Recenzje

Kartel, czyli Chiny, ćpanie i strzelanie – Recenzja

Paweł Gościniak
Kartel

Czym różni się chińskie podejście do narkotyków od tego, które znamy z Narcos czy Breaking Bad? Przede wszystkim ryzykiem związanym z biznesem. Jeśli posiadasz choćby 50g heroiny czy metfamfetaminy, co wcale nie jest dużą ilością, możesz liczyć się z rozstrzelaniem. Nic dziwnego, że baron narkotykowy Timmy Choi (Louis Koo) proponuje kapitanowi Zhangowi (Honglei Sun) wydanie największych szych w zamian za uniknięcie kary śmierci. Jak reżyser Johnnie To radzi sobie z przedstawieniem chińskiego półświatka i zwalczającej go policji?

Kartel

Zobacz również: Recenzję filmu “Płomienie”

Kartel nie wita nas sceną produkcji metaamfetaminy, lecz wrzuca w środek operacji policyjnej, mającej na celu zatrzymanie Timmy’ego i jego wspólników, którym, pomimo starań, nie udaje się uciec przed stróżami prawa. Podczas przesłuchania Choi ulega presji i idzie na współpracę. Wieść o śmierci swojej żony skłania go do takiej decyzji, szczególnie, że zginęła ona w wyniku eksplozji w jego fabryce produkującej narkotyki. Wygląda więc na to, że ma wyrzuty sumienia. Reżyser przy okazji tej tragedii przedstawia widzom chiński zwyczaj palenia pieniędzy. Za jego pomocą Timmy okazuje zmarłej ukochanej miłość i szacunek.

Johnnie To prowadzi nas oczami kapitana i Timmy’ego do kolejnych grubych ryb w biznesie. Poznajemy Ha-ha, który śmieje się do rozpuku z prawie każdego słowa jakie słyszy od Zhanga. Dzięki podsłuchowi zespół operacyjny notuje każdą wypowiedź Ha-ha. Wszystko po to, aby kapitan udawał go przy spotkaniu z następnym dilerem, oziębłym Chenem, prowokującym funkcjonariusza do wzięcia narkotyków. Plan szalony, ale sensowny, bowiem obydwaj handlarze nie znają się osobiście. Wprowadzenie kapitana-aktora to fantastyczny zabieg reżysera, który naprawdę cieszy zarówno pod względem pomysłu, jak i gry aktorskiej Honglei Suna.

Niestety na tych czterech postaciach kończy się wyrazistość. Można jeszcze dorzucić do nich parę ćpunów, którzy prowadzą ciężarówkę z narkotykami, lecz są nieświadomi śledzącej ich policji. Od razu przychodzi na myśl scena z Laską i jego kumplami w Chłopaki nie płaczą, przez co kąciki ust delikatnie podnoszą się do góry. Opadają one jednak, gdy uświadamiamy sobie, że jedynym wyróżniającym się spośród policjantów bohaterem jest Zhang, ale na szczęście Honglei Sun ciągnie resztę funkcjonariuszy swoimi umiejętnościami aktorskimi do góry.

Zobacz również: Recenzję filmu “Mary Poppins powraca”

Na tle konfliktu, który tworzy się między kapitanem a Timmym, obserwujemy podejście chińskiej policji do dilerów czy osób uzależnionych od narkotyków. Stróże prawa wcale nie ukrywają, że ich nienawidzą. Jest w tym trochę znanej w chińskiej kinematografii propagandy Państwa Środka, choć patrząc z perspektywy historii, ten obrazek wcale nie dziwi. W XIX wieku Wielka Brytania, po zwycięstwie w wojnach opiumowych, zmusiła Cesarstwo Chińskie do skupowania opium, co skutkowało uzależnieniem się sporej części mieszkańców od tej substancji. Po za tym Chiny przekazały w ręce Brytyjczyków Hongkong, rodzinne miasto reżysera. Jakby szukać na siłę, to może jest to manifest żalu wobec biegu historii?

Jedno jest pewne – w Państwie Środka polityka antynarkotykowa to nie żart. Liczba aresztowań wzrasta każdego roku. W latach 2006-2011 zwiększyła się ona z 31 do 69 tys. Jeszcze nie tak dawno polityka rządu obrała zupełnie inny kierunek, o czym świadczą działania z ramienia Xi Jinpinga. W samym okresie od września do grudnia 2014 roku prowadzono aż 52 tys. spraw przeciwko handlu narkotykami. W tym czasie za posiadanie kilkudziesięciu gramów marihuany został aresztowany syn Jackiego Chana. Znany aktor posypał sobie głowę popiołem, co tłumaczył okazaniem skruchy i podkreśleniem swoich błędów wychowawczych. Możliwe, że jego celem było zachowanie posłuszeństwa wobec państwa, lecz prawdę zna tylko on.

Kartel

Zobacz również: Recenzję filmu “Vox Lux”

Kartel rzuca światło na temat narkotyków w Chinach, choć jest to raczej promyk, bo wcale nie dowiadujemy się tak wiele. Jednak wiele skłania mnie do wystawienia mu pozytywnej oceny. Przede wszystkim wspomniana przeze mnie już nie raz gra aktorska Honglei Suna, ale również Louisa Koo, którego mimika ciągle wywołuje w nas niepewność. Od początku w głowie tworzą się pytania: Czy Timmy odwróci się od kapitana i zdradzi go, żeby pozostać lojalnym wobec swoich kolegom po fachu? Zdecyduje się na ucieczkę, czy będzie za wszelką cenę chciał uniknąć kary śmierci?

Interesujące są sceny, w których mamy do czynienia bezpośrednio z operacjami policyjnymi. Obserwujemy je zarówno z perspektywy uczestników, którzy działają incognito i w pokoju hotelowym niejednokrotnie przebierają się podczas jednej akcji. Widzimy też tych, którzy pozostają niewidzialni, a więc zaplecze w postaci funkcjonariuszy koordynujących operację za pomocą kamer czy podsłuchu. Kartel daje nam wgląd w trwające trzy doby działania policjantów, trzyma w napięciu, cieszy dynamiczną kamerą i wspaniałym montażem. Przeprowadza nas przez wymiany narkotyków w korku na drodze ekspresowej, pościgi, wybuchy, scenę strzelaniny niczym u Tarantino, tyle że bez masowego rozlewu krwi. Ta ostatnia wielu skradła serce, w tym mi. Czego zatem Johnnie To nie dopiął w Kartelu?

Kartel

Zobacz również: Recenzję filmu “Spider-Man Uniwersum”

Do niedociągnieć wliczają się niektóre zabiegi podczas działań policji, wspomniana bezpłciowość większości postaci i miejscami rażący brak realizmu. Pościgi są, ale kiedy kapitan podąża za uciekającym ze szpitala Timmym, to faktycznie tylko… podąża. Wyglądają jak dwaj staruszkowie chcący dotrzeć do supermarketu w Black Friday. Poza tym trafiają się sceny wręcz komiczne, jak choćby ta, w której dwójka przestępców ucieka z fabryki przed oddziałem policji. Pomimo faktu, że goni ich dwudziestu funkcjonariuszy, są w stanie zastrzelić połowę z nich i jeszcze wydostać się z budynku bez szwanku. Kolejnym absurdem jest rozmowa kapitana z dilerem Ha-ha. Żona gangstera podaje dania, przez co zasłania niewielką policyjną kamerę ukrytą w paczce papierosów. Przy każdym kolejnym posiłku kapitan i Timmy podają sobie paczkę tak chaotycznie i bezcelowo, że nie sposób nie zaśmiać się z kiczowatości tej sceny.

Nie ma jednak co przesadnie narzekać, bo Kartel ogląda się naprawdę przyjemnie. Fabuła jest wciągająca i zachęca do szerszego zapoznania się z tematyką narkotyków w Chinach. Oczywiście od strony teoretycznej, ponieważ Johnnie To na każdym kroku ciska w nas hasłem: narkotyki to zło. W scenie w hotelu obserwujemy kapitana, który wykręcony od białego proszku lata po całym pokoju jakby mu ktoś wsadził kij w… wiadomo. Gra aktorska jest miła dla oka, a kamera jeszcze wspanialsza. Wszystkim amatorom-pasjonatom kina Państwa Środka polecam sięgnąć po tę produkcję.

Ocena

7 / 10
CampingRecenzje

Camping #24 – “Wielka draka w chińskiej dzielnicy” [Kurt Russell i lasery z oczu na święta!] – Recenzja

Bartek Bartosik
Wielka draka w chińskiej dzielnicy

Kariera reżyserska Johna Carpentera to wzór eklektyzmu w dziedzinie filmowego rzemiosła. Poruszał się on płynnie od sensacji, przez horror, aż po czysto przygodowe kino – w każdym z tych gatunków zostawiając swoje umiłowanie do plastyki obrazu i szeroko rozumianej dziwności. Przesadą byłoby chyba tylko stwierdzenie, że Carpenter nakręcił niemal idealny film świąteczny. Ale czy na pewno?

Bo czym tak naprawdę powinien się charakteryzować film na święta? Oczywiście pierwszym, co przychodzi na myśl, jest tematyka biblijna, ale kto ze Świętami Bożego Narodzenia nie skojarzy wściekającego się Joego Pesciego albo “Yippie ki-yay, motherfucker”, niech pierwszy rzuci kamieniem. Idąc dalej tym tropem – idealny film świąteczny to taki, który emuluje w widzu uczucie leżenia na kanapie w brzydkim, świątecznym swetrze, po całodziennym obżeraniu się pierogami i innymi karpiami. W takim razie grono filmów zawężamy do tych trącających lekko myszką, najlepiej z wielkimi gwiazdami w czasach ich relatywnej młodości, dających nieszczególnie skomplikowaną, czystą frajdę i przyjaznych dla większości rodziny. W tym świetle okazuje się, że twórca tak przyjemnych filmów jak “Atak na Posterunek 13″, “Halloween” czy “Coś” dostarczył fantastyczny podkład pod trawienie ryby po grecku z błogim uśmiechem na ustach.

Wielka draka w chińskiej dzielnicy
“Wielka draka w chińskiej dzielnicy”

“Wielka draka w chińskiej dzielnicy”, bowiem o tym filmie mowa, to przedziwny miks buddy movie, lekkiego horroru, kina fantasy i sensacji, a wszystko to w otoczce potraktowanego popkulturą chińskiego folkloru. Kierowca ciężarówki o twarzy nieśmiertelnej ikony b-klasowej rozwałki – Kurta Russella – wraz ze swoim przyjacielem z tytułowego Chinatown wplątują się w coś, co z początku wygląda na mafijne porachunki, a z czasem przeradza się w dziwaczny, mistyczny spektakl walki tych dobrych z tymi pradawnymi złymi.

Tym, co nadaje tej prostej, choć lekko zwichrowanej historyjce uroku jest sam Russell, który pręży muskuły, wymachując spluwą, przyodziany w niezbędną dla twardziela z lat 80. (pozdrowienia dla Johna McClane’a) koszulkę żonobijkę i jak z rękawa rzuca czerstwymi one-linerami, czym oczywiście zaskarbia sobie wielką przychylność płci przeciwnej i nienawiść wrogów. Wrogów, którymi nie są zwykłe bandziory, lecz pradawni magowie, zębate bestie i pompujący swoje ciała do groteskowych rozmiarów zabójcy. Wszystkie te indywidua ukazane są z niepodrabialnym, typowym dla lat osiemdziesiątych kampowym urokiem. Praktyczne efekty specjalne, jak to u Carpentera, stoją na wysokim poziomie, jednak z jakiegoś powodu postanowiono w “Drace” podrasować je raczkującymi wtedy efektami komputerowymi, co odbiera całemu filmowi resztki powagi. Ale przecież nie o powagę tu chodzi, więc kolejne wizualne nieporadności potraktować należy jako sympatyczną podróż w niskobudżetową przeszłość.

Wielka draka w chińskiej dzielnicy
“Wielka draka w chińskiej dzielnicy”

Pisząc o filmie Carpentera nie sposób wspomnieć o reżyserze jako autorze ścieżki dźwiękowej. Ta niezależnie od filmu prezentuje się przepysznie, łącząc ejtisową elektronikę z orientalnymi brzmieniami, co podrasowuje sceny akcji, a w spokojniejszych momentach buduje klimat przegiętego jak cały film Chinatown.

“Wielka draka w chińskiej dzielnicy” nie stoi nawet obok podium filmów mistrza Carpentera, jednak zapewnia coś, czego nie uświadczy się, siedząc jak na szpilkach, kiedy Michael Myers morduje opiekunki albo kiedy McCready testuje próbki krwi na obecność kosmicznej paskudy – mianowicie nostalgiczny, nienarzucający się nastrój, ponieważ o ile wspomniane wcześniej dzieła są ponadczasowe, o tyle filmów takich jak “Wielka draka” już się po prostu nie robi. I trochę szkoda.


“Wielką drakę w chińskiej dzielnicy” będziecie mieli szansę zobaczyć na antenie stacji TNT już 21 grudnia o godzinie 21:00!
Recenzje

“Mój piękny syn” – [Laurka dla cudownego chłopca?] – Recenzja

Marcin Kempisty
Mój piękny syn
Mój piękny syn

Stosowanie kwantyfikatorów ogólnych najczęściej zaciemnia obraz i nie pozwala dotrzeć do istoty problemu. Być może postulowanie usunięcia słów, takich jak każdy/nigdy/zawsze, to zbyt daleko idący krok, niemniej jednak jest coś w tym, że nadmierne korzystanie z uogólnień zniekształca obraz rzeczywistości, pomaga w unikaniu niewygodnych wyjątków, drobnych fałdek na wygładzonej powierzchni. Tym razem jednak warto sięgnąć po obiegową opinię, by stwierdzić, że figura Ojca we współczesnym kinie jest wyraźnie nadszarpnięta. Najczęściej jest to ściśle związane z toksyczną męskością, przemocą fizyczną oraz psychiczną, nadużywaniem środków odurzających, jak również nieobecnością wywołaną pracoholizmem, czy nieumiejętnością poradzenia sobie z trudnymi realiami życia. Wprawdzie istnieją chlubne unikaty, choćby wyrozumiały i czuły papa z Tamtych dni, tamtych nocy, ale według dominującej tendencji rodzina jest siedliskiem patologii i źródłem traum, zaś męska głowa rodziny konserwuje zastały, patriarchalny układ.

Zobacz również: Spider-Man Uniwersum [czyli najlepszy Spider-Man od czasów Fox Kids] – Recenzja

W tym kontekście bunt przeciwko ograniczającym konwencjom jest zazwyczaj traktowany jako torowanie sobie drogi do samostanowienia, do uzyskania wolności i realizacji marzeń. Żeby nie wdawać się w litanię przykładów, bo konflikt ojca z synem jest stary jak świat, posłużmy się obrazami z filmów i seriali mających premierę w ostatnich miesiącach. Przypomnijmy sobie o Farrokhu Bulsarze, uciekającym przed karcącym spojrzeniem taty w Bohemian Rhapsody, wróćmy pamięcią do wyrzucanego z domu Damona w serialu Pose, gdy jego homoseksualizm wyszedł na jaw, wymieńmy przy okazji wiecznie zapijaczonego Adama Woronowicza i przysłuchującego się jego tyradom małego Adasia w kolejnej artystycznej spowiedzi Marka Koterskiego, ale też nie zapominajmy o wiecznie nieobecnym Neilu Armstrongu granym przez Ryana Goslinga, czującym się jak na konferencji prasowej, gdy przyszło mu odpowiadać na podstawowe pytania zadawane przez dzieci.

Mój piękny syn
Kadr z filmu “Mój piękny syn”

Felix Van Groeningen w swoim najnowszym filmie stara się unikać takich krzywdzących uogólnień. Wprawdzie podejmowane przez niego działania nie prowadzą do pełnej odbudowy archetypu, bo człowiek w swej naturze jest istotą niedoskonałą, niemniej jednak przedstawiona w Moim pięknym synu historia odsłania w ojcostwie głównie pozytywny pierwiastek, co obecnie może zostać potraktowane jako odstępstwo od reguły. Oto David Sheff (Steve Carell), freelancer piszący dziennikarskie teksty, między innymi dla New York Timesa, za wszelką cenę stara się uratować wchodzącego w dorosłość syna Nica (Timothée Chalamet) przed zgubnym wpływem narkotyków. I chociaż jest w związku z drugą małżonką (Maura Tierney) i ma z nią dwójkę małych dzieci, to oczkiem w głowie cały czas jest ten najstarszy, pierworodny, beautiful boy.

Grany przez Carella bohater nie jest idealnym przykładem ojcowskiej troski, wszak później spłodzone latorośle nie budzą w nim aż takiego zainteresowania, ale Nic jest dla niego niczym projekt życia, najdoskonalsze płótno, przedłużenie jego losu. Za pomocą serii retrospektyw, przeplatających “teraźniejszą” narrację, reżyser przedstawia obraz budującej się między mężczyznami silnej więzi, najczęściej ukazanej w pięknych warunkach przyrody, z obowiązkowo soczyście świecącym Słońcem, topiącym krajobraz w idyllicznej atmosferze, i w sytuacjach skłaniających do pojawiania się na ustach wyznań o wielkiej mocy. Wymawiane słowo everything podczas uścisków brzmi jak Amen po odbytej modlitwie, potwierdza zażyłość, pieczętuje łączącą ich miłość. W pewnym momencie, niemożliwym do ustalenia ze względu na sposób prowadzenia opowieści, coś między nimi pęka, dzielą ich tajemnice, wykręty, niespełnione oczekiwania. Nic wpada w nałóg narkotykowy, zapoznaje się z całą tablicą Mendelejewa, zaś ojcu przypada rola przystani chroniącej przed życiową nawałnicą, do której będzie można zawsze wpłynąć, gdy zajdzie taka potrzeba.

Zobacz również: „Mary Poppins Powraca” [czyli jak nie zapomnieć o radości z życia] – Recenzja

Punkt wyjścia w Moim pięknym synu jest przejmujący, Groeningenowi zależy na ukazaniu piekielnej mocy uzależnienia i desperackiej, destrukcyjnej próby odratowania zagubionego młodzieńca. Na obraz Nica składają się jednak elementy sztampowe: niechęć wobec szarej rzeczywistości, ucieczka przed życiem, buntownicze usposobienie, rockowa muzyka w słuchawkach i plakaty Nirvany czy Davida Bowiego na ścianach. Ot, po prostu izolacja wpycha go w objęcia metamfetaminy.

Mój piękny syn
Kadr z filmu “Mój piękny syn”

Autor Boso, ale na rowerze nie próbuje zrozumieć swojego bohatera, nie pozwala na to, by jego tragedia w pełni wybrzmiała. Stawia widza przed faktem dokonanym – potęgującym się nałogiem – i tylko przygląda się staczaniu na dno, nie próbując dociec istoty zagadnienia. Naturalnie w tym momencie może się pojawić sprzeciw, przecież nie tym reżyser chciał się zajmować, ale po co w takim razie umieszczał konkretne dane statystyczne na końcu filmu? Zapewne w celach dydaktycznych, więc skoro chciał naświetlić problem, to powinien skupić się na kompleksowym podejściu, a nie zadowalać się truizmami. Bo przecież nie ma osoby, która oceniałaby pozytywnie wpływ narkotyków na ludzkie życie.

Zobacz również: „Płomienie” [Wielki głód pokolenia] – Recenzja

Powyższe zastrzeżenia często są związane z nabożnym stosunkiem Groeningena do Timothée Chalameta. Aktor daje z siebie wszystko na ekranie, grany przez niego bohater bywa totalnie zagubiony, szaleńczo podekscytowany, miota się między sprzecznymi emocjami, nęcącą autodestrukcją, a miłością do rodziny. Tymczasem reżyser notorycznie rzuca tej postaci kłody pod nogi, podchodząc do niego, jak do Chłopca z koszem owoców pędzla Caravaggia. A to kosmyk włosów buńczucznie spłynie na chmurne czoło, a to chłopak pojeździ na rowerze w ciemnych okularach, a to zacytuje fragment poezji Charlesa Bukowskiego w trakcie zajęć na studiach.

O ile podejście Luki Guadagnino do fizys Chalameta w Tamtych dniach, tamtych nocach miało swoje fabularne uzasadnienie, o tyle zachowanie Belga nie jest do obrony. Kamera kontempluje jego chude, blade ciało, poszukuje błąkającego się na twarzy, zawadiackiego uśmiechu, nawet w krytycznym momencie światło spłynie na umęczone lico. Akcja filmu toczy się na przestrzeni kilku lat, ale upływu czasu nie sposób doświadczyć. Nawet ciało narkomana nie ulega zmianom, pozostaje nieskalane i atrakcyjne. Reżyserowi ewidentnie brakuje odwagi w wykreowaniu mocniejszych, bliższych prawdy obrazów. Skupia się na terrorze psychicznym, a ewidentnie umyka mu kontekst cielesny.

Mój piękny syn
Chalamet jako obraz Caravaggia

Wprawdzie sposób ukazywania Davida Sheffa może ściągnąć zarzuty o nadmierną idealizację tej postaci, aczkolwiek Steve Carell wychodzi z powierzonych mu zadań obronną ręką. Wbrew pozorom nie jest nieskazitelnym bohaterem, jego uczucie potrafi zamknąć syna w złotej klatce. Pogoń za pierworodnym bywa dla niego zgubna i chociaż często jego zachowanie bywa trudne do zaakceptowania, to jednak finałowa przemiana charakterologiczna zostaje w skuteczny sposób odegrana i stanowi jeden z mocniejszych punktów całego widowiska.

Zobacz również: „Vox Lux” – Recenzja

Razi też całkowity brak drugiego planu. Reżyser przedmiotowo traktuje postać graną przez Maurę Tierney, mimo że aktorka w serialu The Affair dobitnie udowodniła, na jakich wysokich rejestrach emocjonalnych potrafi funkcjonować na ekranie. Młodsze dzieciaki małżeństwa są wykorzystywane tylko wtedy, gdy trzeba popłakać nad smutnym losem brata. Biologiczna matka Nica również przelatuje przez ten film jak meteoryt. Groeningen stawia wszystko na relację ojca z synem, ale nie tworzy wokół nich przestrzeni, w której mogliby funkcjonować. Liczy się tylko problem z nałogiem, bo naturalnie wszyscy mają pieniądze i mieszkają w ładnych domach.

Mój piękny syn
Kadr z filmu “Mój piękny syn”

Mimo wielu przytoczonych zastrzeżeń, nie można jednoznacznie skrytykować filmu belgijskiego reżysera. Może opowieść w Moim pięknym synu bywa prowadzona jednowymiarowo i niekiedy w jednostajnym tempie, może twórca momentami ślizga się po doskonale znanych prawdach i ogólnie przyjętych spostrzeżeniach, niemniej jednak należy docenić odwagę przy doborze tematu. Autor spogląda tam, gdzie rzadko spoglądało wcześniej kino mainstreamowe. Przymyka oko na brutalność, unika szokowania, to zdecydowanie nie jest powtórka z Requiem dla snu naszpikowanego efektownymi zagrywkami.

Felix Van Groeningen topi całą fabułę w aurze utraconej niewinności i rozwianych złudzeń, w tle puszcza post-rockowe melodie i indie smuty, starając się zrehabilitować figurę Ojca względem młodszego pokolenia. Wreszcie bunt nie jest idealizowany, tylko ma gorzki posmak rozczarowania. Mimo że nad produkcją unosi się dydaktyczny smrodek, to należy się Belgowi szacunek za wiarę w ludzką dobroć oraz siłę odkupienia. I niech wreszcie Timothée Chalamet przestanie być obsadzany w rolach zbuntowanych młodzieńców, bo takie zaszufladkowanie może negatywnie wpłynąć na rozwój jego kariery.


Recenzje

BDSM w Polsce? – Recenzja dokumentu “Klimat i wanilia”

Andrzej Badek
Klimat i wanilia
Klimat i wanilia

Dzięki popularności powieści „Pięćdziesiąt twarzy Greya” wydanej w 2011 roku oraz jej ekranizacji, która nastąpiła cztery lata później, temat BDSM pojawił się w powszechnej świadomości. Niestety, forma przedstawienia zjawiska w powyższym dziele jest bardzo pobieżna i powierzchowna, podczas gdy jego problematyka jest złożona i stanowi materiał do szerokiej dyskusji w przestrzeni publicznej.

Nasza redakcja od dłuższego czasu skupia swój wzrok na młodych polskich artystach, widząc w nich nadzieję na zrewolucjonizowanie polskiego kina i szansę na wywrócenie filmowych dyskursów. Do takich osób należy z pewnością Bogna Kowalczyk, reżyserka filmu „Klimat i wanilia” – krótkiego dokumentalnego metrażu, zrealizowanego w formie pomysłowej animacji, w trakcie której możemy poznać od środka ludzi zaangażowanych w związki oparte na koncepcji dominacji i uległości.

Klimat i wanilia
Klimat i wanilia
Zobacz również: Polska Nowa Fala

Cała produkcja trwa jedynie nieco ponad kwadrans i nie ma ambicji, żeby zdefiniować zjawisko, dogłębnie je zanalizować, ani tym bardziej ocenić. To, co film robi to wprowadzenie widza w środek świata, o którym pewnie nigdy nie myślał; usłyszenia, jak wygląda codzienne życie takich osób oraz, co sądzą oni na temat swojej seksualności, czy nawyków. Całość została zilustrowana animacją, która ma tutaj dwojaką funkcję. Po pierwsze, pozwala bohaterom utrzymać anonimowość oraz ułatwia im rozmowę na te tak trudne tematy dotyczącego ich stylu życia, odmiennego od powszechnie znanych standardów. Po drugie, odrealnia obraz, tworząc przestrzeń do pokazania emocji i perspektywy myślenia bohaterów. To także sposób na ukazanie w przystępny sposób czegoś, co w kręcone w konwencjonalny sposób mogłoby pozostawić widza obojętnym.

Zdecydowaną zaletą podejścia twórców jest brak stronniczości. „Klimat i wanilia” stawia widza w roli obserwatora i słuchacza. Tylko od nas zależy, w jaki sposób podejdziemy do bohaterów utworu. Czy uznamy ich za dziwaków, osoby chore, czy po prostu żyjące specyficznym stylem życia, do którego mają prawo, stanie się to za sprawą naszego osądu, nie narracji reżyserki.

Już sam enigmatyczny tytuł składa widzowi obietnicę poznania tego nieznanego na co dzień świata od środka. Istotnie, zostajemy rzuceni na głęboką wodę, potraktowani slangiem, który może być niezrozumiały. Dla przykładu, „klimat” to w środowisku BDSM czynności i atmosfera związane z dominacją i uległością, natomiast „wanilia” to sfera lub styl życia niezwiązany z tym spektrum.

Klimat i wanilia
Klimat i wanilia
Zobacz również: „Nazywam ten gatunek dramatem magicznym”, czyli rozmawiamy z reżyserem Gregiem Zglińskim o „Zwierzętach”

To, co można zarzucić twórcom to lekki niedosyt odczuwany po seansie. Aż chciałoby się zobaczyć dalszą eksplorację tej tematyki, poznać bohaterów lepiej, dowiedzieć się więcej o ich przeszłości, czy zwyczajnie obejrzeć jeszcze kilka minut animacji zrealizowanej w podobnym stylu. Ograniczenia te zostały wymuszone przez kwestie finansowe oraz fakt, że jest to jedynie etiuda studencka, ale poruszony temat to tak nieodkryta i niezgłębiona karta we współczesnej kinematografii, że sama prosi się o więcej uwagi.

Od trzech tygodni produkcja jest dostępna do obejrzenia legalnie w serwisie YouTube. Wierzę, że rewolucjonizuje ona spojrzenie widzów na opisywane zjawisko. Chciałbym wierzyć, że produkcja nie utonie w odmętach Internetu, ale stanie się iskrą, która rozpali liczne merytoryczne dyskusje. Mam również nadzieję, że kolejne produkcje pani Bogny Kowalczyk będą poruszały równie trudne i ambitne tematy i zrobią to w bardziej rozbudowany sposób. Potrzeba nam kogoś, kto stanie się duchowym spadkobiercą Antonisza i Borowczyka, tworząc bezkompromisowe kino dotykające tematów seksualności. Któż inny ma w końcu rewolucjonizować paradygmaty myślenia jeśli nie artyści?


PublicystykaWywiady

“Nazywam ten gatunek dramatem magicznym”, czyli rozmawiamy z reżyserem Gregiem Zglińskim o “Zwierzętach”

Maciej Kędziora

W ten piątek premierę miał cudowny film Grega Zglińskiego pt. Zwierzęta, czyli tajemnicza opowieść o pewnym, przeżywającym kryzys małżeństwie. Podczas premiery, organizowanej w Kinie Luna przez Velvet Spoon, mieliśmy okazję spotkać się na dłużej z reżyserem i porozmawiać o jego ostatnim projekcie.

Zobacz również: Recenzję filmu “Zwierzęta”

Maciej Kędziora: Pierwsze pytanie, jakie niewątpliwie wypada zadać: W jaki sposób wpadł pan na scenariusz Jorga Kalta? W jaki sposób wszedł Pan w jego posiadanie, jak wygląda ta historia?

  • Właściwie to nie ja na niego wpadłem, tylko scenariusz na mnie (śmiech). Przeczytałem go 10 lat temu będąc w komisji w Zurychu, która przyznaje fundusze na filmy. W gronie zgłoszonych produkcji był właśnie ten projekt filmowy Jorga, który zachwycił formą i poczuciem humoru. I choć miałem może małe obiekcje – stąd pewne zmiany w mojej wersji – to chciałem ten film zobaczyć na wielkim ekranie. 

Czyli Jorg Kalt dostał fundusze na swój film?

  • Dostał, jak najbardziej. Potem dowiedziałem się, że Jorg odebrał sobie życie, co było dość wstrząsające, gdyż wydawał się człowiekiem, który szuka życia. Parę lat później, gdy szukałem tematu na film (cztery lata temu), poprosiłem mojego szwajcarskiego producenta, by sprawdził co się wydarzyło z tym scenariuszem. Okazało się, że jest wolny, a brat Jorga był bardzo szczęśliwy, że ktoś się nim zainteresował.
Greg Zgliński z plakatem “Zwierząt”

Przy takich filmach jak Zwierzęta, opierających się na tajemnicy, łączeniu kropek pojawia się pytanie, czy Pan jako reżyser woli, żeby widz poczuł film emocjami i całkowicie się w nim zanurzył, czy też by próbował bawić się w grę z filmem, próbując ustalić, co się właściwie stało?

  • Myślę, że kluczowe jest i jedno i drugie. Przeżycie emocjonalnie jest dla mnie podstawą, bo na tym polega film, żeby wejść w tę historię, zidentyfikować się z bohaterami i poczuć to samo. Staram się podprowadzić bohaterów tak, żeby można było ich zrozumieć, żeby można było wejść w ich świat. Natomiast oczywiście to jest też gra. Film jest jak puzzle. Ten to już w ogóle jest jak puzzle, ale każdy film jest tak naprawdę układanką. Pytanie ile z tego jest podane dosłownie, a ile można zostawić dla wyobraźni widza. Najciekawszym jest moment kiedy można podać widzowi pewne sugestie, by pewną część historii mógł sobie sam dopowiedzieć, bo wtedy widz przenosi się w inny świat, porównując go do swojego świata, do swojego życia.

Dlatego też Zwierzęta chce się oglądać po raz trzeci, czwarty, by móc odkryć w nim kolejne warstwy historii. Na potrzeby pytania pozwolę sobie nazwać Zwierzęta filmem polskim i patrząc na ostatni fenomen rodzimego kina psychologicznego – czy to Fuga Agnieszki Smoczyńskiej, czy Wieża, Jasny dzień Jagody Szelc – zadać pytanie skąd bierze się fascynacja psychologią u reżysera, u Pana?

  • Zrobiłem dwa dramaty psychologiczne – Cała zima bez ognia i Wymyk – i poczułem, że ten obszar trochę wyekspolorowałem i właściwie wróciłem trochę do tematyki, która fascynowała mnie jeszcze przed szkołą filmową, czyli sferą, gdzie łączy się jawa i sen. Bo może ta jawa, wcale nie jest jawą? Tak nam mówi Matrix (śmiech). Nazywam ten gatunek dramatem magicznym, to jest nowy gatunek, który właśnie stworzyłem (śmiech). Oczywiście psychologia jest ważna, ale w życiu jest dużo magii i to od nas zależy czy ją dostrzegamy, czy też nie. Przecież takie zjawisko jak deja vu, gdy widzimy jakąś scenę i myślimy “widziałem to już”, albo uświadamiamy sobie, że ten moment już kiedyś przeżyliśmy tylko nie pamiętamy kiedy – czy to było w śnie, czy na jawie – to jest coś niesamowitego. A jednak odpychamy to na bok, bo nie pasuje to do naszego ciągu logicznego. A ja właśnie staram się tego nie odpychać, dlatego Zwierzęta rozgrywają się właśnie w tym obszarze przedłużonym do półtorej godziny.
Kadr z filmu “Zwierzęta”

Tytułowe Zwierzęta odgrywają kluczową rolę w filmie. Momentami były nawet bardziej ludzkie niż bohaterowie, podczas gdy ludzie coraz bardziej się zezwierzęcali. Kiedyś w wywiadzie wspomniał Pan, że przypominają Panu one postacie z baśni La Fountaine’a. Pytanie jednak, czy zwierzęta były pomysłem Jorga i czym ów zwierzęta są dla Pana?

  • Zwierzęta były pomysłem Jorga. My – ludzie – również mamy przecież w sobie zwierzę, jesteśmy po części zwierzętami i wszystko zależy tak naprawdę od świadomości. Pytanie – jaka świadomość? Zdaje mi się, że wszystko ma świadomość, tyle że jest ona różna. Kiedyś przeczytałem taką hipotezę, że materia powstaje ze świadomości i uważam, że jest ona fascynująca. Że przez świadomość świat się zmaterializował i pracując nad świadomością, pracujemy nad światem.

Jest coś w tym bardzo intrygującego i rzeczywistego…

  • Tak, tworzymy świat. To kino tutaj (znajdujemy się w Kinie Luna – przyp red.), jego dawniej nie było. To nie jest natura, wszystko tutaj stworzyła myśl, każdy detal na tej sali zaczął się od myśli, która się zmaterializowała.

Jest w tym dużo prawdy, a sam temat świadomości i materii jest naprawdę intrygujący. Każdy odbierze Zwierzęta inaczej i choć wiem, że twórcy nie lubią narzucać swoich ścieżek interpretacyjnych, to o czym dla Pana są Zwierzęta – o rozstaniu, o utracie kogoś bliskiego, o rozpadzie związku?

  • Też. Na przykładzie związku – są one przecież zawsze emocjonalne, a emocje powodują, że łatwo wejść w pewien bardzo subiektywny, skostniały punkt widzenia, który powoduje, że stajemy na dwóch przeciwnych pozycjach, bez możliwości porozumienia, bez możności spotkania się.

Takiego pewnego zacięcia się przy swoich poglądach?

  • Tak. Ładnie ujęła to Mona (Mona Petri – przyp.red) na spotkaniu – “Tam gdzie jest miłość, jest akceptacja i powiedzenie tak światu, który nas otacza i wtedy się łączymy”. Jeśli wiec spotka się dwójka ludzi, która mówi tak wtedy pojawia się połączona energia, która więcej może.
Mona Petri w filmie “Zwierzęta”

W jaki sposób zmieniało się Pana podejście do Zwierząt nie tylko na samym etapie produkcyjnym, ale i przez pryzmat seansów przedpremierowych, pokazów specjalnych?

  • Za każdym razem odkrywam w nich coś nowego, dlatego też za każdym razem jestem inny. Dla mnie ten film jest takim trochę lustrem, w którym widzę samego siebie, bo porusza porusza bliskie mi tematy i pewne moje historie. Dlatego też w zależności, z jakim nastawieniem i w jakim momencie życia jestem i z jakimi emocjami przychodzę na seans, to coś innego widzę w tym filmie, to w innych miejscach znajduje te kluczowe narracyjne akcenty.

Kończąc, czy mógłby Pan nam zdradzić jakie są Pańskie kolejne projekty? Czy ma Pan już jakaś wizję przyszłości?

  • Mam, choć nie bardzo mogę uchylić rąbka tajemnicy, bo lubię mówić o projektach, które są skończone – również przez to, jak często zmienia się ich wizja, która tworzy się tak naprawdę przez cały czas pracy, aż do ostatniej kopii. Wizja cały czas powstaje – trochę jak budowanie świadomości. Ale mogę zdradzić, że pracuję nad dwoma projektami. Myślę jednak, że ten film zostanie dla mnie wyjątkowy, bo choć interesuje mnie nadal ten temat, to myślę, że eksploracja tego (bądź innego) świata w kolejnych produkcjach będzie inna.

Na koniec chciałbym bardzo podziękować za tak piękny i nowatorski film jakim są Zwierzęta, czyli obraz całkowicie inny, oraz bardzo dla nas – jako redakcji – ważny.

  • Bardzo się cieszę i dziękuję!

Pytania przygotowali – Maciej Kędziora i Marcin Kempisty

Wywiad przeprowadził – Maciej Kędziora

Recenzje

“Kursk” [czyli czekając na ratunek] – Recenzja

Maciej Kędziora

W tym roku filmowcy opowiadali już o wielu tragediach współczesnego świata – Paul Greengrass i Erik Poppe o zamachu na wyspie Utoya, Sergiej Łoznica o wojnie hybrydowej w Donbasie, a Philipp Van Leeuw w Czterech ścianach życia poruszał temat życia w epicentrum starć zbrojnych. W ten nurt wpisuje się również jeden z najważniejszych sygnatariuszy Dogmy – Thomas Vinterberg. Zdecydował się on pokazać historię katastrofy łodzi podwodnej K-141 Kursk, na której to pokładzie z powodu przegrzania wybuchła torpeda, co doprowadziło do większościowego zalania statku.

Wybuch przeżyła jednak garstka załogi (znajdującej się wówczas na odgrodzonej przez reaktor rufie) i to właśnie ich losy będziemy śledzić. Przewodzić będzie im Mikhail Kalekov (Matthias Schoenaerts), za wszelką cenę próbujący uratować swoich przyjaciół i wrócić do czekającej w domu żony. By jednak to się stało rosyjskie władze muszą przyznać się do militarnej porażki i przeprowadzić akcje ratunkową, wymagającą (prawdopodobnie) wsparcia brytyjskiej marynarki pod wodzą Davida Russella (Colin Firth). Problem w tym, że echo zimnej wojny jeszcze nie ucichło, a osłabiona przez rządy Jelcyna armia nie może sobie pozwolić na kolejną marketingową wpadkę – nawet jeśli miałoby to oznaczać skazanie marynarzy na niechybną śmierć.

Podobnie jednak jak w innych filmach Duńczyka, kluczowym jest tutaj prolog. Tym razem Vinterberg podaje nam tu cały Kursk na tacy – od próby jak najdłuższego utrzymania oddechu w wannie przez syna Mikhaiła, przez ukazanie Tanyi (Lea Seydoux) jako osoby zarządzającej domowym ogniskiem i piosenkę opuszczających dom marynarzy, aż do weselnej mowy o trudzie bycia żoną marynarza, która przede wszystkim musi być wytrwała. W trwającej 15 minut sekwencji “na lądzie”, twórca Festen udowadnia swój geniusz – każdy mały element pojawi się potem w historii, każdy symbol będzie spięty klamrą w epilogu, żadne słowo nie padnie tutaj na marne.

W momencie wypłynięcia Kurska, film niestety traci na jakości i następuje gwałtowne wyhamowanie. O ile pewne sekwencje, tak jak szaleństwo Leo, czy też marynarska piosenka, potrafią chwycić widza za serce, o tyle za często narracja wytraca narzucone przez siebie tempo nie ofiarując niczego w zamian. Wina spoczywa tutaj na barkach aktorów – poza Schoenaertsem nie jesteśmy w stanie odróżnić większości bohaterów, którzy najczęściej nie wyróżniają się niczym, przez co trudno w pełni odczuć dramat przebywania na tej klaustrofobicznej przestrzeni – choć momentami również my będziemy z trudem łapać oddech.

Sekwencje na statku rekompensuje jednak wątek Tanyi oraz innych żon marynarzy. To one będą ciągnęły całą historię – to one będą zmuszone do walki o życie ich mężów. To one będą wystawały w siedzibie Frontu Północnego, by dowiedzieć się czy ruszyła już misja ratunkowa i czy jest szansa, że ojcowie wrócą do swoich dzieci. Gdy Lea Seydoux staje oko w oko z Admirałem granym przez Maxa von Sydowa, serce zaczyna bić mocniej. W końcu jest to starcie dwóch światów i interesów – z jednej strony pragnienia zobaczenia znów swego ukochanego i wspólnego wychowania nienarodzonego jeszcze dziecka, z drugiej dbania o urojony interes państwa i wiary w swoją wyższość. Tu  kluczowym będzie ignorowanie praw człowieka i przekładanie interesu kraju nad interes jednostki.

Szkoda jednak, że Vinterberg zbyt często – jak na twórcę jego kalibru – ucieka w schematy, szczególnie w sekwencjach przepakowanych akcją. Znów udowadnia, że najlepiej wychodzi mu skupianie się na pojedynczych relacjach międzyludzkich, które potrafi kreślić w sposób zaprawdę wyjątkowy. Gdy jednak przychodzi do mówienia o grupie, zdaje się, że Duńczyk poszedł na łatwiznę, czerpiąc garściami z klasyki kina katastroficznego i uciekając w zbytnią patetyczność.

Trudno jednak przyczepić się do jakiegokolwiek elementu Kurska, gdyż Vinterberg nawet bez swojego nowatorskiego spojrzenia nadal perfekcyjnie rozumie sztukę filmową. Dlatego też możemy oglądać piękne zdjęcia – szczególnie z konferencji prasowych (poprowadzonych lepiej niż w “First Manie”) i podwodnych sekwencji (idealne oddanie klaustrofobii sytuacji w jakiej znajdują się bohaterowie), a także świetną ścieżkę dźwiękową stworzoną przez Alexandra Desplata.

Thomas Vinterberg w Kursku opowiada o wytrzymałości człowieka i wiecznym czekaniu na ratunek. I choć nie wszystko tutaj wyszło, a sama produkcja nie zapisze się na kartach historii tak jak Polowanie, czy Festen, to Duńczyk tworzy ważny obraz, w którym nadal widać jego niesamowity talent do budowania relacji. Celowo bądź nie, w tak ważnym dla kobiet roku w kinie, również Kursk ma wydźwięk mocno kobiecy – bo to one tutaj są głosem rozsądku, w pędzącym za sukcesem i próbującym utrzymać zbyteczne pozory świecie rosyjskiej marynarki wojennej. I za to należą się Vinterbergowi szczególne brawa.

Recenzje

Spider-Man Uniwersum [czyli najlepszy Spider-Man od czasów Fox Kids] – Recenzja

Tomasz Małecki

Jeśli na kanwie kina superbohaterskiego i – szerzej – komiksowego może dochodzić do fenomenu postmodernizmu, to Spider-Man Uniwersum bez wątpienia widniałby na jego sztandarach. Intertekstualna lokomotywa atrakcji, którą twórcy wytoczyli z depotu marvelowego luzactwa na potrzeby kolejnej przygody Człowieka-pająka, ciągnie za sobą znacznie więcej wagonów odniesień niż wskazywałaby na to blockbusterowa zdroworozsądkowość. W szprycowaniu narracji multimedialnymi smaczkami Uniwersum idzie bowiem o krok dalej niż wszystkie dotychczasowe produkcje Marvela razem wzięte, dołączając do składu pociągu nowe, zdaje się niewyczerpywalne, źródło inspiracji. Tym źródłem jest internet, a w szczególności mali i niesforni przyjaciele każdego internauty – memy.

W jakim jednak stopniu internet, jako przestrzeń wyjęta spod wszelkich uwarunkowań czasowych, a co za tym idzie, przestrzeń bardzo niechętnie dostosowująca się do rygoru strukturalnie uzasadnionego momentu, może odwdzięczyć się twórcom za ich zainteresowanie? Odpowiedź brzmi nad wyraz prosto i aż dziw bierze, że nikt do tej pory (może poza twórcami LEGO Batmana) nie wyszedł temu rozwiązaniu na przeciw – wystarczy poddać w wątpliwość istnienie uniwersum jako jednorodnego bytu, funkcjonującego w konkretnym czasie i konkretnej przestrzeni. Spider-Man umiera, nie namaszcza swego sukcesora, a świat, który pozostawił, sam musi wykształcić następne przeciwciała. Trochę z przypadku, a trochę z winy ubocznej złowrogiego Kingpina, spuściznę Pajączka podejmują… jego wcielenia z innych wymiarów oraz zwyczajny młodzieniec mieszkający w samym sercu Brooklynu. Wspólnie opowiadają się przeciwko ślepej żądzy zemsty oraz kompleksowi utraty antagonisty, ukazując wszystkim dookoła siłę, jaka tkwi w bogactwie różnorodności i przepływności różnych wcieleń tego samego bohatera. Bohatera, którym koniec końców okazuje się każdy z nas.

Fot. kadr z filmu
Fot. kadr z filmu

I w tym właśnie przejawia się najmocniejszy aspekt Uniwersum – jako jedyny film superbohaterski w historii próbuje podjąć zagadnienie uniwersum, które na przestrzeni kilku ostatnich lat spęczniało do tego stopnia, że w pewnym momencie niemożliwym staje się dalsza jego ekspansja. Sytuacja tu zaprezentowana otwiera więc dogmatyczną perspektywę “wewnętrznej zgodności” uniwersum na eklektyzm wszystkich części, z których to uniwersum składało się w całej historii swojego istnienia. Obowiązywać zatem przestaje tzw. aktualny kanon (seans wskazany dla miłośników Gwiezdnych Wojen), a w jego miejscu pojawia się “kanon wszech czasów”, ukazujący przekrój superbohaterstwa, którego dotyczy. Jest to jednocześnie znacznie większy kaliber “kooperacji” różnych elementów uniwersum niż to miało miejsce w niedawnym Avengers: Wojna bez granic – tam dotyczyła ona wejścia wielu elementów w jedną ciągłość, tu polega na jej zanegowaniu poprzez rozpierzchnięcie na wiele poszczególnych, lecz funkcjonujących równolegle mikrociągłości.

Zobacz również: Recenzję filmu “Mary Poppins Powraca”

Ów postmodernistyczny intertekst i multimedialność nawiązań przejawiają się jednak nie tyle w samej dekonstrukcji uniwersum, a w ścisłej formie filmu. Pomimo tego, że fundamentem estetyki Uniwersum jest estetyka komiksu, która daje o sobie znać szczególnie przy umiejętnie wplecionych w narrację ramkach dialogowych oraz w kontekście komiksowego “montażu”, polegającego na łączeniu ujęć przez iluzoryczną “zmianę stron w zeszycie” , to wiele dobrego poczyniono także na poziomie zgodności różnych technik animowania. Kiedy naszym oczom ukazuje się Spider-Man w wersji noir, anime, czy Looney Tunes, wrażenie ciągłości wciąż pozostaje w mocy, albowiem pomimo zachowania specyfiki i odmienności każdej z tych estetyk (szczególnie drobiazgowość modelu noir robi wrażenie), doskonale wpisują się one w naczelną zasadę, rozciągając uniwersum nie tylko pod względem merytorycznym, ale również formalnym.

Fot. kadr z filmu
Fot. kadr z filmu

Pytanie jednak dotyczy tego, czy nietuzinkowa forma Spider-Man Uniwersum okazuje się wystarczającym argumentem, by zagrozić dotychczasowo niewzruszonej arcydzielności animowanej postmoderny w postaci Shreka? Skłaniałbym się ku jednoznacznie negatywnej odpowiedzi, gdyż twórcy Uniwersum, w dość bezrefleksyjnej postawie autoironii, powielili casus Spielberga i Ready Player One. Potęga odniesienia jest tu zaznaczona formą, a nie treścią, stąd to, co widzimy pozostaje wizualną atrakcją bez pokrycia w swym wnętrzu. Do pewnego stopnia jest to wina taniego, fabularnego efekciarstwa, jakim Marvel zwykł okraszać każdą ze swych minionych produkcji, a które zamyka się w maksymie “więcej = lepiej”. Na ile założenie to jest częścią składową konwencji kina superbohaterskiego, a na ile prostą wymówką przed niewidzialną ręką wolnego rynku, pozostaje jednak sprawą drugorzędną. Fakt jest taki, że w dziełach tak otwartych na intertekstualną zabawę w ciuciubabkę należy przywiązywać szczególną uwagę do koherentności ich zewnętrznych (forma) i wewnętrznych (treść) czynników. Gdyby więc odrzucić, zaiste wytrawną, formę, to z dostojnego króla pozostałby zwykły błazen w rajtuzach. Z wielu intelektualnych łakoci, jakie oferują nauki Arthura Schopenhauera, najsłodsza była ta zakładająca, że istotą wszechrzeczy, jej naturą i prawdziwą jakością, nie jest to, co bezpośrednio przedstawione, lecz to, co ukryte za kurtyną wszelkich przedstawień. Gdyby więc Spider-Man Uniwersum zdawało u niemieckiego filozofa egzamin na autentyczność, to zakończyłoby go z wielką czerwoną pałą.

Fot. kadr z filmu
Fot. kadr z filmu

Nie zmienia to jednak faktu, że Uniwersum jest prawdopodobnie najlepszym filmem superbohaterskim od czasów oryginalnego Batmana i w ogóle najlepszym, co przydarzyło się Człowiekowi-pająkowi od czasów kreskówek Fox Kids. Trudno natomiast stwierdzić, czy będzie mieć to przełożenie na pewną tendencję w rozwoju kina komiksowego, albowiem animacja w głównym nurcie zawsze (i niestety) traktowana będzie jako miejsce, w którym można realizować pomysły, o jakich w kinie aktorskim nikt nigdy na poważnie by nie pomyślał. Tak czy owak, w swoim jednostkowym przypadku, Uniwersum przełamuje impas, jaki toczy kino trykociarskie od kilku ostatnich lat, pokazując, że siła takowych produkcji nie leży w rozmachu, lecz w zamyśle.

P.S. Najlepsza scena filmu następuje tuż po wyświetleniu ostatnich napisów końcowych, zatem nie opuszczajcie sal kinowych zbyt szybko.

Recenzje

“Mary Poppins Powraca” [czyli jak nie zapomnieć o radości z życia] – Recenzja

Maciej Kędziora

Widok nadlatującej z nieba na swojej czarnej parasolce Mary Poppins na zawsze zapisał się w annałach kinematografii. W końcu z rzadka zdarza się film, który miał w sobie tyle ciepła, niesamowitej magii i świetnych ról aktorskich – na czele z Julie Andrews i Dickiem Van Dyckiem. Tak więc ze względu na moją olbrzymią miłość do oryginału z lekkim niepokojem czekałem na Mary Poppins Powraca, obawiając się prostej, opartej jedynie o nostalgię, historii. Na szczęście zgodnie z przestrogą najbardziej eleganckiej guwernantki świata (choć świat jej nie ogranicza), “Nie oceniałem książki po okładce” i wróciłem do Londynu, bo po latach odwiedzić rodzinę Banksów. I jakże się ucieszyłem, że choć świat się zmienił, urok tego miejsca nie uleciał.

Londyn w czasach Wielkiego Kryzysu zdaje się powoli tracić swoją magię. I choć świetlik Jake (Lin Manuel Miranda) cieszy się każdą chwilą spędzoną na kultowych wyspiarskich ulicach, przez całą noc czuwając nad pobliskimi latarniami, a Admirał wciąż strzela kulami armatnimi o równych godzinach (choć – o zgrozo – Big Ben chodzi o pięć minut za szybko!), to w rodzinie Banksów promyk radości zaginął wraz z śmiercią żony Michaela, który wciąż nie może odnaleźć się w realiach bycia samotnym ojcem. Dodatkowo na horyzoncie pojawia się widmo utraty domu z powodu windykacji komorniczej, a “wyrok” ma zostać wykonany przez bank w przeciągu pięciu dni (certyfikat potwierdzający posiadanie wartych dużej sumy zniknął przez narastający, zarówno w życiu jak i domu, bałagan).

Gdzieś na bok w tym całym zamieszaniu zostają zepchnięte dzieciaki, na czele z przesłodkim Georegiem, które przez powagę sytuacji zostały zmuszone do wyzbycia się dziecięcej niewinności, i po to, by choć trochę pomóc ojcu. Problem w tym, że odwiecznym prawem sześciolatków jest czerpanie radości z życia, dlatego też pojawić musi się Ona. Tym razem Mary Poppins (Emily Blunt) nie przyleci na parasolce, a złapie się puszczonego podczas wichury latawca, zjawiając się na Ziemi by po raz kolejny poukładać – jak na guwernantkę przystało – życie rodziny Banksów i pomóc im, choć na chwilę, poczuć radość z bycia razem.

Mary Poppins w oczach Roba Marshalla to ikona stylu. Idealnie skrojony płaszcz, lekko zakrzywiony (zgodnie z linią włosów) kapelusz, wyrazista, czerwona szminka, czerwone jak krew rękawiczki, idealnie pojemna torba, a także majestatyczna (choć posiadająca niewyparzoną twarz) gadająca laska. Każdy jej krok jest dostojny, każdy jej ruch płynny i perfekcyjny, każde jej słowo wypowiedziane z idealnym akcentem. Tylko ona potrafi połączyć ton moralizatorski z dużą dawką miłości, tylko ona potrafi tak idealnie elaborować i śpiewać. I wreszcie tylko ona potrafi zmienić sytuacje w jakiej znajduje się ta rodzina.

Głównym celem wychowawczym będzie dla niej przywrócenie dzieciakom jakże ważnej na tym etapie życia dziecięcej niewinności. Uśmiechu, wiary w magię, fascynacji światem, a także pewnej niefrasobliwości, słodyczy i przepełnionej dobrymi chęciami próbie zmieniania świata na lepsze – nawet łamiąc przyjęte ogólnie społeczne konwenanse. Dodatkowo – jak przystało na tak nietuzinkową postać – wszystkich lekcji udziela im przez piosenki – czy to o magii kąpieli i odkrywania, czy też o fascynującym świecie literackim (och gwarantuje wam, że przy The cover is not the book nogi same wyrwą się wam do tańca) – przez co otwiera przed nimi jak i widzami piękny świat wyobraźni i chęci zostania w jej świecie.

Największym wrogiem rodziny Banksów będzie chytry, dwulicowy Colin Firth, jako krwiożerczy szef banku, żerujący na biedocie innych ludzi. Człowiek, który w przeciwieństwie do swego wujka – Pana Dawsa (powracający Dick van Dycke!) – za główny cel stawia sobie uzyskanie zysku, niżeli zdobycie zaufania klientów. Dlatego też – mimo fałszywej fasady bycia dobrym człowiekiem – spróbuje za wszelką cenę pozbawić Michaela i rodziny domu, perfidnie uśmiechając się pod wąsem, gdy głowa familii Banks nie patrzy.

Rob Marshall przeniósł mnie do raju dzieciństwa, przypominając wszystkim (bo z reakcji na sali wnioskuję , że nie jestem w tej opinii sam), że każdy z nas ma w sobie cząstkę dziesięcioletniego “ja”. Każdy element jest perfekcyjnie zaplanowany – od niesamowitych kostiumów (od płaszczów Poppins, przez godne “Peaky Blinders” kaszkiety Jake’a, aż do wełnianych sweterków Michaela), przez dopracowaną w każdym szczególe choreografię (taniec świetlików to najlepsza  scena z tegorocznych musicali), aż do efektów specjalnych, które zdumiewają widza swoją innowacyjnością i pięknem.

Ale w całej niesamowitej produkcji najważniejsza jest Ona. Jej każdy ruch, każda wypowiedz, każda czysta nuta, czy nawet idealne hip-hopowe flow, jej każdy błysk w oku, elegancja, szyk. Emily Blunt rzuca na widza urok, tworząc jedną z najbardziej ikonicznych postaci w historii kina familijnego – będąc lepszą od samej Andrews. W jej roli nie ma słabego momentu, chwili zawahania, a dzięki temu Mary Poppins faktycznie wydaje nam się bohaterką idealną, której nic nie jest w stanie zbić z tropu, której nic nie jest w stanie zatrzymać. Ta niesamowita przebojowość, charyzma, radość z gry, a także młodociana chęć życia połączona z dorosłą powagą powodują, że trudno nie przeżyć tych dwóch godzin w ciągłym podziwie dla roli Blunt.

Gdzieś w tle wtóruje jej najbardziej rozśpiewany i wesoły człowiek Hollywood w postaci Lina Manuela Mirandy, który – co nie jest tajemnicą – w musicalach czuje się jak ryba w wodzie. Jego świetlik (vel latarnik) jest pozytywny, wyluzowany, szczęśliwy, w skrócie – cudowny. Miranda ma jednak to pewne, rzadko spotykane wyczucie, gdy mimo niezaprzeczalnej charyzmy i scenicznego luzu, nie osciąga uwagi od naszej protagonistki, będąc idealnym uosobieniem baśniowego pomagiera.

Nawet tak typowe dla Disneyowych musicali ostatnich lat aktorskie epizody, jak przeszarżowana rola Meryl Streep (tym razem wcielającej się w lekko szaloną rosyjską ekspertkę od waz),  zdają się mieć w tym świecie miejsce i idealnie wpisywać się w sposób narracji. A i co najbardziej zaskakujące – pomysł obsadzenia Colina Firtha jako dwulicowego bankiera okazał się być świetny.

Mary Poppins Powraca to wzór kina familijnego, które w ostatnich latach zostało gdzieś zatracone (albo objawiało się jedynie w postaci animacji). Dzieci odkryją dla siebie magiczny, jakże kolorowy świat pełen chwytliwych utworów i pięknych strojów; dorośli natomiast przeniosą się do młodzieńczych lat, a może nawet odkryją w sobie dawno zgubioną radość z życia (by wreszcie Mały książę mógł schować się do kieszeni). I choć Mary mówi dorośli wszystko jutro zapomną, to ja obiecuję być jak Jake i Nigdy nie zpomnieć, Mary Poppins. Bo tak pięknych seansów się nie zapomina!

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.