KulturawkaPublicystykaRecenzje

Kulturawka #8 – Ciała skolonizowane w twórczości Lucrecii Martel

Marcin Kempisty

XVIII wiek, jedna z hiszpańskich kolonii. Don Diego de Zama, tytułowy bohater najnowszego dzieła reżyserki Lucrecii Martel, w pierwszej scenie filmu stoi nad brzegiem rzeki i majestatycznie spogląda w dal. Jedną nogę dumnie wystawia do przodu, pierś wypina z godnością przysługującą zajmowanemu przez niego stanowisku i ogarnia wzrokiem spokojną taflę wody, wyczekując na przybycie statku z ważnymi dla niego wieściami. Kontynuuje dzieło odważnych kolonizatorów, nosząc na barkach odpowiedzialność, królewskie instrukcje oraz dobrze skrojone odzienie. Wprowadza ład w życie podbitych dzikusów, biegających nago nieopodal na plaży.

Współczesność. Helena, matka głównej bohaterki w filmie Święta dziewczyna, spogląda na swoje odbicie w lustrze. Wdzięczy się do siebie, uśmiech nie schodzi z jej twarzy, gdyż poznała mężczyznę reagującego na wysyłane przez nią oznaki zainteresowania. Jej ciało płynnie faluje, energia powoli przechodzi przez kolejne komórki organizmu i można się tylko domyślać, jakie obrazy są właśnie wyświetlane w głowie dojrzałej kobiety. Wieku jednak po niej nie widać. Promienieje seksapilem i pragnie uciech w ramionach napotkanego doktora. Zmysłowe ruchy zostają jednak brutalnie przerwane, gdy do pokoju wchodzi koleżanka Mirta. Ukradkowe spojrzenie intruza i rzucony komentarz odziera chwilę z magicznej aury, otwierając drzwi nużącej codzienności.

Ciało ujarzmione a ciało odkryte. Gorset kulturowy a biologiczne uwarunkowania. Wreszcie potrzeba życiowej przestrzeni a wolność jednostek – to głównie na tych antypodach Lucrecia Martel buduje jądro swojej reżyserskiej kariery, badając istotę cielesności w kontekście relacji międzyludzkich i polityki.

Kadr z filmu “Zama”.

Świat utracony

Argentyńska artystka od 2001 roku wyreżyserowała zaledwie cztery pełnometrażowe filmy, każdemu z nich nadając silnie autorskie piętno. Bagno, Święta dziewczyna, Kobieta bez głowy (tzw. “kobieca trylogia”) i Zama to produkcje odznaczające się konsekwentnie wypracowaną stroną formalną. Jak stwierdziła Martel w jednym z wywiadów, scenariusze i storyboardy są przygotowywane na tyle skrupulatnie, że podczas kręcenia nie pozwala sobie na jakąkolwiek improwizację.

W wymienionych filmach zostało wykreowane swego rodzaju imaginarium, w obrębie którego stale dochodzi do rozpadu znaków i fluktuacji znaczeń. Reżyserka notorycznie wraca do tych samych symboli, często wykorzystując je w różnych kontekstach. Na przykład padający deszcz oznacza czasami katharsis doznawane przez bohaterów, by w innym momencie być niczym potop – kara za ludzkie występki. Również często pojawiające się baseny za każdym razem ujęte są w innym kontekście. To tam rozkwitająca panna może czuć się osaczona przez spojrzenia podnieconych mężczyzn, lecz również cieszyć się obecnością rówieśniczki. Baseny, tak jak codzienność, momentami są pełne błota, by w innych fragmentach stawać się metaforyczną przestrzenią sterylnej separacji od nurtu życia.

Wydaje się, że źródło interpretacyjnego zamieszania tkwi w istocie człowieczeństwa. Bohaterowie są bowiem sukcesywnie odzierani z metafizycznej “nadbudowy”. Martel patrzy na nich jak na ciała, worki na kości. Zwłaszcza w “trylogii kobiecej” konsekwentnie stawia kamerę blisko postaci, natrętnie przypatrując się drganiom ich mięśni czy zwisającym fałdom tłuszczu. Zawęża widzom pole widzenia i zmusza do tego, by doświadczać tylko zmysłowych wrażeń doświadczanych przez obserwowane ciała. Filtry złożone z obiektywu i ograniczeń prezentowanych obiektów stanowią podwójną barierę odgradzającą widownię od filmowego świata. Argentynka pozbawia wygodnej pozycji zdystansowanego “podglądacza”, stawiając na wspólnotę przeżyć razem z protagonistami. W ten sposób skazuje odbiorców na wieczną niepewność i odbiera prawo do wydawania jednoznacznych sądów.

Ciało ciału ciałem

Każde z ciał prezentowanych w filmach Martel zostaje przyporządkowane do odpowiedniej kategorii. Nadana etykieta skorelowana jest przede wszystkim z pochodzeniem organizmu oraz kolorem skóry. Uprzywilejowany status ma oczywiście skóra biała, pochodząca z klasy średniej. Status majątkowy jest w tym przypadku bez znaczenia. Matrona Mecha, twardą ręką zarządzająca rodziną w Bagnie, może i żyje w podupadającym dworku, ale posiadanie służby jest dla niej priorytetem, jak również przywilejem wynikającym z wielowiekowej tradycji. Także w Zamie wyższy status bohatera wynika z faktu, iż nie jest on autochtonem. Jednocześnie nie jest też kolonizatorem pochodzącym z Hiszpanii. To mężczyzna urodzony gdzieś w Ameryce, z niejasną przeszłością, a na pewno nieposiadający nobliwych przodków, co uniemożliwia mu dołączenie do grona wielkopańskiej socjety.

Kolejna oś podziału poprowadzona jest przez wiek ciał. Argentynka dostrzega mnóstwo napięć między dopiero rodzącą się kobiecością, a dojrzałością schodzącą ze sceny. Młodość charakteryzuje się automatycznie tłumionym wigorem, jak gdyby budząca się nieokrzesana siła była źródłem niebezpieczeństwa. Z drugiej strony więdnąca starość zamienia ciała w eksponaty rodem z muzeum figur woskowych, które tylko w wyjątkowych okolicznościach przebudzają się do życia.

Zobacz również: „Dzicy Chłopcy” – Recenzja filmu totalnego

Mogą to być wypadki, jak przypadkowe zranienie się szkłem (Bagno), czy kolizja samochodowa (Kobieta bez głowy), ale może to być również poryw serca (Święta dziewczyna). Energia nie jest już jednak wytwarzana samoistnie, tylko potrzebuje bodźca z zewnątrz. Oczywiście na “bogatsze” doświadczenia mogą liczyć jednostki uprzywilejowane, bowiem ciała rdzennych mieszkańców Ameryki Południowej są kolonizowane i służą zachciankom wyżej stojących na drabinie społecznej.

Nie ma to jednak racjonalnego uzasadnienia, wszystko odbywa się w ramach pokrętnie rozumianej “umowy społecznej”. Wprawdzie “trylogia kobieca” osadzona jest we współczesności, ale feudalne kajdany wciąż nie zostały wyrzucone do kosza. Prawo mija się pod tym względem z wielowiekowymi praktykami oraz nadal istniejącymi różnicami w kapitale materialno-kulturowym. To między innymi dlatego białej bohaterce Kobiety bez głowy tak łatwo przychodzi unikanie weryfikacji, czy potrąconą przez nią istotą był pies, czy chłopiec o innym niż ona kolorze skóry.

Biokolonia

Wyżej zarysowana typologia ciał jest wprowadzana do filmów przez samych bohaterów. To oni, ze swoimi przesądami i uprzedzeniami, dokonują krzywdzących rozróżnień, mających na celu polepszenie własnej sytuacji. Jako produkty cywilizacyjnej tresury, w której pod płaszczykiem budowania “wolnej woli” przemyca się określone treści, białe postacie tkwią w matni wiecznego szufladkowania i oceniania innych.

Lucrecia Martel wnikliwie przygląda się tym procesom, lecz jednocześnie próbuje obrać wolną od konstruktów społecznych, szerszą perspektywę. Snuje dwie równoległe narracje wplątujące widza w sieć paradoksów tylko pozornie sobie zaprzeczających. Mimo stosowania silnie zsubiektywizowanej narracji wystawia głowę ponad tłum, by wydobyć na światło dzienne prawa rządzące wszystkimi. Wyrzuca podglądane obiekty poza ziemskie uwarunkowania, by zaprezentować je w “stanie czystym”, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Szuka ciał, które nie mają nic oznaczać, lecz po prostu być. Walka toczy się o stworzenie warunków, w których spojrzenie będzie wolne od racjonalnej refleksji.

Argentynka robi to przede wszystkim przy pomocy ciągłego odbierania szans na poczucie upływającego czasu. Nie sposób ustalić, ile dni mija między pierwszą, a ostatnią sceną. Raz wydłuża sceny, a raz stosuje szybki montaż. Zresztą sami bohaterowie, umęczeni wiecznie panującym upałem, chronią się w ciemnych sypialniach, śpią, kiedy tylko najdzie ich ochota, a każdy kolejny dzień jest bliźniaczo podobny do poprzedniego. W przedstawionym świecie, “na zewnątrz”, zawsze panuje bezruch i nuda. Postacie rzadko rozmawiają o pieniądzach, a ich cele i marzenia pozostają jedynie w sferze domysłów, jak gdyby interesowało ich tylko wyrywanie kolejnych kartek z kalendarza. Jednocześnie reżyserka zamyka bohaterów w ciasnych przestrzeniach (np. w Świętej dziewczynie będzie to hotel), żeby wydobyć ich z nurtu życia i umieścić w laboratoryjnych warunkach. Tworzy kolonie stłoczonych ciał, by z uwagą śledzić wieczny ruch odbywający się we wnętrzach tych organizmów.

Zobacz również: Camping #23 – „Martwica Mózgu” (1992)

W ujęciu Martel panuje niekończąca się walka o zrealizowanie wewnętrznych potrzeb. Można, tak jak Zama, założyć surdut, można próbować zapomnieć, wierzyć w objawienie Matki Boskiej czy odurzać się alkoholem, lecz ostatecznie nie da się odgrodzić od bijącego serca czy palących członków. To biologia staje się najpotężniejszym kolonizatorem, ponieważ bohaterami tych filmów rządzą głównie popędy. W Kobiecie bez głowy protagonistka zdradza męża, w Bagnie dojrzewająca dziewczyna walczy o uznanie jej kwitnącego uczucia do służącej, zaś w Świętej dziewczynie przybywający do hotelu doktor miota się między starszą kobietą, a jej córką.

Dopiero w Zamie zostaje przyjęta perspektywa osoby pragnącej za wszelką cenę zdusić pierwotną siłę. To właśnie te biologiczne odruchy odciskają piętno na świecie przedstawionym. Tylko oddanie głosu biologii prowadzi do zaznania przyjemności, zaś jej tłumienie wzmaga poczucie wszechogarniającej nudy i bezcelowości. W dążeniach do zdyskursywizowania praktyk cielesnych reżyserka nie stawia przed sobą żadnych barier czy moralnych dylematów. Nie widzi ona problemu w wymienianiu czułych dotyków czy dwuznacznych komentarzy między rodzeństwem. Zestawia też pozy kochanków ze scenami, w których matka opiekuje się synem. Ciała potrzebują różnego rodzaju pieszczot, dając się przyciągnąć tylko ciałom oferującym pożądane doznania.

Ciała ujarzmione

Kino Lucrecii Martel ujawnia paradoksy zakorzenione w ludzkiej egzystencji. Podkreśla, jak często wewnętrzne pragnienia są sprzeczne z obowiązującymi zasadami czy postawami innych osób. Nie sposób ich w pełni zrealizować, zwłaszcza gdy tkwi się jedną nogą w paradygmacie “ucywilizowanego” Zachodu. Jednocześnie artystka sugeruje, że uczciwa odpowiedź na te potrzeby zakłada podróżowanie po krainie aksjologicznej pustki, gdzie nie ma rojeń o życiu wiecznym, przez co samotność bywa dużo boleśniej odczuwalna. Prawda cielesności wymaga bowiem wiecznego chodzenia pod prąd i narażania się na kolejne porażki. A przede wszystkim prawda cielesności wymaga zgody na całkowitą wolność. Tymczasem wolność jest stanem absolutnie niepożądanym. Świadomość braku granic wprowadziłaby popłoch, więc kolonizowanie ciał innych grup działa jako budowanie stałych fundamentów społeczeństwa.

To właśnie dlatego reżyserka snuje dwie równoległe narracje, co w efekcie prowadzi do stworzenia przesłania głęboko humanistycznego, jak również politycznego. Przyglądanie się biologicznej naturze człowieka niesie ze sobą wydobywanie na światło dzienne mechanizmów rządzących ludzkim postępowaniem. Argentynkę interesuje esencja człowieczeństwa, na mocy której konstytuuje się jednostkowe “ja”. Jednocześnie bada ona naturę konstruktów społecznych jako praktyk pozwalających na względnie płynne funkcjonowanie w większej grupie. W opisywanych czterech filmach dochodzi do zderzenia subiektywnego spojrzenia bohaterów z uniwersalizującym spojrzeniem kamery, co w efekcie prowadzi do ujawniania ciągle występujących napięć. W tym kontekście człowiek jest istotą jedynie naśladującą prawa biologii. Nie dość, że sam zostaje ujarzmiony przez popędy, to jeszcze podbija i kolonizuje ciała innych osób. Podświadomie odtwarza procesy zachodzące w swoim organizmie i na ich podstawie buduje rzeczywistość.

Taniec ciał

Jedna z bohaterek Bagna, zapytana dlaczego rozpowiada plotki na temat romansu kuzynki, odpowiada, że opowieści służą wyciąganiu wniosków z pomyłek, co z kolei miałoby pomagać w unikaniu błędów w przyszłości. Takie są też filmy Lucrecii Martel, starającej się na wielu płaszczyznach ukazać katalog ludzkich przywar i namiętności. Skoro jednak od pełnometrażowego debiutu Argentynki minęło siedemnaście lat, a ona nadal dotyka tych samych tematów, to można przypuszczać, że naświetlone konflikty i paradoksy są do tej pory nierozwiązane. Wciąż obraz ludzkiej egzystencji składa się z balansowania między potrzebami ciała, a racjonalnym postępowaniem. Taniec ciał trwa w najlepsze, mimo że biologiczno-kulturowa orkiestra fałszuje.

CampingPublicystyka

Camping #23 – “Martwica Mózgu” (1992)

Bartek Bartosik

Pamiętacie Władcę Pierścieni? To właśnie tej monumentalnej, trzyczęściowej ekranizacji legendarnej powieści zawdzięczamy erę, kiedy każdy blockbuster musiał być zwieńczony epickim starciem dwóch (lub więcej) armii. Sukces trylogii wyniósł jej twórcę – Petera Jacksona na piedestał i dał mu renomę człowieka, który mistrzowsko operuje rozmachem. Zaskakująco mało ludzi jednak pamięta, że dekadę przed Drużyną Pierścienia, reżyser najbardziej komfortowo czuł się w niszy na wskroś nowozelandzkich, horrorowych gore-komedii. Wśród nich, największego kultu dorobiła się Martwica Mózgu.

Główny bohater – Lionel, jest niezdarą, a jego matka jest okropną jędzą. Staje się jeszcze okropniejszą jędzą, gdy próbując nakryć syna na randce z jego ukochaną, zostaje ugryziona przez egzotyczne zwierzę w zoo i zamienia się w gnijące zombie. Od tego momentu kolejne osoby, jak domino, padają ofiarą zarazy, która każe im pożerać ludzi. Ocalali będą musieli użyć każdej dostępnej broni by ustrzec swoje wnętrzności przed krwawym uzewnętrznieniem. W ruch pójdą kosiarki, żelazka, a nawet roboty kuchenne.

Największym atutem, któremu Martwica zawdzięcza swoją renomę, są oszałamiająco dobre efekty praktyczne. Wszechobecne poucinane kończyny, rozwleczone jelita, powyciągane, wciąż bijące serca, a także śluzy, których obecności w ludzkim organizmie nie pamiętam z lekcji biologii, są tak piękne, że można się w nich zakochać. W żadnym wypadku nie celują w fotorealistyczną wiarygodność – wręcz przeciwnie, jej kosztem eksploatowana jest śliska, obrzydliwa aż do przesady estetyka. Jeżeli macie wrażliwy żołądek, to przed seansem otoczcie się rozsądną ilością wiader i przygotujcie się mentalnie na głowy wrzucane do sokowirówek. Dla naszej uciechy przed kamerami przeleją się 302 litry sztucznej krwi, co po dziś dzień jest nieoficjalnym rekordem świata.

Mimo tych wszystkich potworności, a może właśnie z ich powodu, film jest przede wszystkim komedią. Gdyby Martwica była naczyniem, a przezabawne sekwencje, w których bohaterowie potykają się o leżące na ziemi obiekty były cieczą, to dzban byłby wypełniony po brzegi. Absurdalny humor zmusi was do głośnego zadawania pytań retorycznych takich, jak „Czy oni naprawdę to zrobili?” przy akompaniamencie klasycznego „Co do chuja?”. Zaufajcie mi, kiedy piszę, że absolutny hit, jakim jest zombie-niemowlę, to dopiero początek.

Peter Jackson stworzył dzieło niewątpliwie inspirowane najlepszymi. Warstwa muzyczna, niczym u Almodóvara, swoją kiczowatością przywodząca na myśl latynoskie telenowele. Slapstickowy, absurdalny humor czerpiący garściami z dorobku Charliego Chaplina. Protagonista, który z ofiary losu i nieudacznika przeistacza się w Bruce-Campbellowską figurę rodem z drugiej części Martwego Zła. Sam proces tej metamorfozy sprawia, że film można wymieniać jednym tchem z innymi arcydziełami gatunku coming-of-age, jak na przykład Moonlight, Call Me By Your Name czy Boyhood. Jeśli ktoś powie, że nie bawił się świetnie na Martwicy Mózgu, nazwę go kłamcą i rzucę mu rękawicę.

Recenzje

“Dzicy Chłopcy” – Recenzja filmu totalnego

Maciej Kędziora
Kadr z filmu "Dzicy Chłopcy"

Kiedy w 1968 roku na ekranach francuskich kin pojawiła się produkcja “Goto, Wyspa Miłości” Waleriana Borowczyka, niebo nad Paryżem zadrżało, a pruderyjny lud wyszedł na ulicę. Nie dość, że nasz reżyser zdecydował się na ukazanie dość wulgarnej strony romansu i miłości, to jeszcze – o zgrozo – stworzył w tym wszystkim dość silną postać kobiecą (co było z perspektywy czasu patrząc wyjątkiem w jego karierze). Kiedy więc w 2018 na ekranach festiwalowych podczas Nowych Horyzontów puszczono “Dzikich Chłopców” spod ręki duchowego spadkobiercy Borowczyka – Bertrand Mandico – Wrocław nie mógł pozostać obojętnym. I tak po seansie na ulicach można było spotkać zdyszanych z podniecenia dawką nagiego arthouse’u widzów, a z głośników samochodowych leciało zapętlone “Być kobietą, być kobietą”.

Kadr z filmu “Dzicy Chłopcy”

Mandico nie przebiera w środkach i swój pełnometrażowy debiut rozpoczyna sceną gwałtu. Pięciu głównych bohaterów stoi przed nami, by po chwili rzucić się na swoją nauczycielkę francuskiego. Zabójczy popęd seksualny doprowadza ich na skraj dewiacji, kiedy to decydują się rozpiąć rozporki i dokonać tego niewybaczalnego czynu, kwitując go wymownym i zarazem obrzydliwym uśmiechem ekstazy. Potem wracają, jak gdyby nigdy nic, do domu, ale każda zbrodnia prędzej czy później musi skończyć się karą. Tak jak Raskolnikow został za swój czyn zesłany na Sybir, tak nasi bezduszni chłopcy muszą udać się na przymusową lekcję wychowania na tajemniczą wyspę Reunion pod wodzą nieustraszonego kapitana (Sam Louwyck).

Zobacz również: Recenzję “Domu nad Jeziorem”

Kapitan, podobnie jak J. Andrzejewski w “Ciemności kryją Ziemię”, twierdzi, że “Nie usuniemy gwałtu i przemocy, jeśli również nie usuniemy podstawowych zasad, które gwałt i przemoc zrodziły.”. Ową zasadą, która tę przemoc zrodziła, jest w przypadku Jean-Louisa i ekipy niepohamowany popęd i żądza seksualna. Jak jednak się okaże, na Reunion z nabrzmiałych 15-centymetrowych roślin płynie biały syrop, umożliwiający uleczenie wszystkich chorób i zboczeń seksualnych, a także ograniczający produkcję groźnego w nadmiarze testosteronu. Kiedy wyjdzie na jaw, że na pozornie bezludnej i niebezpiecznej wyspie, w kształcie pewnej kobiecej części intymnej, ukrywa się demoniczny doktor Severine, terapia przyszłych mężczyzn zakończy się w dość nieszablonowy, nawet jak na współczesną medycynę, sposób.

Bertrand Mandico przemyślał każdy element swojej produkcji, przez co “Dzikich Chłopców” ogląda się nie tylko z zapartym tchem, ale również otwartymi z niedowierzania ustami. Dużo jest tu momentów szokujących, atakujących pruderyjność ludzkiego umysłu, skazujących widza na wielki wysiłek intelektualny, by spróbował on w pełni zrozumieć, co właśnie w tym momencie ogląda. Każdy kadr, poza byciem niewątpliwym dziełem sztuki czerpiącym garściami z dziedzictwa malarzy postmodernistycznych, to także pewna zamknięta historia, przez co “Chłopców” można również oglądać na wyrywki jako zbiór nowel łączących się w całość. Trudno jednak wytknąć mankamenty sposobu przedstawienia historii, bo jest to bez wątpienia jedna z najbardziej onirycznych i hipnotyzujących pozycji nie tylko XXI wieku, ale w historii kinematografii.

Kadr z filmu “Dzicy Chłopcy”

Każdy z chłopców, mimo tego że najczęściej widzimy ich na ekranie w zwartej grupie, ma w różnym stopniu rozwiniętą zdolność empatii. Szkoda, że przez presję otoczenia wszyscy ubierają maski niepozwalające im pokazać, kim naprawdę są.
Kiedy jednak są razem, sposób budowania między nimi relacji sięga mistrzowskiego poziomu znanego mi prawdopodobnie jedynie z “Władcy Much” Williama Goldinga. Jean – Louis, który przez sposób bycia przykuwa naszą uwagę, Tanguy, o którego przez większą część seansu najbardziej się troszczymy, czy też Hubert, którego nie jesteśmy w stanie polubić. Każdy z nich ma własną, niepowtarzalną osobowość i co ważniejsze, mimo wszystkich zmian, w żadnym momencie jej nie zatraci.
Zobacz Również:Wprowadzenie do festiwalu Ars Independent

Oczywiście najbardziej rozpoznawalną cechą “Dzikich Chłopców” jest unikatowy w obecnych czasach styl. Czy to przez pięknie zaprojektowane czarno-białe kadry, świetną charakteryzację, twarze bohaterów godne okładek Vogue’a, czy też moment przejścia, kiedy na świat przedstawiony zaczynamy patrzeć przez pryzmat post-neonowych świateł. Jeśli byliście fanami sztuki Borowczyka i Jana Lenicy, Mandico nie tylko się na niej wzoruje, ale również ją udoskonala, dostarczając widzowi estetycznych doznań godnych produkcji Refna i Wesa Andersona.

Co chyba jednak najważniejsze, Mandico w żadnym momencie nie sięga po sprawdzone chwyty, próbując mimo wszystkich inspiracji wykreować swój artystyczny i niepowtarzalny styl. Nikt tak jak on nie potrafi połączyć kipiącego z ekranu erotyzmu z subtelnością godną poezji Pierre’a de Ronsarda. Nikt tak jak on nie potrafi wciągnąć mnie w swój świat i spowodować, że czuje się jego częścią. Nikt tak jak on nie potrafi zahipnotyzować widza i przemówić mu do rozsądku uderzając w jego najbardziej czuły punkt. Nikt tak jak on nie rozumie biologicznych żądz mężczyzny jednocześnie próbując powstrzymać to dominujące we współczesnym świecie zezwierzęcenie.

“Dzicy Chłopcy” to film idealny w prawie wszystkich kwestiach. Do perfekcji brakuje mu jedynie odrobinę lepszych ról aktorskich, ale również ten margines od idealności perfekcyjnie wpisuje się w kanwy dzieła. Przecież żaden młody chłopak nie ma szansy zbliżyć się do ideału, który nie istnieje. Szczególnie chłopak wchodzący w bardzo trudny dla jego psychiki i rozwoju samoświadomości seksualnej okres.

Kadr z filmu “Dzicy Chłopcy”

Jeśli miałbym wskazać obowiązkową pozycję dla młodzieży płci męskiej w wieku 15-17 lat, to byłoby to dzieło Mandico, bo w bardzo dosadny sposób pokazuje on konsekwencje pewnych wyborów i czynów, na jakie niektórzy mogą się niestety decydować. Dodatkowo, może w gdzieś w tyle głowy pozostanie im myśl, że “Świat jest kobietą”. I kto wie? Może zamiast myśleć jak użyć pewnej części ciała poniżej pasa, pomyślą o tym jak użyć bardziej pociągającej części ich anatomii – swojego rozumu. Bo tego nie stracą w żadnych okolicznościach.

SPECJALNE POKAZY FILMU “DZICY CHŁOPCY” ODBĘDĄ SIĘ NA FESTIWALU ARS INDEPENDENT W KATOWICACH

Recenzje

“Dom nad Jeziorem” – Recenzja

Albert Nowicki

Skandynawska populacja uchodzi za bardzo kosmopolityczną, ale − co oczywiste − nie wszyscy dążą do zniesienia podziałów kulturowych. Niczym nieuzasadnionej ksenofobii przyjrzał się Mikko Makela w swoim debiutanckim filmie, „Dom nad jeziorem” (tytuł festiwalowy „Ukryci w sitowiu”). Przykład Jouko − ojca głównego bohatera − dowodzi, że nawet w postępowej, wydawałoby się, Finlandii jawnie demonstrowane są postawy fobiczne, dyskryminacyjne, wyrastające z niedostosowania społecznego. Pochodzący z Syrii robotnik, Tareq, przybiera asekuracyjną postawę i nie sposób mu się dziwić: ponieważ komunikuje się po angielsku, a nie fińsku, zleceniodawca rozmawia z nim jak z dzieckiem − jak z kimś, kto niczego nie rozumie, a prawdopodobnie też nic nie potrafi. Za światopoglądem Jouko stoją skróty myślowe; to nienadążający za nowoczesnością konserwatysta, dla którego wojsko ma większą wartość niż studia w Paryżu, a opinia sąsiada urasta do rangi sacrum.

„Dom nad jeziorem” nie jest pierwszym fińskim filmem, który z uchodźcy czyni postać pierwszoplanową (w ubiegłym roku na ekranach kin gościł komediodramat „Po tamtej stronie”, z Sherwanem Hajim jako Syryjczykiem tułającym się po „progresywnej” Europie). Makela nie poświęcił kryzysowi migracyjnemu zbyt wiele uwagi; przystojny Arab przede wszystkim zdobywa serce Leeviego, nie uczy zaś jego ojca tolerancji. Podjęty zostaje temat innych konfliktów i zgryzot społecznych (np. obowiązkowej służby wojskowej, przez którą młodzi Finowie uciekają zagranicę), ale są to problemy w znacznej mierze niewypowiedziane, niby podsycające dramatyzm, a mimo wszystko niedostatecznie rozwinięte. Bohaterowie toczą trywialne, często wykraczające poza scenariusz rozmowy, co dla Kabbaniego i Puustinena okazuje się gratką − pozostawia im bowiem szerokie pole do własnej improwizacji oraz niczym niepohamowanego manewru dramaturgicznego. Luźne dialogi nieźle współgrają z naturalizmem estetycznym: „Dom nad jeziorem” rozgrywa się przede wszystkim w przestrzeniach otwartych.

Leevi i Tareq dyskutują o swoich tęsknotach, pragnieniach i obawach. Obaj szukają na świecie miejsca, które mogliby nazwać domem: pierwszy z nich czuje się nieswojo u boku homofobicznego ojca, drugi zaś porzucił ojczyznę. Ten motyw akcentowany jest przez tytułową, leśną chatę − wymagającą gruntownej przebudowy. Praca manualna uwyraźnia męskość obu postaci, choć − bez porównania się nie obejdzie − sam film jest mniej „szorstki” niż fabularnie bliźniaczy projekt Francisa Lee, „God’s Own Country”. To był dramat bez reszty angażujący, powstały z inicjatywy reżysera o dominującej sile i wyraźnej wizji. Makela zaś nakręcił obraz powściągliwy, oszczędny w swej formie, chwilami zbyt subtelny w warstwie narracyjnej. Za swoją pracę i tak uzyskał kilka „branżowych” wyróżnień, bo „Dom nad jeziorem” bynajmniej nie jest kiepskim debiutem. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że bazując na soczystszym scenariuszu − a mówiąc wprost: pracując z lepszym tekstem − młody Fin dowiódłby światu, jak wrażliwym i utalentowanym jest filmowcem. Za sprawą „Domu…” − a zwłaszcza scen romantycznych uniesień − poznałem w Makeli reżysera ze sporym potencjałem i perspektywą rozwoju.

 

Recenzje

“Zegar Czarnoksiężnika” – Recenzja

Maciej Kędziora

Im bardziej oddalam się od przekroczonej niedawno granicy pełnoletności tym częściej próbuje sięgać po produkcje skierowane do młodszego odbiorcy, głównie dlatego, że chcę odnaleźć w sobie cichnący gdzieś w głębi dziecięcy pierwiastek. Trudno przecież o bardziej szczere i ciepłe produkcje niż te skierowane do najmłodszego widza, który musi poczuć płynącą z ekranu magię. Sam przecież pamiętam jak z wypiekami na twarzy biegłem na kolejne części “Harry’ego Pottera”, by potem na podwórku wyobrażać sobie swój pobyt w Hogwarcie. Toteż z pewną nostalgią podszedłem do seansu Zegara Czarnoksiężnika licząc, że trafiony urokiem wrócę do rzucania na ulicy expeliarmusami. Niestety – chyba uodporniłem się na czary.

Kadr z filmu “Zegar Czarnoksiężnika”

Wszystko zaczyna się od tradycyjnego puntu wyjścia – Lewis (Owen Vaccaro) na skutek wypadku samochodowego stracił rodziców i teraz chcąc – nie chcąc musi zamieszkać ze swoim lekko zwariowanym wujem Jonathanem (Jack Black), którego co gorsza nigdy nie widział na oczy. Jonathan oczywiście okazuje się być ekscentrykiem, biegającym po ulicy w kimonie, wożącym się bardzo zardzewiałym autem ledwo przypominającym lata świetności. Chłopak jednak nie wie, że jego wuj, wraz z elegancką i z lekka zdystansowaną sąsiadką Panią Zimmerman (Cate Blanchett), ukrywają przed nim pewien magiczny sekret.

Zobacz również: Ostatni odcinek FilmoTonów

Poza dość oczywistym faktem, że obydwoje są czarnoksiężnikami – choć może właściwiej by było napisać czarnoksiężnikiem i czarownicą – mają również pewne bardzo niebezpieczne zadanie do wykonania – muszą odnaleźć i zniszczyć mityczny Zegar Czarnoksiężnika, stworzony przez niezwykle groźnego, acz martwego Isaaca Izarda (Kyle Maclahlan). By powstrzymać zbliżającą się światową klęskę, muszą przełamać swoje słabości jak i spróbować znaleźć między sobą nić porozumienia.

Zobacz Również: Recenzję serialu “Jack Ryan”

Niestety, poza świetnie wyglądającą na papierze historią, Eliemu Rothowi nie udało się stworzyć na ekranie pasjonującego świata i mówię to nie tylko z mojej perspektywy, ale również młodego widza. Choć na ekranie widać lata spędzone na planie z Quentinem Tarantino (Roth grał w Deathproof i Bękartach wojny), chociażby poprzez zaskakująco brutalne jak na bajkę ukazanie przemocy (jawnie czerpiące z Braci Grimm), czy też momentami dość niewybredne (nawet w polskiej wersji językowej) kwestie, to całej produkcji brakuje jakiekolwiek polotu. Problem w tym, że stosunkowo oryginalną stylistykę łączy z bardzo sztampowymi i mało wyszukanymi żartami z odchodów i wypróżniania się, które same dzieciaki z sali odbierały z wymownym milczeniem. Podobnie nijako wypadły kluczowe dla rozwoju fabuły sceny akcji, nie wywołujące we mnie żadnych emocji co gorsza, nie wykorzystujące potencjału drzemiącego w czarach.

Kadr z filmu “Zegar Czarnoksiężnika”

Trudno jednak zrzucać w tym wszystkim winę na aktorów. Jack Black, jak zawsze, dzięki swojej nad wyraz rozwiniętej ekspresji aktorskiej zagarnia cały ekran dla siebie i wyciągając z rękawa wszystkie znane mu tricki około slapstickowe, całkowicie podbił moje serce. Równie dobrze wypada Cate Blanchett w roli paryskiej królowej magii, stając się definicją słowa “klasa”. Tu jednak pozytywy się kończą. Kyle Maclahlan mimo starań dostaje zdecydowanie zbyt mało czasu ekranowego w stosunku do ilości nałożonego make-upu, przez co nie może stworzyć wiarygodnej i faktycznie odrażającej postaci arcywroga. Jeśli chodzi zaś o młodszych to o ile Owen Vaccaro w przeciwieństwie do większości przypadków pierwszoplanowych ról dziecięcych nie działał mi na nerwy, o tyle Sunny Sujlic w roli irytującego “znanego” dziecka, odbierał mi jakąkolwiek chęć uważnego śledzenia wątku perypetii szkolnych Lewisa.

Kolejnym bardzo dużym problemem jaki miałem z odbiorem Zegara Czarnoksiężnika jest brak konkretnej grupy wiekowej dla jakiej jest on skierowany. O ile większość humoru przeznaczona jest zdecydowanie do tych najmłodszych, o tyle sam sposób ekspozycji rodzi bardzo duże wątpliwości czy zabrać swego siedmioletniego kuzyna na tę produkcję do kina. Za dużo tutaj niepokoju, przemocy, jump-scare’ów (sic!), czy też horroru rodem z “Gremlinów”, przez co częściej niż parsknięcia śmiechu słyszałem głosy przerażenia.

Zobacz również: Recenzję filmu “Jak pies z kotem”

Jedno jest jednak pewne – film jest piękny wizualnie. Hipnotyzujący koloryt kadrów, nietuzinkowe kostiumy i wreszcie bardzo sumiennie i starannie wykonane animacje komputerowe, mogą spowodować, że chce się w świat oglądany na dużym ekranie uwierzyć. Podobnie ma się sprawa polskiego dubbingu – mimo że znam lepsze przypadki, nie odbiera on przyjemności płynącej z seansu.

Kadr z filmu “Zegar Czarnoksiężnika”

Niestety, Zegar Czarnoksiężnika nie spełnia jednego, bardzo prozaicznego, acz kluczowego moim zdaniem zadania – nie pobudza on wyobraźni. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której po ulicach biegają dzieciaki próbujące zostać Lewisem i wymyślać własne czary, czy też – jak główny bohater – stać się nieustraszonymi. A szkoda, bo może wówczas znalazłyby w sobie ten jakże ważny pierwiastek magii, a tak czeka ich kolejna przymusowa wizyta na przyspieszonym kursie w Hogwarcie.

Recenzje

“Johnny English: Nokaut” – recenzja

Bartłomiej Rusek

Rowan Atkinson z pewnością jest jednym z najbardziej charakterystycznych aktorów komediowych z Wielkiej Brytanii. Wychowałem się, podobnie jak wiele innych osób, wielokrotnie oglądając serial, w którym wcielał się on w popularnego Jasia Fasolę. Po jakimś czasie została jednak wykreowana przez niego inna ciekawa rola, jaką jest Johnny English, nazywany najbardziej pechowym agentem brytyjskiego wywiadu. O ile pierwsza część jego przygód, była całkiem udaną komedią, w oryginalny sposób parodiującą znane franczyzy o tajnych agentach, tak druga wyraźnie odstawała swym poziomem. Teraz jednak, na siedem lat po ostatnim filmie o agencie MI7, Rowan Atkinson po raz kolejny przywdziewa swój czarny garnitur i pędzi by ratować Zjednoczone Królestwo.

Johnny English
kadr z filmu “Johnny English: Nokaut”

U jego boku pojawia się znany z pierwszej części asystent Bough (Ben Miller). Oprócz niego na ekranie zobaczymy również Olgę Kurylenko oraz wcielającą się w rolę pani premier dwukrotną laureatkę Oscara Emmę Thompson. Należy wspomnieć również postać Jake’a Lacy’ego wcielającego się w jedną z głównych ról. Na pierwszym planie pozostaje jednak nasz tytułowy protagonista, który po raz kolejny ma do wykonania niezwykle niebezpieczną misję.

Zobacz Również: Recenzję filmu “Jak pies z kotem”

Tym razem musi on odszukać hakera odpowiedzialnego za cyberataki, których skutkiem jest między innymi ujawnienie personaliów wszystkich agentów MI7. Już sam główny wątek fabularny wskazuje na podobieństwa do innych franczyz o tajnych agentach – film Davida Kerra nie parodiuje bowiem jedynie agenta 007, ale ogół produkcji o brytyjskim wywiadzie. Wspomniany antagonista jest niestety znacznie gorzej wykreowany od tych z filmów o Jamesie Bondzie, czy chociażby Kingsman. Jest on bardzo przewidywalny (wiedziałem kim jest od momentu gdy pierwszy raz pojawił się na ekranie), a jego plan ocieka absurdem.

Johnny English
kadr z filmu “Johnny English: Nokaut”

Od początku wiedziałem, że mnie nie zachwyci. Wszystko dlatego, że składał się właściwie ze zlepku scen, przypominających bardziej zwiastun, niżeli pełnoprawną produkcję.. Chaotyczny montaż jest przy tym jedną z głównych cech tego filmu, gdyż później jest niewiele lepiej. Johnny English: Nokaut przypomina zestawienie mniej lub bardziej śmiesznych skeczy, które nie mają w sobie niemalże nic oryginalnego.

Zobacz również: Recenzję drugiego sezonu “Atypowego”

Mimo tego muszę przyznać, że całość oglądało mi się całkiem przyjemnie. Miał swoje lepsze momenty (jak scena z goglami VR), choć pojawiający się na mojej twarzy uśmiech wynikał częściej z zażenowania tym, co widzę na ekranie, niż z samego komizmu produkcji. W efekcie, wspomniane lepsze momenty stanowiły może kilka minut spośród niemalże dziewięćdziesięciu, które wysiedziałem w sali kinowej.

Johnny English
kadr z filmu “Johnny English: Nokaut”

Trzeba przyznać, że polski dystrybutor wybrał podtytuł adekwatny do tego, co otrzymujemy na ekranie. Film ten to zdecydowany nokaut franczyzy, która rozpoczęła się w interesujący, pełen komizmu sposób, aby w kolejnych częściach prezentować coraz to niższy poziom. Trzecia odsłona przygód Johnny’ego Englisha to nokaut nie tylko tej serii, ale całej marki Rowana Atkinsona, który wyraźnie się wypalił i nie potrafi już bawić publiki tak, jak za swoich najlepszych czasów. A szkoda, gdyż oglądając stare filmy z tym aktorem w roli głównej, potrafię się śmiać już z samej jego mimiki. W tym przypadku nie pomagają mu jednak ani dialogi, ani efekty specjalne.

 

Ocena

4 / 10
Publicystyka

FilmoTony #03 – BlackKklansman, czyli This is America

Maciej Kędziora

W tym roku pojawiły się dwa bardzo ważne dla Afroamerykanów dzieła. Na początku marca piosenka, która z miejsca stała się hitem, czyli “This is America” Childisha Gambino, a nie tak długo później w ramach festiwalu w Cannes Spike Lee zaprezentował swoją czarną (nomen omen) komedię “BlacKkKlansman”, która w polskiej dystrybucji dostała bardzo dosłowny przedrostek “Czarne Bractwo”. A co, jeśli powiedziałbym wam, że obydwa z pozoru niezależne twory wzajemnie się uzupełniają? Dlatego też w dzisiejszych Filmotonach zabiorę was do krainy mlekiem i rasizmem płynącej. Bo niestety – to jest Ameryka.

Kadr z filmu “BlackKlansman”

Uwaga, tekst zawiera spoilery dotyczące filmu “Czarne Bractwo. BlackKklansman”

Yeah, yeah, yeah, yeah, yeah
Yeah, yeah, yeah, go, go away

Jednym z najbardziej ikonicznych kadrów tego roku w świecie okołofilmowym zostanie najpewniej Donald Glover strzelający w głowę przywiązanego mężczyzny. Podobnym strzałem w twarz widza rozpoczyna Spike Lee, od początku przyciągając uwagę widza. Monolog Aleca Baldwina (choć chciałoby się już powiedzieć Donalda Trumpa), jest “chlubnym” manifestem wszystkich wierzących w białą supremację i oddających się niecnym czynom pod “Narodziny Narodu” David W. Griffitha. Co z tego, że Dr Kennebrew Beauregard jąka się i jest wiecznie sfrustrowany, skoro jego głównym pragnieniem jest przywrócenie Ameryce miana wielkiej. A przecież pragnienie wielkości, zgodnie z ideą makiawelizmu, usprawiedliwia wszystko.

Zobacz również: Ostatni odcinek Filmotonów

Get your money, Black man (Black man)
Get your money, Black man (Black man)

By zmienić sytuację, z jaką mierzy się grupa, czasem potrzeba jednego odważnego. Sam Spike w swojej karierze nieraz odwoływał się do tej zasady – czy to w postaci człowieka-legendy Malcolma X, czy też Bleeka Gilliama (w obydwu rolach Denzel Washington). Teraz osobą, która bierze swój los we własne ręce, jest pierwszy czarnoskóry detektyw w Colorado Springs, Ron Stallworth (symptomatycznie w tę rolę wciela się syn Denzela – John David Washington). Ron, który przez większość czasu spędzonego w LAPD musiał zmierzyć się z rasizmem, wyzwiskami, wylewanymi na niego słownymi fekaliami, jest jednym z najbardziej sumiennych pracowników komisariatu. W przeciwieństwie do większości, postanowił on zmienić swoją sytuację czynami, a nie słowami. Dlatego też chwycił i wykonał zmieniające swoje życie telefon. Telefon, przez który musiał stać się białym człowiekiem.

Kadr z filmu “Blackklansman”

This a celly (ha)
That’s a tool (yeah)
On my Kodak (woo, Black)

Podczas infiltrowania Ku Klux Klanu, nie może liczyć na wielkie wsparcie miejscowego komisarza, dla którego ludzie tworzący płonące krzyże nie są problemem. Ot – margines społeczny, zwykłe, jurne chłopaki. Posiadają broń (2. Poprawka Konstytucji!), bo przecież polowania to kluczowy element życia w Colorado. Zdarzają im się pobicia, ale kto z nas czasem nie przesadzi z alkoholem. Ron poza gorzną organizacją, musi zmierzyć się z jednym z największych problemów wszechświata – zamordyzmem ideologicznym. A Lee na to wszystko patrzy i nie ocenia, tylko z powątpiewaniem kiwa głową. Po cóż zadawać przecież pytanie retoryczne: co by było, gdybym to ja miał pistolet w ręku?

Zobacz również: Recenzję filmu “BlackKklansman”

Girl, you got me dancin’ (girl, you got me dancin’)
Dance and shake the frame (yeah)

Ważnym elementem życia Rona jest również jego partnerka, Patrice Dumas, członkini młodzieżowych Czarnych Panter. Niczym Rosa Parks w latach 50-tych, to ona przewodniczy ruchowi oporu, to ona będzie stała na mównicy w celu uzyskania równych praw i poszanowania godności ich ludzi. Co jednak najważniejsze, będzie musiała się nauczyć bronić samej siebie, bo niestety w ówczesnym (jak i współczesnym) świecie, ludzie sprzeciwiający się statusowi quo muszą liczyć się z zagrożeniem. A w przeciwieństwie do tego, co sugeruje kadr z filmu Spike’a, życie to nie film blaxploitation i nie każdy z nas może stać się Pam Gerier i chwycić za broń. Szczególnie gdy jest odwrócony do napastnika plecami, a w ręce trzyma zwykły telefon.

They gonna find you like “blocka” (blaow)

Kiedy jednak zdaje się, że Ron wraz ze swoim partnerem Filipem Zimmermanem (w tej roli świetny Adam Driver) mają wszystkie najważniejsze postacie Ku Klux Klanu na muszce, Spike Lee niszczy nas mentalnie, pokazując – “My nie mamy tak łatwo”. Oczywiście od początku gra w zabawę głównie z białym widzem. Większość będzie się uroczo zaśmiewać, kiedy to z ust Washingtona będą lecieć wyzwiska natury rasistowskiej. Inni przyklasną scenom z Adamem Driverem, zmuszonym do bluźnierstwa przeciw swej religii. Niezależnie jednak, czy owe żarty trafiają w nasze poczucie humoru, trzymamy kciuki za powodzenie całej, dość nieprawdopodobnej akcji. Gdy wydaje się, że wszystko pójdzie po myśli, Spike Lee policzkuje nas i ponownie mówi – “My nie mamy tak łatwo”. W ten sposób nasz główny bohater znajduje się sekundy od śmierci. Od śmierci z rąk nie Klanu, a policji. Z rąk ludzi, którzy mieli go chronić. Z rąk kolegów z biurka. I to nie dlatego, że coś zrobił. Dlatego, że po prostu żyje.

Zobacz również: Recenzję filmu “Jak pies z kotem:”

Police be trippin’ now (woo)
Yeah, this is America (woo, ayy)

W tym momencie Spike otwiera oczy niedowiarkom, pokazując sekwencję aktów policyjnych napaści. Dla wielu interesujących się napięciami rasowymi w Stanach, widok brutalnie tłumionych protestów będzie po prostu smutną teraźniejszością. Jeśli jednak choć jedna osoba po obejrzeniu jego nowej produkcji, zrozumiała swoje błędy popełniane w relacjach z różnymi mniejszościami, a może nawet zdecydowała się dołączyć do pewnych struktur, to “BlacKkKlansman” spełni swoje zadanie.

Kadr z filmu “BlackKklansman”

This is America (woo, ayy)

Spike Lee jest Ronem Stallworthem. Przez całe swoje życie stoi pośrodku, niczym Mookie z “Rób co trzeba”, od którego zaczynał swoją wielką karierę. Dla jednych jest nieobiektywny, pokazując historie przez zakrzywione zwierciadło. Dla drugich zdradza swoich braci i siostry, niewystarczająco wspierając ich postulaty. On jednak trwa, bo jak sam zapowiedział w 1988 roku, “I just “Do the Right Thing”.”. Co ważniejsze, nawet teraz robi to, co trzeba, w stylu, który wydawało się, że zatracił. Ale gdy trzeba opowiedzieć o tym co naprawdę ważne, w momencie gdy historia może zatoczyć koło, on stoi na posterunku, będąc pierwszym oficerem kinowego #BlackLivesMatter i módlmy się, by trwał na nim jak najdłużej.

Bo This is America, a my potrzebujemy ludzi wyjątkowych, czy to w Atlancie, czy na Brooklynie.

Recenzje

“Jak pies z kotem” – Opowieść o różnych odcieniach miłości – Recenzja

Marcin Kempisty

Tworzenie filmów biograficznych nastręcza wiele problemów natury “faktograficznej”. Powstaje bowiem pytanie, na ile usilnie trzymać się, czasami mało porywającej, prawdy na temat danej osoby, a na ile można trochę podkoloryzować przeszłe wydarzenia, by nabrały one bardziej filmowego charakteru. Twórca porusza się tedy po śliskim gruncie, narażając się na ataki z każdej strony. A co, jeśli reżyser tworzy film fabularny na podstawie pewnego wycinka ze swojego życia? Takie ryzyko podjął Janusz Kondratiuk i w filmie Jak pies z kotem postanowił zobrazować ostatnie tygodnie życia zmarłego brata, niegdyś równie wyśmienitego reżysera Andrzeja Kondratiuka.

Kadr z filmu “Jak pies z Kotem”

Twórca Dziewczyn do wzięcia zdecydował się na krok szalenie ekshibicjonistyczny, a zarazem katarktyczny – uchylił zasłonę milczenia i pozwolił widzom spojrzeć w głąb jego prywatnego świata pełnego bólu i poczucia niezrozumienia. Tak się bowiem złożyło, że rodzeństwo nie darzyło się szczególną sympatią. Wieloletnie milczenie, poprzedzone kłótniami oraz wzajemnymi oskarżeniami, skutecznie odseparowało braci i dopiero choroba starszego z nich sprawiła, że mogli się na nowo zjednoczyć.

Zobacz Również: „53 Wojny”, czyli przejmujący portret toskycznego związku – Recenzja

Trudno jednak mówić o ponownym poznawaniu, gdy po przebytym udarze Andrzej (Olgierd Łukaszewicz) nie jest już sobą. Balansujący na granicy świadomości, bohater zostaje całkowicie zdominowany przez chorobę i bez całodobowej opieki nie jest w stanie wykonać choćby najprostszych czynności. Jako że jego wieloletnia miłość Iga Cembrzyńska, grana przez Aleksandrę Konieczną, dryfuje przez życie uzależniona od alkoholu i całkowicie oderwana od rzeczywistości, to w gestii młodszego Janusza (Robert Więckiewicz) pozostaje opieka nad chorym członkiem rodziny. Zabiera więc schorowanego mężczyznę do swojego domu, starając się ulżyć mu w cierpieniach, jak również odbudować zaniedbane więzy.

Wydaje się, że reżyser jest niezwykle szczery w swojej ekspiacji. Niczego nie upiększa, przedstawiając bolesny obraz rozpadu braterskiego ciała. Dzięki rewelacyjnej grze Łukaszewicza udaje się pokazać bolesny proces wygasania życia, gdy przebłyski świadomości stają się coraz rzadsze, a na ich miejscu pojawiają się pierwotne odruchy. Aktorowi wychodzi rzecz niespotykana, ponieważ prezentuje on widzowi postać skazaną na śmierć, która do samego końca zachowuje godność i jest ukazywana z należytym szacunkiem. Kondratiukowi również nie zależy na naturalistycznym podejściu, dlatego też jedynie sugeruje kolejne etapy postępującej choroby, potrafiąc w odpowiednim momencie wycofać się z kamerą i pozostawić bohaterowi odrobinę prywatności.

Zobacz Również: „Climax”, czyli najbardziej przerażająca impreza w dziejach – Recenzja
Kadr z filmu “Jak pies z Kotem”

Jak pies z kotem to przede wszystkim opowieść o różnych odcieniach miłości i próba odszukania pewnych niezmiennych zasad kierujących ludzkimi sercami. Ponowne spotkanie rodzeństwa staje się bowiem pretekstem do rozliczeń z przeszłością i wypowiedzenia słów, które tkwiły od wielu lat jak kamyk w bucie. I nic z tego, że Andrzej jest w stanie w przeciągu chwili utracić kontakt z rzeczywistością – Janusz nadal stara się wyjaśnić, zrozumieć, przebaczyć i zapomnieć. Ostatnie chwile życia starszego brata są jak ostateczne odliczanie, po którym nadejść może tylko bezkresna cisza.

Rewelacyjnie napisane dialogi są zatem jak zaklęcia chroniące przed zbliżającym się Tanatosem, jak spontanicznie wymyślane inkantacje odraczające nadejście nieuniknionego. Bohaterowie możliwie jak najdłużej odsuwają od siebie myśl o śmierci, mimo że jest ona w tym filmie wszędobylska. Spogląda zza węgła, ostrzy kosę i czeka na sygnał do działania, a i tak reżyser stara się jak najdalej uciec od minorowego nastroju. Nieporadność Janusza jest na swój sposób urocza, alkoholizm Igi zostaje spuentowany komicznym zachowaniem, nawet rozpaczliwe działania Andrzeja są często przedstawiane w taki sposób, by współczucie pojawiło się możliwie jak najpóźniej. Jak pies z kotem jawi się paradoksalnie jako historia podnosząca na duchu, z wysuwającą się na pierwszy plan sugestią, że nigdy nie jest za późno na przebaczenie.

Zobacz Również: „7 uczuć” – Recenzja

Pojawiają się w filmie również kontrowersyjne momenty, które mogą wywołać reperkusje w świecie rzeczywistym. Mimo że Kondratiuk przedstawia się jako mężczyznę przepełnionego zawiścią, pozbawionego empatii i niepotrafiącego zadbać o chorego brata, to jednak innym postaciom dostaje się jeszcze mocniej. Iga Cembrzyńska jest upadłą heroiną, wiecznie trzymającą w ręku kieliszek. Jej nałóg jest wyraźnie eksponowany, aż momentami wydaje się, że i ją lada chwila dosięgnie poważna choroba. Jeszcze boleśniej obrywa siostra Cembrzyńskiej, zaprezentowana jako osoba niegodna zaufania, wykorzystująca słabość rodziny i łasa na pieniądze. Nie sposób ustalić, czy reżyser w tych momentach lawiruje między faktami, niemniej jednak są one na tyle wyraźnie pozbawione lekkości reszty dzieła, że stają się bardziej małostkowymi porachunkami. Nawet gdyby przedstawione perypetie między siostrami były prawdziwe, to wykorzystywanie reżyserskiej pozycji władzy pozostawia pewien niesmak.

Na szczęście poza tymi nielicznymi fragmentami udaje się Kondratiukowi swobodnie i bez zgrzytów przeprowadzić opowieść, w czym zasługa znakomitych aktorów korzystających z błyskotliwie napisanych dialogów. Wspomniany Łukaszewicz z wyczuciem i bez szarżowania wciela się w postać Andrzeja Kondratiuka, przypominając swoją wybitną kreacją niezapomnianą Emmanuelle Rivę z Miłości autorstwa Michaela Hanekego. Egzaltowana Konieczna jest jak tajfun rozsadzający ramy rzeczywistości i burzący z trudem budowany porządek. Odrobinę dziewczęca, przegląda się w świecie jak w lustrze, wiecznie koncentrując się na własnych boleściach. Więckiewicz, porte parole reżysera, przedstawia postać najtrudniejszą do uchwycenia. Niemożliwym jest ustalenie, na ile to owoc wybitnej gry opartej na dystansie przeplatanym eksplozjami gniewu, a na ile to efekt niejednoznacznego stanowiska samego autora. W końcu nie musi być łatwym przedstawianie bohatera w ciemnych barwach, gdy jego pierwowzór patrzy przez kamerę i nadzoruje wykonywaną pracę.

Zobacz Również: „Pierwszy człowiek”, czyli najlepsza biografia od czasu „8. Mili” – Recenzja
Kadr z filmu “Jak pies z Kotem”

Najprawdopodobniej po premierze filmu będzie trwała licytacja, która z trzech wyżej zaprezentowanych kreacji jest najciekawsza. Warto jednak pamiętać i zwrócić szczególną uwagę na żonę młodszego z braci, Beatę (Bożena Stachura). Wydaje się, że to ona, uwięziona między narcystycznymi osobowościami, jest fundamentem rodziny i uosobieniem miłości. Zaprezentowana zostaje jak postać z innej planety – pełna wyrozumiałości, ciepła, nieskarżąca się na niewygody, jest wsparciem zarówno dla męża, jak i dla jego chorego brata. Stachura gra w sposób wyciszony, poruszając się po filmie z wyczuciem oraz gracją. Momentami ma się nawet wrażenie, że oglądana historia nie jest li tylko zaschniętym bursztynem ze wspomnieniami o bliskiej osobie w środku, lecz również podziękowaniem dla wiernej żony, bez której nic by się nie udało.

Jak pies z kotem to ewenement na polskiej mapie filmowej. Niezwykła obsada i scenariusz napisany w przypływie szczerości świadczą o sile rażenia tego obrazu. Januszowi Kondratiukowi udało się stworzyć produkcję delikatnie dotykającą najboleśniejsze rany, jakie człowiek może nosić na swojej duszy. Mówi o rzeczach ostatecznych bez nadmiernego patosu, przedstawiając życie z całym dobrodziejstwem inwentarza, bo przecież tylko prawda jest ciekawa. Nie stara się szantażować emocjonalnie i właśnie dlatego ten film dla wielu widzów może stać się przeżyciem oczyszczającym, pozwalającym spojrzeć na relacje rodzinne z zupełnie innej perspektywy i pozwalającym uwierzyć w to, że nawet pies z kotem są w stanie się ze sobą dogadać.


Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.