Recenzje

“Heavy Trip”, czyli komedia, od której śmieszniejszy jest najmniej wyszukany slapstick [RECENZJA]

Tomasz Małecki

Kojarzycie sytuację, gdy podczas wyjątkowo nużącego/żenującego/słabego (niepotrzebne skreślić) seansu z nadzieją, ale i często też z rozczarowaniem, spoglądacie na zegarek licząc, że do jego zakończenia pozostały już tylko minuty? Mam nadzieję, że tak, bo na podobnych zasadach (jeśli się zdecydujecie, a od tego będę starał się was odwieść) może wyglądać wasz kontakt z Heavy Trip. Z tą tylko różnicą, że zamiast zegarka, nerwowo będziecie wertować kartki kalendarza, gdyż nierozłączną wątpliwością towarzyszącą filmowi duetu Laatio&Vidgren jest ta dotycząca daty jego premiery. Czy bowiem w 2019 roku, czyli w czasach naznaczonych przez przekaz audiowizualny i zdawałoby się eksploatujących do granic jego komunikacyjne możliwości, nadal można tworzyć tak archaiczne komedie, przy których slapstick drugiego dziesięciolecia XX wieku okazuje się wciąż świeżą i błyskotliwą formą humorystyczną? Odpowiedź brzmi: tak. A prócz rodzimych romkomów, dowodów na taki stan rzeczy dostarczają również Finowie.

Fot. kadr z filmu
Fot. kadr z filmu

Czterech introwertyków, skandynawska wieś i wspólna pasja – metal. W podobnym tonie utrzymana jest większość historii skandynawskich zespołów muzycznych parających się ciężkim brzmieniem, jednak to nie stereotypowość czy powtarzalność narracji decyduje o marności Heavy Trip. Tym jest zaś… sam humor, czyli de facto wszystko, czego od filmu gatunkowego moglibyśmy oczekiwać. Co więcej, problem z humorem w Heavy Trip dotyczy więcej niż tylko jednego, stricte strukturalnego poziomu. Wiele w nim jest bowiem pomysłów dobrych, w koncepcie odwołujących się do świadomości uczestników oraz obserwatorów metalowej sceny muzycznej, lecz ich egzekucja albo nie następuje w ogóle, albo – co gorsza – razi swoją niefrasobliwością. Najbardziej rzuca się w oczy bodaj fakt, że zespół “protagonistów” nazywa się Impaled Rektum, co zważywszy na fiński kontekst oraz istnienie prawdziwej legendy blackmetalowego brzmienia o nazwie Impaled Nazarine, mogłoby sugerować próbę podjęcia ironicznego dialogu z mitologią okalającą muzyków. Nic takiego jednak nie następuje, a twórcy zdają się zupełnie ignorować kontekst, jaki znajdował się dosłownie przed ich oczyma, wobec czego zasób tej pewnej, błyskotliwej bezczelności pozostał całkowicie nietknięty.

Fot. kadr z filmu
Fot. kadr z filmu

Trudno jednak dziwić się powierzchowności Heavy Trip, gdy już na starcie dowiadujemy się, że muzycznym bohaterem filmu jest deathcore, czyli podgatunek nie odznaczający się zbyt wielkim poważaniem i stanowiący metalowy odpowiednik disco polo. Gdyby ten fakt był wykorzystany w celach satyrycznych, wpisując się w przerysowaną, efekciarską estetykę samego deathcore’u, to wpłynąłby na konwencję całego filmu, napędzając jej walor humorystyczny i prawdopodobnie czyniąc zeń film spełniony. Lecz także w tym kontekście twórcy zdają się ślepi na podsuwane im przez rzeczywistość absurdy, próbując uogólniać rzeczy szczegółowe i przez to wyśmiewając jedynie własną małostkowość.

Zobacz również: Recenzję filmu “Samui Song”

Nie dalej jak miesiąc temu dane mi było obejrzeć poruszający się po identycznym polu tematycznym i podobnym zamiarze estetycznym film Jonasa Åkerlunda pt. Władcy chaosu, który wówczas wydał mi się zbyt infantylny, aby być w pełni celną satyrą na społeczny fenomen muzyki metalowej, lecz w porównaniu z Heavy Trip jestem skłonny zanegować wszystko, co napisałem w recenzji i przyznać nieautoryzowanej biografii formacji Mayhem miano spełnionego kina artystycznego. W przeciwieństwie bowiem do swojego norweskiego kolegi po fachu, fińscy reżyserzy Heavy Trip nie wykazują się najmniejszym zrozumieniem niniejszego zjawiska, posługując się “memiastym” humorem początków polskiego social-internetu i stawiając w ironicznym świetle to, czego w zupełności nie są świadomi i czego uprzednio nie poddali pod konieczną refleksję. W konsekwencji więc próbując wyśmiewać pewne zachowania, sami stają się bezdennym pośmiewiskiem.

Fot. kadr z filmu
Fot. kadr z filmu

Heavy Trip nie uratuje również próba wyjaśnienia z perspektywy odbiorcy niekompetentnego, tj. odbiorcy nieobeznanego w świecie muzyki metalowej i odbierającego wpierw komedię, a dopiero potem jej temat. W tym wydaniu jest on bowiem tak samo bezzasadny, wykazując się finezją obecnych, TVN-owskich spotów promocyjnych. To nie poziom żenady znany z The Room, gdzie walorem humorystycznym jest zły wykon sam w sobie, lecz całkowicie nieśmieszny, drobnomieszczański flick o zerowej wartości gatunkowej.

Recenzje

“Samui Song” – Recenzja

Albert Nowicki

Pen-Ek Ratanaruang powrócił z nowym projektem i standardowo, nie zjedna on sobie wszystkich widzów. Reżyser, który spopularyzował kino tajskie w Europie i Ameryce (wraz z Apichatpongiem Weerasethakulem), słynie z twórczości dość ciężkiej w odbiorze i Samui Song nie odstępuje od tej reguły. To film, którego szkic fabularny inspirowany jest dziełami Hitchcocka oraz klasycznymi kryminałami (z „Podwójnym ubezpieczeniem” na czele), ale korzystający też z surowej estetyki Grand Guignol, o nielinearnej, poszatkowanej narracji. Jego rytm podyktowany został przez bezmelodyjny ambient. Akcja filmu osadzona jest w miejscu beznamiętnym, a kolejne zdarzenia raczej nie wywołują skoków ciśnienia – nie sprawiają, że całość pulsuje nam w skroniach.

Zobacz również: Recenzję filmu “Polar”

Ratanaruang umieszcza swoich bohaterów w przestrzeni tyleż tropikalnej, co przeszywająco zimnej. Opowiada o ciężkich do ubrania w słowa emocjach, choć postaciom rzadko urywają się z gardeł okrzyki radości czy bolesne skowyty. O protagonistach więcej mówią ich czyny. Uciskana kobieta wodzi po swoim ciele męską brzytwą do golenia, marząc przy tym o ucieczce z małżeńskiego piekła. Mąż-impotent – mało charakterny rzeźbiarz – otacza się figurkami penisów i jąder, bo tylko tak postawi pomnik swojej męskości. Samui Song to film alegoryczny i mętny jednocześnie. Niektóre z jego komponentów fabularnych budują frapujący thriller, inne zaś wydają się zupełnie nie przystawać do konstrukcji.

Film ogląda się najlepiej, gdy Ratanaruang prawi o patriarchalnych opresjach i kryzysach tożsamości; kiedy zgłębia, czym jest małżeństwo w kulturze tajskiej. Przez kadr ekranu przewija się jednak wiele postaci, które:

a) z trudem wgryzają się w historię,
b) nie wywierają wrażenia na widzu,
c) zignorowane przez fabularzystę, stają się elementem tła.

Do tej trzeciej grupy zaliczymy przywódcę kultu, do którego należy mąż głównej bohaterki. To mężczyzna upiorny, swym stoicyzmem umiejący ugasić ogień. Jest i gangsterem, i bogiem; wzbudza respekt cichym tembrem głosu, który uznać można za materiał opałowy najżarliwszych koszmarów. Nie powinno dziwić, że zagrał sekciarza Vithaya Pansringarm (pamiętany za „Tylko Bóg wybacza” i „Ninję: Cień łzy”).

Zobacz również: Recenzję filmu “Cola de Mono”

Z racji ram gatunkowych – nakręcił Ratanaruang współczesne i brutalne kino noir – „Samui Song” pozostaje filmem mrocznym, o odpowiednio gęstym klimacie. Nie brak tu jednak ryzykownego humoru i pewnej autorefleksji. W jednej ze scen twardzi bandyci z wypiekami na twarzy oglądają tajską telenowelę. W innej bohaterka dowiaduje się od swojej agentki (jest bowiem gwiazdą telewizji), że nie powinna przyjmować roli w filmie artystycznym – to przecież smęty, usypiające ludzi w fotelu.

Reżyser kontrastuje ze sobą art-house i operę mydlaną, próbując znaleźć złoty środek pomiędzy obiema formami. Niczym Lars von Trier w „Domu, który zbudował Jack” nawiązuje też do pozycji wyrwanych z własnej filmografii. Metafikcyjny wydźwięk „Samui Song” bywa zarówno intrygujący, jak i irytujący – zwłaszcza w zanadto efekciarskim finale, gdzie złamana zostaje zasada czwartej ściany, choć nie ma takiej potrzeby.

Oglądając „Samui…”, nie raz będziecie zastanawiać się, czy występująca w roli pierwszoplanowej Laila Boonyasak gra aktorkę, czy odgrywa siebie, czy może aktorka, w którą się wciela, jest bohaterką filmu w filmie… Zacieranie granic między fikcją a tym, co realne, to ciężka sztuka. Ratanaruang nie opanował jej jeszcze do perfekcji.

Recenzje

„Polar” – zabójcze pośladki Madsa Mikkelsena [RECENZJA]

Martin Reszkie

To, co zostawił w moim umyśle Polar, to koszmary najgorszego sortu, które powinno zostać uznane za straszak dla dzieci niesłuchających swoich rodziców.

Czasami jest tak, że im bardziej czegoś chcemy, tym bardziej rozczarowuje nas efekt końcowy. Bo chociaż już po pierwszych zwiastunach można było  przewidywać całkowitą klęskę ekranizacji komiksu Victora Santosa, to czemu nie miałby wyjść z tego przynajmniej solidny quillty pleasure? Wszak Mads Mikkelsen to zapowiedź odpowiedniego poziomu zaangażowania oraz umiejętności, a komiksowy pierwowzór nie bez powodu czekał zaledwie trzy lata na ogłoszenie prac nad ekranizacją. Nikt jednak nie spodziewał się, że odpowiedzialny za film Jonas Åkerlund właśnie w tym projekcie zechciał pokazać nam, jak bardzo pozbawionym talentu, dobrego smaku i wyczucia reżyserem można się stać.

Do filmu wprowadza nas scena zasadzki na Michaela Greena, byłego cyngla, który obecnie spokojnie spędza czas na emeryturze. Już to pierwsze ujęcie zaprasza nas do świata kompletnie przerysowanego, przestrzelonego wizualnie, z paskudnie przesterowanymi barwami oraz pełnego nieironicznie używanych zagrań rodem z kina klasy C. Jeśli jednak po tych czterech minutach maltretowania widza będziecie gotowi, by stanąć oko w oko z Czarnym Kaiserem, śpieszę z wprowadzeniem was w fabułę.

Zmęczony brudną i nieprzyjemną pracą Duncan Vizla wybiera się na emeryturę. Bynajmniej nie jest to jego własna decyzja – zasady pracodawcy wymuszają na wszystkich przejście w stan spoczynku z dniem pięćdziesiątych urodzin. Jako że Vizla (poza zabijaniem oraz pomniejszymi wykroczeniami) jest porządnym obywatelem, oczywiście planował wygodną starość i odkładał na ten cel niemałe fundusze. Szybko okazuje się jednak, że, w związku z finansowymi problemami byłego już szefa Duncana, zainkasowanie pożegnalnych ośmiu milionów dolarów może okazać się niemożliwe. Rozpoczyna to emocjonalny pojedynek pomiędzy byłymi współpracownikami i masą pomniejszych postaci.

Kadr z filmu „Polar”
Zobacz także: Recenzję „Marii, królowej Szkotów”

Żebyśmy jednak nie dostali przypadkiem zbyt ciekawego filmu, niezawodny Mads Mikkelsen jest atakowany zewsząd przez grupy najgłupszych postaci, jakie tylko możemy sobie wyobrazić. Dlatego więc, w przerwie między niszczeniem kolejnych zastępów przeciwników, Vizla zapoznaje się z Camille. Grana przez nieco już zapomnianą Vanessę Hudgens postać niestety nie daje filmowi niczego. Reprezentuje ona bowiem archetyp bohaterki kobiecej istniejącej tylko po to, by silny mężczyzna miał dla kogo poświęcić swój cenny czas. Nie ma znaczenia to, jak bardzo jest mu ona obojętna. Jednak ta kobieta mogłaby być jego córką, nic więc dziwnego, że rozpala w nim ojcowskie uczucia. Te wszystkie uczucia, których wyzbywał się przez dwadzieścia lat mordowania na zlecenie. A zabijał on kobiety, zabijał mężczyzn, osieracał niezliczone hordy biednych dzieci winne posiadania takich a nie innych rodziców. Odbierzcie mi klawiaturę, bo będę ciągnął ten ironiczny wątek przez następne czterdzieści osiem zdań.

Tak samo jak i cały zastęp innych drugoplanowych postaci, była gwiazdka Disneya nie ma tu zbyt wiele do zagrania. Nie ma się co oszukiwać. Nagi taniec śmierci Madsa Mikkelsena okazał się dla reżysera czymś ważniejszym od ciekawego zarysowania postaci. Już nawet nie mówiąc o jakimkolwiek ich rozwoju, czy próbie nadania im jakiejś cechy, która odróżni ich od reszty bezimiennych zbirów eliminowanych przez protagonistę. Na tym tle jakoś wyróżnić stara się Matt Lucas, jednak jego slapstikowe podrygi i nieśmieszne żarty są raczej gwoździem do trumny tej produkcji. Kolejnym jest natomiast wszechobecny neonowy kicz, panoszący się niczym nadpobudliwy pies spuszczony ze smyczy. Bo nawet kraść od innych trzeba umieć.

Kadr z filmu „Polar”
Zobacz także felieton o tym jak ważnym filmem jest „Czarna Pantera”

Tu trafiamy do sedna całego problemu. Ten film został stworzony tak bardzo na poważnie, że aż przykro patrzeć na komediowy potencjał poszczególnych scen. Trudno zliczyć mi okazje twórców, by w jakikolwiek sposób zabawić się z konwencją, w którą zdecydowali się wejść. Wszystko jednak potraktowali z kamienną twarzą, gdzieniegdzie wstawiając jedynie żarty na poziomie Kabaretu pod Wyrwigroszem podczas Płockiej Nocy Kabaretowej w 2008 roku. A to wszystko przy muzyce deadmau5’a, która może i nie jest najgorszą na świecie, ale nadal trzeba umieć ją wykorzystać. No chyba że lubicie przepełnione napięciem elektroniczne bity umilające bohaterom wizytę w spożywczaku.

Trudno jest stworzyć coś pozytywnego, gdy skleja się film ze wszystkiego co widziało się w kinie przez ostatnie dziesięć lat. Nie dziwi mnie więc to, że Polar poległ z kretesem. Wprawdzie Åkerlund dodał od siebie kilka ładnych ujęć, jednak to wystarczyło jedynie, by oceną nie było zero. Wydaje mi się jednak, że jeżeli ktoś nie potrafi wykorzystać memiczności sceny, w której, po najgorszej scenie współżycia, jaką kiedykolwiek widziałem, nagi Mads Mikkelsen wybija cały skład zabójców, to chyba nie ma już dla niego ratunku. Jeśli więc nie interesują Cię nagie pośladki pięćdziesięciotrzyletniego Duńczyka – Polar omijaj szerokim łukiem.

Ocena

1 / 10
Recenzje

“Cola de Mono”, czyli “teenage nightmare” [RECENZJA]

Albert Nowicki
Cola de mono

Chile, połowa lat osiemdziesiątych. Nastoletni bracia, Borja i Vicente, szykują się do obchodów Bożego Narodzenia. W ich domu nie panuje świąteczna atmosfera – chyba, że za taką uznamy wspólny wieczór przy wysokoprocentowym trunku i paczce papierosów. Tytułowy cola de mono to tradycyjny drink, powstały na bazie pisco, jajek oraz kakao. Gdy owdowiała matka miesza tabletki z alkoholem i zapada w wigilijny sen, jej synowie oddają się nocy. Starszy z nich wyrusza na poszukiwanie seksualnych uniesień. Młodszy, Borja, poznaje skrywaną przez brata tajemnicę.

Cola de mono

W najnowszej produkcji Alberto Fugueta – luźno nawiązującej do jego osobistych przeżyć – mieszają się ze sobą ramy stylistyczne i konwencje fabularne. Reżyser igra sobie z naszymi emocjami, a swój film „odgrywa” w tonacji staccato: flirtuje ze skrajnie różnymi gatunkami, od dramatu rodzinnego po slasher, ale wyraźnie oddziela je od siebie, każdy celebruje z osobna. Zmiany tonalne powodują, że „Cola de mono” przypomina zarówno art-house’owe kino gejowskie, jak i horror żywcem wyjęty z listy „video nasties”.

Zobacz również: „Złe wychowanie Cameron Post” [RECENZJA]

Film przede wszystkim oparty został na różnicach między Borją a Vicentem. Pomimo wieku, to młodszy z braci jest niezależny i bardziej wyzwolony, a starszy boi się swojej seksualności. Pierwszy z nich tańczy nago i całuje lustrzane odbicie, drugi zaś modli się do Boga, obiecując, że już nigdy nie będzie chodził na tzw. pikietę (często przewija się przez „Cola de mono” motyw katolickiego poczucia winy). Obaj bracia są gejami, ale to wszystko, co ich łączy – temu „gorszemu”, pogodzonemu ze swoim „ja”, nawet matka powtarza, że nie wyrośnie na normalnego człowieka.

Cola de mono

„Cola de mono” to nietypowe połączenie coming-of-age movie oraz thrillera erotycznego. Na ekranie raz po raz goszczą słownikowe przypisy, młodszym widzom mające wyjaśnić, czym są jockstrapy czy cruising. To z nich poznajemy przepis na tytułowy napój – który z impetem uderzy do głowy jednemu z nastoletnich bohaterów. Film wyraźnie dzieli się na dwa akty, a pierwszy z nich należy właśnie do Borji: outsidera, niepoprawnego buntownika, zapalonego kinomana.

Chłopak pasjonuje się prozą Stephena Kinga, a horrory i filmy napiętnowane przez MPAA kategorią „X” cytuje z pamięci. Zainspirowały Fuguetę włoskie ekstremy z lat 70. i 80., czego wyznacznikiem mają być m. in. nasycone kolory, padające na twarze bohaterów, oraz soczyście giallowa, sztuczna krew. Oderwana od rzeczywistości atmosfera świetnie współgra z poszatkowaną narracją i wszechobecną nagością, z ostrym zapachem seksu, który sam wypełnia płuca – to z kolei motywy typowe dla Briana De Palmy. Obrazoburczy finał – i ujęcia stosunku, uprawianego na cmentarzu – niejednemu skojarzą się z debiutem nowofalowego reżysera, „Murder à la Mod” (1968).

Zobacz również: „Faworyta” [RECENZJA]

Pomimo akcentów surrealnych, pozostaje „Cola de mono” dziełem naturalistycznym i oszczędnym. To film rzekomo nakręcony za dwadzieścia tysięcy dolarów, za to wykonany artystyczną ręką. Wygląda wiarygodnie, bo na planie zgromadzono nadgryzione przez ząb czasu plakaty, archaiczne czasopisma dla gejów (sic) oraz szpetne, kwadratowe teleodbiorniki. Miodem dla uszu są synthpopowe kawałki autorstwa Sebastiána Pigi – utwór otwierający film rozbudzi w Was ejtisową gorączkę. „Cola de mono” pozuje na „zaginiony”, chilijski dreszczowiec, ale w gruncie rzeczy jest to film szalenie zamerykanizowany, życie zawdzięczający klasycznym hollywoodzkim tropom czy wybranym pozycjom Paula Mazursky’ego. Fuguet opowiada o intymności i horrorach dojrzewania, o braterskim homoerotyzmie, wreszcie też skutku represji. To film, który ciężko polecić komukolwiek – najlepiej zmierzyć się z nim samemu i na własną rękę poskładać do kupy jego liczne komponenty. Ostrzegę, a być może zachęcę Was jednak: nie wszystkie fragmenty będą chciały ułożyć się w spójną całość.


PublicystykaWywiady

Wywiad z Larsem von Trierem – Tranksrypcja [Lars von Trier Interview Transcription]

Szymon Pietrzak

So first, how are you today?
Jak samopoczucie?

  • I am quite well today, I don’t know, what happened? Do you mean after the film and all or just today, because just today I am quite well.
  • Całkiem nieźle, o dziwo. Pytasz o stan po kręceniu filmu czy po prostu dzisiaj? Dziś jest nieźle.

So, maybe let’s start with some questions.
No to zaczynamy.

  • Yes.
  • Dajesz.

Let me quote a short fragment from your debut called The Element of Crime”: “This is the maiden all forlorn / That milked the cow / With crumpled horn / That tossed the dog / That worried the cat / That killed the rat / That ate the mold / That lay in the house / That Jack built.” It’s a strange poem told by a prostitute to a small child. Aside from the title, do you see any other links between  “The Element of Crime” and your new film “The House that Jack Built”?
Pozwól, że zacytuję fragment z „Elementu zbrodni”, twojego debiutu: „Oto samotna panna, która wydoiła krowę, która wzięła na rogi psa, który pogonił kota, który zjadł mysz, która zjadła zboże, które było w domu, który zbudował Jack.” Tę rymowankę opowiada dziecku prostytutka. Pomijając tytuł, czy jest więcej powiązań pomiędzy „Elementem zbrodni”, a „Domem, który zbudował Jack”?

  • It’s a long time since I’ve seen „The Element of Crime” I must say. Yeah you could say that I am going back to some of the aesthetics of formal times. Yeah.
  • Minęło bardzo dużo czasu odkąd widziałem „Element zbrodni”. Ale można powiedzieć, że powróciłem do dawnej estetyki.

Generally, in your work I see you are strongly inspired by art. By literature, music, paintings, some other things. But you also claim that you do not watch any modern cinema. What about other modern art, modern music, literature – do you happen to appreciate it?
Często inspirujesz się sztuką, literaturą, muzyką, malarstwem i nie tylko. Ale twierdzisz też, że nie oglądasz współczesnego kina. Zdarza się tobie docenić inne współczesne środki wyrazu, literaturę, obrazy?

  • Yeah, right now, I have come through another period of depression where I can’t use any of those medias but I’ve been reading quite a lot some years ago and some of this film (The House That Jack Built) was based on the book called The Death of Vergil (1945) by Hermann Broch. When he describes the death of the Vergil, the roman writer that wrote something called The Aeneid, he uses a 100 pages of the last seconds of his life which is interesting. But I am shopping around, as you can see now I’m just.. Beforehand I would have made things much more logical and all the explanations should be the part of the plot or whatever and now I just use little things that I like and that I know about and I put it in the film and it’s inspired by novels that you know where the writer says now something new will happen but I’m the one to decide when you’re gonna read it. With the script it’s important to have an editor, I am thinking of me as an editor to tell you which part of the World is also interesting and that’s why I go a little outside the political correctness because I am just led by the logic in my head and the longing for some of these things. I am not longing for serial murder but it was a good motor for the film and I thought it was a nice reference for being an artist.
  • Obecnie mam za sobą kolejny etap depresji i nie mogę zaglądać do żadnego z tych środków. Ale kiedyś dużo czytałem. Spora część „Domu, który zbudował Jack” opiera się na książce „Śmierć Wergiliusza” Hermanna Brocha. Na opisanie ostatnich dni rzymskiego pisarza przed śmiercią, autora „Eneidy”, Broch przeznacza 100 stron. To bardzo interesujące. Staram się być na bieżąco, ale widzicie w jakim jestem stanie. Kiedyś wszystko, co robiłem miało w sobie więcej logiki. Wiem, że fabuła powinna zawierać wyjaśnienia. Ale teraz po prostu biorę rzeczy, które lubię i robię z nich film. Inspirują mnie historie, w których autor decyduje kiedy coś się wydarzy i w którym momencie to przeczytasz. Tworząc scenariusz ważny jest montażysta. Aby zwrócił Wam uwagę, co jeszcze Świat ma do zaoferowania. Dlatego zdarza mi się być niepoprawnym politycznie. Kieruje mną ta logika w mojej głowie. Pociągają mnie te rzeczy. Nie pociągają mnie seryjne morderstwa, ale to był dobry kierunek dla filmu. I dobry odnośnik do bycia artystą.

In most of your movies, the characters you create are either evil, crazy, twisted or somehow else out of line. Do you think that humans are evil in general?
W twoich filmach bohaterowi są źli, szaleni, skrzywieni, nienormalni. Sądzisz, że ludzie mają w sobie dużo zła?

  • I think that there’s a serial killer and a Nazi in all of us but our job in life is to suppress this because otherwise we can’t have the society and we can’t have the order that we like. But I think as you could see in the thirties or whatever that the little Nazi can suddenly come out very very quickly. It was very interesting when Goebbels went to Berlin alone and there was only gay people there, Jews and I don’t know, there was one big party they had in Berlin before the war. And there was no Nazis there. But they were so tolerant that when the Nazis came they said: welcome. I believe everybody has a little Nazi sitting somewhere and it’s very very good if you can suppress it or you should.That’s your first task in life in a democracy.
  • W każdym z nas kryje się seryjny morderca i nazista. Naszym zadaniem jest to w sobie zdusić. Inaczej nie możemy żyć w społeczeństwie, na którym nam zależy. Ale, jak w latach 30., nasz wewnętrzny nazista może szybko dojść do głosu. Kiedy Goebbels pojechał do Berlina, było tam mnóstwo gejów i Żydów. W Berlinie przed wojną była jedna wielka impreza. I nie było nazistów. Ludzie byli tak tolerancyjni, że przywitali nazistów z otwartymi ramionami. Wierzę, że każdy ma w sobie małego nazistę. Dobrze, że potrafimy go w sobie zdusić. To zadanie numer 1 w demokracji. 

And do you think that you suppress the bad things in yourself or not?
A ty potrafisz zdusić w sobie zło, czy nie? 

  • I think I suppress them but in order to be reminded that you should suppress it I think it’s important to show it. Every time we see some inhumane behaviour or killing or all that, the Nazi become smaller. It is not playful to see The House That Jack Built, at some point I put a little humour but it’s not pleasant all the time and it shouln’t be.
  • Sądzę, że tak. Ale by potrafić zdusić w sobie zło, trzeba czasem je uwolnić. Gdy widzimy nieludzkie zachowanie, zabójstwo, nazista robi się mniejszy. Oglądanie „Domu, który zbudował Jack” to nie igraszka. Umieściłem w nim trochę humoru, ale nie seans nie należy do przyjemnych, i nie powinien.

Change of topic. I’d like to ask you about the sexuality, which is a very common topic in many of your movies. Lately, I talked with my friend, a psychiatrist and she came up with a controversial statement, the thesis that the sexual compatibility shoul be the key factor while matching two people to form a relationship. What do you think about the statement?
Zmiana tematu. Chciałbym zapytać cię o seksualność, stały motyw w twoich filmach. Moja znajoma jest psychiatrą i postawiła kontrowersyjną tezę, że dopasowanie seksualne jest kluczowym elementem w procesie dobierania się w związki. Co o tym sądzisz?

  • I must have the statement once more.
  • Czy możesz powtórzyc samą tezę?

The statement is that when two people want to start a relationship, their sexual compatibility should be the key factor in the selection. What do you think about this and what do you think about the role of sexuality in our lives.
Kiedy Dwoje ludzi chce dobrać się w parę, ich dopasowanie seksualne powinno być kluczowe w procesie selekcji. Co o tym sądzisz? Jaka role pełni seksualność w naszym życiu? 

  • Woow. I am sure she’s right. But it can take the whole life to find that one person and life is other things than sex, I am sure that sex is the driver of a lot of things, many more than we think. But sex isn’t everything so it’s of course important. Maybe it’s just me but it talks to the darkest types because you have to have some, I am just a believer, a very hard believer in biology. It’s the certain kind of aggressiveness in almost any animal’s intercourse. And I believe that this anger could be changed into something good, but I am still biologically orientated.
  • Woow. Twoja znajoma ma rację. Ale znalezienie takiej osoby może trwać całe życie. A życie to więcej niż seks. Seks jest motorem wielu rzeczy. Bardziej niż sądzimy. Ale seks to nie wszystko. Może to tylko moje zdanie, ale seks przemawia do najmroczniejszych ludzi. Wierzę w biologię. Jest pewien rodzaj agresji w stosunku płciowym prawie każdego ze zwierząt. I wierzę, że tę złość można przekuć w coś dobrego.

Do you think that our anger and aggression can be changed into sexuality. Something like this?
Czy nasza złość i agresja może zamienić się w seksualność?

  • Oh yes, yes. But I think in all these serial killers that we heard about or we read about there is some sex that is important. Can you hear me? I just got a new chair so I have to pick myself up. Yeah. It’s difficult but also that must be discussed and everything must be discussed with yourself and with others. Otherwise we don’t get out of certain traps that we have, I am talking about rape, which is a terrible thing and then I am talking about my sons that are 21 and now they have to go out into the world and find someone to love and, you know, if you have to sign a contract before you even touch. They have the principle you can ask for, a contract in Sweden, when both sign and then they can have sex, for me to find a partner for my sexuality was very difficult and I am still struggling with it.
  • Dla wszystkich seryjnych morderców, o których słyszeliśmy albo czytaliśmy, seks jest ważny. Słyszycie mnie? Mam nowy fotel i musze się podciągnąć. Wracając, to jest trudne. I trzeba o tym rozmawiać. Ze sobą i z innymi. Inaczej nie uwolnimy się od pewnych rzeczy. Jak gwałt, czyli coś potwornego. Moi synowie mają 21 lat, ruszają w świat, szukają miłości. A jeśli musisz podpisać kontrakt, gdy chcesz kogoś dotknąć. W Szwecji można podpisać kontrakt przed pójściem do łóżka. Mnie bardzo trudno było znaleźć osobę dopasowaną do mnie seksualnie. I do dziś się z tym borykam.

You told about anger and little Nazi inside us so your second feature-length movie, “Epidemic”, referred to “The Plague” written by Albert Camus. The characters suffered not only from the physical disease, but in metaphorical sense as well. In each of your movies from the Europa trilogy, you portrayed our continent as a land of decadence, decay and despair. Do you still think about Europe in the same way or something has changed.
Opowiadasz o złości i nazistach wewnątrz każdego z nas. Twój drugi film, „Epidemia” odnosi się do „Dżumy” Alberta Camus. Bohaterowie nie tylko cierpią fizycznie, ale też w sensie metaforycznym. W trylogii „Europa” pokazujesz kontynent jako pełen dekadencji, zepsucia i rozpaczy. Czy wciąż tak myślisz o Europie?

  • I believe that my generation has lived through the democracy and has lived though the golden years opf democracy which I see is now fading away with all the right movements in Europe and I think everything that idiot Trump does running around making the World insecure is also wrong so I see that democracy is in danger.
  • Moje pokolenie żyło w złotych czasach demokracji. Teraz obserwuję jej powolny upadek w związku z ruchami prawicowymi. Wszystko, co robi ten idiota Trump, prowadzi do złego. Demokracja jest zagrożona.

And do you think is there any chance to stop these proccesses you’re talking about? The falling apart of democracy?
Sądzisz, że można zatrzymać te procesy upadającej demokracji?

  • If we should support it, I think it’s very dificult to see an alternative to democracy. If half of the Americans are stupid enough to vote Trump then democracy is not worth much.
  • Powinniśmy przynajmniej próbować. Ciężko znależć alternatywę dla demokracji. Jeśli połowa Amerykanów jest na tyle głupia by głosować na Trumpa, to demokracja jest niewiele warta.

You mentioned America, USA, this is the country where a lot of your movies take part and from what I know you have never been to USA.
Wspominasz USA, gdzie toczy się akcja wielu twoich filmów. A z tego co wiem, nigdy tam nie byłeś.

  •  That’s right.
  • Zgadza się.

But what is it that you find so interesting about this country that so many of your movies are taking place there.
Co cię tak fascynuje w Stanach?

  • Yeah, first of all there is a little funny thing about financing of the films. The financing often takes place in Sweden and the only place, because I wanted in English, the only place that Sweden looks like is State of Washington. It’s not that I have anything against a State of Washington but by chance that’s more where everything, the place, it don’t look as much as America. Probably American and English are the film language so to say. And therefore it was always important for me to do things in English.
  • Zabawna ciekawostka o finansowaniu filmów. To często dzieje się w Szwecji. A jedyne miejsce, które przypomina Szwecję to stan Waszyngton. Nie mam nic przeciwko Waszyngtonowi, ale tam Ameryka nie przypomina Ameryki. Język angielski to dla mnie język filmowy. Zawsze chciałem kręcić filmy po angielskim.

We talked about Europe, Usa and I know that a lot of specialists work on these subjects for many years and in this kind of interview you only have a few minutes to express your opinion. How do you feel as an artist to be treated as an expert or authority?
Rozmawialiśmy o stanie Europy, USA. Wielu specjalistów pracuje nad tymi sprawami. Podczas wywiadu masz zaledwie kilka minut by wyrazić swoją opinię. Jak się czujesz, jako artysta, brany za eksperta czy inny autorytet?

  • Don’t do it. I am certain that I know less about modern politics than you do and I think that when I was young I was running to demonstrations against America, against the World Bank, against EU, anything an I think I’ve done my part of the street running. I think it’s pretty much up to you guys to do what you feel should be done.
  • Nie odbierajcie mnie tak. Jestem pewien, że wiem o wiele mniej na temat współczesnej polityki, niż wy. Kiedy byłem młody uczestniczyłem w demonstracjach przeciwko Ameryce, Bankowi Światowemu, Unii Europejskiej i innym. Zrobiłem swoje. Teraz jest wasz czas by zdecydowac co jest słuszne.

That’s quite encouraging.
To bardzo zachęcające.

  • You don’t have to do it alone, I am sure you can find political togetherness. How is the situation in Poland these days. Is that the same, more and more aggressive, right front.
  • Nie musicie robic tego sami! Jestem pewien, że odnajdziecie polityczną wspólnotę. Jak wygląda sytuacja w Polsce? Czy u władzy wciąż jest ta sama agresywna prawica?

I think it’s more aggressive situation right now because yesterday was a knife attack on one of the mayors of the cities. We are more and more divided, so it’s more and more difficult as you said before.
Sytuacja się pogarsza. Wczoraj miał miejsce atak na jednego z Prezydentów miast. Jestesmy coraz bardziej podzieleni. Jest trudniej, jak sam wspomniałeś.


In yur movie, like this movie, you picture the hell in fact. However, on the other hand from your previous interviews I know that you don’t find yourself a very religious person.
W „Domu, który zbudował Jack” pokazujesz piekło. Ale z twoich poprzednich wywiadów wiem, że nie uważasz się za religijna osobę.

  • No.
  • Nie.

But I also think that religion is rather a process then something stable. If I asked you today, how would you describe your relation with God?
Moim zdaniem religia jest pewnego rodzaju procesem, niż czymś stałym. Jak opisałbyś swoją relację z Bogiem?

  • I don’t have any relation with God. I pray Hail Mary every time one of my children is gonna do something dangerous but it’s like Niels Bohr, a Danish scientist, he laso had a horseshoe hanging over his lab. And the reporter said, Mr Bohr, you can’t believe in that? No, but I don’t think it can harm, you know. I have tried to become a Catholic and I am a baptised Catholic as 35, but in my background, in my family is Atheist, very strong believers of Atheism.
  • Nie mam relacji z Bogiem. Odmawiam Zdrowaś Mario za każdym razem, gdy jedno z moich dzieci robi coś niebezpiecznego. Podobnie jak Niels Bohr, duński naukowiec. Nas swoim laboratorium powiesił podkowę na szczęście. Pewnego razu dziennikarz zapytał go: „Panie Bohr, chyba Pan w to nie wierzy”. Bohr odparł, że nie, ale nie sądzi też, by mogło to przynieść jakąś szkodę. Próbowałem zostac Katolikiem. Jestem ochrzczony od 35 roku życia. Ale to trudne ze względu na moje pochodzenie. Moja rodzina zawsze była mocno ateistyczna.

I think that you like to manipulate the audience.
Sądze, że lubisz manipulować widzami.

  • Yes, yes, That I think is true. It’s not just the act of manipulating. I think the good thing is if you can be manipulated by a film to something and then when you live the cinema you say “what the fuck have I just seen” and be very angry at yourself and the moral dilemma is of course in this one that I have given, the serial killer, the human voice also, and that we are not used to it. You know, normally when a human kill he would always say “ha ha ha!”, you know, everytime he shots somebody. That’s, I think, the closest that has been quite since. But normally we are seeing somebody that’s doing things all the others are not as animals or beasts or wthv and I believe it’s all in everybody but some can control it. Some don’t want to control it and of course we have to protect ourselves against the people who will not control the wildness inside them.
  • Tak. To prawda. I to nie tylko sam akt manipulacji. Dobrze, gdy po wyjściu powiesz: „Co do **** właśnie zobaczyłem?” I będziesz wściekły na siebie! W „Domu, który zbudował Jack” dałem mordercy ludzki głos. Nie przywykliśmy do tego. Od zabójcy słyszymy zwykle śmiech, gdy kogoś zabija. To najczęstszy przypadek. Ludzie często zachowuja się jak zwierzęta. Coś takiego tkwi w każdym z nas. Jedni potrafią to kontrolować, inni nie. Musimy się chronić przed ludźmi, którzy nie potrafią trzymać na wodzy tej dzikości.

OK, so… I’m sorry, I’m a little bit nervous.
Przepraszam, trochę się denerwuję.

  • Peace, peace. Don’t be nervous, don’t be nervous. 
  • Spokojnie. Nie denerwuj się.

So, when you’re talking about these moral dilemmas… Why did you shoot this movie, „The House That Jack Built”? Is it a moral critique of society? Is it a tricky play with viewers? Or maybe is it another reason? Or maybe you…
Mówisz o moralnych dylematach. Dlaczego zrobiłeś „Dom, który zbudował Jack”? To moralna krytyka społeczeństwa? Zabawa z widzami? Może coś innego.  

  • I can always say that I feel I’m doing important films. And then you can say „How can it be important to manipulate with the audience so they, at a certain point, think you shouldn’t have in the end?”. And that’s plain film… As you know, when you have somebody that you know and he’s in trouble, no matter what he’s done you will always be “aaah, he will make it”, you will be on his side. And I think it’s interesting to witness this and I think we can learn from it. The film… I am not really able to tell you why the film was made and how it has come to the form it has, but it contains, for instance, the siren of the Stuka – it’s something that I always saw as sadistic invention, but quite clever. I’m sure that there have been a lot of bombs with this sound over Poland. That is one example of something that I find remarkable. Not to say that I sympathize with the goal, but it’s quite a sadistic soar, that suddenly. Because The Third Reich was a place where you could actually get things done, you know. Things would change quickly. And the religion of the Nazis – they had their own kind of religion that was put together from old, also of course the swastika… I don’t know where I’m going now.
  • Zawsze mogę powiedzieć, że czuję, że to co robię, jest ważne. I wtedy ty powiesz: „Jak ważna może być manipulacja widzami, aby w któryms momencie stwierdzili, po co on to w ogóle robi?”. O tym jest film. Kiedy ktoś, kogo znasz, ma kłopoty, nieważne co będzie robił, zawsze pomyślisz “na pewno sobie poradzi”. Będziesz po jego stronie. To ciekawe zjawisko, które możemy obserwować i wyciągać wnioski. Nie wiem dlaczego ten film powstał i co doprowadziło do takiej, a nie innej formy. Jest w nim na przykład dźwięk syreny z bombowca Stuka. To sadystyczny wynalazek, ale sprytny. Jestem pewien, że nad Polską podczas wojny latało sporo bombowców wywołujących ten dźwięk. Uważam, ze jest to genialne. Nie podzielam słuszności jego powstania, ale to całkiem sadystyczny odgłos, miał wywoływać strach. Trzecia Rzesza potrafiła dopiąć swego. Postęp był szybki. Naziści mieli swoją własną, starą religię. No i sama swastyka… Nie wiem dokąd z tym zmierzam.

OK, so I would like to ask you…
Chciałbym zapytać…

  • Yeah?
  • Tak?

You mentioned that everyone of us has this inner Nazi that we have to suppress and that, from what I understand, you find this aggression, this lust to kill as something primal in us. On the other hand, in „The House That Jack Built” your character played by Matt Dillon compares killing with art. Do you think that killing and other crimes can be linked with art?
Wspominałeś, że w każdym drzemie mały nazista, którego powinniśmy zdusić. Uważasz, że ta agresja, żądza mordu, to cos pierwotnego. Z drugiej strony, w „Domu, który zbudował Jack” bohater grany przez Matta Dillona porównuje zabijanie ze sztuką. Uważasz, że zabójstwo i inne zrodnie mogą mieć związek ze sztuką?

  • Oh yes, that’s just about saying it. But that’s a very old idea, somebody claims that Hiroshima is the biggest work of art in the world. You can always discuss what art is. I’m not advocating killing of any sort, or violence. I reject physical violence, and psychic also.
  • Zdecydowanie. Ale to nie nowość. Niektórzy twierdzą, że zrzucenie bomby na Hiroshimę to największe dzieło sztuki. Sztuka jest dyskusyjna. Nie popieram zabijania, ani żadnego rodzaju agresji. Gardzę fizyczną i psychiczna przemocą.

I also wanted to ask you one thing. Several times you mentioned your own children. In your movies you also speak a lot about childhood especially in the previous film and in „Nymphomaniac”. I remember this one particular scene that was both in „Antichrist” and „Nymphomaniac”, when we see an unattended child during a blizzard, coming to the window to look out. In „Nymphomaniac” the child is stopped from jumping out. In „Antichrist” this child falls down. So this scene – is it a personal experience?
Chciałem zapytać o jedną rzecz. Wiele razy wspomniałeś o swoich dzieciach. W twoich filmach często pojawia się motyw dzieciństwa, jak na przykład w „Nimfomance”. W jednej ze scen, która pojawiła się też w „Antychryście”, widzimy dziecko bez nadzoru w czasie burzy, które wygląda przez okno. W „Nimfomance” dziecko zostaje powstrzymane przed skokiem, w „Antychryście” dziecko spada w dół. Czy to osobiste doświadczenie?

  • I must surprise you that I didn’t fall from the tree or out of a building. I’ve never done that. Everything comes at cost for some certain personal stories, or stories that I picked up here and there. I feel old enough to be allowed to make films that don’t make sense altogether, that feel right and that is the only word I can use – it feels right. What was the question again?
  • Zaskoczę was, ale nigdy nie spadłem z drzewa, ani nie wypadłem z budynku. Opowiadanie swoich osobistych historii ma swoja cenę. Czy też historii, które usłyszałem tu i tam. Czuje się wystarczająco stary, by móc robic filmy, które nie mają większego sensu, które są właściwe. To jedyne słowo, jakiego mogę uzyć – czuję, że to jest właściwe. Jakie było pytanie?

So the question was about the link between the scenes. But I also wanted to ask you: do you think childhood is important stage in our lives and how would you describe that importance?
Czy te dwie sceny maja cos ze soba współnego. Ale chciałem też zapytać czy uważasz, że dzieciństwo jest ważnym etapem w naszym życiu. Jak określiłbyś jego wagę?

  • I know that Freud is dead, as they say. But he was, of course, the believer that everything was formed in childhood. I know that is not what psychiatrists and doctors would say today, but I’m a neurotic and I suffer a lot from anxiety, also did during my childhood. For some reason I was alone with it because I didn’t tell anybody. And I’ve been very cautious to let my children see me in situations of my anxiety because I don’t want to give it on, but I’m afraid it’s in the genes somehow, so my children are also… One of them has been cutting [him/herself]. Older one is with saints now. I would say it was very important to me that they shouldn’t live the life that I lived.
  • Freud nie żyje, jak to mówią. Ale on wierzył, że wszystko ma swój początek w dzieciństwie. Dziś lekarze i psycholodzy się z tym nie zgadzają. Sam jestem neurotykiem. Od dzieciństwa bardzo cierpie z powodu lęków. Byłem w tym osamotniony, nikomu o tym nie mówiąc. Starałem się być ostrożny w obecności własnych dzieci, nie pokazywać im takiego mnie. Ale boję się, że mają to w genach. Jedno z nich się cięło. Starsze przebywa pod opieką. To zawsze było dla mnie bardzo ważne, aby nie miały takiego życia jak ja.

And do you feel alone now?
Teraz czujesz się samotny?

  • How do I feel now?
  • Jak czuję się teraz?

Do you feel alone now, in the present day? Like in the childhood?
Czy czujesz się samotny dziś, jak w dzieciństwie.

  • Sometimes, yes. But actually, if you’re looking at film like „Melancholia”… There was a song that I listened to again and again and it was called “Allein, Allein” and it was some Germans who had taken part of a Danish song and put it in. And it’s called “Allein, Allein”, I don’t know the band name is. I was studying planets and possibilities of exoplanets and stuff, and then I heard this “Allein, Allein” and suddenly it struck me that we could be alone in this universe, or any universe. And that gave me kind of a shivering feeling, because even though you can die, you’re still part of something called “humans on Earth” and you just keep going on in circulation. But it’s kind of scary if we’re all alone, I think.
  • Czasami tak. Ale jak w „Melancholii”… Umieściłem tam piosenkę, której słuchałem na okrągło – „Allein, Allein”. Jacyś Niemcy przerobili duńską piosenkę i nazwali ją „Allein, Allein”. Nie znam zespołu. Studiowałem planety i planety pozasłoneczne i wtedy usłyszałem „Allein, Allein”. Nagle zdałem sobie sprawę, że możemy być sami w tym Wszechświecie, czy jakimkolwiek Wszechświecie. Ta wiedza przyprawiła mnie od dreszcze. Nawet jeśli umrzesz, wciąż będziesz częścią „Ludzi na Ziemi”, koło dalej się toczy. Ale to dośc przerażające, jeśli naprawdę jesteśmy sami.

I see.
Rozumiem.

  • If you go out under the stars I’m sure you can feel a little alone.
  • Jeśli staniesz pod gwiazdami, możesz poczuć się troche samotnie.

You cast repetitively some actors in your movies. Why do you choose those actors, are they somehow special to you? Do you consider them as friends of yourself?
Często w swoich filmach obsadzasz tych samych aktorów. Dlaczego? Są dla ciebie w jakiś sposób wyjątkowi? Uważasz ich za swoich przyjaciół?

  • Some of them yes, and some of them I know what they can do. Many directors seem to have a little crewthat they use. I’m not going that far and I’m also using new people. But I have contact to the old ones and I’d like to use them again.
  • Niektórych tak, przy innych wiem, co potrafią. Wielu reżsyerów ma własną, małą i stała ekipe filmową. Ja zatrudniam nowych ludzi. Ale jestem tez w kontakcie ze starymi i chętnie do nich wracam.

Ok, so… you talked about audience that leaves the cinema and you usually say that you are used to being described by some part of the audience. So how do you feel when you see the audience leaving during the screening?
Publiczność często opuszcza salę w trakcie seansów Twoich filmów. Jak się z tym czujesz?

  • I must have been doing something right. I’m sure that the people who stayed had an experience that the people who left didn’t. But maybe the people who left had the biggest experience because they changed their point when they said: „This is where my line goes”. And it’s a big thing to decide to get up and walk. That’s active anyway. I know that my films are not for everybody.
  • To oznacza, że musiałem zrobić coś dobrze. Ci, którzy zostali, przeżyli coś wyjątkowego. A może to właśnie wychodzący więcej przeżyli, bo dotarli do punktu, w którym uznali: „Dość, to moja granica”. Trzeba mieć odwagę by wstać i wyjść. Przynajmniej to jakaś forma reakcji. I wiem, że moje filmy nie są dla każdego.

Ok, so I have a question. About women.
Mam pytanie na temat kobiet.

  • Oh yes?
  • Tak?

You write very strong women characters. Usually they are much stronger than men among them. What do you find so interesting about women? Do you consider yourself as feminist?
Kreujesz bardzo silne, kobiece postaci. Często silniejsze niż mężczyźni wokół nich. Co ciebie tak fascynuje w kobietach? Uważasz się za feministę?

  • Yes. I do. But there are of course different forms of feminism. My mother was the chairman of the Danish feminist group. So I do believe in equality or maybe, let’s see, now, a kind of the way that is going  towards women. But I still see big problem in things like MeToo, because it’s good for the people who write it of coursebut it’s very bad for the people who have a sentence with no trial. That is the problem. And I think that’s a big problem on the internet, how to use it. No restriction writer as ever, you know, come up with the internet, nobody saw that coming. First you believe, „ah, great, now we have total democracy because everybody can say something that everybody can hear”. But that’s not how it happens, it happens if, you know, anybody who hears sentencethat they can use for themselves or for their purpose and that purpose might be good, bad or whatever. They will support this one sentence and maybe the one sentence is a sentence that was not meant that way, you know. There are so many difficulties in the Internet. As I see it.
  • Tak. Ale są różne formy feminizmu. Moja matka była przewodniczącą duńskiej organizacji feministycznej. Wierzę w równouprawnienie i w to, co teraz się dzieje wokół kobiet. Ale mam problem z MeToo. Ruch jest dobry dla tych, którzy go tworzą, ale niekoniecznie dla ludzi, którzy dostają wyrok bez procesu. To jest problemem. Tak jak Internet i jak go używać. Żaden legislator nie przewidział powstania internetu. Można mówić: „Świetnie, że mamy demokrację. Każdy może mówić co chce i decydować, czego słucha”. Ale to nie działa w ten sposób. Jeśli każdy, komu zostanie zasądzony wyrok, będzie mógł zrobić z tym, co zechce. Będą popierać jeden wyrok, inny potepią. Internet powoduje sporo trudności.

Thank you for this interview, it was a pleasure for us!
Dziękujemy za ten wywiad, to była dla nas przyjemność!

  • Oh, yes! Thank you and see you soon hopefully!
  • Tak. Dziękuję i mam nadzieję do zobaczenia!

 

Recenzje

“Maria, królowa Szkotów” – umarła (z nudy) królowa, niech żyje królowa! [RECENZJA]

Maksymilian Majchrzak

Pisanie recenzji filmowych bywa zajęciem niewdzięcznym, zwłaszcza gdy wiąże się z koniecznością udania się na seans, który gdyby nie obowiązek napisania tekstu omijalibyśmy szerokim łukiem. Tak było w moim przypadku przy okazji Diablo. Wyścig o wszystko i dlatego myślałem, że następująca tydzień później premiera Marii, królowej Szkotów będzie miłym powrotem do uczucia dopieszczenia przez dobrodziejstwa współczesnego, profesjonalnego kina na wysokim poziomie.

Na papierze wszystko prezentuje się doskonale: w obsadzie dwie wspaniałe aktorki Saoirse Ronan i Margot Robbie, wspomagane z drugiego planu przez Guy’a Pearce’a oraz Davida Tennanta, scenariusz autorstwa Beau Willimona, showrunnera pierwszych czterech sezonów House of Cards. No i ciekawa historia dwóch kobiet rywalizujących o władzę w XVI. wiecznej Anglii i Szkocji, w dobie szalejących konfliktów religijnych spowodowanych utworzeniem anglikanizmu przez Henryka VIII kilkadziesiąt lat wcześniej. Rozczarowałem się jednak okrutnie, a cały seans upłynął mi pod znakiem nerwowego wiercenia się w fotelu, wywracania oczami i taktycznego przecierania  okularów (o ja głupi wierzyłem, że przez czystsze szkiełka będę w stanie dostrzec jakieś zalety tego filmu). Dlaczego? Przejdźmy do punktowania wad debiutanckiego obrazu Josie Rourke, doświadczonej brytyjskiej reżyserki teatralnej.

Kadr z filmu “Maria, królowa Szkotów”

Po pierwsze i najważniejsze, aż przykro patrzeć jak z tematu mogącego być wciągającym studium kobiecej siły w skrajnie niesprzyjających feminizmowi czasach wyszedł festiwal pretensjonalności, morałów prawionych wprost bez żadnych niuansów i z subtelnością obucha uderzającego w czoło oraz drewnianych dialogów. Ta ostatnia kwestia szczególnie kole w oczy, zwłaszcza w filmie, gdzie mamy do czynienia z psychologicznym starciem dwóch silnych bohaterek. Przykro było patrzeć, jak tak dobre aktorki jak Ronan i Robbie musiały męczyć się z patetycznymi kwestiami napisanymi bez żadnej finezji i drętwymi wymianami zdań ze swoim dworskim otoczeniem. Nie sposób też nie odnieść wrażenia, że mimo feministycznych założeń postaci Marii i Elżbiety zostały przez reżyserkę potraktowane protekcjonalnie – niemal niczego nie dowiadujemy się o ich myśli politycznej, sposobach rządzenia czy wizji roli monarchy. Zamiast tego mamy uproszczony przekaz sugerujący w wulgarny wręcz sposób całkowitą wyższość bohaterek nad pochłoniętymi przez moralną korupcję mężczyznami. I jakkolwiek takie przedstawienie “girl power” w czasach, gdzie dla wielu było wręcz niewyobrażalne, że kobiety mogą na równi z mężczyznami partycypować w życiu społecznym jest dobrym pomysłem, to jego wykonanie woła o pomstę do nieba i kompromituje całą ideę. Zamiast godnej depozytariuszki wysokich wartości zrobiono niestety z Marii Stuart coś bliższego targowej pretensjonalnej przekupce.

Kadr z filmu “Maria, królowa Szkotów”

Kilka ładnych widoków, niezłych scen bitewnych i bardzo dobra scenografia nie sprawiają niestety, by seans był choć odrobinę mniej nużący. Irytuje zwłaszcza muzyka, która często brzmi jak pobrana z jakiejś darmowej biblioteki dźwięków z epoki, a w kulminacyjnych momentach przesadza z patosem. Im dalej w fabułę tym więcej wkrada się dziur, nieścisłości i trudnych do zrozumienia decyzji oraz motywacji bohaterów. Próbowano nakreślić zbyt szeroką perspektywę całego życia katolickiej królowej, przez co niemal każdy z wątków pozostaje niedorozwinięty. Ale strach pomyśleć jak ciężkim byłby seans, gdyby twórcy zdecydowali się go rozciągnąć choćby o jeszcze kilkanaście minut więcej. Nic tu nie gra tak jak powinno, a całość wydaje się być zawieszona gdzieś pomiędzy Grą o Tron a hollywoodzkimi filmami historycznymi z lat 90. w stylu Bravehearta czy Joanny D’Arc Luca Bessona. Taki miks nieco już niemodnych inspiracji nie mógł się skończyć dobrze.

Kadr z filmu “Maria, królowa Szkotów”

Nie sposób nie odnieść wrażenia, że Maria, królowa Szkotów miała być w zamyśle twórców klasycznym  oscar-baitem, którego cel stanowiło zdobycie fury nominacji z uwagi na tendencję doceniania filmów o feministycznej tematyce. Niestety w tej zapalczywej chęci udowodnienia, jak silnymi kobietami były bohaterki dzieło popada w autoparodię i straszną pretensję. Dobrze, że zamiast tego filmu doceniona została Faworyta Yorgosa Lanthimosa, co może sugerować, że czas takich kręconych od linijki i sztampowo “biografii pod tezę” (podobną był chociażby zeszłoroczny Czas Mroku) mija. Szkoda zmarnowanego potencjału, bo paniom Robbie i Ronan życzę jak najlepiej, a przede wszystkim tego, by występowały w produkcjach na miarę swojego talentu.

Recenzje

“Miszmasz, czyli Kogel Mogel 3”, albo “M jak miłość wg Gaspara Noé” [RECENZJA]

Maciej Kędziora

Pierwsze wspomnienie pamiętam jak przez mgłę. Słabo odbierający telewizor kineskopowy na strychu campingowej świetlicy, niedomagające już PRL-owskie głośniki i jeden kanał na krzyż. Cowieczorny wspólny obozowy seans stanął wówczas pod znakiem klasycznej komedii, jaką niewątpliwie jest Kogel Mogel. Parę miesięcy później do zestawu – już na bardziej przyswajalnym technicznie gruncie – dołącza druga część – Galimatias, którą to obejrzę jeszcze, często nie do końca z własnej woli, parę razy. Niemniej jednak, mimo bycia umiarkowanym fanem serii, wieść o trzeciej części Koglu Moglu wywołała we mnie bardzo znamienne zakrztuszenie się śmiechem i następujące po nim pytanie “A po co?”. Na szczęście “ja” z przyszłości mogę już sobie na to pytanie odpowiedzieć: “Po to, byś wreszcie zobaczył najgorszy film swojego życia”.

Zanim jednak przejdę do krytyki filmu per se, spróbujmy zrozumieć po co powstała trzecia część “Kogla – Mogla”. Zdaje się bowiem, że z całym szacunkiem do popularności pierwowzoru, nikt, w tym nawet najbardziej zagorzali fani, nie czekał na kontynuację perypetii Kasi Zawady (Grażyna Błęcka-Kolska). Nikt również nie wierzył, że okaże się on być hitem finansowym, gdyż samozwańcza “plejada gwiazd” przypomina bardziej odpustowe mrożonki spod budki na jarmarku w Świętochłowicach, niźli faktycznie popularnych aktorów (nawet jak na poziom tvn-owskich romkomów). Pomijając już nawet mój sceptycyzm do całej produkcji, jest ona całkowicie niepotrzebna, iście archaiczna od samego momentu narodzenia się pomysłu, a przy okazji, już na etapie scenariuszowym, wierutnie głupia. Czas odwiedzić kręgi piekielne zamieszkiwane przez twórczość Ilony Łepkowskiej.

W jednej z pierwszych scen pojawia się Mikołaj Roznerski. I mimo że jego rola będzie zdumiewająco krótka, a pierwszy amant polskiego kina wygłosi zaledwie trzy kwestie dialogowe, spełnia on rolę symboliczną. Nie da się bowiem ukryć, że jest on ostatnimi czasy nieodłączną częścią polskiego kina klasy P. Znamienne jest jednak, że nawet dla niego poziom “Miszmaszu” okaże się tak słaby, że już na początku postanawia uciec z planu. On – fatum polskiego paździerza, egzemplifikacja powiedzenia “casanova z Ursynowa” – znika w popłochu z ekranu już w prologu. A my zaczynamy rozumieć, że prawdziwa zabawa dopiero się zaczyna.

Największym problemem jaki mam z Koglem moglem 3 jest zdefiniowanie tego, o czym opowiada. Możemy wskazać parę wątków – Marcina (Nikodem Rozbicki), który na strychu hangaru babci zaczyna uprawiać marihuanę (w końcu wrócił z HOLANDII, a tam NARKOTYKI są legalne – chciałbym tutaj hiperbolizować ale o tym de facto jest jego wątek), Kasi, która jest…… nieszczęśliwa (?) i samotna, Profesor Wolański dużo pije i ma dość swojego życia, a Barbara Wolańska (Ewa Kasprzyk) odnalazła swój punkt G i daje swojemu Yorkowi Shakirze – uwaga, zabawny żart – dildo do lizania na antenie programu śniadaniowego. W skrócie – “Miszmasz” traktuje swój tytuł bardzo dosłownie i łączy w sobie popłuczyny po koglu-moglowskim benefisie, tani romans, kampanię antynarkotykową oraz surrealistyczny atak na krasnale ogrodowe w rytm “Bohemy” Wilków.

Kogiel Mogiel 3 de facto trudno nazwać filmem. Jest to bardziej dziwny zlepek mniej lub jeszcze mniej udanych żartów, przy których Kabaret Skeczów Męczących uchodzi za rodzimą inkarnację trupy Monty Pythona. Dlatego też odwdzięczę się reżyserowi Kordianowi Piwowarskiemu pięknym za nadobne i opiszę trzy najbardziej absurdalne, tryskające pastiszem gagi.

I – Na pohybel Krasnalom

Kluczowym żartem dla całego filmu będzie stan uniesienia narkotykowego, objawiającego się tutaj w postaci zielonego skręta, który przywozi wcielony demon w postaci Marcina. Gdy jednak diabelski towar znajdują Goździkowie i decydują się zapalić szatańskie dzieło zniszczenia, otrzymujemy sześciominutową sekwencję, której nie powstydziłby się David Lynch. Otóż nasza para emerytów siada za kierownicą ciągnika i jedzie zniszczyć sołtysowi krasnale ogrodowe (które ten kombajn – o zgrozo – dosłownie je), obrzucić zgniłymi pomidorami dom starosty (w tej roli majestatyczny Wiktor Zborowski), by wreszcie stanąć oko w oko z radiowozem i ruszyć na niego pełną parą, potęgując wrażenia iście belzebubskim śmiechem. W tym całym ekranowym żarcie znamienne są nawet reminiscencje “Climaxu” Gaspara Noe, problem w tym, że cała absurdalność sytuacji w pewnym momencie nas przerasta, a zjazd narkotykowy jawi się jako ceremonia przejścia, gdy wkraczamy w świat zwierzęcego kampu, z którego już nie ma ucieczki

II – Jak znalazłam punkt G

Wątek Barbary Wolańskiej wyskakuje na nas znikąd i prawie nokautuje. Pomijając już wspomnianą scenę z psim fellatio, czy też opowieść o rozmowach z łechtaczką (przy której nawet profesor Lew Starowicz mógłby się z lekka zarumienić), największą eksplozję obrzydliwie dosłownych żartów z erotyki otrzymamy dopiero po wykładzie o dietach cud. Trudno bowiem inaczej traktować makietę promocyjną przyniesioną do domy przez Wolańską, która w okolicy sfery intymnej kobiety ma przyczepioną tarczę strzelecką z namalowanym na środku punktem G. Trudno także pojąć, czemu kreowana na femme fatale femina za cel swojej nienawiści obiera swoją córkę graną przez Aleksandrę Hamkało. Pomijając już ten odstraszający seksizm i uprzedmiotowienie Oli, trudno jakkolwiek uwierzyć w to, że ktokolwiek uznaję Hamkało za brzydką i nieatrakcyjną dziewczynę. Nie wiem co chciała ugrać tym “wątkiem” Łepkowska, ale wyszedł jej dziwny mariaż Greya z Kamasutrą za pięć złotych okraszoną żartami z ostatniej strony Super Expressu, gdzie słowo sex nadal wzbudza ciarki podniecenia.

III – Panie i panowie: Zenon Martyniuk

Umówmy się – ten film nie mógł się skończyć inaczej. Gdy bowiem wodzirej wieczoru krzyczy “Czekaliście na niego całą noc – Zenon Martyniuk“, a na scenę do legendarnego wokalisty discopolo dołącza wijąca się wokół niego Katarzyna Skrzynecka (co spowodowało, że przed oczami stanęła mi scena z Festiwalu w Opolu, gdy wraz z polskim Eminemem prowincji, Mezo, wykonywała równie przaśny utwór o symptomatycznym tytule “Opluj.pl”), na sali rozpoczęła się niema modlitwa o napisy końcowe. Bowiem sam Zenek, człowiek który niejedno w swoim życiu zapewne widział, miał wymalowaną w oczach, iście kmicicowską rozpacz, która zadawała się mówić “Boże, cóżem ja uczynił”.

Co jednak chyba najciekawsze jeśli chodzi o interpretację całego “Miszmaszu”, jest to jak bardzo ten film przypomina wprawki reżyserskie i iście historiograficzną podróż przez trendy w filmie. Od czystego slapsticku, gdy Rozbicki przez parę scen siłuje się w swojej limuzynie z drzewkiem z Holandii, przez niewybredne rasistowskie żarty (przy których “Murzynek Bambo” zdaje się być najbardziej otwartym światopoglądowo przykładem poezji polskiej) rodem z kina późnego PRL-u i sekwencje pościgów niczym w ‘Szybkich i wściekłych”, aż do kina LGBTQ (choć nadal mam wątpliwości czy jest on przedstawiony w pozytywnym czy też negatywnym świetle). Piwowarski staje się bowiem takim samym Woodym Allenem, co Tommy Wisseau Jamesem Deanem.

W tym wszystkim najbardziej mi żal Aleksandry Hamkało, Grażyny Błęckiej-Kolskiej i widowni. Hamkało dlatego, że jest najjaśniejszym punktem produkcji, starając się troszkę utemperować bardzo irytujące i rozbuchane ego Nikodema Rozbickiego, Błęckiej-Kolskiej dlatego, że w “Ułaskawieniu” pokazała, że nadal tkwi w niej wielki potencjał, z tym że – również przez pryzmat prywatnych tragedii – nie jest on już komediowy. Wreszcie widzów, szczególnie tych starszych, gdyż przed rozpoczęciem seansu widziałem pewną ekscytację na twarzy starszego małżeństwa, dla których z wychwyconej przez moje ciekawskie ucho historii, było to pierwsze od trzech lat wyjście do kina. Niestety na napisach końcowych pękło mi serce, gdyż lekko zawiedziona pani powiedziała, że to chyba ostatni seans w kinie, bo już słabe filmy robią.

Miszmasz, czyli Kogiel Mogiel 3 to jedna z najbardziej bezwstydnych prób wyciągnięcia pieniędzy od starszych osób, będąca filmową egzemplifikacją metody na wnuczka. Dlatego też jeśli wasi dziadkowie mają w planach pójść na film Piwowarskiego, odwiedźcie ich od tego pomysłu. Jeśli natomiast sami nie macie planów na najbliższy tydzień, a chcielibyście odpłynąć do filmowego Hadesu, z którego aż kipi zgnilizną żenady i przaśności – to to jest film dla was. BA! Nie zdziwi mnie jeśli za paręnaście lat uzyska on status kultowego i będzie oglądany na wspólnych sesjach kinematograficznych doznań masochistycznych. Mam jednak nadzieję, że tylko tam.


Recenzje

“Złe wychowanie Cameron Post” [RECENZJA]

Michał Piechowski

Wszystko wskazuje na to, że Sofia Coppola mogła trafić w samo sedno, gdy w swoim pełnometrażowym debiucie – „Przekleństwach niewinności” – umieszczała słynny dialog w szpitalu. Samo bycie trzynastoletnią dziewczynką to wystarczający powód, by patrzeć na swoje życie przez szare okulary. No, to nie musi być dokładnie ten wiek i dokładnie ta płeć, a puenta nie zawsze jest aż tak przygnębiająca, ale chodzi o samą ideę. Dorastanie może być przytłaczające i bardzo często korzysta z tej możliwości. A co zrobić, gdy do standardowych problemów danego nastolatka dochodzi także kwestia nieheteroseksualnej orientacji, która angażuje dodatkowe trudności z uzyskaniem akceptacji zarówno od społeczeństwa, jak i od samego zainteresowanego? Kino zastanawia się także nad tym i robi to coraz częściej. Tematyka inicjacyjna nie traci na aktualności, a popkulturowa detabuizacja bi- oraz homoseksualizmu ma się w najlepsze, więc rosnąca popularność gatunku coming out of age nie powinna nikogo ani szokować, ani tym bardziej dziwić.

Tylko w zeszłym roku premierę miały uważane przez wielu za dzieło wybitne „Tamte dni, tamte noce” Luki Guadagnino oraz dwie, momentami bliźniacze, produkcje: hollywoodzki „Twój Simon” i zawdzięczający dystrybucję Netflixowi „Alex Strangelove”. Teraz zaś przyszła pora na najnowszy nabytek polskich kin i zarazem zwycięzcę Głównej Nagrody Jury na zeszłorocznym festiwalu Sundance, „Złe wychowanie Cameron Post”, w opisaną tendencję wpisuje się wręcz idealnie. Najnowszy film Desiree Akhavan – znanej wszystkim fanom mumblecore za sprawą występu u boku Marka Duplassa w drugiej części “Dziwaka” – to intymne i wyciszone spojrzenie na blaski i cienie dorastania, które dokłada kolejną cegiełkę do ogółu tego typu kina i robi to w bardzo przemyślany sposób.

Zobacz również: Dlaczego „Czarna Pantera” to najważniejszy film 2018 roku? [FELIETON]

Początek lat dziewięćdziesiątych. Nastoletnia dziewczyna zostaje przymusowo wysłana do ośrodka o wdzięcznej nazwie „Boża Obietnica”, którego zadaniem będzie „wyleczenie” pacjentki z jej homoseksualnych skłonności. Na miejscu bynajmniej nie poddaje się niszczycielskim trybikom maszyny, do której została wrzucona, ale, wraz z nowo poznanymi znajomymi (wśród nich Indianin), próbuje buntować się przeciwko ideałom całej placówki uosabianym przez do bólu zimną i profesjonalną panią dyrektor. Spokojnie, to wcale nie jest opis jakiejś obrazoburczej wariacji na temat „Lotu nad kukułczym gniazdem”, chociaż błędem byłoby stwierdzenie, że historia ta nie ma nic wspólnego z losami udającego niepoczytalność McMurphy’ego. Wszak manifestowanie wolności jednostki i gloryfikowanie jej buntu wobec systemu nigdy nie wyjdzie z mody i dopóki choć jedna osoba na świecie będzie tego potrzebować, dopóty będą powstawać takie produkcje.

„Złe wychowanie Cameron Post” działa jednak o wiele mocniej jako krytyka portretowanej przez siebie instytucji, czyli na płaszczyźnie, na której wspólne dziecko Kena Keseya i Miloša Formana zdążyło się już nieco zdezaktualizować w związku z rozległymi i sięgającymi lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku zmianami w funkcjonowaniu szpitali psychiatrycznych. Chrześcijańskie placówki zajmujące się terapią konwersyjną trudno jednak traktować tylko i wyłącznie jako pewnego rodzaju metaforę problemów bohaterów z akceptacją. Pokazana tutaj Boża Obietnica może i faktycznie obiecuje dużo, ale osobiście powstrzymałbym się z mieszaniem do tego wszystkiego Boga. Placówka ta zarządzana jest przez raczej niecodzienne rodzeństwo: pełniącą funkcję dyrektorki chłodną i wyrachowaną Lydię (dość celnie określona przez jednego ze swoich pacjentów jako „disneyowski szwarccharakter, który nie pozwala ci zwalić konia”) oraz tryskającego nieskończonym optymizmem, i podskórnym tragizmem, wielebnego  Ricka (który sam kiedyś „zmagał” się z homoseksualizmem i w całym tym przedsięwzięciu pełni rolę dowodu na to, że konwersja faktycznie może działać).

Złe wychowanie cameron post

Zobacz również: Ága, czyli świat cichej tragedii [RECENZJA]

I nawet przesunięcie czasu akcji o mniej więcej dwadzieścia pięć lat do tyłu nie dystansuje od tej kwestii, a raczej wskazuje na ciągłość jego występowania. To, co było problemem ćwierć wieku temu, jest nim cały czas. Terapia konwersyjna w wielu miejscu na świecie, w tym w USA, nadal stanowi realne zagrożenie. Bo niebezpieczeństwo wynikające z przeświadczenia, że dana orientacja seksualna jest cechą nabytą, rodzajem wyboru i może zostać zmieniona na tę jedyną słuszną prawdziwe jest nie tylko dla bohaterów filmu Desiree Akhavan.

Bohaterów, wśród których centralne miejsce – co nie powinno raczej dziwić – zajmuje siedemnastoletnia Cameron Post, której daleko do filmowo-licealnego archetypu przebojowej i charyzmatycznej protagonistki. W kreacji nastolatki dominuje przejmujący, a także przekonujący, smutek oraz melancholia i naprawdę duża w tym zasługa wcielającej się w nią Chloë Grace Moretz, której empatia i zrozumienie roli widoczne są w każdej możliwej scenie. Historia Cameron pokazana zostaje dwutorowo, bo wydarzenia obecne przeplatają się tutaj z retrospektywnymi, być może w jakimś stopniu zakorzenionymi w sferze marzeń i pragnień, scenami intymnej znajomości protagonistki oraz Coley, jej szkolnej miłości. Nastolatka bez przerwy poddawana jest analizom, a sensu w nich szuka nie tylko ona sama, ale również personel odpowiedzialny za terapię konwersyjną i wreszcie sam widz. Wszyscy, w bardziej lub mniej szczytnym celu, starają się rozwiązać problemy Cameron i, przy okazji, ocenić, czy tytułowe złe wychowanie odnosi się do przeszłości, czy też do teraźniejszości.

Zobacz również: Kulturawka #10 – O co walczy Lars von Trier? [FELIETON]

Przez ostatnie sześćset słów nic się nie zmieniło. Dorastanie nadal potrafi być traumatyczne, a żywiona do samego siebie w tym okresie nienawiść, jakkolwiek niepożądana, może być niemożliwa do uniknięcia. Desiree Akhavan zwraca na to uwagę także za pomocą pozostałych bohaterów. Na pierwszy plan wśród drugoplanowych postaci wybijają się ci, na których uwagę zwraca sama Cameron. Jane (Sasha Lane) i Adam (Forrest Goodluck) w Bożej Obietnicy są już trochę dłużej od tytułowej bohaterki i może właśnie dlatego zdają się odrobinę lepiej odnajdywać w całej tej rzeczywistości.

Ich ucieczka w miękkie narkotyki, niechrześcijańską muzykę czy obgadywanie swoich przełożonych być może mogą wydawać się niedojrzałe z perspektywy kogoś, kto nie przebywa w tym środowisku, ale to właśnie te próby buntu są tym, co pomaga im przetrwać i poznać samego siebie. Spontaniczne przerwanie obierania ziemniaków na rzecz zaśpiewania utworu „What’s Up” grupy 4 Non Blondes i wytworzone dzięki temu poczucie wspólnoty i sensu daje Cameron oraz jej towarzyszom niedoli o wiele więcej niż godziny spędzone na czytaniu Biblii i ciągnące się w nieskończoność analizowanie „błędów przeszłości”.

Zobacz również: „Vice”: ten wredny facet, który pociąga za wszystkie sznurki – Recenzja

Pogarda okazywana tym dzieciom przez ich rodziców oraz pracowników Bożej Obietnicy udziela się także im samym i w zasadzie trudno, żeby tak nie było. Bo jeżeli nawet ci najbliżsi i najbardziej życzliwi w nich nie wierzą, to dlaczego sami poszkodowani mieliby to robić? Każdy z „współpacjentów” Cameron ma własne powody swojej obecności w tym miejscu i całkowicie odrębną historię do opowiedzenia. Każdy z nich ma coś do zarzucenia swoim rodzicom, samemu sobie oraz swojemu otoczeniu. Razem tworzą oni zbiorowy portret młodzieńczej niepewności, braku wsparcia od najbliższych oraz dramatycznych skutków tychże.

I chociaż „Złe wychowanie Cameron Post” potrafi zdołować i wstrząsnąć nawet tymi najbardziej niewzruszonymi, być może tak to właśnie powinno wyglądać. Ciepła forma i optymistyczny wydźwięk całości przypominają wszak, że po każdej burzy musi kiedyś pojawić się słońce, że każdy cień związany jest ze źródłem światła. Desiree Akhavan chce w to wierzyć, ja chcę w to wierzyć i mam nadzieję, że wszyscy inni też chcą w to wierzyć.


Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.