Andrzej Badek, 2)

Rozwinięta intryga, geneza Vadera, balet Williamsa, pojedynek na Mustafar, zjawiskowa scenografia, postępujący galaktyczny dekadentyzm i tytułowy odwet, na myśl o którym do dziś mam ciarki na plecach. Jeśli coś powinno się znaleźć w słowniku pod hasłem Gwiezdne wojny to zdecydowanie film przewspaniałego George’a Lucasa. (Kamil Walczak, 2)

Zobacz również: Han Solo: Gwiezdne wojny – historie” – Recenzja

Jedyny film z uniwersum (i jeden z niewielu w ogóle), który wzrusza mnie przy każdym podejściu. Za pomocą III epizodu Lucas udowodnił, że poziom realizacji nie zawsze decyduje o jakości produkcji, a konceptualizm sam w sobie potrafi wyzwolić najczystszą energię ekranowej namiętności. Blockbusterowy ideał, znajdujący się poza zasięgiem wszelkiej konkurencji. (Tomasz Małecki, 1)

Okej, przyznam się wam do czegoś. To jedyna część Star Wars, którą oglądałem więcej niż 10 razy. Polityka, wielkie ambicje, wielopoziomowa, świetnie wykreowana relacja mistrz – uczeń, oraz najbardziej ikoniczny pojedynek w całej serii z wykorzystaniem wyższego gruntu, który na zawsze zapisał się w historii popkultury poprzez memy. Całe szczęście, że tak mało w tym George’a Lucasa. Padmé na pewno umarła ze smutku – smutku, że Zemsta Sithów dobiegała do końca. (Mikołaj Krebs, 1)

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.