Recenzje

“Korpo” – Recenzja

Maciej Kędziora

Swego czasu bardzo popularną grą internetową było “Zabij swojego szefa”, łechtające ukryte pragnienia tych co bardziej sfrustrowanych pracowników korporacji. Z dość niezrozumiałych dla mnie powodów, wizja torturowania swojego przełożonego sprawia niektórym zdecydowanie zbyt dużo nieskrywanej satysfakcji. To właśnie do tych osób, a także przeciwników słynnych Mordorów, skierowany jest najnowszy film Joe Lyncha, czyli hardcore’owa orgia gore w jednej z zakażonych epidemią wiecznej frustracji korporacji.

Kadr z filmu “Korpo”

Derek Cho (Steven Yeun) to typowy przykład XXI-wiecznego pracownika. Po ukończeniu studiów z wyróżnieniem dostał on propozycje lukratywnej posady w firmie prawniczej, w której to powoli przez lata wspinał się po szczeblach kariery (wprost proporcjonalnie do tracenia jakiejkolwiek radości z życia). Kiedy jednak jego marzenie o corner office staje się faktem, znienawidzona Syrena (Caroline Chikezie), skądinąd kochanka przełożonego, zdecydowała się wrobić go w aferę finansową i tym samym pozbawić pracy. Cho jednak, wykorzystując precedens prawny połączony z panoszącym się po firmie wirusem “czerwonego oka” zmieniającym zarażonych w agresywnych żądnych krwi osobników, decyduje się odzyskać swoją pracę, mordując wszystkich zarażonych dookoła.

Zobacz również: Recenzja filmu “Kler”

W ten sposób rozpoczyna się esencja filmu Lyncha, czyli mordercza szarża po piętrach firmy ku Olimpowi, w tym przypadku przybierającego formę gabinetu Szefa. W pokonywaniu kolejnych fal przeciwników (nikt nie ukrywa tu mocnych inspiracji grami z gatunku survival) pomoże mu Melanie (Samara Weaving), próbująca w ten jakże nietypowy sposób uzyskać zgodę na anulowanie swojego długu wobec firmy. I tak przez pełną godzinę oglądamy przelewające się po ekranie hektolitry krwi, pękające pod naciskiem uderzeń młotka czaszki, a także krojone piłą mechaniczną żebra. W oglądaniu morderczej szarży Dereka i jego klientki towarzyszy nam znajdujący się pod wiecznym wpływem kokainy Szef.

Lynch jawnie próbuje swój film wykreować na kształt typowego komputerowego slashera. Dlatego też nasza para protagonistów ma przed sobą trzech bossów do pokonania (każdy z nich znajduje się na wyższym piętrze, a więc reprezentuje wyższy stopień trudności), od kulawego Kosiarza, przez wierutnie złą Syrenę, aż do przeżartego kapitalizmem Szefa (Steven, nomen omen, Brand). Z każdym przebytym poziomem uzyskują oni dostęp do ulepszonych i co bardziej wymyślnych broni, przy okazji nawiązując coraz trwalszą więź porozumienia, przypieczętowaną sceną dość dosłownego aktu seksualnego. Szkoda tylko, że ten żywcem wyciągnięty z Dooma urok masakry pryska, gdy reżyser próbuje wspiąć się na kolejny poziom narracji (od metafizyki do psyche), co niestety wydaje się być zbyt wymuszone i całkowicie poza przyjętą konwencją.

Kadr z filmu “Korpo”

Steven Yeun, co udowodnił już w The Walking Dead, świetnie potrafi radzić sobie z masami przeciwników. Podobnie jak w przypadku słynnego serialu AMC, tu również na jego drodze stają zombie, czyli opętani przez system ludzie, którym lata w korporacji zagwarantowały darmowe pranie mózgu. Yeun przemienia gbura i frustrata jakim jest na początku Derek w faceta konkurującego ze wszystkimi legendarnymi macho kina akcji z lat 80-tych. Równie dobrze w roli Anielicy Śmierci sprawdza się Samara Weaving, stająca się powoli archetypem morderczej kobiety w różowych okularach i to dobrze, bo Zemsta z założenia jest kobietą. W tym przypadku – zaiste krwiożerczą.

Zobacz również: Recenzja filmu “Searching”

Ta “zła” z definicji strona korporacji odznacza się pewną powszechnie znaną aktorską metodą – szarżą. O ile jeszcze Kosiarz, czyli Dallas Roberts, stara się wyłamać z tej niezrozumiałej potrzeby zagarniania ekranu dla siebie, będąc największym stoikiem z szefostwa, o tyle Steven Brand wraz z Caroline tworzą przekoloryzowany duet szwarccharakterów, nawet jak na mocno groteskowo-gore’ową konwencję. Choć demoniczny pościg za kartą magnetyczną Syreny czy też ataki wścieklizny Szefa z pozoru idealnie pasują do klimatu Korpo, po pewnym czasie odbierają resztki przyjemności płynącej z seansu.

Tu też dochodzimy do problemu jaki mam z tą produkcją. Niestety, mimo godnej podziwu próby przedstawienia korporacyjnego życia jako jednej wielkiej mordowni (niczym na Domaniewskiej), sama formuła w pewnym momencie zaczyna po prostu nużyć. Nie dość, że by akcja nabrała jakiegokolwiek tempa musimy przetrzymać 30 minut rozwleczonego narracyjnie prologu, to sam sposób przedstawiania walk zaskakująco szybko staje się powtarzalny (choć złośliwi powiedzą, że to symulacja rutyny codzienności). Najgorzej wypada jednak sztampowy wątek miłosny, całkowicie niepasujący do tej oderwanej od realiów świata historii.

Kadr z filmu “Korpo”

Niewątpliwie Korpo to obecnie jedna z najbardziej unikatowych pozycji w repertuarze kin. Rzadko zdarza się, by do naszych kin wprowadzono produkcje tak mocno skupiającą się na czystej, bezmyślnej brutalności, znęcaniu się nad przeciwnikami i spełnianiu swoich sadystycznych marzeń. W moim przypadku cała opowieść wypadła dość nijako i traktuje ją bardziej jako pewnego rodzaju eksperyment niżeli stuprocentowe dzieło artystyczne, zauważając przy tym wiele plusów i udanych prób formalnych. Jednego jestem jednak pewien – fani festiwalowych nocnych szaleństw będą bawić się doskonale.

 

Publicystyka

Trwaj chwilo, jesteś piękna – czyli esej o “Przed wschodem słońca”

Jan Tracz
"Left to right: Julie Delpy and Ethan Hawke in Before Sunrise Photo courtesy The Criterion Collection."

Doktor Faust ma wypowiedzieć te słowa, gdy dzięki Mefistofelesowi dozna pełni szczęścia. Diabeł spełnia różnorodne zachcianki, aby pokazać mu piękno jowialnej natury człowieka. My również poszukujemy utraconego uroku dnia codziennego lub po prostu staramy się dać zaskoczyć, ponieść wiatrom nieokiełznanego przeznaczenia (od z lekka mniej rubasznej strony niż tytułowy bohater Fausta). Robią to i kochankowie z Przed wschodem słońca, którzy w trochę smutniejszych momentach swojego życia, odnajdują dawno zapomniane pragnienia w sobie nawzajem. Nieco przypadkowo, bez jakiegokolwiek starania i przymusu, spędzają wspólnie dwadzieścia cztery godziny w Wiedniu, by następnie spotkać się – dopiero – za dziewięć lat. Richard Linklater wspomagając się autobiograficznym wątkiem, chce udowodnić, że czasem nawet jeden dzień, polegający na rozmowie i odkrywaniu własnego ja, może wpłynąć na całe życie.

Kadr z filmu “Before Sunrise”

Impulsy i frustracje wpływają na nasze decyzje; czasem bezpośrednio, momentami na dłuższy okres. Tutaj również występują jako diametralnie oddziałujące na przeznaczenie dwójki młodzieńców. On – wracający do Stanów z samej Hiszpanii, zniesmaczony zawodem związku na odległość; Ona – szukająca siebie, pogubiona i zniesmaczona otaczającą ją rzeczywistością. Wspólnie jadąc pociągiem, hałasu nastręcza im siedząca obok starsza para, a jak wiadomo – język Austriaków nigdy nie brzmiał pięknie, sam cesarz Karol V powiedział kiedyś, że z koniem rozmawia po niemiecku. Celine przesiada się dalej, bohaterowie zaś rozpoczynają konwersację od poruszenia problemu malkontenctwa wśród starszych par. Z jednej strony możemy potraktować to jako punkt zaczepienia w celu nawiązania rozmowy, z drugiej ukazania kontrastu pomiędzy młodzieńczą relacją a tą nieco starszą.

Zobacz również: Recenzję filmu “American Valhalla”

Reżyser od początku podkreśla witalność ich jednodniowego związku, a gdy z minuty na minutę rozkręcają się i przekonują do siebie, przechodzą z miejsc siedzących do restauracji pociągowej (gdzie notabene wyróżniają się; nie wiem, czy wina leży w ich słodkawym sposobie bycia, czy może specjalnym usadowieniu na słonecznej części siedzeń – prawdopodobnie jest to lekka nadinterpretacja z mojej strony), a następnie trafiają w sam środek kolebki stylu i kultury, do Wiednia. Są sobą zachwyceni od początku, poświęcają więc dzień, by jak najdłużej korzystać z niespodziewanej admiracji. No i się zaczyna, bo asumptem do takich działań staje się prawdziwa miłość.

Kadr z filmu “Before Sunrise”

Oglądając Przed wschodem słońca, można zdać sobie sprawę, jak jeszcze wiele przed nami. Ta dwójka nie wiedziała o życiu nic, dopóki się nie spotkała. Do tego czasu żyli marzeniami, obłudnymi spostrzeżeniami, dopiero w Wiedniu dowiedzieli się o sobie więcej, niż przez całe swoje życie. Linklater nie pochwala intelektualizmu, nie stara się ukazać egzystencji, w której największym wyznacznikiem jest ilość przeczytanych książek i poznanych traktatów filozoficznych; wręcz przeciwnie, liczą się spostrzeżenia, interakcja z ludźmi i światem wokół – przecież on nie gryzie, stoi otworem, jedynie trzeba chcieć go dostrzec. Jesse wraz z Celine w ciągu jednej nocy trafiają praktycznie wszędzie, znajdziemy ich w pobliskiej knajpie i sklepie z winylami, a także w obskurnym barze dla fanów muzyki rockowej. Co łączy wszystkie te miejsca? Fakt, że rozmawiają. Ciągle, ciągle i ciągle znajdują kolejne tematy do rozmowy, począwszy od pierwszego zakochania, po reinkarnację.

Twórca mówi widzowi wprost: prawdziwy filmowy romans (czy nawet ten życiowy) nie opiera się na dwóch uśmiechach, butelce wina i łóżkowej przygodzie połączonej z happy endem. Trzeba traktować je jako dodatki wykorzystywane dla efektów kosmetycznych. Przede wszystkim, chodzi o przeżyty czas, zrozumienie i chemię wyzwalającą się podczas rozmów. Ten wątek przeplata się przez wszystkie części, w trzeciej znajomi naszych protagonistów zapytani o przepis na idealny związek, odpowiadają, że zarówno mąż, jak i żona muszą być najlepszymi przyjaciółmi. Chyba o to w tym wszystkim chodzi, uczucie następuje od słów do serca.

Zobacz również: Podcast o “Tajemnicach Silver Lake”

Pierwsza część emanuje magią, oczarowuje realizmem, który w żaden sposób nie stara się być nachalny. Para przechadza się uliczkami Wiednia, jednak wokół nie dzieje się dosłownie nic. Drugi plan nie istnieje, jednostajna kamera służy wyłącznie w celu pokazania obustronnego zachwytu, najazdy na ich twarze, uśmiech łączony z zauroczeniem, dialogi. Linklater minimalizuje obraz, stara się uchwycić najważniejsze – intymność Jessego i Celine przedstawioną w postaci godzinnego słowotoku o wszystkim i o niczym. Dobrali się, ponieważ mieli spokojne i stoickie podejście do życia. Nie dostajemy politycznego bełkotu, film stara się jedynie przekazać szczere i spokojne prawdy, przydatne dla codzienności. Ethan Hawke niczym Robin Williams wykrzykuje – nie dosłownie – Carpe diem! Rób to, co kochasz, ciesz się kolejnym dniem, a wszystko zrobione od serca, kiedyś ci się zwróci. Patrząc na ich losy w kolejnych tytułach, można śmiało stwierdzić, iż miał rację.

Kadr z filmu “Before Sunrise”

Dwie sceny skłoniły mnie, by napisać tą krótkiej serię artykułów o filmach z duetem Hawke/Delpy. Trafiły one do mnie tak dosadnie, że grzechem będzie, jeśli o nich nie wspomnę. Pierwsza dzieje się na cmentarzu bezimiennych, do którego Celine chce wrócić, przypomina jej czasy beztroskiego dzieciństwa. Po rozmowie z Jessiem zdaje sobie sprawę, że ono takie beztroskie nie było. W akompaniamencie sprawnie prowadzonych przejść wspólnie podchodzą do grobu nieznanej trzynastolatki. Słyszymy opowieść o tym, jak kiedyś odwiedziła już ten grób, w wieku takim samym, jakim zmarła mała dziewczynka. Czemu ten moment staje się taki ważny dla całości? Oprócz niezwykłej subtelności, którą wyczuwamy od początku sceny, Celine otwiera się tak jak nigdy, po raz kolejny działa tu impuls wyżalenia się. Dodatkowo wcześniej zrobił to już Jesse, gdy bez większego przemyślenia opowiedział jej historię o zmarłej babci. Tu właśnie ich więzi połączyły się, stali się jednością emocjonalną, a zrozumieli dopiero ten fakt w drugiej części. Nie zdawali sobie sprawy z takie biegu wydarzeń, mając młodzieńcze klapy na oczach. Sentymentalny Linklater wykrzykuje – zaufajmy sobie, potem będzie tylko lepiej!

Scena numer dwa jest przykładem samoistnej szczerości, zyskanej i wykorzystywanej dzięki wspominanym wcześniej złączeniu osobowości. Bohaterowie grają w głupawą udawankę, każdy dzwoni do najbliższego przyjaciela i wyjaśnia co się z nim dzieje, gdzie jest, z kim jest. Brzmi banalnie, ale prędko bystra Celine przekształca ją w wyjątkowe wyznanie miłości od pierwszego wejrzenia; paradę komplementów. Obie strony po raz kolejny pokazują, jak świetnie się dogadują, samo prawienie pochlebstw jeszcze w żadnym filmie nie miało tak satysfakcjonującego wydźwięku. Gdy usłyszysz od kogoś, że masz piękne oczy, będziesz zadowolony. Kiedy powie to jednak osoba właściwa, wtedy jedyne co ci pozostaje, to płakać ze szczęścia.

Zobacz również: Recenzję “Dzikich Chłopców”

Kończy się noc, zaczyna dzień. Zdają sobie sprawę, że chcą spotkać się jeszcze raz. Może i dwa, trzy, cztery. Przed pociągiem umawiają się, że równo za sześć miesięcy spotkają się w tym samym miejscu, by przeżyć przygodę jeszcze raz. W uczuciowym afekcie zapominają się, żadnej wymiany telefonami, nie znają nawet swoich nazwisk. Odjeżdżają w nieznane, pozostawiając resztę w rękach losu. Tej formy reżyser nie mógł zmienić, powstałe Przed wschodem słońca jest zainspirowane wydarzeniami z własnego życia. W 1989 roku przypadkowo poznaje Amy Lehrhaupt, flirtują do samego rana, spotkanie kończy się pożegnaniem. I tyle, poprzez ogrom przeżycia tworzy swoje arcydzieło, a słuch o dziewczynie zaginął, nie przybyła na żadną premierę. Prawdopodobnie nieświadomie kręci drugą część, Przed zachodem słońca, wyobrażając sobie, co by było gdyby. Dopiero 21 lat od pamiętnego zetknięcia, dowiaduje się, że tuż przed kręceniem Przed wschodem Amy zginęła w wypadku samochodowym. Jak to śpiewał Cohen w ostatniej płycie: What my life would seem to me, If I didn’t have your love, To make it real…

Kadr z filmu “Before Sunrise”

Jesse i Celine zrozumieli, że życie nie jest tak bajkowe i pozytywne jak w Garsonierze. Ich dzieje potoczyły się zupełnie inaczej, a cała bajkowość okazała się w zupełności inna, jak sobie tuż przed odjazdem wyobrażali. Spotykają się dopiero po dziewięciu latach, odmienieni i pełni w bagaż doświadczeń, a niby wciąż tacy sami. O tym za jakiś czas…

Recenzje

“Kler” – Recenzja

Kamil Walczak

Już przed premierą wiedziałem, że Kler to będzie film niezwykły, natchniony poniekąd. Obraz ten, jeszcze zanim w ogóle trafił do kin, wywołał niemałe kontrowersje; każdy choć trochę zorientowany obywatel zdołał wyrobić sobie o nim zdanie, a politycy masowo skarżyli się na jego szkodliwość. Kiedy piszę te słowa, nieznane są jeszcze wyroki boxoffice’owe, ale i bez nich jestem w stanie stwierdzić, że szykuje się jedno z najlepszych otwarć w historii polskiej kinematografii. Uwaga wszystkich skupiła się w ten weekend na dziele, które wielu ośmiela się nazywać „najważniejszym społecznie filmem dekady”. Pozostaje jedynie pytanie: czy to miano rzeczywiście mu się należy?

Zobacz również: Klasyka z Filmawką – “Wesele” Smarzowskiego

Dane nam jest śledzić losy trzech małopolskich księży – przyjaciół, których połączyła katastrofa sprzed lat. Ksiądz Trybus (Robert Więckiewicz) posługuje na wsi, nazbyt często lubi sobie wypić, a celibat łamie ze swoją gosposią, Hanką (Joanna Kulig). W prowincjonalnym miasteczku rządzi duszpasterz Kukuła (Arkadiusz Jakubik), który w gruncie rzeczy jest poczciwym duchownym, ale zostaje oskarżony o molestowanie chłopca z patologicznej rodziny. Z kolei ksiądz Lisowski (Jacek Braciak) zajmuje się załatwianiem przetargów i “działalnością charytatywną”. Ten ostatni wchodzi w polityczną grę z arcybiskupem Mordowiczem (Janusz Gajos) stojącym na czele zdeprawowanej i mafijnej kurii krakowskiej. Smarzowski pakuje do jednego gara wszystko: powiązania z najwyższymi hierarchami władzy, korupcję, degenerację, uzależnienia i pedofilię. Takim arsenałem nie dysponował nawet w Drogówce.

Kadr z filmu “Kler”.

Całość zaczyna się jednocześnie z przytupem, bo libacją alkoholową, i niepozornie, bo to w pierwszych scenach reżyser kondensuje lwią część zażenowania i komediowych zgrzytów. Z upływem czasu wraca szczęśliwie na właściwe, poważniejsze tory i z większym wyczuciem portretuje tytułowy kler. Nie da się ukryć, że został on tutaj przedstawiony negatywnie, ale bynajmniej nie jest to jednoznaczne czy jednowymiarowe. Najbardziej skażone są wyższe klasy Kościoła – klechy tworzący kasty trzymające władze, zatruwające instytucję od środka, dla których złote jest skromne.

Pod względem politycznego zacięcia wątek Lisowskiego nie ustępuje polskiemu Paktowi czy nawet House of Cards – makiawelista z zimną krwią toruje sobie drogę na szczyty władzy, do Watykanu, nie zważając ani na metaforyczne trupy, które po sobie pozostawia, ani na swoją rangę jako pasterza dusz, o której chyba już dawno zapomniał. Brawurowy występ aktora dodaje tylko animuszu bohaterowi, stawiając postać Braciaka, obok Andrzeja Chyry z Długu, w panteonie tych najbardziej złych w historii rodzimego kina.

Druga strona medalu prezentuje się zdecydowanie bardziej intymnie. Trybus i Kukuła nie są uwikłani w większe układy, starają się egzystować jak normalni ludzi, tyle że w sutannach. Są grzesznikami, ale nikt nie uzurpował sobie prawa do deifikacji każdego księdza. Ksiądz Trybus konfrontuje swój alkoholizm i łamanie celibatu, podważając w ogóle swoją rolę jako duchownego. Temat zostaje podjęty wrażliwie, ale mizerny Więckiewicz (oraz nijaka Kulig) sprawiają, że wszystko to wybrzmiewa dość prostacko i rubasznie (poza jedną dojmującą sceną, kiedy to rodzina w żałobie przychodzi w sprawie pogrzebu).

Zobacz również: “Kamerdyner” – Film zdobywcy Srebrnych Lwów w Gdyni – Recenzja

Dlatego na ustach wszystkich jest Kukuła, bo to postać z krwi i kości, ksiądz z powołania. Jasne, ma swoje za uszami, ale tak naprawdę niewiele więcej niż my sami. Kiedy jeden z jego ministrantów trafia do szpitala i na jaw wychodzi, że został on zgwałcony, wszystkie oczy spoglądają na miejscowego duchownego. Rozpoczyna się polowanie na czarownice, ostracyzm społeczny i, może nierozmyślny, komentarz do niektórych oskarżeń związanych z #metoo. Wśród ludzi panuje takie przeświadczenie, że ksiądz w bliskości z dziećmi prawdopodobnie dopuści się dewiacyjnych zachowań. Na te zarzuty Kukuła odpowiada przestrachem i milczeniem, bo ma on świadomość wagi takiego czynu. Kiedy odkrywamy jego przeszłość, zdajemy sobie sprawę, jak czuły i drażliwy jest to temat. Jeśli wziąć pod uwagę cały wątek, rola Jakubika jest wręcz manifestacyjna. Oto dobry ksiądz przeciwstawia się status quo i nie chce, aby ludzie krzywdzeni byli przez tych, którym tak ślepo niekiedy ufają.

Kadr z filmu “Kler”.

Wiadomość społeczną, bo takową intencję na pewno mają twórcy, wybrzmiewa dosadnie i szczerze, nawet jeżeli czasem zbyt antyklerykalnie i prześmiewczo. Jedna scena najlepiej oddaje głos tego filmu – zwykły cywil staje przed Mordowiczem oraz jego poplecznikami i zeznaje, że przed laty był parokrotnie molestowany przez księdza. Ci odpowiadają mu, że to może skończyć się tragedią, że oskarżony duchowny może nie wytrzymać tego psychicznie. Cywil wstaje i, kiedy wydaje się, że zaraz wykrzyczy im w twarz cały manifest przeciw Kościołowi, szepcze z niedowierzaniem: Co Wy na Boga robicie?

Zobacz również: “Searching” – Guilty pleasure roku? – Recenzja

To prawda, że Smarzowski często łopatologizuje, wyolbrzymia, generalizuje. Zresztą, jak pokazują jego poprzednie filmy, jest w tej dziedzinie specjalistą. Jednak gdy przychodzi co do czego, to niuanse najbrutalniej zderzają Kler z rzeczywistością. Te niepozorne elementy, które, mimo wszystko, składają się na świat, w którym żyjemy. Można to uprościć i powiedzieć, że reżyser znowu opowiada o tym samym – zmienia tylko grupę społeczną czy zawodową, ale tutaj jest to o tyle ważne, że dotyka księży, którzy ze względu na rangę moralno-religijną zawsze byli traktowani z dystansem. Kler głosi przede wszystkim, że Kościół jest święty, ale tworzą go ludzie grzeszni. Społeczeństwo, a zwłaszcza wierni, powinno odbrązowić wizerunek duchownych, bo wbrew pozorom funkcjonują oni zupełnie jak my –  są prostymi ludźmi, którym tak często zdarza się zboczyć z właściwej drogi. I nie chodzi tu o odtrącanie od czci i wiary katolickich duszpasterzy, ale nietraktowanie ich jak świętych na Ziemi.

Kler wreszcie mógłby być genialną satyrą czy innym paszkwilem, ale zdarza mu gubić się w podniosłości tego tematu. Sceny, które znamy z trailera, są zdecydowanie przesadzone, zupełnie jakby w filmie znalazły się ze względów marketingowych. Retrospekcje bohaterów wieją topornością, dosłownością i silą się na obrazowość, a przecież można było to załatwić typowymi dla Smarzola prześwitami i chaosem wspomnień. Samo dynamizowanie akcji wyszło mu na plus, nieogarnięty i epileptyczny montaż to już u niego standard. Osobiście pragnę przestrzec widzów przed bezkrytycznymi porównaniami do kina Patryka Vegi (znowu), bo Smarzowski jest o wiele bardziej zorganizowany, jego “przekaz” nie jest szkodliwy i on sam konsekwentnie od początku swojej kariery realizuje politykę dosadną i hiperboliczną. Efektem tego nie jest (a przynajmniej nie powinna być) krzykliwa kontrowersja i wywołanie bitwy na polu prawica – lewica, ale podjęcie ważnego tematu, który tym filmie nie został sprymitywizowany.

Kadr z filmu “Kler”.
Zobacz również: Złodzieje rowerów #5 – Analiza “Tajemnic Silver Lake”

Najnowszy film Wojtka Smarzowskiego jest skierowany głównie do wiernych, a jeszcze konkretniej – do samej warstwy duchownej. To oni powinni go zobaczyć, wyrobić sobie zdanie i na chłodno wartościować. Problemy, które zwykle są bagatelizowane i zamiatane pod dywan, winny wybrzmieć w debacie publicznej, także w skali lokalnej. Warto pomyśleć o Klerze jako o kamieniu milowym na pewnej drodze, może niezbyt subtelnym i na pewno nie najlepszym, ale ważnym. Ważnym, żeby uniknąć kryzysu, jaki przeżywa młody ksiądz idealista z seminarium, który żali się Kukule, że Kościół to niby wspólnota, ale jak przychodzą kłopoty do nie ma do kogo geby otworzyć.

 

Recenzje

“Kamerdyner” – Recenzja

Szymon Pietrzak
Kadr z filmu "Kamerdyner"

Na ten film Kaszubi czekali od sześciu lat, a tak długi proces tworzenia najnowszego filmu Filipa Bajona zwiastował produkcję, której rozmach przyćmi tegoroczne premiery w polskim kinie. Okazuje się jednak, że film rozgrywający się na przestrzeni pięciu dekad, opowiadający przede wszystkim o drastycznym mordzie na mieszkańcach Kaszub, pogubił się na praktycznie każdej płaszczyźnie przedstawianej historii. Kamerdyner lawiruje bowiem i zmienia tematy tak nieumiejętnie, że z wielkiego romansu, dla którego wojna miała być tylko tłem, nie zostaje nic wartego uwagi. Zostanie jednak zaprezentowana między innymi nieudolna polityka kaszubsko–polsko–niemiecka, niesprawiedliwie potraktowany wątek gejowski, a nauczyciel muzyki stanie się największym hitlerowskim antagonistą polskiej kinematografii.

Kadr z filmu “Kamerdyner”

Każda jednak próba krytyki tego filmu zdaje się być odbijana jednym silnym argumentem – „nie zrozumiesz tego filmu, skoro nie jesteś Kaszubem”, usłyszałem to od przypadkowego przechodnia, gdy w kinowym korytarzu narzekaliśmy ze znajomym na jakość obejrzanej przez nas produkcji. Z tak postawioną tezą ciężko dyskutować – jak bowiem umniejszyć temu, że to pierwszy raz, kiedy do debaty publicznej wchodzi informacja o tragedii Kaszubów i Pomorzan pomordowanych przez Niemców w Piaśnicy? Jak odmówić nostalgii, gdy obecny w filmie język kaszubski używany jest prawie na zasadzie równoważności i na dobrym poziomie? Godność uwikłanych w wielką politykę Kaszubów to jednak coś więcej niż prosta gra na nostalgii. W filmie Filipa Bajona ich skomplikowane losy, poczucie dumy i siły, oraz unikalna tożsamość zostały po prostu nieuczciwie wykorzystane. To na pewno nie jest krok w stronę przywracania Kaszubom godności.

Zobacz również: Recenzję filmu “Searching”

Jest w filmie scena, gdy Hrabia (w tej roli zwycięski w Gdyni Adam Woronowicz) siedzi nad mapą w swoim gabinecie, a przed nim rozbiera się jedna z pokojówek. Sytuacja prowokuje rzucony przez hrabiego niezręczny one-liner, o „tyłeczku pokojówki wartym mapy Europy”. Sensu tych słów na próżno szukać, ale podobnych, rzuconych bez większego kontekstu zdań, jest w filmie pełno, co najlepiej świadczy o słabości scenariusza.

Filmowa grupa aktorska dorównuje rozchwianemu poziomowi produkcji. Z jednej stromy Janusz Gajos tworzy jedną z najlepszych kreacji swojej wybitnej kariery, Łukasz Simlat staje się wcielonym demonem w mundurze nazisty, a Anna Radwan próbuje swoim stoicyzmem utrzymać fason von Krausów. Niestety jednak jest też druga strona wielkiej trupy aktorskiej. Sebastian Fabijański i obsadzanie go w pierwszoplanowych rolach nadal pozostaje jedną z największych zagadek polskiej kinematografii, Adam Woronowicz za mocno wziął sobie do serca metody Stanisławskiego tworząc męczącą szarżę aktorską, a Marianna Zydek jest po prostu nijaka.
Zobacz również: Recenzję filmu “American Valhalla”

Nie można jednak zaprzeczyć, że chociażby zdjęcia pozwalają poczuć prawdziwy klimat regionu, a dynamiczny montaż momentami wciąga w opowiadaną historię. Nie ma tu jednak mowy o jakimkolwiek rozmachu, bo ile można cieszyć się ujęciami z drona, albo przymykać oko na scenografie i kostiumy, choć na te ostatnie chyba koniec końców zabrakło budżetu…

Mając więc na uwadze fakt, że „Kamerdyner” to miała być przede wszystkim niesamowita historia na przestrzeni dekad, ciężko ukryć rozczarowanie. Produkcja zdecydowanie nie uniosła ciężaru, jakim jest odpowiednie trzymanie widza w napięciu, prowadząc go przez wydarzenia, które miały być hołdem dla bohaterów. Zamiast tego mamy gatunkowy misz masz, który przypomina zbiór wszystkiego co złe w polskim kinie, kwintesencje wszystkich złych decyzji podejmowanych przez część naszych reżyserów. Szkoda, że Wizja Lokalna 1904 Bajonowi już nie wyszła.

Ocena

3 / 10
Recenzje

“American Valhalla” – Iggy Pop, Joshua Homme i Post Pop Depression – recenzja

Tomasz Małecki

W mitologii greckiej “gigant” uchodził za istotę niepożądaną, powołaną do bycia za sprawą pomyłki i ukonstytuowaną jako wyłom w nieskazitelnej harmonii systemu. Przemocą upuszczona krew wszechboga Uranosa, której giganci zawdzięczają dar swojej potęgi i przekleństwo alternatywnej egzystencji zarazem, uchodzi wtem za symbol pierwotnego nieposłuszeństwa, naznaczający owoce półbożego stworzenia piętnem wiecznej tułaczki po peryferiach i poszukiwań własnej tożsamości w miejscach, gdzie nie dociera idealistyczna boża inżynieria. Giganci nie byli więc buntownikami z wyboru i nie szukali zwady z boskim ideałem, lecz w ich nautrze tkwi już pierwiastek niedostosowania do Bożego planu, co stawia ich przed iście Syzyfowym problemem – mogą i potrafią nadawać swemu istnieniu tymczasowy sens, ale w dłuższej perspektywie nie przewidziano dla nich miejsca na szczycie góry i z tego powodu skazani są na nieuleczalną i niewyczerpywalną depresję.

Zobacz również: „Searching” – Guilty pleasure roku? – Recenzja

Nie bez przyczyny rozpocząłem niniejszy tekst od “mitycznego” wstępu. Wszystkie powyżej zastosowane pojęcia, odnoszące się do faktycznej mitologii, mają bowiem niebanalne znaczenie w kontekście bohaterów filmu American Valhalla. W jednym miejscu i w tym samym czasie los splótł żywota dwóch współczesnych gigantów, którzy mimo iż podzielają wspólne troski, znajdują się na różnych etapach dochodzenia ich istoty. Istoty, którą próbowali uchwycić wspólnymi siłami i wyrazić za pośrednictwem medium uchodzącego za matkę wszystkich sztuk – muzykę.

Z jednej strony Joshua Homme, charyzmatyczny frontman postrockowych kapel z Queens of the Stone Age na czele, okupujący aktualnie szczyty sławy, o której marzy każdy dzieciak łapiący za gryf gitary w garażu swego rodzinnego domostwa. Z drugiej Iggy Pop, żywa legenda i życiowy punk, któremu do spółki z Davidem Bowie zawdzięczamy określenie tożsamości wszelkich alternatywnych ruchów muzycznych o zacięciu artystycznym. Z trzeciej natomiast… Post Pop Depression, owoc ich wspólnego wysiłku, album zasypujący istniejącą między nimi różnicę pokoleniową i koncentrujący doświadczenie “gigantyzmu” w ponad 40-minutowy set gitarowych riffów, wokalnych dubli i niespożytkowanej energii scenicznej.

Zobacz również: Klasyka z Filmawką – „Wesele” Smarzowskiego

Znaczenie wydarzenia, jakim było zawiązanie współpracy przez muzyków, konfrontacja ich nietuzinkowych światopoglądów oraz artystycznych doświadczeń, stało się zaś przyczynkiem do zajrzenia za kulisy pracy i de facto życia naszych bohaterów. American Valhalli, której reżyserem był sam Homme, daleko jednak do kartograficznego przeglądu dat czy kronikarskiej precyzji w ujmowaniu następujących po sobie aktów twórczych – to przede wszystkim film eseistyczny, w którym muzyka nie przygrywa ku uciesze melomanów, lecz stanowi uzupełnienie i niematerialną ilustrację myśli, pod którą widnieje rozkraczony podpis Homme&Pop.

Wobec tego faktu proces twórczy związany z produkcją albumu Post Pop Depression, który mógłby uchodzić za główny przedmiot filmu, zostaje ustanowiony niejako a priori, jako rzecz wiadoma i jedynie wprowadzająca nas w świat przedstawiony. Świat ten zaś, choć zgoła rzeczywisty, przejrzysty i znany z codzienności, uporządkowany jest według odwrotności reguły systematyzującej naszą egzystencję – podczas gdy my zastanawiamy się, jak żyć, by móc umrzeć w spokoju, tak dla bohaterów zagadką jest kwestia nieśmiertelności, a ściślej tego, jak umrzeć, by móc żyć wiecznie. (Dys)komfort niniejszej myśli towarzyszy więc bohaterom w ich spontanicznych, ale na wskroś Bergsonowskich wypowiedziach na temat upływającego czasu, a co za tym idzie, trwania chwil wielkości, scenicznego uniesienia, które uzależnia jak najmocniejszy narkotyk, a jego brak, ba, świadomość, iż wkrótce ów brak nastąpi, doprowadza do natychmiastowej utraty sił witalnych i w konsekwencji do postkoncertowej depresji. W tym kontekście tytuł albumu nabiera zatem dodatkowego znaczenia.

Zobacz również: Złodzieje Rowerów #5 – Analiza „Tajemnic Silver Lake”

American Valhalla wyróżnia się jednak nie tylko nietuzinkowymi bohaterami, ale również niebanalną strukturą. Dość wysokie tempo produkcji i momentami agresywny, iście nowofalowy montaż rekompensowany jest tu przez narrację “od utworu do utworu”, dzięki której żadna myśl nie jest pozostawiona sama sobie i nie powiewa swobodnie na maszcie zdekoncentrowanego wywodu, lecz zyskuje swoje potwierdzenie w następujących po sobie utworach, dodatkowo świadczących o tym, że nagrywanie albumu przez duet Homme-Pop nie było zwykłym “pieśniopisarstwem” a płynnym przepływem doświadczeń – zarówno tych muzycznych jak i życiowych. Z tego też powodu ten eseistyczny dokument ma prawo przypaść do gustu zarówno miłośnikom twórczości obu artystów, poszukiwaczom intrygującej formy, jak i odbiorcom nastawionym na impresyjność dzieła i treść. Umiejętne rozłożenie akcentów oraz powiązanie faktów (muzyki) z odautorską refleksją i językiem filmu (montaż) skutkuje zaistnieniem strukturalnej harmonii, o jakiej Joshua Homme i Iggy Pop mogli tylko pomarzyć, wychodząc wspólnie naprzeciw rozentuzjazmowanemu tłumowi po raz ostatni…

W pierwszych minutach filmu oraz po zejściu ze sceny Royal Albert Hall słyszymy i widzimy Josha, gdy mówi o tym, że kluczem do zachowania wiecznego szczęścia byłaby choćby chwilowa możliwość panowania nad czasem, wyznaczania mu biegu i zatrzymywania momentów, które świadczą o naszej wielkości. Trudno o bardziej właściwą konstatację w sytuacji, gdy ów wielkość definiowana jest przez kreacyjną adrenalinę. Zarówno Homme jak i Iggy Pop muszą jej bezustannie zażywać, tworzyć, poszukiwać sposobu, aby dostać się do własnej i nieskończonej Valhalli, bo inaczej ich żywot oddarty zostałby z namiastki celowości. Taka zresztą już dola giganta, półboga, który posiada boskie marzenia, ale którym przeciwstawić może wyłącznie ludzkie możliwości.



Recenzje

“Searching” – Guilty pleasure roku? – Recenzja

Kamil Walczak

Importowany z Sundance thriller Aneesh Chaganty zwiastował pierwszą tak mainstreamową produkcję found footage, która pozwoliłaby nieco wyemancypować ten ciekawy subgatunek, nieustannie dezawuowany przez ogólny dyskurs już u samych podstaw. Scenarzyści mogliby pomyśleć, że wciąganie komputerów i webcamów do filmowego obiegu to nie fanaberia amatorów, ale spore i niezagospodarowane pole do popisu. Niestety, Searching okazał się mrzonką, niepoważną groteską, gdzie zdeptana zostaje nie tylko wszelka konwencja, ale także inteligencja widza.

Zobacz również: Złodzieje Rowerów #5 – Analiza “Tajemnic Silver Lake”

Podczas otwierającej sekwencji montażowej zostajemy zaproszeni do domu – a właściwie komputera – rodziny Kimów. Śledzimy ekran urządzenia oraz załączoną kamerkę przez wiele lat, co pokazuje nam przebieg i ewolucję tak rodziny, jak i rolę maszyny w ich życiu. Teraz Davidowi (John Cho), ojcu, zaczyna stykać czterdziestka, jego żona zmarła, a córka Margot (przeżywa najgorszy/najlepszy okres w życiu – czasy szkoły średniej. Pewnego dnia nastolatka przestaje odpowiadać na sms-y i telefony. Rozpoczyna się policyjne śledztwo. Ojciec, widząc mizerne skutki tego procederu, decyduje się sam rozpocząć poszukiwania – włamuje się do laptopa córki, na jej konto na Facebooku. Tam odkrywa sekretną tożsamość dziewczyny, o jakiej nawet nie śnił.

Jasne, filmowi trzeba oddać to, że jako kryminał/thriller w internecie działa jak żadne inne dzieło. Nie pomyślałbym nawet, że oglądanie na dużym ekranie, jak ktoś wyszukuje na małym ekranie kolejne hasła w przeglądarce Google będzie tak emocjonujące. Szczególnie imponuje technika Zapomniałeś hasła?, sprytnie wykorzystana przez Davida, by wejść na konta swojej córki. To iście dziennikarskie dochodzenie, działanie niemal na własną rękę, odnajdywanie na portalach społecznościowych informacji, o których istnieniu wolałby chyba nie wiedzieć…

Mimo to Searching nie daje rady odpędzić się od pewnych oczywistych wad. Ba, nawet nie próbuje, a pochłania je całym sobą. To wręcz groteskowa, metodyczna łopatologia, wbijająca widzowi do głowy kolejne poszlaki. Dobitnym tego przykładem jest scena, kiedy bohater natrafia w internetowym artykule na postać, którą wcześniej spotkał w trakcie śledztwa prowadzonego przez detektyw Vick (Debra Missing). Obiektyw webcamu parokrotnie pokazuje nam, że istotnie, to ta sama osoba, zestawia nam je dosłownie obok siebie, porównuje i porównuje. Reżyser albo nie widzi, jak topornie wyglądają tego typu ekspozycje, albo naprawdę nie wierzy w zdolności poznawcze widza.

Zobacz również: “Dzicy chłopcy” – Recenzja filmu totalnego

W dodatku, autor nieskładnie czerpie z konwencji found footage, stosując ją według własnego widzimisię. Niediegetyczna muzyka i quasi-dysturbujące zbliżenia ekranu to tylko wierzchołek góry lodowej. Wygląda to trochę tak, jakby… nie potrafił zdecydować się na spójną formułę zdjęć, więc wziął po trochę ze wszystkiego. Do największego kuriozum dochodzi, kiedy kamera z klaustrofobicznego spektrum komputera i jego kamerki ni stąd, ni zowąd przechodzi do epickiego establishing shota, kompozycji otwartej i telewizyjnej kamery z miejsca zdarzenia.

Pod względem wewnętrznej struktury i logiki trudno wartościować Searching jako coś innego niż guilty pleasure. Postacie i ich zachowania, intencjonalnie czy też nie, wydają się komiczne, a sam główny wątek, napędzany przez fincherowskie plot twisty, zatraca impet ważkości tematu. Owszem, może zastanawiać, na ile wizerunek kreowany w sieci bierze górę nad naszą rzeczywistą tożsamością (i które z nich jest prawdziwsze), ale wydaje się to raczej strefą domysłów i refleksji, które płyną nie tyle z samego filmu, co raczej dyskusji w ramach jego fabuły. A nawet jeśli jakowyś “morał” można wyciągnąć z całej historii, to przysłania go niewspółmiernie poważny charakter narracji przeplatany tatusiowym humorem. Tak więc jeśli zaakceptuje się konsekwencje takiego dyskursu, można się naprawdę nieźle bawić.

Searching
David Kim (John Cho)
Zobacz również: Klasyka z Filmawką – “Wesele” Smarzowskiego

Z kolei chwalony za rolę Davida John Cho wzbudził we mnie raczej pobłażliwe reakcje. Gra mocno, stroi ciężkie miny smutnego ojca i stara się, jak może. Głównie obserwujemy go, gdy w pocie czoła szuka w Internecie informacji o córce, dzwoni na Skypie, zamartwia się. Cokolwiek jednak robi, wychodzi mu szarża bez poczucia dobrego smaku. Niestety, nie pomaga mu ultradramatyczna muzyka w tle, która wybije napięcie daleko poza skalę Zimmera. Trochę narzekam, ale z głębi serca muszę przyznać – to ironicznie przepyszna, wstydliwa rozrywka.

Searching to solidna produkcja, której twórcy po pierwsze chcieli za bardzo, a po drugie zupełnie zgubili się w przyjętej formie i nieintencjonalnej śmieszności. To nie niebezpieczny dreszczowiec mrożący krew w żyłach – jak wielu zdaje się sądzić – a raczej uroczy, proporcjonalnie kosztowny thriller na kanwie polsatowskich szlagierów po 23:00. Zresztą, całkiem sympatyczny.

Klasyka z FilmawkaPublicystyka

Klasyka z Filmawką – “Wesele” Smarzowskiego

Kamil Walczak

Kiedy w roku 2004 ukazał się kinowy debiut Wojtka Smarzowskiego, Polska znajdowała się w, no cóż, nie najlepszym stanie. Na publicznej wokandzie stale obecne były: korupcja, nepotyzm i układy trzymające władze, a powszechna degrengolada polityczna siłą rzeczy skoligacona była z tą społeczną. Tej rzeczywistości niejako naprzeciw wyszło Wesele – tak bezkompromisowo obnażające rodzimą “polskość”, że nawet po czternastu latach trudno odpędzić się od stawianych przez film zarzutów. Bo podejmuje on problemy, które głęboko wpisane są w naszą mentalność, uderzają w narodową tożsamość zbiorowości, która zdaje się od wieków odgrywać ten sam chocholi taniec.

Zobacz również: Złodzieje Rowerów #5 – Analiza “Tajemnic Silver Lake”
Kadr z filmu “Wesele”.

Wiesław Wojnar (Marian Dziędziel), szanowany magnat na podkarpackiej wsi, wyprawia swojej córce ślub. Z jednej strony nie szczędzi grosza, bo „pan Wojnar jest szczodrym człowiekiem” i wesele jest naprawdę pompatyczne, a z drugiej jakoś zwleka z płatnościami za wynajem sali czy zespół, któremu nota bene przewodzi Tymon Tymański. Jednak jest to ten typ imprezy, gdzie „nic nie idzie zgodnie z planem”. A wszystko to uwieczni wynajęty kamerzysta weselny Mateusz (Maciej Stuhr) – były kochanek panny młodej. Swojemu zięciowi Januszowi (Bartłomiej Topa) Wiesław załatwia luksusowe Audi TT. Na przecenie, bo kupuje od szwagra miejscowego księdza. Wojnar ma dodatkowo oddać temu szwagrowi dwa hektary ziemi przy drodze, które należą do jego ojca. W trakcie wesela gospodarz próbuje przekonać dziadka do odstąpienia ziemi, w końcu posyła po notariusza, brata sołtysa. W międzyczasie panna młoda Kasia (Tamara Arciuch) dowiaduje się, że samochód to tak naprawdę warunek Janusza do zawarcia małżeństwa.

Zobacz również: “Dzicy chłopcy” – Recenzja

Obraz Smarzowskiego pełen jest takich wątków, ale widać tu pewną ciekawą tendencję. Rodzinne konotacje, transakcje „po znajomości“ czy wieczna chęć zarobienia czegoś dla siebie. Tutaj nawet ksiądz, który ma być mediatorem między Wojnarem a szwagrem, bierze parę tysięcy na „remont kościoła” – nawet jeśli potem okazuje się, że to wcale nie jest jego szwagier. To chciwość i chytrość napędzają społeczny dyskurs, definiują żądze i pragnienia naszych rodaków. W filmie często mowa o pieniądzach. Wiesław co chwila płaci komuś kafle, i to za najdrobniejsze rzeczy, byle tylko zachować twarz respektowanego szlachcica. Parokrotnie Wojnar zwraca się do kamery i mówi, że pieniądze szczęścia nie dają, ale trzeba je mieć. W kontekście filmu nie funkcjonuje to tylko jako ludowe porzekadło, ale też ironiczny autokomentarz do aktualnych dla bohaterów wydarzeń. Ta niepohamowana żądza pieniądza jeszcze dosadniej wybrzmiewa w Domu złym. Dochodzi tam do klasycznej sprzeczki o podział kasy, co kończy się tragiczną i brutalną zbrodnią.

Kadr z filmu “Wesele”.

Bardzo charakterystyczne jest to, że ciężkość całej historii opiera reżyser na ogólnie pojętej własności. Ten motyw przebija się także w innych filmach Smarzowskiego, m.in. w Róży (gdzie posiadanie poniemieckiej ziemi staje się powodem represji bohaterki) czy Drogówce (protagonista Ryszard Król zaciąga długi, by spełnić swoje marzenie – kupić BMW). Dla polskiego twórcy wydaje się to znakiem czasów, w których żyjemy – ogarniętych konsumpcjonizmem, ślepym kapitalizmem. To na tych brudnych interesach zasadza się władza w naszym kraju. Tzw. demony transformacji dalej nas prześladują i Smarzowski nie omieszka o tym zapominać. Zresztą, te oskarżenia zdają się nie tracić za bardzo na aktualności.

Zobacz również: Camping #23 – “Martwica Mózgu” (1992)

Ponadto Wesele znakomicie stawia pytanie o naturę naszego narodu: bo Polacy to w końcu z chłopa czy z pana? Niby z pana, bo przecież tak się do siebie zwracają, zawzięcie odśpiewują uroczystą Rotę (co z tego że wszyscy mają po 2-3 promile we krwi), manifestując wzniosły patriotyzm, a także wystawiają wykwintne i bogate uczty. Ale piją do nieprzytomności, najlepiej bawią się przy disco polo, a jak przekonuje panna młoda – chłopy tylko czekają, żeby spuścić komuś wpi…dol. Ten dualizm Polaka autor z ochotą wykorzystuje, nie odsądzając może swych współplemieńców od czci i wiary, ale aktywnie ich ganiąc i czasem dość brzydko pokazując palcem. Jest nie tyle moralizatorem, co brutalnym i rubasznym satyrykiem – z tym że w przeciwieństwie do Krasickiego nie jest mu za bardzo do śmiechu.

Kadr z filmu “Wesele”.

Wyrugować trzeba jednak narosły ostatnio mit, swoiste przebudzenie pewnej części widowni, która dostrzega w reżyserze Wesela lepszego Patryka Vegę. Otóż nie, Smarzowski dostrzega jakiś szerszy problem, jest konsekwentny w swoim obskurnym stylu, trzyma wysoki poziom całej obsady, a przede wszystkim – robi to na serio, trochę z powołania i trochę z poczucia autorskiej wizji świata. Ciemnej, groźnej i pesymistycznej – jak przechodzenie z dantejskiego Czyśćca wprost do ostatnich kręgów Piekła.

Zobacz również: “Jak pies z kotem” – Recenzja

Jednym z najciekawszych aspektów Wesela są oczywiście bohaterowie, zagrani przez bardzo dobrą ekipę zebraną przez Smarzola. Z wielu wątków warto wspomnieć o groteskowej historii Eluśki Wojnarowej (Iwona Bielska), która wraz z Gospodynią (Elżbieta Jarosik) gotują dla gości bigos. Kiedy danie okazuje się zatrute, w panice próbują zwinąć je ze stołu i zatuszować dowody przed sanepidem, co w praktyce trwa przez pół nocy. Klakier Wojnara, wujek Mundek (Jerzy Rogalski), to na co dzień poczciwy wiejski weterynarz. Przez całe wesele pozostaje jednak na usługach szefa, załatwiając drobne sprawy, za które oczekuje coraz większej zaplaty.

Do tego dwaj policjanci: Trybus (Andrzej Mastelarz) oraz Styś (Tomasz Sapryk) zatrzymują pijanego Wojnara i chcą zabrać mu auto, ten jednak przekonuje ich znajomością z wujkiem Edkiem (Lech Dyblik), także policjantem, i zaprasza ich na wesele. Szczytem wszystkiego jest jednak niezaprzeczalnie występ Arkadiusza Jakubika w roli notariusza, którego protagonista potrzebuje do przepisania ziemi dziadka. Przedstawia on wręcz całkowity upadek klasy urzędniczej, która najpierw mówi: „nie da się zrobić”, a następnie, po dwóch głębszych, podaje swój cennik. Poza tym, brawurowy Jakubik błyszczy humorem i frywolnością, znakomicie balansując między comic reliefem a kluczem do rozwiązania fabuły. Odkrycie tego aktora do dziś pozostaje jednym z najważniejszych osiągnięć Smarzowskiego.

Kadr z filmu “Wesele”.
Zobacz również: Kulturawka #8 – Ciała skolonizowane w twórczości Lucrecii Martel

Wesele jest zatem pamfletem, nawiązaniem otwartego i nieczystego dialogu z oryginałem Wyspiańskiego. Młodopolski twórca pisał o ukrytych przywarach, które były stale wypierane przez Polaków, współczesny reżyser robi coś całkiem podobnego. Obaj nie pozostają przy tym w swych rozważaniach łaskawi, uderzając rodaków ile wlezie, bo przecież ci szczerze na to zasłużyli. W filmowej reinterpretacji nie ma wezwania do walki o niepodległość – tę niepodległość już mamy i tego nikt nie kontestuje. Ale jak pokazuje los postaci Dziędziela, trzeba utrzymać jej stabilność, nie dać ponieść się szaleństwu, chciwości i egoistycznej obłudzie. Wesele może nie być zupełnym strzałem w dziesiątkę, lecz jest czymś dosadniejszym. Jest strzałem w potylicę.

PodcastPublicystyka

Złodzieje Rowerów #5 – Analiza “Tajemnic Silver Lake”

Szymon Pietrzak

Podcast ten dedykujemy przede wszystkim osobom, które już miały okazję zobaczyć najnowszy film Davida Roberta Mitchella. Ci, którzy nie mieli jeszcze okazji – serdecznie zapraszamy do powrotu do tego podcastu już po seansie, ponieważ pojawią się spoilery, będzie analiza, będą interpretacje, poszukamy różnych nawiązań.

P.S. Odtwórz i subskrybuj nas na: iTunes, Android lub RSS


Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.