Recenzje

“Dziewczyna w sieci pająka” – Recenzja

Marcin Kempisty

Pojawienie się literackiej trylogii Millenium autorstwa Stiega Larssona wywołało potężne zamieszanie na rynku wydawniczym. Oto na scenie ukazał się dopiero co rażony zawałem serca, nieznany nikomu pisarz, którego opowieść o “mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet” rozeszła się w przeszło 80 milionach egzemplarzy na całym świecie. Scharakteryzowana na kartach książek postać Lisbeth Salander stała się z dnia na dzień ikoną nurtów feministycznych, współczesną wersją Pippi Langstrumpf, burzycielką patriarchalnego ładu. Nie dziwi więc, że losami młodej hakerki i towarzyszącego jej dziennikarza śledczego Mikaela Blomkvista zainteresował się przemysł filmowy.

Zobacz również: Recenzję ostatniego sezonu “House of cards”

Najpierw doszło do ekranizacji trzech części przez Szwedów z Noomi Rapace wcielającą się w postać Salander, co było dla niej trampoliną do dalszej, międzynarodowej kariery. Dopiero później marka trafiła do Fabryki Snów. Rzecz znamienna dla naszych czasów: za prozę mocno lewicującego, półamatorskiego pisarza wzięło się potężne Hollywood, silnie osadzone w realiach kapitalistycznych. Ekranizacją pierwszej części, zatytułowaną Dziewczyna z tatuażem, zajął się David Fincher, a w rolach głównych obsadził Rooney Marę oraz Daniela Craiga. Mimo że udało się reżyserowi skutecznie oddać klimat posępnej, ufundowanej na kłamstwach i nienawiści Szwecji, a wśród aktorów pojawiło się wiele znanych nazwisk (np. Robin Wright, Stellana Skarsgarda czy Christophera Plummera), to film nie przyniósł spodziewanego sukcesu i zaprzestano prac nad kolejnymi epizodami.

Publikację czwartej części, opartej na zapiskach Larssona, lecz ostatecznie skonstruowanej przez Davida Lagercrantza (pozostawmy sprawy dotyczące prawa autorskiego i dziedziczenia po zmarłym pisarzu na bok), można traktować jako swoisty reset serii, co dało również asumpt do nowego otwarcia w kinie. Między innymi z tego powodu na wielkich ekranach pojawiła się Dziewczyna w sieci pająka.

Długi wstęp jest w tym kontekście tej produkcji niezwykle kluczowy. Należy bowiem pamiętać o tym, że książka, jak i nowy film, pozbawione są już ciężaru publicystycznego z poprzednich części. Wprawdzie punkt wyjścia jest podobny, ale widzowie zamiast komentarza na temat rodzących się ruchów ksenofobicznych i rasistowskich, otrzymają raczej amerykańskiego produkcyjniaka ze słabo zarysowanymi bohaterami.

Zobacz również: Recenzję filmu “Bergman – Rok z życia”

Lisbeth Salander (Claire Foy) pokazywana jest najpierw jako nocny mściciel, niemalże superbohaterska postać, okrutnie wymierzająca sprawiedliwość w imieniu kobiet doświadczających przemocy. Ze względu na traumatyczne wspomnienia, wybiera sobie za cel walkę w obronie najsłabszych, zapomnianych i systemowo poniżanych. Wydaje się zatem, że bohaterka idzie szlakiem wyznaczonym we wcześniejszych częściach. Niestety dosyć szybko następuje właściwe zawiązanie akcji, przekreślające jakąkolwiek szansę na otrzymanie przyzwoitego filmu. Oto hakerka wydobywa z amerykańskich rąk kody do przejęcia kontroli nad arsenałem nuklearnym na całym świecie, a następnie je traci, co stawia całą planetę w obliczu zagłady.

Przykro patrzy się na tak nisko upadającą markę. Z opowieści silnie zakorzenionych we współczesności zostały jedynie nic nieznaczące strzępki. Reżyser Fede Alvarez wrzuca Salander na karuzelę pościgów, strzelanin i fizycznych pojedynków z przeciwnikami, nie oferując tak naprawdę nic więcej. Nie dość, że motywacje antagonistów są prostackie i zasadzają się na łzawej, choć wypranej z emocji historyjce, to jeszcze postać Blomkvista zostaje wykastrowana i pozbawiona jakiejkolwiek mocy sprawczej. Ot, jakiś tam facet, który przypałętał się do głównej bohaterki.

Claire Foy naprawdę robi, co może, by udźwignąć ciążące na niej brzemię, za co powinna dostać odszkodowanie za pracę w trudnych warunkach. Biega, skacze, bije się, jest wiarygodna w przedstawianiu hartu ducha i niezłomności prezentowanej postaci, ale cóż zrobić, gdy nie ma możliwości wypowiedzenia sensownych dialogów. Gdyby jeszcze te bijatyki były sensownie zainscenizowane…

Zobacz również: Recenzje filmu “Noc pożera świat”

Co gorsza, w scenariuszu roi się od niemożliwych do wytłumaczenia bzdur. Oczywiście nie sposób ich wymienić w recenzji, bo to groziłoby odsłonięciem elementów istotnych dla fabuły, niemniej jednak wydaje się, że osoby odpowiedzialne za skrypt nie do końca przemyślały, jak wytłumaczyć dziejące się wydarzenia. Pojawiające się wokół bohaterów elementy mają charakter wyłącznie pretekstowy i służą pchaniu akcji za wszelką cenę do przodu. Żeby nie być gołosłownym, pojawi się jeden, odrobinę spoilerowy przykład: w żyły Salander zostaje wstrzyknięta bliżej niezidentyfikowana, acz na pewno trująca substancja, ale na szczęście w łazience zwykłego naukowca były odpowiednie proszki, więc kobiecie udaje się zniwelować problemy. Naturalnie zażycie silnie pobudzających proszków działa na nią zaledwie przez chwilę.

Po prozie Larssona nie pozostał ślad, zaś antyestablishmentowe przesłanie zostało zamienione na ledwie poprawne gatunkowe kino akcji. Hollywood weszło w posiadanie popularnego tytułu i wykorzystało go w celach czysto zarobkowych. Pojawiło się kilka znanych nazwisk – poza Foy są też Lakeith Stanfield czy Sylvia Hoeks – odrobiono pańszczyznę, czas na zbieranie fruktów. Ot, ironia losu.

Dziewczyna w sieci pająka najprawdopodobniej podzieli los zeszłorocznego Pierwszego śniegu i będzie kolejną nieudaną ekranizacją skandynawskiego kryminału. Postawienie na akcję okazało się błędem. Siła prozy Larssona opierała się na odsłanianiu społecznych atawizmów i wyraźnie zarysowanej bohaterce. Gdy jednak porzucono rozwój postaci na rzecz pokazywania jej w kolejnych scenach walki, to odebrano serii to, co miała najlepszego. Znakomita Claire Foy nie zatuszuje prawdy – twórcy igrali z ogniem, przez co mozolnie budowany przez szwedzkiego pisarza zamek właśnie runął.

RecenzjeSeriale

„House of Cards” – Recenzja ostatniego sezonu

Martin Reszkie

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że recenzja ta zawiera spoilery dotyczące wydarzeń z poprzednich odcinków, ale możecie być spokojni – nie mam zamiaru odbierać Wam przyjemności płynącej z oglądania ostatniego sezonu House of Cards.

No właśnie,  czy to na pewno aż taka duża przyjemność? Odpowiedź na to pytanie jest w mojej opinii dość jednoznaczna, lecz nie wydaje mi się, by dobrym było odsłaniać karty już w trzecim zdaniu.

Pamiętacie zakończenie piątego sezonu, ostatniego w którym wystąpił ten, którego imienia nie można już wymawiać? Frank Underwood wprowadził swoją niewierną żonę na najwyższe stanowisko w Stanach Zjednoczonych, po czym nie mógł się do niej dodzwonić. O tym, co działo się póżniej, nie dowiemy się od nikogo. To znaczy tak, wiele osób zdradzi nam swoja wersje wydarzeń, ale czy będziemy wiedzieć, komu powinniśmy wierzyć?

Trzy miesiące po scenie zamykającej życie (nie tylko w przenośni) Franka Underwooda, jego cierpiąca, ale zapracowana, małżonka, Claire, rzuca nas w wir intryg pomiędzy nią a osobami, które dotychczas znaczyły niewiele bądź były jedynie tłem. Tak więc w czasie gdy scenarzystom brakuje w zanadrzu ciekawych postaci, a nowe twarze nie mają nic do powiedzenia, Robin Wright przejmuje scenę dla siebie.

Kadr z serialu „House of Cards”
Zobacz także: Recenzję Bohemian Rhapsody

Aktorka prezentuje w ten sposób całą paletę zagrań, które niestety sprowadzają się do jednego. Bez dobrego scenariusza, wszystkie jej próby są całkowicie przeszarżowane, nudne, a na dodatek kompletnie niespójne. Oczywiście, nie zamierzam uznawać tutaj wyższości Kevina nad Robin – ich role są do siebie dużo bardziej podobne niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Problem tkwi jednak w tym, że za Frankiem Underwoodem przemawiała nie tylko kreacja aktorska, ale także brawurowe scenopisarstwo, które swój szczyt osiągnęło w drugim sezonie. Później skrypt wyglądał już tylko gorzej, lecz wciąż zdarzały się momenty, kiedy mogliśmy przypomnieć sobie najlepsze czasy.

Na tle politycznych podbojów i ekscesów Franka rosła postać Claire. Z sezonu na sezon była ona eksponowana coraz bardziej i rzucana tam, gdzie jej małżonek pójść nie mógł. Wydaje mi się jednak, że przeskok pomiędzy postacią pełnoprawną i równą w stosunku do Franka, a samodzielną liderkę sezonu nastąpił zbyt szybko. Oczywiście, tego wymagało się od Netflixa po tym jak Kevin Spacey trafił na śmietnik Hollywood (i historii zapewne też). Od ostatniego sezonu House of Cards bije jednak pokraczna niechlujność, ciągła dezorientacja oraz tak ogromna niespójność niektórych postaci, że aż żal komentować.

Wróćmy jednak do najnowszej odsłony. Pani Prezydent, otoczona ze wszystkich stron, stara się uprawiać swoją politykę, w której przeszkadza jej rodzina Shepardów oraz jej vice, Mark Usher. I właściwie na tym można zakończyć opowiadania o szóstym sezonie. Wszystkie te starcia są miałkie i wyprane z jakiegokolwiek napięcia, a kiedy któraś ze stron zaczyna poruszać wielkie tematy, na które powstają wielkie dyskusje, mam ochotę wyłączyć odcinek.

Kadr z serialu „House of Cards”
Zobacz także: Recenzję horrorowej wersji Robinsona Crusoe

W niczym nie pomaga także Tom Hammerschmidt, czyli biegający od pierwszego sezonu dziennikarz, który rzuca w eter oskarżenia względem Underwoodów oraz Stampera w ciągnących się i nikogo już nieinteresujących wątkach. Powracające sprawy martwej Zoe Barnes oraz Rachel Posner są dowodem na niesamowitą krótkowzroczność scenarzystów całego serialu. Pierwsza z tych śmierci niemalże zniszczyła postać Franka. W moich oczach także podkopała jego pozycję jako swoistego antybohatera, który kieruje się wyłącznie politycznym bądź osobistym zyskiem. Dość trudno jednak uwierzyć w fakt, że taka śmierć się komukolwiek opłacała. Ciągnąca się za nią sprawa nabrała tylko przyśpieszenia po usunięciu z drogi Rachel Posner, której powiązanie z Dougiem także nie ma większego powodu do egzystencji. Niezależnie bowiem od udowodnienia winy czy nie, osoba będąca w kręgu uwikłanych w dwa morderstwa nie będzie się cieszyć żadnym poparciem. A przecież szykują się kolejne wybory, prawda? A po nich następne. Wszakże każdy liczy na dwie kadencje.

Martwy Frank oznacza dla byłego redaktora Washington Herald zmianę celu. Pierwszym jest Douglas Stamper, zaufany człowiek denata. Ważniejszym obiektem jego śledztwa jest jednak Claire. Pytając o trupy, zadaje pytanie: czy jeśli mąż zabił, to czy żona wiedziała? A jeśli wiedziała, to czy można ją uznać za współwinną? Takie zabiegi budujące poczucie zaszczucia wobec pani prezydent to najlepsze chwile serii. Pomaga w tym udająca depresję Claire, jednak jak wiadomo – to jedynie początek jej planu. Oraz jej drogi, rozpoczętej słowami:

Thank you all for assembling at such short notice. And I want to thank you for your willingness to serve. I am looking forward to building new America together. And our work begins today.

Kadr z serialu „House of Cards”
Zobacz także: Recenzję Halloween

Drogi, która niejednego zaskoczy. Oczywiście, pojawią się pewne sygnały sugerujące obranie takiego a nie innego kursu. Netflix trzyma mnie jednak w szachu – bez wglądu w ostatnie trzy odcinki nie wiem, dokąd zmierza Claire. Co to oznacza? O dziwo wydaje mi się to jedną z niewielu zalet tego sezonu. Pomimo nijakiej fabuły, ciągłego powtarzania, że należy odciąć się od przeszłości oraz okazjonalnego oglądania znajomych twarzy na ekranie, twórcy dali radę zgotować nam cliffhanger przypominający o najlepszych odcinkach.

Okazjonalne zalety nie mogą jednak przysłonić mnogości wad. Pierwsze pięć odcinków to sprint przez fabularną mieliznę. Drugi plan jest albo źle napisany, albo całkowicie niepotrzebny. Szarżująca Robin Wright często dostaje tylko i wyłącznie drętwe teksty, które nie silą się nawet na jakąkolwiek głębię. Nie ma tu żadnej rozmowy z widzem, mamy jedynie monologi traktujące o jej drodze na szczyt. Niestety jesteśmy także świadkami dalszego umniejszania postaci Franka. Czy ktoś uwierzy w to, że główne działo pierwszych pięciu sezonów to jedynie popychadło? Takie wrażenie starają nam się sprzedać twórcy, ja jednak mam swoje zdanie na ten temat. Tak samo jak i na jakość finałowego sezonu House of Cards. Mam jednak nadzieję, że trzy ostatnie odcinki dadzą nam pożegnanie godne poprzednich sezonów. Dadzą Claire Underwood czas ekranowy na jaki zasługuje.

Bo Robin Wright na niego po prostu zapracowała. Opinia, że dostała swój sezon tylko z powodu usunięcia niewygodnego członka obsady, jest dla niej niejako kalumnią. Z sezonu na sezon jej znaczenie dla całego projektu nieustannie rosło. Być może jej czas nastąpił zbyt szybko i gwałtownie. Zupełnie niesprawiedliwym jest jednak winić ją za klęskę jaką jest finał House of Cards.

Ocena

4 / 10
Publicystyka

You can’t kill the Boogeyman. O Michaelu Myersie przed premierą “Halloween”

Bartek Bartosik
michael myers costume for kids Unique All Ten Halloween Movies Ranked

Jakiś czas temu widziałem na jednej z Facebookowych grup ranking ulubionych antagonistów wśród miłośników horroru. Bezsprzecznym zwycięzcą okazał się Freddy Krueger, zaraz za nim uplasował się Jason Voorhees, potem był Leatherface i gdzieś na samym końcu Michael Myers. Wydało mi się to o tyle dziwne, że wśród wszystkich klasycznych, horrorowych serii to właśnie Halloween cieszy się największą estymą i dorobił się solidnej pozycji w historii kinematografii, a dziś bywa wymieniany jednym tchem obok największych osiągnięć X muzy.

Zobacz również: Recenzję “Bohemian Rhapsody

Po pewnym czasie doszedłem do wniosku, że wynik głosowania nie mógł być inny, a to właśnie ze względu na to, kim – lub czym – jest Michael Myers. Wszyscy pozostali mordercy mieli w sobie coś, czego od zawsze brakowało Michaelowi – człowieczeństwo. Mszczący się za dawne krzywdy Jason, uwarunkowany przez rodzinę, upośledzony Leatherface czy nawet tropiący ofiary w snach Freddy mieli własną osobowość, manifestującą się interakcją z wkrótce martwymi nastolatkami na poziomie wyższym niż poprzez zatopienie ostrego narzędzia w oczodole.

Każdy z nich jest faktyczną postacią, podczas gdy Myers jest personifikacją czystego zła, skrytego pod niewyrażającą żadnych emocji, trupiobladą maską, która, żeby było bardziej absurdalnie, przedstawia aktora grającego postać kapitana Kirka w Star Treku. Metodycznie podąża za upatrzoną wcześniej zwierzyną, prześladuje ją i ostatecznie dopada. Atak nie ma jednak nic wspólnego ani z maniakalnym szaleństwem, z którym utożsamia się seryjnych morderców, ani ze zwierzęcą żądzą mordu, charakteryzującą antagonistów w typie Leatherface’a lub Obcego. Michael jest wyłącznie maszyną do zabijania, każdy jego ruch ukierunkowany jest na maksymalną efektywność. Nie dba o efektowność, nie zakłada pułapek ani nie wdaje się w pościgi. Powolnym, miarowym krokiem zmierza w stronę miotającej się w panice ofiary i zawsze ją dogania.

Jest zarówno personifikacją zła, które bezinteresownie i bez żadnej przyczyny nęka nastolatki w sennym, amerykańskim miasteczku, jak i ich wszystkich, najgłębszych strachów.

Zobacz również: Recenzję filmu “Mrok”

Nie bez przyczyny nawet w napisach końcowych postać mordercy nie jest wymieniona z imienia i nazwiska, figuruje tam jako “Kształt”. Kształt, który czai się w mroku, kiedy gaśnie światło w sypialni i który przemyka gdzieś na skraju pola widzenia w ciemnym pokoju. W samym filmie równie często co “Michael Myers” słyszymy Boogeyman i to właśnie z tą ogólną nazwą na potwora z szafy należy go kojarzyć. W jednej z bardziej symptomatycznych scen pierwszego “Halloween” pada zresztą zdanie You can’t kill the Boogeyman, co doskonale odpowiada charakterystyce Myersa.

Paradoksalnie jedną z większych zalet pierwszego Halloween jest to, że odnoszenie wydarzeń w nim zachodzących do ogólnego krajobrazu społeczno-politycznego tamtych czasów nie ma większego sensu. To opowieść, która dzieje się tu i teraz, dotyczy konkretnych osób i sprecyzowanych traum. Dlatego też decyzja twórców remake’u o zignorowaniu całej wątpliwej spuścizny, jaką pozostawiły po sobie wszystkie, poza oryginałem, części tej nad wyraz rozbudowanej serii i przeniesienie nas po 40 latach z powrotem na pole bitwy między Myersem a Laurie Strode, jest jedyną słuszną i sprawia, że Halloween AD 2018 ma szansę, podobnie jak w 1978, zostać jednym z filmów roku.

 

Recenzje

“Bohemian Rhapsody” – Malek will rock you – Recenzja

Maciej Kędziora

Godzina 7.40. Z głośnika mojego telefonu dobiegają pierwsze nuty Bohemian Rhapsody, a Freddie Mercury prosi mnie bym “otworzył oczy i spojrzał w niebo i zobaczył”. Przy klasycznym Galileo zarzucam pospiesznie na siebie specjalnie przygotowany biały T-shirt a na niego żółtą kurtkę i w rytm riffów gitarowych Briana Maya biegnę na spotkanie z zespołem, którego muzyka grała mi w duszy od najmłodszych lat. Jak się jednak dopiero miało okazać, moje oczekiwania zostały spełnione, bo miałem okazję być częścią najlepszego koncertu tego roku.

Bohemian Rhapsody, w przeciwieństwie do swojego muzycznego “pierwowzoru”, jest filmem typowym i schematycznym. Bryan Singer postawił sobie za cel chronologiczne ukazanie drogi na szczyt, a także licznych upadków ikony jaką niewątpliwie był Freddie Mercury (Rami Malek) i zespół Queen. Od pierwszych koncertów jeszcze jako grupa Smile, do której pewnego dnia dołączył Farrokh Bulsara vel Freddie, przez nagrywanie pierwszych hitów i poznanie swojego przyszłego managera Johna Reida (Aiden Gillen), walkę z producentem o Bohemian Rhapsody, zaskakująco wielki sukces, aż do rozpadu zespołu, choroby wokalisty i legendarnego powrotu w ramach Live Aid.

Najważniejszym jednak wątkiem w całej historii Freddiego zdają się być nie odnoszone sukcesy, ale dramaty związane z jego życiem prywatnym. Na pierwszy plan wybija się zwłaszcza relacja z miłością jego życia Mary Austin (w tej roli świetna Lucy Boynton), która trwała u jego boku w najważniejszych chwilach, przez długi czas jako narzeczona, a potem jako wierna i oddana przyjaciółka. Singerowi udaje się uchwycić szczerość i piękno tego związku, który przecież przez orientację  Freddiego skazany był z góry na niepowodzenie. To właśnie ten wątek będzie angażował widza najbardziej, głównie dlatego, że Mary jako jedna z niewielu postaci drugoplanowych, nie jest jednowymiarowa.

Zobacz również: Zobacz również recenzję “Noc Pożera Świat”

Równie dobrze udaje się ukazanie Freddiego jako osoby próbującej zaakceptować to kim jest, a zwłaszcza swoją tożsamość seksualną. Od pierwszych niewinnych spojrzeń na atrakcyjnych mężczyzn, przez wyniszczającą zdrowie, choć przepełnioną fascynacją relację z Paulem Pretenrem (Allen Leech), aż do znalezienia osoby, która będzie go wspierać przez resztę życia w postaci Jima Huttona. Z należną powagą Singer podszedł również do tematu choroby, jawiącej się tutaj jako przerażające widmo, ale także przyczyny ostatniego natchnienia artysty i powrotu do wielkiej formy.

Niestety niewiele dobrego można powiedzieć o budowie relacji Freddiego z resztą zespołu. Da się wyczuć – co wspominał już wyrzucony swego czasu z projektu Sasha  Baron Cohen – że za sterami produkcyjnymi stali gitarzysta Brian May i perkusista Roger Taylor. Ich ekranowe odpowiedniki są krystalicznie czyste, a przez to – na ich nieszczęście – bardzo nijakie. Poza tym, że są muzykami i współtworzą utwory z Mercurym nie wyróżniają się niczym, może poza faktem, że Roger (Ben Hardy) lubi auta, a Brian (Gwilym Lee) to uosobienie rozsądku. Co gorsza – szczególnie w momencie rozpadu Queen – zdawać by się mogło, że była to wina jedynie Mercury’ego, a jak wiemy chociażby z opowieści samego Maya, był to wynik spięć między wszystkimi muzykami, a nie tylko egoizmu samego wokalisty.

Problem w tym, że kiedy wszystko się psuje w relacjach między członkami zespołu i życiu wokalisty, również Singerowi cały film wymyka się spod kontroli, a obecny do tej chwili dynamizm zostaje zatracony. Wtedy też wychodzą na jaw braki warsztatowe reżysera, który wcześniej przerywał nudne sekwencje kolejnymi żartami czy hitowymi utworami. Kiedy jednak kariera ikony wisi na włosku Bohemian Rhapsody rozjeżdża się narracyjnie, mimo usilnych starań Maleka. Zdaje się wówczas, że wątpiący w ten projekt mieli rację i formuła kinowej ekranizacji albumu Greatest Hits of Queen musiała się w pewnym momencie wyczerpać. Szczególnie, że Singer traci swojego asa w rękawie, czyli świetnie cięte dialogi i zastępuje je pompatycznymi frazesami wygłaszanymi przez głównego bohatera.

Zobacz również: Recenzję nowego filmu Paolo Sorrentino

Kiedy jednak zdaje się, że cały film można spisać na straty, wtedy  odradza się on niczym feniks z popiołów, przynosząc nam jedną z najlepszych sekwencji muzycznych w historii kina, czyli 15-minutowy koncert Live Aid. Tym sposobem Singer odkupuje wszystkie swoje winy, przenosi nas do roku 1985, i umożliwia widzom uczestniczenie, w najlepszym koncercie rockowym w historii. Na ekranie nie widzimy już Maleka. Widzimy wskrzeszonego Freddiego Mercury’ego.

Największe objawienie Bohemian Rhapsody to Rami Malek, który na nieco ponad dwie godziny staje się Freddiem Mercurym. Dźwiga ciężar gatunkowy na swoich barkach, tworząc jedną z najwybitniejszych kreacji ostatniej dekady. Przez większość czasu zdaje się, że na potrzeby produkcji Freddy wstał z popiołów, by zagrać swój finałowy koncert. Malek gra jak natchniony, udowadniając że urodził się, by zostać wokalistą Queen.

Singer po kolei odhacza największe hity Queen,  dzięki czemu nieświadomie zaczniemy nucić niektóre utwory, niemo poruszać ustami mamrotając tekst piosenek, a noga sama będzie cicho wystukiwać rytm.

Bohemian Rhapsody w pełni spełnia swoje zadanie. Przedłuża dziedzictwo zespołu Queen, piękną laurką dla ikony , a także dużą dawką rozrywki. Jeśli na jakimś etapie swojego życia klaskaliście do Radio GaGa, tupaliście do We Will Rock You, czy biegaliście do Don’t Stop Me Now, to najnowszy film Bryana Singera jest dla was. Tak samo jak tegoroczny Oscar powinien być dla Ramiego Maleka. Po prostu idźcie się dobrze bawić. W końcu koncert wszech czasów nie zdarza się często.

Recenzje

“Bergman – Rok z życia” – Recenzja dokumentu o legendarnym reżyserze

Michał Piechowski

Zmarły jedenaście lat temu Ingmar Bergman obchodziłby w tym roku swoje setne urodziny. Ta okrągła rocznica stała się pretekstem do szczególnego wspominania twórczości najpopularniejszego bodaj szwedzkiego reżysera. Liczne przeglądy i retrospektywy w kinach nie tylko w Polsce, ale też, zapewne, na całym świecie to tylko jedna z form uczczenia pamięci Bergmana. Innym pomysłem jest nakręcenie z tej okazji filmu dokumentalnego traktującego o życiu i filmografii Szweda. Na tegorocznym festiwalu w Cannes premierę miały dwa takie dokumenty: Searching for Ingmar Bergman oraz Bergman – Rok z życia. Większość uwagi zbiera jednak ten drugi, o wiele głośniejszy projekt, który po wielu pokazach specjalnych i emisji na kanale Ale Kino+ doczekał się w Polsce szerszej dystrybucji.

Pomysł na stworzenie takiego filmu brzmi oczywiście naprawdę dobrze, ale należy zadać sobie jedno pytanie: czy o tak znanej postaci można jeszcze dzisiaj w ogóle powiedzieć cokolwiek nowego? Ale nawet jeżeli fakty nie uległy zmianie, to różnić może się sposób spoglądania na nie i zestawiania ich ze sobą. Reżyser Jane Magnusson patrzy na życie Bergmana szerzej, potrafi wyciągnąć wniosek z zestawienia słów wywiadu przeprowadzonego w latach siedemdziesiątych oraz sytuacji z 1957. Rozmowy prowadzi zarówno z bliskimi współpracownikami szwedzkiego reżysera, jak i z tymi, na których życie bardziej wpłynęła twórczość Ingmara niż osobista znajomość z nim. Z porozrzucanych w czasie i przestrzeni fragmentów wypowiedzi układa się portret tytułowego bohatera, którymi mimo skoncentrowania na konkretnym okresie życia Bergmana, szuka przyczyn takiego stanu rzeczy wcześniej, a jego skutków – później.

Tym tytułowym rokiem z życia Bergmana jest wybrany nieprzypadkowo rok 1957. Trzydziestodziewięcioletni wówczas reżyser przeżywał punkt zwrotny w swojej karierze. To właśnie wtedy uzyskał on pełną wolność twórczą i jego filmy stały się na wskroś autorskie. To także moment największego natężenia pracy i obowiązków. W samym tylko 1957 premierę miały dwa z największych filmowych dzieł BergmanaSiódma pieczęć (nakręcona poprzedniego lata) oraz Tam, gdzie rosną poziomki (zrealizowane w całości w tym jednym roku). Do tych dokonań  należy dodać także wyreżyserowanie kilku spektakularnych przedstawień teatralnych, pracę nad słuchowiskiem radiowym i rozpoczęcie działań nad kilkoma innymi projektami kinowymi czy telewizyjnymi. Stres i pracoholizm odbijają się mocno na zdrowiu Szweda, który potrzebuję jednak tej niszczącej go od środka pasji, by uciec od swojego problematycznego życia osobistego.

Zobacz również: Recenzję filmu “Oni” Paolo Sorrentino

Bo Bergman, choć w świecie filmowym wywyższany ponad wszystkich,  idealny wcale nie był. Bergman – Rok z życia nie ucieka w bycie bezbarwną laurką, ale sprawnie demitologizuje swojego bohatera.  Nie zapomina o jego nazistowskich konotacjach w latach czterdziestych, punktuje rażące pomyłki i sprzeczności w jego wypowiedziach, nie ucieka od portretowania go jako osoby zafiksowanej na punkcie pracy, despoty i kobieciarza. Magnusson wie, że artysta staje się wielkim razem z takimi wadami, a nie pomimo ich. Lech Jęczmyk napisał kiedyś, że zdrowy małż nie rodzi perły i trudno nie zgodzić się z tymi słowami, patrząc na historię Bergmana.

Twórcy dokumentu wychodzą z założenia, że od 1957 roku reżyser Fanny i Aleksander kręcił filmy przede wszystkim o samym sobie i konsekwentnie starają się przekonać do takiego spojrzenia również i  widza. Pokazywane konsekwentnie fragmenty dzieł Bergmana z całego okresu jego działalności służą zobrazowaniu tych tendencji i świetnie współgrają z resztą przemyśleń. Czy skonfrontowani z wizją śmierci bohaterowie Siódmej pieczęci, tytułowe rodzeństwo z Fanny i Aleksander, Isak Borg szukający utraconej młodości tam, gdzie rosną poziomki i dwie, ścierające się ze sobą cały film kobiety z Persony to tylko części jednej, niezwykle wielowymiarowej osobowości? To z pewnością nie jest, jeżeli chodzi o historię opracowań twórczości Ingmara, jakkolwiek nowatorska teza, ale przedstawiona została ona tutaj w na tyle przystępny sposób, że ciężko odrzucić ją w znacznym stopniu.

Naprawdę szkoda więc, że z tych dobrych składowych nie powstało coś jeszcze lepszego. Ciekawa treść staje się poniekąd więźniem niewychodzącej przed szereg formy, a całość sprawia wrażenie mechanicznie zaplanowanej – każdy element został zaplanowany na długo przed nagraniem i zmontowaniem. Nie starczyło tutaj miejsca na wybicie się ze schematów i chociaż jest to danie zaskakująco lekkostrawne, to aż prosi się ono o kilka mocniejszych przypraw.

Zobacz również: Recenzję filmu “Poroniony”

Ostatecznie więc Bergman – Rok z życia to doskonała w swojej poprawności laurka, której przejrzystość i prostota to jednocześnie największa wada, jak i zaleta. Ingmar Bergman zasługiwał na taki film i na pewno nie byłby nim zawiedziony, bo produkcja Jane Magnusson jedną rzecz robi naprawdę dobrze – zachęca do jeszcze większego zgłębienia twórczości tego szwedzkiego twórcy.

Recenzje

“Noc pożera świat” – Recenzja najlepszego filmu Fest Makabry

Michał Piechowski

Paryż. Zblazowany Sam przychodzi na imprezę swojej byłej dziewczyny, by odebrać od niej ostatni karton swoich rzeczy. Jeszcze nie wie, że ta decyzja będzie jednocześnie najlepszą i najgorszą w jego życiu. Dlaczego najlepszą? Dzięki zbiegowi okoliczności nasz bohater jako jedyny w okolicy przeżyje pierwszy atak śmiercionośnych zombie. Dlaczego najgorszą? Z tego samego powodu. Uwięziony w kamienicy ocalały szybko przekona się, że wyniszczająca izolacja i stopniowe popadanie w obłęd mogą być równie niebezpieczne co czyhające na ulicy potwory.

Właśnie w taki, niepozorny dość, sposób rozpoczyna się Noc pożera świat w reżyserii Dominique Rochera. Początkowo perspektywy wcale nie wydają się aż takie złe. Z okna mieszkania Sam obserwuje nierówną i przegraną przez człowieka walkę toczącą się po drugiej stronie ulicy i staje się w pełni świadomy grożącego mu niebezpieczeństwa. W tym momencie jego głównym zadaniem jest oczyszczenie kamienicy z niepożądanych lokatorów i zebranie oraz skatalogowanie wszystkich zbędnych i niezbędnych przedmiotów, które kryją w sobie opustoszałe pokoje. Metodyczna natura głównego bohatera ułatwia mu tę pracę, ale dni mijają, a szanse na to, że obecny stan jest sytuacją przejściową i francuskie siły zbrojne wkroczą za chwilę całe na biało, by uratować uwięzionych obywateli, maleją coraz bardziej. Początkowa determinacją zaczyna ustępować miejsca świdrującej umysł beznadziei, a decyzja sąsiadów piętro niżej, którzy pierwszego już dnia apokalipsy popełnili samobójstwo, staje się dla Sama coraz bardziej zrozumiała.

Nasz protagonista zaczyna poniekąd przypominać Robinsona Crusoe z klasycznej powieści Daniela Defoe. Bezludna wyspa została tutaj zastąpiona stojącą w odosobnieniu kamienicą, ale w gruncie rzeczy sytuacja jest całkiem podobna. Główny bohater Noc pożera świat znajduje nawet swojego własnego Piętaszka (Denis Lavant) – zamkniętego w windzie zarażonego, który staje się jedynym, choć nieidealnym, towarzyszem Sama. Wcielający się w główną rolę Anders Danielsen Lie stara się jak może i dodaje swojej postaci niezbędnej ekspresji i realizmu. Bo to właśnie emocje – strach, złość czy też incydentalna radość – są tym, co przypomina nam skutecznie, że to uwięzione w czterech ścianach ciało nadal kryje w sobie człowieka.

Zobacz również: Recenzję filmu “Mrok”

Naszego rozbitka przy zmysłach utrzymują codzienne czynności, niepasujące pozornie do jego sytuacji – poranny jogging po schodach kamienicy, tworzenie muzyki z przedmiotów codziennego użytku czy strzelanie do uśpionych potworów za pomocą markera do paintballa.

Tym, co w Noc pożera świat wybija się na pierwszy plan jest przejmująca samotność naszego bohatera. Fakt, za oknem świat się skończył (albo też – został pożarty), a po ulicach snują się śmiertelnie niebezpieczne kreatury, ale największym niebezpieczeństwem dla Sama jest on sam. Ale czy po tak długiej izolacji i życiu w ciągłym stresie możliwy jest jeszcze powrót do żywych i normalny kontakt z drugim człowiekiem? Na to pytanie odpowiedzi nie zna nawet sam zainteresowany. Atmosferę beznadziei i ciągłego niebezpieczeństwa podbijają dominujące przez cały film zimne barwy, a rolę wisienki na torcie pełni podniosła, chóralna muzyka z przerywającymi ją okazjonalnie akcentami rozrywkowymi, w tym dźwiękami tworzonymi przez Sama.

Zobacz również: Recenzję nowego filmu Paolo Sorrentino

Ale film Rochera jest także o zombie, więc o koncepcie nieumarłych zapomnieć nie sposób. Klasyczny dla gatunku brak genezy tego apokaliptycznego stanu rzeczy skutecznie podbija grozę i odmienność zagrożenia, a ogromna mobilność zarażonych jednostek podczas ataków kontrastuje z ich nominalną ospałością, dzięki czemu nieliczne sceny walk czy pościgów szokują swoją intensywnością w porównaniu do stonowanej reszty filmu i być może zaspokoją także tych, którzy do seansu zasiedli z nadzieją na całą masę mocnych wrażeń. Noc pożera świat to także jeden ze spadkobierców głównej idei powieści Jestem Legendą autorstwa Roberta Mathesona. To, co nie udało się w filmowej adaptacji z Willem Smithem w roli głównej, widać właśnie tutaj. W tym momencie wszechobecne zombiaki nie są już anomalią. Teraz odstępstwem od normy jest życie człowieka. Role się odwróciły, a dla nieumarłych opowieści o zdziczałym Samie żyjącym w niedostępnej kamienicy będą tym, czym dla nas są historie o zamieszkującym Transylwanię Drakuli.

Ostatecznie więc produkcja ta skutecznie wychodzi poza wąskie ramy określenia “film o zombie”. Horrorowa otoczka zostaje wykorzystana do stworzenia przewrotnego i przygnębiającego jednocześnie portretu tego, co czyni z nas ludzi oraz tego, co od człowieczeństwa nas oddala. Noc pożera świat to dzieło satysfakcjonujące na wielu płaszczyznach i radzące sobie nie tylko jako trzymające w napięciu kino grozy, ale również kameralny dramat jednostki.

Recenzje

“Mrok”, czyli horrorowa nadzieja na lepsze dni – Recenzja

Szymon Pietrzak
Mrok

Mrok to opowieść o dwojgu niewinnych dzieci, które po tym jak zostały podle skrzywdzone muszą odnaleźć metaforyczną drogę wyjścia z przerażających kanadyjskich lasów. Pełnometrażowy debiut amerykańskiego reżysera Justina P. Lange nakręcono w Stanach Zjednoczonych, ale produkcją zajęli się Austriacy, czego echa odnajdziemy w dość specyficznej filmowej formie.

Wszystko zaczyna się bardzo schematycznie. Starszy człowiek ucieka w panice do miejsca zwanego „Czarcim Legowiskiem”. Ścigany przez policję listem gończym ignoruje wszelkie ostrzeżenia na temat miejsca, do którego nieubłaganie dąży. Gdy dociera na miejsce, okazuje się, że istotnie jest tu nieproszonym gościem.

Zobacz również: Koszmar rodzicielstwa. Recenzja filmu „Poroniony” (2017)
Mrok
fot. kadr z filmu “Mrok”

Historia, po kilku minutach filmu, przybiera całkowicie nowy i świeży wydźwięk. Tajemnicza postać, przed którą do tej pory uciekaliśmy buduje całą kanwę filmu. Gdy dziewczynka-zombie odkrywa w pozostawionym przez intruza aucie niewidomego chłopca, po raz pierwszy od lat zrzuca z siebie poczucie zagrożenia – odczuwa empatię i wyraża chęć pomocy. Pomocy której oboje potrzebują.

Zobacz również: „Oni”, czyli pocięty, ale wciąż dobry Sorrentino – Recenzja

Las, w którym znajdują się Alex i Mina, dla zewnętrznego świata jest przerażającym i mrocznym tematem tabu, ale dla nich staje się jedynym spokojnym schronieniem przed nieprzyjaznym im społeczeństwem. Oboje w swoim krótkim życiu doświadczyli wszelkiego zła tego świata, pielęgnowali gniew i strach, bliżej im było do dzikich zwierząt. Gdy stopniowo poznają swoje losy, wywiązuje się między nimi najsilniejsza więź, jakiej kiedykolwiek doświadczyli. Wzajemna lojalność, zaufanie i troska jednoczą ich w walce o odzyskanie człowieczeństwa.

Mrok
fot. kadr z filmu “Mrok”

Asystent reżysera i operator kamery, Klemens Hufnagl, to filmowiec silnie ukształtowany przez austriacką szkołę filmową. Mrok czerpie z niej garściami – surowość kadru, powolne budowanie napięcia, czy narracyjny niepokój. Głucha cisza i akcja zamknięta w praktycznie jednej, zdeformowanej przestrzeni wzbudzają klaustrofobiczne odruchy, a czające się w lesie zagrożenie w nieoczywisty sposób drażni.

Zobacz również: Historia Przemocy. Recenzja filmu „Zabij i żyj”

Scenariusz Mroku wykazuje jednak pewne słabości. Relacja między bohaterami wydaje się momentami zbyt chaotyczna, opieszale skonstruowana – jednak grający ich aktorzy robią wszystko, żeby było autentycznie i bardzo ratują sytuację. Szesnastoletnia Nadia Alexander potrafi być przerażająca mimo dość kiepskiej charakteryzacji, a kiedy przychodzi czas ujawnić jej niewinną twarz ofiary – zagarnia sobie całą empatię widza. Dobre aktorstwo nie pomoże jednak w każdej sytuacji. Trudno nie zauważyć irytujących niedopowiedzeń w opowiadanej historii, a brak umiejscowienia czasowego zaburza narrację.

Mrok
fot. kadr z filmu “Mrok”

Twórcom mimo wszystko udaje się przede wszystkim uciec przed gatunkowymi stereotypami. Dzięki odwróconej konwencji dostajemy przede wszystkim dramat psychologiczny, opisujący poważną traumę. Czasem jednak pozostaje niesmak, gdy uświadomić sobie, że tak przeraźliwie mocny temat włożony w ramy dreszczowca, może zostać niewłaściwie zinterpretowany przez widzów. Film na pierwszy rzut oka ma straszyć, z czasem pojawia się jakieś gore, ale pod koniec przeradza się w trzymający w napięciu thriller. Mam nadzieję, że nikt nie wyjdzie z seansu zawiedziony, tylko dlatego, że film go zbyt słabo przestraszył.

Justin P. Lange stworzył bardzo inteligentny film. Kieruje naszą uwagę na temat skutków przemocy i gniewu. Podstawia nam również lustro, w którym mamy zobaczyć, że jesteśmy częścią społeczeństwa, które skazuje ofiary na izolację i spycha je w najmroczniejsze zakamarki duszy. Ponadto pokazuje, że poprzez wykluczenie i niesprawiedliwość tworzymy tylko więcej przemocy i nienawiści. Na szczęście obraz amerykańskiego reżysera daje nadzieję na lepsze dni. Nigdy wszak nie jest za późno na ratunek, nawet z największego dna ludzkiej egzystencji.

Ocena

7 / 10
Recenzje

“Oni”, czyli pocięty, ale wciąż dobry Sorrentino – Recenzja

Marcin Kempisty

Biały szejk siedzi na krześle i spogląda w dal. Białe chmurki przeciągają się po horyzoncie, a szum fal wprowadza kojący spokój. Po pewnym czasie mężczyzna wraca do wnętrza willi i zaczyna odgrywać swoją cyrkową grę przed obrażoną żoną. Wie, że źle wcześniej postępował i mimo że nadal do ucha szepcze mu diabeł, to pragnie odzyskać serce ukochanej kobiety. Skrupulatnie, krok po kroku, wymazuje bolesną przeszłość. Żartuje, kokietuje, śpiewa serenady. Jest pewny siebie, bo wie, że jego urokowi nikt się nie oprze. W końcu nazywa się Silvio Berlusconi, jest najpotężniejszym człowiekiem we Włoszech i nawet sam Władimir Putin przypłynął do niego kiedyś potężną armadą, by spędzić w posiadłości przyjaciela miło czas, najpewniej przy winie i w towarzystwie młodych kobiet.

Oni w reżyserii Paolo Sorrentino to film zaskakujący na wielu poziomach, igrający z oczekiwaniami widzów, którzy najchętniej widzieliby w kreacji włoskiego premiera kogoś przypominającego Franka Underwooda z House of Cards. Biografia polityka owiana jest przecież złą sławą – nieznane źródło ogromnej gotówki na początku kariery zawodowej, konszachty z mafią, uchwalanie ustaw uniemożliwiających postawienie go przed sądem – to wszystko składa się na obraz człowieka wielce kontrowersyjnego, którego historię wypadałoby obejrzeć z każdej możliwej strony. Tymczasem reżyser nie ma zapędów uniwersalistycznych i bierze pod lupę niewielki wycinek życia włoskiego faraona, gdy znajduje się on na banicji, z dala od głównego nurtu polityki. Kamera przygląda się jego życiu codziennemu, relacjom z rodziną oraz współpracownikami, starając się ustalić, na czym tak naprawdę polega jego fenomen.

Zobacz również: Recenzję “Sierpnia u Akiko”

Zanim jednak główny aktor wejdzie na scenę, Sorrentino przez prawie godzinę przedstawi widzom panoramę skorumpowanego społeczeństwa, przeżartego do cna nihilizmem i niewiarą w sprawiedliwość systemu. Począwszy od Sergio (Ricardo Scamarcio), pragnącego przyciągnąć Berlusconiego przy pomocy pełnych przepychu imprez a’la Jay Gatsby, w których wabikiem będą zastępy ponętnych kobiecych ciał, poprzez pochodzącą rzekomo z Albanii Kirę (Kasia Smutniak), która z ulicznej prostytutki stała się luksusową panią do towarzystwa, aż po rzeszę polityków i innych rodzajów gości odwiedzających posiadłość w Sardynii – całe to ludzkie bestiarium będzie służyło jako rewers dla historii o odchodzącym w krainę cienia politycznym wyjadaczu.

Już sam tytuł filmu wskazuje kierunek, w który powinny być zwrócone oczy widzów. Oni to nie tylko produkcja opowiadająca o perypetiach Berlusconiego. To również historia o tym, w jaki sposób protagonista wpływa na całą rzeczywistość. Jest jak zakazany owoc, obietnica zaznania raju na ziemi, przepustka do podróży po jasnej stronie księżyca. To wreszcie opowieść o społeczeństwie przesiąkniętym jego wizją świata. Wprawdzie starzec powoli odchodzi na emeryturę, lecz pozostawia po sobie testament trwalszy niż ze spiżu. Tym dziedzictwem jest choroba wsiąknięta w tkankę narodu składającego się z jednostek narcystycznych, patologicznych, a przede wszystkim żądnych władzy niezależnie od konsekwencji.

Zobacz również: Koszmar rodzicielstwa. Recenzja filmu „Poroniony” (2017)

W ujęciu reżysera Berlusconi jawi się jako władca absolutny, wpływający w rodzinnym kraju na każdą ważniejszą sferę życia społecznego. To ikona, celebryta, guru i demon, potrafiący machnięciem ręki wrzucić jednostkę do piekła, by wyciągnąć stamtąd kogoś innego i wprowadzić na sam szczyt. Jego wola jest nieograniczona i wielokrotnie udaje mu się udowodnić, że za pomocą modulacji głosem, pozytywnego nastawienia oraz odpowiedniego doboru słów jest w stanie osiągnąć każdy cel.

Berlusconi w ujęciu Servillo nie jest żądnym władzy tyranem, mimo że władzę ma bezdyskusyjną. To zaledwie starzejący się mężczyzna, dla którego wcześniejsze sukcesy są odległymi punktami na horyzoncie. Wprawdzie aktor jest wiecznie uśmiechnięty, a makijaż jeszcze bardziej podkreśla jego wesołkowatą naturę, lecz jednocześnie udaje się wygrać ten nieutulony w sercu żal, że młodość przeminęła, a posiadanie wszystkiego to za mało, by odnaleźć chęć do dalszych działań. Silvio jest jak Snaporaz z Miasta kobiet, godzący się ze świadomością, że pewnego rodzaju uciech już nie będzie mógł doświadczyć.

Zobacz również: „High Life” – ”kosmiczny Pattinson, kosmiczna wtopa” – Recenzja

Powolne odchodzenie zostaje zestawione z ekstazą młodych ciał bawiących się na dzikich imprezach żywcem wyjętych z czasów starożytnych. Nie bez przyczyny w pewnej scenia na ścianie pojawia się płótno Róże Heliogabala pędzla Lawrence’a Alma-Tademy. Kamera długo przypatruje się płynnym ruchom rąk, delikatnie podrygującym kolanom, miotanym na prawo i lewo włosom, zgrabnym pośladkom i nagim piersiom. W tym świecie nie ma miejsca na pruderię, gdy chce się zaznać maksimum przyjemności. Montaż momentami jest iście teledyskowy, podkreślający ulotność i dekadenckość przedstawianych wydarzeń.

Film Sorrentino cierpi na fragmentaryczną strukturę, jak gdyby na zapisanej mapie znajdowały się białe plamy. Pierwotna czterogodzinna wersja widowiska została na potrzeby zagranicznej dystrybucji przycięta do ledwie 150 minut, co musiało wpłynąć na płynność narracji oraz samą logikę wydarzeń. I rzeczywiście, czasami ma się wrażenie, że postacie za szybko przenoszą się z miejsca na miejsce, że nie ma spoiwa łączącego przyczyny ze skutkami. Szkielet fabularny jest wątły, lecz talent reżysera pozwala mu na wsparcie konstrukcji przy pomocy cudownie zaprojektowanych kadrów i umiejętnego łączenia elementów tragedii z komedią.

Zobacz również: „Pierwszy człowiek”, czyli najlepsza biografia od czasu „8. Mili” – Recenzja

Oni to film nierówny, stojący niżej od ostatnich tytułów proponowanych przez Sorrentino. Nie ma w sobie elegancji znanej z Wielkiego piękna, zaś Toniemu Servillo zabrakło odpowiedniej osoby do partnerowania, by mogły pojawić się tak wspaniałe wymiany zdań, jak między Cainem a Keitelem w Młodości. Jednocześnie protagonista nie jest centrum filmu, cała uwaga nie jest na nim skupiona, toteż nie ma możliwości odegrania diabelskiej partytury w stylu Jude’a Law w Młodym papieżu.

Oni to po prostu próba nieszablonowego, acz odrobinę zbyt bezpiecznego podejścia do biografii potężnego człowieka, naznaczona artystycznym, indywidualnym stylem. Włochowi udaje się stworzyć magiczne momenty, pełne subtelnego humoru i melancholijnej zadumy. Może to kwestia cięć na etapie produkcyjnym, a może źródło tkwi w samej portretowanej postaci, jednakże brakuje chwil przełamujących tę sielankową opowieść. Sorrentinowska narracja zawsze była niespieszna i zwrócona w stronę poszukiwania niesamowitości w obrębie zwykłej rzeczywistości, niemniej jednak w kontekście Berlusconiego aż prosiło się o odważniejszy krok, o próbę wnikliwego wejrzenia za kulisy polityki. Tymczasem reżyser ślizga się po powierzchni. Robi to w sposób niedościgniony dla rzeszy twórców, ale czasami ekshibicjonizm i humor to za mało.


Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.