Publicystyka

Dlaczego “Czarna Pantera” to najważniejszy film 2018 roku? [FELIETON]

Szymon Pietrzak
Czarna Pantera

Nadszedł dzień, w którym wobec Czarnej Pantery nie sposób już przejść obojętnie. Po tym jak film Ryana Cooglera zgarnął siedem nominacji do Oscarów, w tym za najlepszy film, znów podniosła się najmniej wyrozumiała część Internetu, dyskredytując wszystko, co tej produkcji Marvela dotyczy. Fakty są jednak takie, iż historia z tytułowym władcą Wakandy została trzecim filmem w historii, który zarobił w amerykańskich kinach ponad 700 milionów dolarów (Trzeci najbardziej dochodowy film w historii!), zachwycając widzów oraz krytyków na całym świecie i zaskakując ponadprzeciętną średnią ocen. Czy ludzkość zwariowała? Otóż nie. Jest 2019 rok i wszystko jest w jak najlepszym porządku. I już tłumaczę skąd ten cały hype.

Tak, Czarna Pantera to jeden z najlepiej ocenianych filmów o superbohaterach w dziejach (A według Rotten Tomatoes znajduje się nawet na miejscu pierwszym). Powód przez który Pantera jest na ustach wszystkich, również tych, których nie interesuje kino superbohaterskie, i przez który czytasz te słowa, jest jeden – ten film to przełomowy moment w historii kultury Afroamerykanów.

Żeby móc sprawiedliwie ocenić sukces i popularność Czarnej Pantery, musimy pierw wykluczyć, iż czynnikiem mogłaby być szeroko rozumiana i często wykorzystywana przez malkontentów „polityczna poprawność”. Hasło to stało się rzucanym losowo przez hejterów argumentem, implikującym, iż wszechobecna moda na zdywersyfikowaną reprezentację jest głównym powodem tak dobrej recepcji. Jest dokładnie odwrotnie. Czarna Pantera to film niepoprawny politycznie, wykorzystujący innowacyjny Afrofuturyzm w celu napisania historii fikcyjnego narodu afrykańskiego na nowo, wykorzystując jednak do cna tradycję. Ryan Coogler stara się co prawda pokazać Zachód w złym, kolonizatorskim świetle, ale nie szczędzi słów krytyki również wobec swoich głównych bohaterów. Bo przecież, mając najbardziej zaawansowaną technologię na wyciągnięcie ręki, Wakandyjczycy nie zrobili nic, aby pomóc innym.

Zobacz również: Kulturawka #10 – O co walczy Lars von Trier? [FELIETON]

A ta technologia to naprawdę przełomowa rzecz w uniwersum. Marvel nigdy nie zaniżał potencjału ziemskiej (jak i pozaziemskiej) technologii, a mimo to widok futurystycznego narodu Wakandy sprawia, że ​​piwnica Tony’ego Starka prezentuje się niczym szkolne laboratorium naukowe. Istnieje tu publiczny transport, zdający się podważać zasady grawitacji, sięgające chmur miejskie wieżowce, masa gadżetów oraz technologia maskowania, która pozwala ukryć cały naród przed światem zewnętrznym. Ale pomimo tego, że jest najbardziej zaawansowanym technicznie krajem na świecie, Wakanda pozostaje Afryką subsaharyjską, ze wszystkimi tego konsekwencjami – jak stroje, akcent, czy nawet fryzury. A reżyser udowadnia, że świat nie zawsze musi być postrzegany przez pryzmat anglosaski.

Czarna Pantera

Cały ten technologiczny potencjał poznajemy dzięki cudownemu dziecku Wakandy, siostrze króla T’ChalliShuri. To również podczas prezentacji gadżetów, ujawnia się filmowa forma intertekstualna – przechodząc przez wakandyjskie laboratoria, w których pod kierownictwem Shuri opracowuje się najnowszą technologię, nie sposób nie dostrzec czegoś z bondowskiej relacji Agenta 007 z Q. Następnie okazuje się, że siostra T’Challi, to nie tylko technologiczny świr, ale przede wszystkim pełen pasji geek, śledzący nawet aktualne memy ze świata („What are thooose?!”). Pozycja Shuri udowadnia nie tylko wyjątkową rolę edukacji w Wakandzie, ale też równe podejście do ludzi starych i młodych, do dziewczyn i chłopaków. To, że technologią włada młoda dziewczynka, niesamowicie denerwuje zawistnych. Ale Wakanda jest idealna, podchodząca z szacunkiem do każdego.

Zobacz również: „Brexit” jako wojna obywatelska… [FELIETON]

Nie ma jednak co ukrywać, iż film rzeczywiście jest nominowany w kategorii “Best Picture”, bo jest “czarny”. I nie ma w tym nic złego. Bo choć nazwa może być myląca i ludzie ciągle się zastanawiają, jak film, który nie ma najlepszego aktora, aktorki, czy reżysera, może startować do miana bycia w całości najlepszym, to jednak przyznawana nagroda jest kierowana tylko i wyłącznie do producentów. To szczególnie ważne w kontekście tak wielkiego studia, jakim jest Disney. W takich wypadkach to właśnie studio stoi za projektem, początkowo wybierając reżysera, a kończąc na przyklepywaniu jego decyzji.

W przypadku “Czarnej Pantery” za wszystko odpowiadał Keving Feige. Nie bał się zatrudnić reżysera, który nie tylko słynie z rzemiosła, ale też ma pewną osobistą historię do opowiedzenia. Zaufał odpowiedniej osobie, bo Coogler potraktował swój film z poczuciem niesamowitej misji, tworząc pierwszy tak ogromny film głównie z czarnoskórą obsadą, dzięki czemu chociażby pierwsza w historii Afroamerykanka została nominowana do Oscara w kategorii kostiumów. To naprawdę wielkie wydarzenie w świecie Hollywood, w świecie, który instytucjonalnie utrudnia pracę przy filmach, czy to kobietom, czy to mniejszościom, bo ryzyko finansowe jest zbyt duże.

Nie mogłoby być inaczej. Na przestrzeni ostatnich dekad wytworzył się bowiem pewien medialny obraz postaci czarnoskórych. Jak chociażby kultowy już “super-duper Magical Negro”, jak to ujął niegdyś Spike Lee, czyli postać nie mająca znaczenia dla fabuły, a wykazująca się jedynie tajemniczymi zdolnościami (Jak Dick Hallorann w “Lśnieniu”). Branża wytworzyła więc niepisany “czarny” gatunek filmu, który nieważne czy był komedią, musicalem, czy kinem superhero właśnie – zawierał w sobie z góry narzucone popkulturowe klisze, nie opowiadając w efekcie o czarnoskórych postaciach, a o wyobrażeniach białych ludzi na ich temat.  Mieliśmy do czynienia chociażby z kinem blaxploitation, które wykorzystując stereotypy czarnej kultury, próbowało tworzyć filmy afrocentryczne, a w efekcie bardzo hermetyczne.

Zobacz również: „Glass”, czyli samokrytyka Shyamalana? [RECENZJA]

Pewną identyfikację oferował również powszechnie szanowany i odnoszący sukcesy finansowe „Blade”, czy „Hancock”. Jednak Czarna Pantera się od tego wszystkiego różni. Coogler postanowił zrobić coś z czarnym superbohaterem, czemu nie podołały żadne poprzednie próby – uczynić go szanowanym, bystrym i potężnym. Wykorzystana estetyka Afro-punku i Afrofuturyzmu to ważna redefinicja tego, co jest możliwe wokół tworzenia mitologii czarnego superbohatera. T’Challa nie jest śmieszkiem, asystentem, czy zrodzonym z tragicznych okoliczności rewanżystą. Jego historia jest zrodzona z dziedzictwa rodziny królewskiej. To ogromna różnica w sposobie traktowania większości czarnych superbohaterów, ale i czarnoskórych postaci w ogóle.

Wakanda bowiem to naród, którego nie dotknęło brzemię kolonizacji. Czarna Pantera pisze historię na nowo i wciąga nas w alternatywną teraźniejszość i przyszłość. Jednoczy w sobie w pełni wyzwolony naród afrykański – złożony z panafrykańskich języków, symboli, estetyki, tradycji. Nawet w swojej stylizacji, film pokazuje, co mogłoby się stać z kulturą narodu nietkniętego przez zachodni kolonializm. Projektantka kostiumów Ruth Carter uważnie studiowała i inspirowała się przez ubrania, nakrycia głowy i biżuterię z Kenii, Nigerii, Ghany, Lesotho, Namibii i południowej Afryki. Postacie żeńskie noszą tradycyjne fryzury, od warkoczy, po całkowicie ogolone włosy i przecierają wąskie, zachodnie wyobrażenia na temat piękna i kobiecości.

I choć do kina superbohaterskiego perspektywa feministyczna weszła na dobre dzięki Wonder Woman już w 2017 roku, to jednak jedna wojowniczka nie robi takiego wrażenia jak cała armia Wakandy, złożona jedynie z silnych bojowniczek i przede wszystkim dowodzona przez kobietę, która nie tylko jest silna w walce, ale ma też realny wpływ na króla T’Challę. Zwłaszcza, że Marvel pod tym względem wciąż kuleje – do tej pory dostarczył nam zaledwie jeden film, w którym kobiety napędzają fabułę tak samo jak mężczyźni, mianowicie „Ant-Man i Osa”, ale nawet tam ukazana potęga kobiet to sztampa, czyniąc ukazane w Czarnej Panterze Dora Milaje najbardziej radykalnym, rewolucyjnym i torpedującym stereotypy uchwyceniem Zeitgeistu.

Zobacz również: „Bumblebee” – Recenzja świetnego filmu o zabawkach

Czarna Pantera działa również cudownie jako samoświadoma, delikatnie kpiąca krytyka utartych postaw kolonialnych. Główny złoczyńca filmu, Killmonger, (Zdecydowanie top marvelowych Villainów) przez lata pielęgnował swój gniew w jednym z amerykańskich gett, cały czas mając za cel posiąść bogactwa Wakandy i rozpocząć ogólnoświatową rebelię. Ryan Coogler, wraz ze swoim głównym bohaterem, ma co prawda w planach rewolucję, ale zamiast odwracać brutalny kolonializm, T’Challa ujawnia podczas przemówienia w ONZ, że Wakanda wykorzysta swoją moc do całkowitego przeformułowania dialogu ze światem zewnętrznym odrzucając dotychczasowe izolacjonistyczne podejście i wykorzystując zamiast tego technologię do pomocy uciśnionym.

Możemy również śmiało założyć, że pomoc Wakandyjczyków, w przeciwieństwie do jej zachodniego odpowiednika, zostanie dostarczona bez specjalnych wymogów. Czarna Pantera jako film nie dąży bowiem do odpowiedzi na pytanie „Jaka jest odpowiedzialność króla wobec narodu Wakandy?”, ale szuka odpowiedzi na pytanie „Jaka jest odpowiedzialność Wakandy wobec świata?”, dotykając również hipotetycznych napięć, między nieskolonizowanym narodem Wakandy, a ich pokrzywdzonymi przez niewolnictwo sąsiadami.

Czarna Pantera
Dora Milaje

Reżyser nie ma też żadnej litości portretując konflikty wewnętrzne. M’Baku, przywódca plemienia usuniętego poza margines wakandyjskiego społeczeństwa, sprzeciwia się rządom T’Challi, ale gdy nadejdzie czas spłacenia przysługi, odwdzięczy się, a widząc zagrożenie jakie niesie Killmonger, w połączeniu z dostrzeżoną pokorą T’Challi (pierwszy król, który odwiedził ich plemię), pomoże mu odzyskać tron. Za to zostanie mu ofiarowane później miejsce w Radzie Plemion. Ale to nie koniec – konflikt ideologiczny ma również miejsce między królem Wakandy, a postacią graną przez Daniela Kaluuye. Tu toczy się dysputa o izolacjonizm i budowanie murów. Jeszcze inny konflikt dotyczy postaci Kaluuyi i jego ukochanej, tyczący lojalności, przez który to, jak wiemy z Infinity War, kochankowie się rozwiodą.

Zobacz również: Spider-Man Uniwersum [czyli najlepszy Spider-Man od czasów Fox Kids] – Recenzja

Wprowadzenie do tego nabuzowanego politycznie świata dwóch białych postaci ze świata zewnętrznego to również ciekawa gra Eurocentryzmem. Ross i Klaue różnią się od siebie, choć ten pierwszy dopiero kiedy trafi do Wakandy, będzie potrafił zrozumieć czym ten ukryty naród tak naprawdę jest – najbardziej zaawansowaną technologiczną potęgą na świecie. Poza typowo marvelowskim comic reliefem, wprowadzenie postaci Rossa ma przypominać, że nawiązanie kontaktu ze światem zewnętrznym bez konsekwencji jest praktycznie niemożliwe. Ale próbować warto.

Sama śmierć Killmongera nie poszła jednak na marne – w Wakandzie pojawiła się nadzieja na lepsze jutro. T’Challa nie tylko postanawia ujawnić swój naród światu, ale przede wszystkim wraca do miejsca, w którym jego ojciec zabił jego wuja – do Oakland, gdzie radykalizm i wściekłość Killmongera (a pewnie nie tylko jego…) narastały przez całe jego życie. To właśnie tu, pod przywództwem Nakii i Shuri, ma powstać centrum wspierające potrzebującą społeczność.

Czarna Pantera

Coogler to świetny reżyser i to właśnie dzięki niemu Czarna Pantera unosi swoje przesłanie. Nie jest to jednak człowiek doświadczony w kinie przepełnionym CGI, więc wiadomo, że jego sceny walki nie będą na poziomie Michaela Baya. Trzeba jednak przyznać, iż dużo serduszka zostało włożone w portretowanie chociażby Złotego Miasta, czy ogólnie terenów wakandyjskich lub okołowakandyjskich. Niczym piękny sen o Afryce, jako kontrast do znanego obrazu kraju brudnego i zniszczonego. Reżyser jednak przede wszystkim potrafi niesamowicie autentycznie pokazać czarnoskóre getto, przypisując mu beznadzieję, z której ciężko się uwolnić. A jako kontrast stawia ten mały azyl w Wakandzie, oparty na dziedzictwie afrykańskim, nieskażonym kolonialnymi wpływami białej supremacji. To właśnie dlatego Wakandyjczycy mówią z południowoafrykańskim akcentem, czy noszą tradycyjne stroje. Od dziś, każdy kto czuje w sobie brzemię pochodzenia afrykańskiego, jest w stanie poczuć z postaciami na ekranie zupełnie niespotykaną, przepełnioną dumą więź.

Zobacz również: BDSM w Polsce? – Recenzja dokumentu „Klimat i wanilia”

Cały ten popkulturowy szok zdominował filmowy, polityczny i społeczny dyskurs w zeszłym roku. Celebryci łączyli siły w “Black Panther Challenge”, zbierając fundusze na bilety dla dzieciaków, aby te mogły zobaczyć film bez względu na sytuację finansową. Ciężko im się dziwić – to w większości ludzie, którzy dorastali w czasach, gdy postaci czarnoskóre na ekranie były przedstawiane zazwyczaj negatywnie lub niepoważnie. Timing Czarnej Pantery wpasowuje też idealnie jako antidotum na sytuacje, które spotkały czarną społeczność Ameryki w ostatnim czasie. Doprowadziło to do powstania inicjatyw, które proponują program nauczania zachęcający nauczycieli do wykorzystania filmu w celu nauczania o afrykańskiej kulturze, polityce i historii. Znalazło się również miejsce na debaty i osobiste refleksje na temat czarnej tożsamości w Ameryce i za granicą za pośrednictwem #WhatBlackPantherMeansToMe , potężnego przekroju refleksji czarnoskórej publiczności. 

Zbiorowy hype wokół Czarnej Pantery nie jest jednak odosobniony. Film jest jedynie najnowszym z wielu niedawnych dowodów na renesans czarnej popkultury. Ostatnie lata przyniosły nowy poziom czarnej sztuki, łączącą społeczno-politycznym komentarz z kunsztem sztuki wysokiej. Od Lemonade Beyonce, przez To Pimp a Butterfly Kendricka Lamara, na Atlancie Donalda Glovera kończąc. Wszystko to prowadzi do poszerzania, a czasem redefiniowania tej części popkultury i brania jej w szerszy kontekst.

Zobacz również: Zestawienie 10 najgorszych filmów – [Podsumowanie roku 2018 #3]

Zmiana ta rozpoczęła się w Hollywood poza kinowymi ekranami już parę lat temu. Ruch #OscarsSoWhite zapoczątkował debatę na temat podejścia branży do reprezentacji i różnorodności, wynosząc takich twórców jak Barry Jenkins i jego Moonlight po najbardziej prestiżową nagrodę. Wspierając takich ludzi jak Jordan Peele (Get Out) czy Ava DuVernay (Wrinkle in Time) zaczęto przesuwać granice dyskursu. Teraz, jako brakujący element, dołączyła do niego Czarna Pantera: film popcornowy, wykorzystujący najpopularniejszy gatunek – kino superbohaterskie  – by opowiedzieć o złożoności czarnej tożsamości.

Czarna Pantera staje się więc niejako pewnym zakończeniem i początkiem nowej ery. Identyfikacja ma bowiem ogromne znaczenie i ciężko temu zaprzeczyć. Mnie wystarczyło zobaczyć viralowy niegdyś filmik, jak paru czarnoskórych chłopaków cieszy się widząc plakat Czarnej Pantery i zadaje ważne pytanie: „Czy wy, idąc do kina, od zawsze to czujecie?” – bo być może dopiero teraz dzieci zaczną częściej sięgać po czarne kredki do kolorowanek ze swoimi ulubionymi postaciami. I będą marzyć o najpiękniejszych zachodach słońca w Wakandzie. Bo jak mówił Kendrick Lamar w “Momma”: „I know everything…” „…Until I realized I didn’t know shit” “The day I came home”.


Recenzje

Ága, czyli świat cichej tragedii [RECENZJA]

Marcin Kempisty

Podobno miejscem akcji filmu jest Jakucja, choć to zagadka z gatunku nierozwiązywalnych, chyba że kojarzy się język, za pomocą którego porozumiewają się bohaterowie. Jedno jest pewne: Nanook (Mikhail Aprosimov) i Sedna (Feodosia Ivanova) mieszkają na końcu świata, w krainie skutej lodem, gdzie naprawdę raki zimują. Gdzie nie spojrzeć, tam rozciąga się widok oślepiającej bieli śniegu, następnie delikatnie przechodzącej w błękit nieba. Nie ma wyraźnej linii na horyzoncie, wokół panuje pustka i tylko czasami w zasięgu wzroku pojawi się drzewo, kamień czy oznaka istnienia innego przedstawiciela gatunku ludzkiego.

Zobacz również: Audiowizualni #1 – Piotr Rogucki o „Panu Kleksie”, teledyskach i wymarzonej roli

Pierwsze trzydzieści minut filmu Ága w reżyserii Milko Lazarova przypomina dokumentalne podglądactwo, rejestrujące z antropologicznym zacięciem zachowanie ludu, którego chęci pozostania na tych lodowych rubieżach nie sposób zrozumieć. Reżyser odżegnuje się od inscenizacyjnych zapędów i przy wykorzystaniu statycznych ujęć jedynie przygląda się zwykłym, codziennym czynnościom, takim jak polowania czy wspólne spożywanie posiłków. Kobieta i mężczyzna są sami dla siebie, funkcjonują w sposób zgrany, przetestowany w najróżniejszych warunkach. Nie ma mowy o odstępstwach od zasad, bo w przeciwnym razie parę może czekać zagłada. Wprawdzie kamera często zapomina o bohaterach i przygląda się majestatycznym, ujmująco wyglądającym krajobrazom, ale autochtoni nie dają się zwieść złudnemu pięknu – mają świadomość, że w każdej chwili może ich napaść śmiercionośna zamieć.

Aga

Niby Lazarov woli przypatrywać się postaciom, niż opowiadać o ich losach, woli śledzić, aniżeli kreować, niemniej jednak można z Ági wydobyć kilka kluczowych wątków, wokół których będzie orbitować przewodnia myśl twórcy. Jednym z nich jest na pewno napięcie na styku wypracowanych rytuałów, a coraz wyraźniej ujawniającej się nowoczesności. Chociaż “cywilizacja” ukazuje się najczęściej na niebie pod postacią przelatujących nad głowami samolotów, to i tak jest ona wabikiem, bliżej niesprecyzowaną obietnicą, której spełnienia pragną młodsze pokolenia. Właśnie z tego powodu Nanook i Sedna pozostają sami, gdyż ich jedyna latorośl, tytułowa Ága, postanawia wyjechać do miasta, mimo grożącej jej rodowej anatemy, by skosztować innego życia.

Zobacz również: „Brexit” jako wojna obywatelska… [FELIETON]

Wydaje się jednak, że twórca postawił sobie za cel ukazanie dwójki ludzi w obliczu kosmicznej samotności. On i Ona to rozbitkowie na zimnym morzu, bez szans na ratunek, nieliczący upływających godzin, żyjący z dnia na dzień, pragnący jedynie chwili wytchnienia. Para unosi się na łodydze chwili, poza czasem, poza jakimkolwiek innym kontekstem, i pragnie, aby ta chwila trwała wiecznie. Kluczowy jest w tym kontekście monolog kobiety opowiadającej o swoim śnie, w którym zostaje wciągnięta do czarnej dziury, a następnie oślepiona przez gwiazdy wiszące na firmamencie. Choć mężczyzna jest bardziej oszczędny w słowach, to można potraktować tę wizję jako ich wspólną, ujrzeć w niej potrzebę roztopienia się i bycia przyjętym na łono odwiecznej, potężnej natury.

Aga

Szkoda tylko, że reżyserowi brakuje w końcówce odwagi, jak gdyby nie wierzył, że utajony dramat bohaterów wybrzmi z pełną mocą. Lazarov przerywa więc ciszę i pozwala na to, by z radia przywiezionego staruszkom przez znajomego Chena (Sergei Egorov) sączył się słynny, już zgrany filmowo (choćby dzięki Śmierci w Wenecji) fragment V Symfonii autorstwa Gustava Mahlera. Autor burzy w ten sposób ascetycznie budowany krajobraz odchodzącego świata, dokręca śrubę i zalewa świat cichej tragedii powodzią zawodzących smyczków. Naturalnie wspomniane Adagietto nadal brzmi wybornie, ale to dźwiękowe przełamanie wcześniej dominującego schematu nie jest niczym uzasadnione, co można uznać za rażącą niekonsekwencję.

Zobacz również: Kulturawka #10 – O co walczy Lars von Trier? [FELIETON]

Ága to film na swój sposób wyjątkowy. Niby flirtuje z estetyką slow-cinema, ale dzięki temu, że trwa ledwie dziewięćdziesiąt sześć minut, nie przytłacza i nie nuży. Niby na ekranie “nic” się nie dzieje, a jednak ma się wrażenie, że kamera rejestruje odwieczną, archetypiczną walkę człowieka z siłami natury. Lazarov estetyzuje przestrzeń, jednocześnie pozostając blisko jednostki i jej problemów. Bułgar stworzył dzieło skromne, bazujące na intymnym, milczącym połączeniu dwóch doświadczonych dusz. Okazuje się, że szczerość i dryg do “łapania chwil” w obiektywie wystarczą w zupełności, by zaprezentować ujmującą, uniwersalną przypowieść o ludziach, dla których obecność kogoś bliskiego jest ważniejsza od nowoczesnych cacuszek, feerii podniet i wszędobylskiego zgiełku.


Awards WatchPublicystyka

Oscary 2019: NOMINACJE

Szymon Pietrzak

Nadszedł dzień, w którym poznamy wszystkich nominowanych do nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej. Poniżej będziemy na żywo aktualizować listę filmów. Strona odświeża się automatycznie!

Jeśli chcecie poznać nasze typowania, zapraszamy do przeczytania dwuczęściowego Awards Watcha:

Oscarowy Awards Watch #1 Oscarowy Awards Watch #2 

  • Najlepszy film

– “Czarna Pantera”
– “Blackkklansman”
– “Bohemian Rhapsody”
– “Faworyta”
– “Green Book”
– “Roma”
– “A Star is Born”
– “Vice”

  • Najlepszy aktor

– Christian Bale, “Vice”
– Bradley Cooper, “A Star is Born”
– Willem Dafoe, “At Eternity’s Gate”
– Rami Malek, “Bohemian Rhapsody”
– Viggo Mortensen, “Green Book”

  • Najlepsza aktorka

– Yalitza Aparicio, “Roma”
– Glenn Close, “The Wife”
– Olivia Colman, “Faworyta”
– Lady Gaga, “A Star is Born”
– Melissa McErthy, “Can You Ever Forgive Me”

  • Najlepszy aktor drugoplanowy

– Mahershala Ali, “Green Book”
– Adam Driver, “BlacKkKlansman”
– Sam Elliot, “A Star is Born”
– Richard E. Grant, “Can you ever forgive me?”
– Sam Rockwell, “Vice”

  • Najlepsza aktorka drugoplanowa

– Amy Adams, “Vice”
– Marina De Tavira, “Roma”
– Regina King, “If Beale Street Could Talk”
– Emma Stone, “Faworyta”
– Rachel Weisz, “Faworyta”

  • Najlepszy reżyser

– Spike Lee, “BlacKkKlansman”
– Paweł Pawlikowski, “Cold War”
– Yorgos Lanthimos, “The Favourite”
– Alfonso Cuarón, “Roma”
– Adam McKay, “Vice”

  • Najlepszy scenariusz adaptowany

– “The Ballad of Buster Scruggs”
– “BlacKkKlansman”
– “Can You Ever Forgive Me?”
– “If Beale Street Could Talk”
– “A Star Is Born”

  • Najlepszy scenariusz oryginalny

– “The Favourite,”
– “First Reformed,”
– “Green Book,”
– “Roma,”
– “Vice,”

  • Najlepszy film nieanglojęzyczny

– “Kafarnaum”
– “Zimna wojna”
– “Werk Ohne Autor”
– “Roma”
– “Shoplifters”

  • Najlepszy dokument

– “Free Solo”
– “Hale County This Morning, This Evening”
– “Minding The Gap”
– “Of Fathers and Sons”
– “RBG”

  • Najlepsza animacja

– “Iniemamocni 2”
– “Wyspa psów”
– “Mirai”
– “Ralph w Internecie”
– “Spider-Man: Uniwersum”

  • Najlepsza piosenka

– “All The Stars”
– “I’ll Fight”
– “The Place Where Lost Things Go”
– “Shallow”
– “When a Cowboy Trades His Spurs For Wings”

  • Muzyka

– “BlacKkKlansman,” Terence Blanchard
– “Black Panther,” Ludwig Goransson
– “If Beale Street Could Talk,” Nicholas Britell
– “Isle of Dogs,” Alexandre Desplat
– “Mary Poppins Returns,” Marc Shaiman, Scott Wittman

  • Zdjęcia

– “Zimna wojna”
– “Faworyta”
– “Never Look Away”
– “Roma”
– “A Star is Born”

  • Montaż

– “Blackkklansman”
– “Bohemian Rhapsody”
– “Faworyta”
– “Green Book”
– “Vice”

  • Efekty specjalne

– “Avengers: Infinity War”
– “Christopher Robin”
– “First Man”
– “Ready Player One”
– “Solo: A Star Wars Story”

  • Dźwięk

– “Czarna Pantera”
– “Bohemian Rhapsody”
– “First Man”
– “Roma”
– “A Star is Born”

  • Montaż dźwięku

– “Czarna Pantera”
– “Bohemian Rhapsody”
– “First Man”
– “A Quiet Place”
– “Roma”

  • Scenografia

– “Black Panther,” Hannah Beachler
– “First Man,” Nathan Crowley, Kathy Lucas
– “The Favourite,” Fiona Crombie, Alice Felton
– “Mary Poppins Returns,” John Myhre, Gordon Sim
– “Roma,” Eugenio Caballero, Bárbara Enrı́quez

  • Kostiumy

– “Ballad of Buster Scruggs”
– “Black Panther,” Ruth E. Carter
– “The Favourite,” Sandy Powell
– “Mary Poppins Returns,” Sandy Powell
– “Mary Queen of Scots,” Alexandra Byrne

  • Charakteryzacja

– “Border”
– “Mary Queen of Scots”
– “Vice”

  • Film krótkometrażowy

– “Detainment Vincent Lambe”
– “Fauve”,
– “Marguerite”,
– “Mother”,
– “Skin”,

  • Film krótkometrażowy dokument

– “Black Sheep,”
– “End Game,”
– “Lifeboat,”
– “A Night at the Garden,”
– “Period. End of Sentence.,”

  • Krótkometrażowa animacja

– “Animal Behaviour”,
– “Bao”,
– “Late Afternoon”,
– “One Small Step”,
– “Weekends”,

PublicystykaZestawienia

Zestawienie 20 najlepszych filmów [Podsumowanie roku 2018 #4]

Maja Głogowska

Nareszcie nadszedł czas na nasze zestawieniowe Magnum opus. Po zaprezentowaniu wam najlepszych pereł, zanurzeniu się w polskim kinie i zaprezentowaniu najgorszych filmów ubiegłego roku przyszedł czas na wielki finał. Przed wami lista najlepszych filmów 2018. Uwierzcie, ich selekcja wywołała na forum naszej redakcji dużo sporów i wielogodzinnych dyskusji. Nie mogę powiedzieć, że udało nam się dojść do stuprocentowej zgodności, ale zestawienie, które znajdziecie poniżej zostało wybrane metodą głosowania. Mamy nadzieję, że nasze ostatnie podsumowanie roku przypadnie wam do gustu.


20. “Tamte dni, tamte noce”


Tamte dni, tamte noce - mat. prasowe

Luca Guadagnino absolutnie zachwycił w minionym roku. I mimo że jego głównym projektem była ukochana (choć chyba głównie przeze mnie) Suspiria, to stworzone gdzieś na uboczu Tamte dni, tamte noce na podstawie prozy André Acimana zaskarbiły sobie nie tyle prostą sympatię, co wręcz uwielbienie naprawdę szerokiej rzeszy widzów. Jest w tym coś autentycznie pięknego, tak szczerego i bezpretensjonalnego, wiecznego i niestarzającego się. Romans nastoletniego Elia (Timotheé Chalamet) ze starszym Oliverem (Armie Hammer) w idyllicznej, italskiej willi to eternalna i ludzka reminiscencja namiętnego doznania. W oparach kultury wysokiej, antycznej aury erosa, intelektualnego, snobistycznego flirtu, przy ambiencie klasyki Liszta i Bacha rozgrywa się czyste uczucie, do którego chcielibyśmy wracać, które chcielibyśmy przeżyć. Są to emocje, która tlą się w nas, choć większość z nas nie spędziła marastycznych wakacji wśród amerykańsko-włosko-żydowskiej rodziny Perlmanów. To esencja kina jako wartości wymarzonej, projekcji czegoś idealnego, ale nie pozbawionego humanistycznej skazy człowieka. Elio jest multiwymiarowym bohaterem, na zewnątrz skąpanym w blichtrze swojej inteligencji, erudycji i wielu talentów. Półboskie uczucie, ten nieskazitelny impuls, który łączy go z Oliverem, a Olivera z nim, odkrywa przed nim pierzchłość najtrudniejszej do osiągnięcia wiedzy – tajemnicy miłości, którą namaszcza w swoim utworze cudowny Sufjan Stevens. Inicjacja Eliego do tego świata staje się przestrzenią do błądzenia między erotyzmem, neofictwem, namiętnością i intymnością.

Najlepszą całościową impresją Call Me by Your Name pozostaje monolog ojca Elia, pana Perlmana (Michael Stuhlbarg). Bez wchodzenia w niuanse, to prawdopodobnie najpiękniejsze słowa wypowiedziane na kinowych ekranach w 2018 roku. Nasycony ciepłem z pogranicza sennego marzenia i bliskiej zmysłowo rzeczywistości tworzy apoteozę młodości, błogostanu naszego życia, która dana nam zostaje li tylko raz. Wzywa by korzystać z naszej witalności, nie bać się otworzyć serc i zapomnieć się w przedwiecznym pięknie natury. Efemeryczna przyjaźń bohaterów to meritum tej, wydaje się prostej, trochę carpediemowskiej doktryny. Ale ich przyjaźń, cudowny związek między dwojgiem ludzi, stanowi właśnie o cudzie naszego jestestwa, o cudzie tego, kim jesteśmy. (Kamil Walczak)

Zobacz również: „Tamte dni, tamte noce” – Recenzja

19. “Roma”


Roma, mat. prasowe

Alfonso Cuarón zachwycił świat krytyków i akademików filmowych swoim najnowszym dziełem, a na kolejne rozdania nagród przyjeżdża jak po swoje. Pośród “szarych” widzów ta aklamacja wydaje się być jednak mniej jednoznaczna, a z tego co dotarło do mojej osobistej bańki da się wręcz zauważyć pewną polaryzację opinii. Dowodem tego jest też dopiero dziewiętnaste miejsce w naszym rankingu. Dlaczego? Gdybym miał zaryzykować próbę odpowiedzi na to pytanie, to typowałbym, że meksykańskiego reżysera zgubiła nadmierna perfekcja wykonania, która w połączeniu ze słaba dynamiką sprawia, iż przez seans “Romy” łatwo się po prostu prześlizgnąć bez zbytniego zaangażowania emocjonalnego. Mamy tutaj do czynienia z kolejnym wizualnym kolosem na glinianych fabularnych nogach – bo przedstawiana historia o niechcianej ciąży służącej to jednak trochę zbyt generyczna opowieść jak na film aspirujący do miana arcydzieła. I na tym wyliczeniu moich zarzutów wobec tego dzieła poprzestanę, o jego niewątpliwych zaletach możecie przeczytać w zdecydowanej większości innych poświęconych mu tekstów, także w naszej portalowej recenzji. (Maksymilian Majchrzak) 

Zobacz również: „Roma” – Wybitna pocztówka z Meksyku – Recenzja

18. “Zama”


Po raz pierwszy w swojej karierze Lucrecia Martel pochyla się nad męskim bohaterem, lecz wyciągane z tej historii wnioski nie lądują daleko od tych zaprezentowanych w Kobiecie bez głowy, czy Bagnie. Jej najnowszy Zama to historia podrzędnego urzędnika, który w imieniu wielkiego mocarstwa, lewiatana owładniętego manią zysku, sprawuje pieczę nad kolonią znajdującą się w Ameryce Południowej. Jego podejście do autochtonów, pełne buty, pogardy i odrazy, jest nie tylko kolejnym śladem “europocentryzmu” prowadzącego do wygumkowania pewnej części społeczeństwa z tego świata. Obok historii o męskim, konkwistadorskim resentymencie snuje się inna opowieść, z czasem coraz bardziej zyskująca na znaczeniu. Opowieść o poczuciu kosmicznej pustki, ciele lewitującym w bezkresnej przestrzeni, które już nawet przyjemności nie jest w stanie dostarczyć. W końcu Zama to historia wszechogarniającej nudy, usuwającej z istoty człowieczeństwa wszelką wolę, czy nadzieję. Można odnaleźć w tej produkcji dużo kafkowskiego klimatu, z tym że austriacka posępność zostaje zastąpiona oślepiającym słońcem i poczuciem znajdowania się na końcu świata, gdzie nic nie ma znaczenia, gdzie śmierć jest co najwyżej wybawieniem od udręczonego skwarem ciała. (Marcin Kempisty)

Zobacz również „Zama” – Bzik tropikalny – Recenzja

17. “Pierwszy człowiek”


kadr z filmu "Pierwszy człowiek"

Film Damiena Chazelle’a to w moich oczach odpowiedź na pytanie co by było, gdyby Interstellar był naprawdę dobry filmem. A obrazem jest naprawdę wybitnym. Obrazem, który eksploruje ojcowską miłość, zamiast grzebać ją w zakrawających o autoparodię nadekspresywnych wybuchów. Obrazem surowego piękna kosmosu, w którym nawet minimalne odstępstwo od normy to niemal pewna śmierć. Którego dźwiękiem jest ryk silnika, brzęk zimnego metalu i oddech odbijający się od hełmu. A jednocześnie wypełnionego ciszą, która potrafi przemówić mocniej niż dźwięk. W przeciwieństwie jednak do monumentu Nolana, Chazelle daje swoim bohaterom czas na rozmowy, ale daje także daje czas na działania. A te działania niezależnie od waszej wiedzy na temat lądowania na księżycu wcisną was w fotel przyśpieszając bicie waszych serc i rozciągając sekundy w nieskończoność. Będziecie oglądać twarz Goslinga zmagającego się ze swoim problemami, problemami swojej blaszanej trumny oraz plątaniną przewodów, kabli i rur. I będziecie prosić o więcej. (Martin Reszkie)

Zobacz również: „Pierwszy człowiek”, czyli najlepsza biografia od czasu „8. Mili” – Recenzja

16. “Mandy”


Pomysł na realizację konceptu, na jakim bazuje Mandy, mógł wyjść tylko spod rąk oddanego fana pięknego Nicolasa. Rozpoczynając gdzieś w okolicach konwencji kina zemsty i stonerskiego neonoir, a kończąc na gore’owej eksploatacji Cage’owskiej ekspresji scenicznej, Panos Kosmatos wystawił najsłynniejszemu potomkowi rodu Coppola najprawdziwszy autoreferencyjny pomnik. Na modłę Keanu Reevesa z serii Johna Wicka, Nic gra w Mandy samego siebie, interpretując sedno fabularnej intrygi oraz tempo narracji zgodnie z kluczem własnej “metody” aktorskiej. Wszystkie krzyki, szaleńcze spojrzenia, dramatyczne załamania czy absurdalne interakcje służą tu więc wyłącznie samym sobie, odwołują się do ironicznej świadomości widza i dają upust czystej fantazji twórców. Trudno bowiem zakładać, aby Kosmatos miał na Mandy jakiś przepis – w kategoriach filmowych trapi ją tyle samo bolączek, co Suspirię (patrz również: Suspirii, Suspiriów) Dario Argento. Szkopuł jednak w tym, że podobnie jak w przypadku legendy nurtu Giallo, jej stricte filmowe wady afirmują jej konwencję. A ta, w momencie gdy Nic staje do pojedynku z piłą łańcuchową w rękach, nie pozostawia już żadnych złudzeń. With all my love for Nic, Panos. (Tomasz Małecki) 

Zobacz również: „Mandy” – Nicolas Cage na kwasie – Recenzja

15. “Nigdy cię tu nie było”


Nigdy Cię tu nie było, mat. prasowe

Ubiegły rok obfitował w kino nostalgiczne, niejako żerując na wspomnieniach zapalonych kinomanów i choć z uwagi na doskonale oddany “Carpenteryzm” na wspomnienie zasługuje Operacja Overlord, to najdoskonalszym hołdem kina minionego było bez wątpienia Nigdy Cię Tu Nie Było. Brutalna podróż Phoenixa wybija się ponad pozostałe tegoroczne hity idealnie oddanym uczuciem potęgującego się napięcia, momentami niemalże przytłaczającego swym ciężarem.
Ramsay osiągnęła taki efekt dzięki perfekcyjnie skomponowanej akcji, czerpiąc inspiracje z filmów Alfreda Hitchcocka, stosując interesujące ujęcia kamery i kreatywnie posługując się światłem oraz oprawą muzyczną. Pomimo braku rozbudowanego dialogu, czy nawet stosunkowo szczątkowej charakteryzacji głównego bohatera widz nie ma problemu ze zrozumieniem motywacji i emocji targających naszego brutalnego zabójcę. Duża w tym rola wybitnie minimalistycznej, lecz ekspresywnej gry Joaquina Phoenixa, który całym swym ciałem przedstawia agresję, wściekłość i zwierzęcy szał, czyniąc sceny akcji prawdziwie satysfakcjonującym doświadczeniem.  Film ów z pewnością posiada swe wady, dla jednych może nie być zbyt zajmujący przez brak dialogu i krótkie momenty przemocy, dla innych elementy artystyczne raczej zniechęcą niż zachwycą. Dla mnie jednak ta cicha, doskonale skręcona i zagrana opowieść o kontraście pomiędzy brutalnością dorosłości, a niewinnością dzieciństwa otwiera wiele dróg interpretacji i na stałe zapisuje się w pamięci. (Konrad Bielejewski) 

Zobacz również: „Nigdy cię tu nie było” – Recenzja

14. “Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”


Trzy billboardy za Ebbing, Missouri - mat. prasowe

O „Billboardach” słyszał już chyba każdy. Nagrodzona dwoma statuetkami Akademii Filmowej produkcja odbiła się niesamowitym echem po tym, jak pod koniec 2017 roku weszła do amerykańskich kin (w Polsce zadebiutowała nieco później, bo w lutym 2018 roku). To historia traktująca w głównej mierze o determinacji w dążeniu do prawdy i o zaprzeczaniu samemu sobie w tak dotkliwej sprawie, jak utrata ukochanego dziecka.
Dużą zaletą filmu Martina McDonaugha jest obsada aktorska, która została nagrodzona wspomnianymi statuetkami. Oprócz świetnej Frances McDormand w roli głównej, na ekranie zobaczymy również Woody’ego Harrelsona, Petera Dinklage czy odgrywającego prawdopodobnie rolę życia Sama Rockwella. Wszyscy z nich wcielają się w złożone, wielowarstwowe, jak najbardziej ludzkie postacie, które kryją w sobie więcej, niż jest to na pozór widoczne. Całości produkcji towarzyszy poczucie niepewności i bezradności, reprezentowane w dużej mierze przez główną bohaterkę, która próbuje na własną rękę wymierzyć sprawiedliwość i dociec do prawdy, której nikt w przedstawionej historii nie jest pewien. Zdecydowanie tytuł ten można zaliczyć do ścisłej czołówki ubiegłego roku. (Bartek Rusek)

Zobacz również: „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” – Recenzja

13. “Żywiciel”


Żywiciel, mat. prasowe

Kiedy rozdawano ubiegłoroczne Oscary stałem murem za kandydatem Pixara. Coco jawiło mi się wówczas jako jedna z najbardziej emocjonalnych animacji tej dekady i zupełnie pominąłem pozostałych nominowanych. Myślę, że gdyby to rozdanie powtórzono dziś, to, z całym szacunkiem dla maestrii Disneyowych czarodziejów, trzymałbym kciuki za Żywiciela. Przede wszystkim jest to produkcja o wiele skromniejsza, również w użytych środkach wyrazu. Wszelkie fantazyjne kalejdoskopy występują tu w wyobraźni głównej bohaterki. Rzeczywistość jest dla niej tak przerażająca i wroga, że nie ma w niej miejsca na wizualny baśniowy eskapizm. Żywiciel nie jest jednak jego zupełnie pozbawiony – dzięki pięknym, alegorycznym opowieściom nie tylko widać maestrię animatorów, lecz również bogactwo kulturowe krajów Arabskich. Nora Twomey podejmuje bardzo aktualny temat opresyjnego, patriarchalnego społeczeństwa Afgańskiego (głównie Talibów) i, co zaskakujące w filmie otagowanym, jako “familijny” unika wybielania lub “zmiękczania” przedstawionej w filmie sytuacji. Jednocześnie nie zapomina, że kluczowe w animacji jest wizualne angażowanie widza, co dla wielbicieli Sekretów Morza może okazać się najważniejszą informacją zawartą w tej krótkiej notce. Żywiciel to nie tylko doskonała animacja do obejrzenia z nieco starszymi dziećmi, ale też dobry powód do dyskusji na temat roli kobiet w społeczeństwie i uświadamiania na temat wciąż panujących w nim nierówności. Dzięki Pan Netflix za dystrybucję tej perełki! (Wiktor Małolepszy)


12. “Jeszcze dzień życia”


Film Damiana Nenowa i Raúla da la Fuente stał się trwałym bywalcem naszych zestawień, a i tak odnoszę wrażenie, że nie powiedziano o nim wystarczająco, i to chyba najlepiej świadczy o jego wyjątkowości. Animowana biografia Ryszarda Kapuścińskiego, luźno bazowana na jego książce, jest ukrytą perełką roku 2018. Zaszczepia w widzu nowy pogląd na wojnę i osoby, których ona dotyka, a także na pracę reportera, szczególnie w ciężkich czasach zimnej wojny. Zasiewa ziarno ciekawości wśród tych, którym historia Angoli i Afryki tamtych czasów, a także samego Kapuścińskiego, nie była znana. Przepiękny styl animacji, koncept i forma przełożenia na ekrany fragmentu życia polskiego dziennikarza sprawiają, iż film zostaje w głowie jeszcze długo po seansie i osobiście nie jestem w stanie wymienić drugiego tytułu, który pamiętałbym tak dokładnie, scena po scenie, jak Jeszcze dzień życia. (Mikołaj Krebs)

Zobacz również: „Jeszcze Dzień Życia” – Recenzja

11. “Wieża. Jasny dzień”


Czym tak naprawdę jest Wieża. Jasny dzień? Czy to thriller? Horror? Film psychologiczny? Kino autorskie? Sam fakt, że kilka miesięcy po seansie, po wnikliwej analizie scen i motywów zawartych w filmie nie umiem odpowiedzieć na to pytanie świadczy o niezwykłości produkcji Szelc. Odważne kino, które jest z jednej strony bardzo mocno osadzone w polskiej kulturze, stanowiąc celne źródło obserwacji współczesnej polskiej klasy średniej, a jednocześnie sięgające głębiej i wciągające widza w szaloną, ale uporządkowaną dyskusję o pierwotnych wartościach takich jak dom i rodzina.
Jagoda Szelc oferuje nam nie tylko piękne zdjęcia Kotliny Kłodzkiej, ale podróż wgłąb pierwotnego ludzkiego lęku; przed dzikością natury, czymś nieznanym – jednocześnie fascynującym i groźnym. Film stoi niesamowitymi kreacjami aktorskimi, opartymi na rewelacyjnym scenariuszu. Szczególnie dwie główne bohaterki stanowiące swoje przeciwieństwa i uzupełnienia to kreacje, które pozostaną w pamięci na stałe.
Takiego polskiego kina życzę sobie i Wam także w tym roku. Silnego, feministycznego, dopracowanego i nowatorskiego! (Andrzej Badek) 

Zobacz również: „Wieża. Jasny dzień” – Recenzja

10. “Życie prywatne”


Tamara Jenkins powraca po typowej dla siebie długiej przerwie i snuje opowieść o ukrytym pragnieniu macierzyństwa i ojcostwa, marzeniu posiadania rodziny i takiej wszechobecnej bliskości. Trudno wskazać w tym roku produkcje, które w równie dostojny sposób starała się ogrywać małe dramaty ludzi, komunikując się z widzem nie rozbuchanymi scenami, opierającymi się na emocjonalnej egzaltacji, ale bardzo prywatnym i subtelnym językiem uczuć.  Przez opowieść prowadzi nas niesamowite trio aktorów, z których najbardziej wybija się nie epatujący swoim minimalizmem Paul Giamatti, a zaskakująco wybitna Kathryn Hahn. W roku, w którym mumblecore zaliczył pierwszy od dawna postój, to “Życie prywatne” najbardziej wypełniło pozostawioną po nim pustkę, dając nam szansę znów kontemplować sztukę dialogu, rozmów, uczuć i miłości. (Maciej Kędziora)

Zobacz również: „Życie prywatne” – Recenzja ukrytego arcydzieła Tamary Jenkins

9. “Spider-Man Uniwersum”


Spider-Man Uniwersum, mat. prasowe

Moja droga przez popkulturę nigdy nie była zawiła. Wynikową moich wszystkich działań i pasji, było przeskakiwanie ze źródeł do źródeł. Szeroko poznany kontekst pozwolił mi kochać dzieła w bardzo specyficzny sposób – nie tylko oceniać je za techniczne i specyficzne dla danej dziedziny sposób, ale i z wspomnianym przeze mnie kontekstem. Dlatego też, nie żałuję wszystkich lat, które spędziłam peleryną na plecach i opaską na oczach – komiksy sporo wniosły do mojego życia i pozwoliły mi na postrzeganie kina suprerbohaterskiego „po mojemu”. Oczywiście jestem świadoma ich specyficznych, niestety bardzo generycznych przywar, ale lubię patrzeć na nie również patrzeć okiem komiksomaniaka. Powieść graficzna to dzieło, które bardzo ciężko przenieść na srebrne ekrany tak, by pokochał je zarówno fan sztampowego „mordobicia”, jak i miłośnik kina. Nie ma żadnego sprawdzonego przepisu na taką produkcje – to bardzo grząski grunt. 

Myślę, że to właśnie dlatego tak pokochałam Spider-Man Uniwersum. Film, który podaje rękę każdemu, kto jest chętny ją przyjąć – i krytykom i niedzielnym widzom i komiksomaniakom. Reżyserzy w naprawdę majestatyczny sposób połączyli wszystko to co w najlepsze w pompatycznych blockbusterach, dynamicznych komiksach i angażujących scenariuszach. Twórcy produkcji wykazali się niemałą odwagą wprowadzając nas w pajęcze uniwersum. Dla Sony to był tylko mały krok z pochodnią w dłoni, która okazała się tlić prometejskim ogniem – wierzę w to, że inne studia wreszcie zauważą, że odwaga może przemienić się powszechne uwielbienie i co za tym idzie fenomenalne zarobki. (Maja Głogowska)

Zobacz również: Spider-Man Uniwersum [czyli najlepszy Spider-Man od czasów Fox Kids] – Recenzja

8. “Dziedzictwo. Hereditary”


Dziedzictwo. Hereditary, mat. prasowe

Nawet jeżeli Ari Aster, reżyser i scenarzysta całego tego projektu, słyszał kiedyś sentencję głoszącą, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, trudno byłoby dojść do wniosku, że odczytywał ją on w konwencjonalny sposób i faktycznie wierzył w istnienie chwil beztroskiej równowagi zdolnych do zjednoczenia wszystkich przedstawicieli danej familii. W jego, skupiającym się na dramatycznych (a, ściślej mówiąc, nawet tragicznych) perypetiach rodu Grahamów, pełnometrażowym debiucie momenty spokoju i wytchnienia są na tyle efemeryczne, że fiaskiem okazałaby się wszystkie próby zatrzymania ich za pomocą długowiecznej fotografii. Rozstrojona po śmierci swojej matki Annie nie wie jeszcze, że to traumatyczne wydarzenie stanowić będzie najlżejszy przejaw powolnego – ale nieubłaganego – rozpadu jej ukochanej rodziny. Ukochanej rodziny, która oddala się od siebie wprost proporcjonalnie do rosnącego w wykładniczym tempie napięcia. Zagubiony i nieradzący sobie z pozycją głowy rodziny mąż, Steve, oraz dwoje dzieci: przeznaczony do wyższych, przerastających go celów Peter i emocjonalnie zdewastowana po śmierci babci, otoczona ezoteryczną aurą Charlie są tutaj tylko marionetkami w rękach pokrętnie konsekwentnego losu.

Początkowo niewielkie rysy w monolicie rodzinnej formacji przeobrażają się w niemożliwe do zasklepienia szczeliny i nawet najszczersze chęci nie są w stanie doprowadzić do pojednania. No bo co komu po najszczerszych chęciach, gdy w grę wchodzą okultystyczne seanse i grupy wsparcia? U Ariego Astera koszmarem stają się nawet najbardziej niewinne czynności, a uwięzieni w zdecydowanie zbyt dużym budynku domownicy boleśnie się o tym przekonują. Opiniotwórcza kolacja w rodzinnym gronie, palenie starych śmieci w kominku i próba zobrazowania starej maksymy „każdy głupek trafia w słupek” podczas jazdy samochodem – to wszystko i jeszcze więcej czeka na oglądającego i przybiera formę paranormalnego rollercoastera, który bynajmniej nie ma zamiaru się zatrzymywać.

Dziedzictwo. Hereditary to – skrajnie wybuchowa – mieszanka najczystszej krwi kina grozy, dramatu rodzinnego i absurdalnej komedii. Mieszanka, która jakimś cudem działa na wszystkich tych płaszczyznach i pozostawia widza z najszerszym możliwym spektrum pozornie sprzecznych emocji. Spodziewałem się wszystkiego, ale nie tej transcendencji… (Michał Piechowski)

Zobacz również: „Dziedzictwo. Hereditary” – Najstraszniejszy film roku? – Recenzja , „Dziedzictwo. Hereditary” jako film czysty… ale czy idealny? Rozważania po seansie

7. “Nić widmo”


Nić Widmo, mat. prasowe

Dla niektórych może tak niskie miejsce Nici Widmo może być sporym zaskoczeniem, wszakże był to zwycięzca naszego półrocznego podsumowania. Nie odejmuje to wcale dziełu Paula Thomasa Andersona jakości. Film, o którym bardzo głośno było jeszcze przed premierą, a wydawać by się mogło, że jeszcze głośniej po, to technicznie doskonałe opowieść o londyńskim krawcu i jego muzie. W bajecznym świecie pięknych kostiumów przemyca się historię więzi ponad zwykłą miłością, chaotycznej, inspirującej, przeszytej konfliktami. Więzi nierozerwalnej. Anderson przekazuje to z odpowiednią subtelnością i niekiedy wręcz brutalnością, doskonałą harmonią, nie zapominając o świecie mody, który jest nieodłącznym elementem kształtowania dziejów dwójki głównych bohaterów, splatając całość tytułową widmową nicią. Wszystko okraszone, w mojej opinii, najlepszą ścieżką dźwiękową ubiegłego już roku autorstwa Jonny’ego Greenwooda, fantastycznymi kostiumami (za które Mark Bridges otrzymał Oscara), a także fenomenalnymi zdjęciami w ciasnych przestrzeniach. Na wzmiankę zasługuje również fakt, że jest to ostatni film w którym zobaczymy na ekranie wybitnego Daniela Day-Lewisa.
Nić Widmo była ulubieńcem Filmawki w zeszłym sezonie nagród, w którym, oprócz nagród za kostiumy, została okrutnie pominięta. Jak widać po „tylko” siódmym miejscu w naszym zestawieniu, wypadła trochę z naszych łask, jednakże wszyscy w redakcji możemy się zgodzić, iż jest to film ponadczasowy, który zasługuje na wyróżnienie nie tylko jako jedna z najważniejszych produkcji roku 2018, ale przede wszystkim jako dzieło sztuki, o którym będzie można mówić nawet i dekady po jego premierze. (Mikołaj Krebs)

Zobacz również: „Nić Widmo” – RecenzjaWhat precisely is the nature of my game? – drugie spojrzenie na „Nić widmo”

6. “Bliskość”


Bliskość, mat. prasowe

Kantemir Bałagow, uczeń Aleksandra Sokurowa, wchodzi do świata filmowego z impetem godnym pozazdroszczenia. Jego debiutancka Bliskość, umieszczona w autonomicznym regionie Kabardo-Bałkarii, to jednocześnie dresiarską historia spod znaku szeksipirowskich Romea i Julii, jak również bolesna do przetrawienia opowieść o etnicznych waśniach prowadzących do krwawych rzezi. Pochodząca z żydowskiej rodziny dziewczyna walczy o równouprawnienie, miłość oraz akceptację ze strony najbliższych. Kamera Bałagowa skutecznie podgląda ciasnotę rosyjskiej prowincji, międzyludzkie animozje oraz uprzedzenia, a przede wszystkim udanie oddaje poczucie zakleszczenia bohaterów, lgnących do siebie jak ćmy do światła, mimo że ich uczucie rozkwita w czasach zarazy. Bliskość to kino bliskie niejednoznacznie zarysowanych postaci, jednocześnie ukazujące panoramę polityczną regionu, o którym nie pamięta już nawet sam Bóg. Niewątpliwie warto śledzić karierę Bałagowa, bo jego wrażliwość i odwaga mogą go doprowadzić do stworzenia, o ile to w ogóle możliwe, jeszcze wybitniejszych produkcji. (Marcin Kempisty)

5. “Słodki kraj”


Słodki kraj, mat. prasowe

Film jednego z najbardziej cenionych australijskich reżyserów, Warwicka Thorntona, to oryginalny western, rozgrywający się w 1929 roku w małym mieście położonym na australijskim Terytorium Północnym. Opowiada on o starym Aborygenie, Samie Kellym, który musi wraz z żoną uciekać przed wściekłymi – i, co równie ważne, białymi – przedstawicielami prawa. Produkcja oferuje bardzo powolne tempo akcji, zbliżenie z naturą i zapierające dech w piersiach widoki gorącego, suchego i rozległego kraju. Kraju, który można opisać na każdy sposób, ale na pewno nie w ten tytułowy – bowiem europejscy kolonizatorzy już dawno uczynili tę ziemię przede wszystkim gorzką. Film, rezygnując całkowicie z muzyki, pozwala wybrzmieć aktorskiemu spektaklowi, który urzeka małomówną i autentyczną tragedią miejscowych, którym narzucono czyjąś wolę. Thornton, mimo iż posługuje się przemocą, nie stara się brutalizować prezentowanej rzeczywistości. Oddaje on hołd ludności i daje głos wykluczonym, siląc się na jak najbardziej obiektywne pokazanie wydarzeń – po obu stronach ukazując ludzi niejednoznacznie złych lub dobrych. Udaje mu się nawet uchwycić, mimo tragedii rozgrywanej na ekranie, również beztroskie, zabawne momenty, takie jak wyjątkowe wykonanie piosenki Jesus Loves Me. Bo Reżysera nie interesuje tania eksploatacja tematu kolonialnego, a rzeczywiste opowiedzenie historii ludzi wyrzuconych poza margines społeczeństwa i przyjrzenie się tym, którzy ich poza ten margines wyrzucili. (Szymon Pietrzak)

Zobacz również: „Sweet Country” – Recenzja

4. “Płomienie”


O najnowszym filmie Lee Chang-donga zrobiło się dosyć głośno, kiedy podczas zeszłorocznego festiwalu w Cannes otrzymał od krytyków średnio najlepsze oceny w historii festiwalu. Istotnie, to dzieło wyrafinowane, dopracowane, subtelne na podobnym poziomie jak minimalistyczna proza Murakamiego, którego jest adaptacją. Płomienie wymykają się konwencjom gatunkowym jako takim, tworzą miraż społeczny przy akompaniamencie narastającego thrillera. Film opowiada historię aspirującego pisarza, który jeszcze nic nie napisał – Jong-so. Targany zauroczeniem wobec dawnej znajomej ze szkoły Haemi, zazdrością wobec jej chłopaka i problemami w domu rodzinnym na wsi stara się odnaleźć w życiu, gdzie na każdym kroku natrafia na niepewny grunt. Dla bohatera coraz bardziej imposybilisityczne wydaje się normalne egzystowanie, pogrąża się w zagadkowej personie niedawno poznanego Bena, chłopaka Haemi.

Historia przypieka się i stopniowo nabiera rumieńców, 2,5-godzinne budowanie napięcia przy pomocy drobnych i coraz bardziej niepokojących szczegółów uwzniaśla wielokontekstowość Płomieni. Dla niektórych to emocjonujący dreszczowiec ze zniewalającym zakończeniem, dla innych społeczny traktat o odwiecznej walce klas niższej i wyższej. Z kolei sam autor dostrzega tu raczej obraz współczesnych młodych ludzi, których przeszywa gniew, niezdecydowanie, pustka, frustracja. W XXI wieku, wieku multiplikowanych możliwości i wolności nowe pokolenia stają się niekompatybilne ze światem zewnętrznym. Lee udało się poprowadzić bodaj najsubtelniejszą kinogeniczną intrygę tego milenium. Koreańskie rzemiosło kryminalne i wyważenie międzygatunkowe bezsprzecznie włączają do dzieło do panteonu nowoczesnej kinematografii. (Kamil Walczak)

Zobacz również: „Płomienie” [Wielki głód pokolenia] – Recenzja

3. “Climax”


Climax, mat. prasowe

Od czasów Godarda i Fassbindera nie wiele było tak dobrych filmów nakręconych w niecałe dwa tygodnie. Co więcej, nie wiele było tak dobrych filmów nakręconych w niecałe dwa tygodnie dla indywidualnej, perwersyjnej zabawy. Gaspar Noé nie czuł bowiem presji “opowieści”, jaką roztoczyli nad nim starsi koledzy po fachu, i zamiast podejmować się modernistycznego solilokwium, puścił wodzy ekstatycznej widzialności oraz słyszalności. Climax to neurotyczne doświadczenie, test nie tylko dla naszych zmysłów, ale również naszej wrażliwości. W kontekście rzeczywistego znaczenia zniszczenia, jakie dokonuje się na naszych oczach, Gaspar tworzył już bardziej przejmujące i dosadne sztuki, lecz tak skonstruowana nie była jeszcze żadna z nich. I to właśnie ta konstrukcja, wzniesiona na fundamencie intensywnych doznań audio-wizualnych, operatorskiej ekwilibrystyki oraz narracyjnej improwizacji, świadczy o wyjątkowości najnowszego filmu krnąbrnego Francuzo-Argentyńczyka. Czy był to jedynie jednorazowy wyskok, czy zalążek dłuższego trendu w twórczości Noé – tego nie wiemy. Ale za nonszalancję i brutalizm (nawet pomimo braku intensywnych scen przemocy czy seksu), które jak klin wbijają się w co raz mocniej standaryzujące się gusta przeciętnego widza, nie docenić tego przypadku zupełnie nie sposób. (Tomasz Małecki) 

Zobacz również: „Climax”, czyli najbardziej przerażająca impreza w dziejach – Recenzja

2. “Tajemnice Silver Lake”


Tajemnice Silver Lake

Każdemu, kto jednak w jakimś stopniu ceni popkulturę jako zjawisko, David Robert Mitchell będzie się wydawał odpierać wszystkie wymierzone w niego po premierze Tajemnic Silver Lake w Cannes krytyczne ciosy. W tym bardzo samoświadomych filmie neo-noirowe hołdy dla Hitchcocka wylewają się początkowo z ekranu oraz głośników strumieniami, aby stopniowo przejść w spiskowego, onirycznego tripa w poszukiwaniu… prawdy? Jakie ma to znaczenie, kiedy wędrówka jest tak satysfakcjonująca? Ciężar całej produkcji dźwiga na barkach Andrew Garfield – idealny w roli współczesnego slackera, bohatera z przypadku, nonszalancko idącego za nitką do kłębka, okazyjnie, doprowadzony do ostateczności, wybuchając groteskową przemocą. A filmowy świat, w którym wije się nić filmowej intrygi jest miejscem tętniącym swoim życiem, wypełnionym indywiduami, lokacjami i muzyką, do których wraca się myślami jeszcze długo po seansie. Pozostaje mieć nadzieję, że polski dystrybutor zdecyduje się wydać Tajemnice Silver Lake na DVD i film nie straci swojego vibe’u oraz kultowości scen. Nie pozostaje mi nic innego, jak odsłuchiwanie soundtracku wspak w poszukiwaniu ukrytych przekazów. Do zobaczenia, Mitchell! (Michał Palowski) 

Zobacz również: „Tajemnice Silver Lake” – Najnowszy film twórcy „Coś za mną chodzi” – Recenzja

1. “Niemiłość”


Niemiłość, mat. prasowe

Nowe Horyzonty 2017. Kończy się najnowsza produkcja Zwiagincewa, po sali nie odbija się żaden dźwięk, a ja czuję się tak jakbym wpadła do kosmicznej próżni. Nie słychać ani westchnień, ani oklasków, ani łez kapiących ciurkiem na kinową wykładzinę. Zupełna cisza. Po minucie, dwóch, może trzech (w takich chwilach łatwo stracić rachubę czasu) ludzie niepospiesznie podnoszą się ze swoich miejsc i zbliżają do wyjścia. Ja, przemieszczam się z tą falą i po wyjściu z sali, gdy przez wielkie okna kina padają na mnie ostre promienie słońca czekam. Czekam, na jakikolwiek głos, jakąkolwiek opinie, osąd, krytykę, pochwałę. Nie słyszę żadnego głosu, ale nie widzę też niczego specyficznego. Na twarzach ludzi nie ma wymalowanej żadnej z szeroko pojętych emocji. Wydaje się wręcz, że wszyscy są otępieni.  Ciężko im się dziwić. Choć festiwalowa publika jest przyzwyczajona do emocjonalnego katharsis, które na Nowych Horyzontach objawia się pod wieloma postaciami rzadko kiedy jest ono na tyle uniwersalne, by spłynąć na widzów wszelakiej maści. 

W Niemiłości wszystko wydaje się chłodne, od barw aż po bohaterów. Ci, są odbiciem naszych najbardziej pesymistycznych, skrytych i wstydliwych refleksjach na temat nas samych. Zwiagincew to artysta świadomy, a to w kinie europejskim połączone z bardzo charakterystyczną wrażliwością może dać tylko wynik pozytywny. 

Powiedzenie, że Niemiłość chwyta za gardło jest tylko pustosłowiem. Scenariusz i chłodna kalkulacja reżyseria sprawia, że widz czuje się emocjonalnie sparaliżowany – na długie dni po seansie produkcji. Ciężko opisać to niezwykle specyficzne uczucie słowami – Niemiłość trzeba przeżyć.

 (Maja Głogowska)


… I to by było na tyle! Drodzy czytelnicy, w nowym roku życzymy wam choć połowy tyle dobrego kina co w ubiegłym. W komentarzach koniecznie zdradźcie nam swoje własne, osobiste filmowe zestawienia. Który film najbardziej podbił wasze serce?

Zobacz również: Zestawienie 10 najgorszych filmów – [Podsumowanie roku 2018 #3]Zestawienie 7 najlepszych polskich filmów – [Podsumowanie roku 2018 #2]
KulturawkaPublicystyka

Kulturawka #11 – O co walczy Lars von Trier? [FELIETON]

Marcin Kempisty
Lars Von Trier

Najprawdopodobniej nie ma wśród europejskich reżyserów filmowych postaci tak kontrowersyjnej, jak Lars von Trier. O ile samo pojęcie “prowokacji” zostało już wyświechtane, bo tym terminem określa się od wielu lat niemalże każde wydarzenie artystyczne chociażby delikatnie wykraczające poza granice mieszczańskiej moralności, o tyle w kontekście twórczości Duńczyka to słowo nadal zachowuje swój modernistyczny rodowód. Pod pewnymi względami można autora Nimfomanki uznać za pogrobowca szwedzkiego pisarza Augusta Strindberga, do którego zresztą sam von Trier często się odwołuje. Łączy ich umiejętność poruszania się po wielu konwencjach, potrzeba przełamywania kolejnych barier, zarówno dotykających materii sztuki, jak również związanych z istotą bycia artystą. Przede wszystkim obaj mężczyźni są związani podobną “rysą” na psychice, podobnymi fobiami, z którymi walczyć można jedynie za pomocą wywlekania ich na światło dzienne w swojej twórczości, a następnie przyglądania się temu wewnętrznemu infernu z każdej strony.

Zobacz również: „Brexit” jako wojna obywatelska… [FELIETON]

Czasami wydaje się, że skandynawski reżyser rzeczywiście został teleportowany za pomocą maszyny czasu z początków poprzedniego stulecia. Niektórzy mogą łączyć artystyczną taktykę von Triera z koniunkturalizmem, wszak skandal sprzedaje się najlepiej, lecz byłoby to krzywdzącym uogólnieniem. W dobie dwudziestopierwszowiecznych problemów związanych z materialnymi nierównościami, ekologią, płciowym i seksualnym równouprawnieniem, czy nowymi technologiami ze sztuczną inteligencją na czele, filmy Duńczyka zdają się być archaiczne, jak gdyby z zupełnie innej epoki. Niby poruszane są w nich tematy o publicystycznie zerowej popularności, niby współczesne kino omija je najczęściej szerokim łukiem, a jednak twórcy Melancholii udaje się pozostawać na językach opinii publicznej, przyciągać uwagę, prowokować uwierającymi tezami, szokować niektórymi wypowiedziami. Należy zatem zadać zasadnicze pytanie: o co walczy Lars von Trier?

Tak postawione pytanie jest o tyle zasadne, że kręcone przez niego filmy bodaj od zawsze były czymś więcej, niż tylko wypowiedziami artystycznymi uwiecznionymi na celuloidowej taśmie. Wykraczały poza przestrzeń kinową, rozbijały dominujące dyskursy i nakierowywały na zmianę optyki w omawianych sprawach. Nils Thorsen, autor książki Lars von Trier. Życie, filmy, fobie geniusza, poświęca fragment swojej pracy pełnometrażowemu debiutowi Duńczyka, Elementowi zbrodni, określając to dzieło jako przełomowe dla tamtejszego kina. Stwierdza, że podejścia takiego rodzaju do podejmowanych zagadnień – wojny, rozpadu podstawowych zasad moralnych, jak również “gatunkowości” samej X Muzy – wcześniej w ich kraju nie stwierdzono. W trakcie stu minut Trierowi udało się jednocześnie opowiedzieć historię kryminalną wykoślawiającą noirowo-kryminalną konwencję spod znaku Alfreda Hitchcocka, zahaczyć o metafizykę a’la Andriej Tarkowski, a także zaatakować dominujące sposoby odczytywania dzieł filmowych i wykpić racjonalne, interpretatorskie podejście do oglądanych obrazów, do czego zresztą będzie powracać w prawie każdej kolejnej produkcji, zwłaszcza w Nimfomance.

Zobacz również: „Glass”, czyli samokrytyka Shyamalana? [RECENZJA]

Niby każdy film Triera różni się od siebie, stanowiąc inny nurt w jego twórczości, lecz można wyłuskać z tego konglomeratu pewne cechy wspólne, dominujące wątki nękające twórcę, nieodpuszczające go na krok fobie. Duńczyk ma na swoim koncie już quasi-noirowy kryminał, fabularyzowany dokument, musical, produkcje osadzone w stylistyce manifestu Dogma ‘95, tytuły z pogranicza pornografii, historie osadzone w rzeczywistości utkanej z kulturowych, symbolicznych odniesień, aż wreszcie opowieść o seryjnym mordercy. Z tej mozaiki wyłaniają się przede wszystkim wątki o tematyce autobiograficznej, dotyczące samego procesu tworzenia i obecności artysty w swoich dziełach, walka o prawa pozornie słabszych, dyskryminowanych przez społeczności jednostek (głównie kobiet), jak również troska o zagwarantowanie sobie pełnej swobody wypowiedzi, za pomocą której nadal będzie istniała możliwość zagłębiania się w najmroczniejsze zakamarki ludzkiej psychiki.

Zarzuty o nadmierną prowokacyjność są najczęściej związane z dosłownością trierowskich obrazów, jak również z postawą samego reżysera. Wizje wykorzystywanych seksualnie kobiet (Dogville, Nimfomanka), samarytańskiej walki o dobro najbliższych (Przełamując fale, Tańcząc w ciemnościach), czy piekła na ziemi zrządzonego przez wszechogarniającą depresję (Antychryst, Melancholia), muszą pozostawiać ślad w filmowej wyobraźni widza. Z drugiej strony trudno momentami akceptować buńczuczną postawę reżysera, który w debiucie wprost cytuje mistrzów kina, jeszcze w tak bezczelnie przemyślany sposób. Do legendy przeszły historie o awanturniczym charakterze młodego von Triera, któremu byli współpracownicy zarzucali nadmierną pyszałkowatość. Dodatkowo za Duńczykiem ciągnie się jeszcze jedna słabość, która z czasem przyniesie mu coraz więcej kłopotów – nieumiejętność trzymania języka za zębami i oddawanie się wszelkiego rodzaju dygresjom podczas oficjalnych wypowiedzi, co ostatecznie doprowadzi do nałożenia na niego anatemy przez włodarzy festiwalu w Cannes.

Zobacz również: „Vice”: ten wredny facet, który pociąga za wszystkie sznurki [RECENZJA]

Wydaje się jednak, że Lars von Trier nie ma w sobie pierwiastka skandalisty, o którego posiadanie wszyscy go posądzają. Gdy wyraźniej wsłucha się w jego słowa, a na boczny tor odstawi kręcone przez niego filmy, to przed oczami pojawi się postać targana wiecznie nieujarzmionymi atawizmami, nękana depresją, chorobą alkoholową oraz niemożnością porozumienia się z drugim człowiekiem. Za szybkie dojrzewanie, posiadanie zbyt dużej swobody, rozbudziło w nim lęk przed ogromem i nieprzewidywalnością ludzkiej egzystencji, skazało go w dorosłości na wieczne poszukiwanie fundamentów, na których mógłby oprzeć swoje jestestwo. Trylogia europejska w tym kontekście jawi się jako krzyk rozpaczy artysty zmuszonego do życia w rzeczywistości zbudowanej na trupach poległych podczas II wojny światowej.

W początkowej fazie twórczości Duńczyka nie ma miejsca dla wzniosłych haseł, ufilmowiona zostaje teza, iż “pisanie wierszy po Oświęcimiu jest barbarzyństwem”. Jako że autor Europy pochodzi z pierwszego powojennego pokolenia, nad zaprezentowanymi przez niego bohaterami unosi się widmo niedawnego konfliktu, to dlatego ich opowieści ujęte są w karby pracy nad scenariuszem (Epidemia), lub podróży w przeszłość za pomocą hipnozy (Element zbrodni). Rzeczywistość jest dla nich zbyt przerażająca, by mogli za pomocą suchej relacji opowiedzieć o przeżywanych bolączkach. Całą trylogię przeszywa zaś duch Alberta Camus, po którego sięga von Trier w celu ujęcia dramatu protagonistów nie tylko jako psychicznych katuszy, lecz również jako borykania się z istotą człowieczeństwa, w której, jak sam powie, zawsze znajduje się “mały nazista”, gotowy wyskoczyć w nieoczekiwanym momencie.

Zobacz również: Oscarowy Awards Watch #1 – Przewidywane nominacje w kategoriach „technicznych”

Albo inaczej: Lars von Trier jest o tyle skandalistą, że nie bierze żadnych jeńców i nie bawi się w półśrodki, gdy walczy o słuszną, według niego, sprawę. Scena z obcinaną łechtaczką w Antychryście nie jest przejawem skrajnego nihilizmu, czy szokowania co słabszych psychicznie widzów. Pokazywanie skrajności wynika ze stanu bohaterki, niezdolnej do uporządkowania swojego życia po stracie dziecka. A co z dyndającą na stryczku Selmą z Tańcząc w ciemnościach? W tym przypadku to chichot przez łzy, gdy machina urzędniczej sprawiedliwości upomina się o niewinną prostaczkę, tak usilnie walczącą o dobro dziecka. Przykłady można mnożyć, chodzi jedynie o wykazanie pewnej prawidłowości – twórcy Manderlay zależy na przekazaniu prawdy na temat bohaterów, na dosłownym, ujawniającym się w dosadnych obrazach, ukazaniu doświadczanej przez nich tragedii. Autor jest w stanie dla nich zrobić wszystko, przekroczyć każdą granicę, byle tylko zostali oni w odpowiedni sposób zrozumieni i uszanowani.

Naturalnie wiele w tej taktyce uproszczeń, von Trierowi rzadko zależy na ukazaniu złożoności problemów, skupia się on głównie na stworzeniu nici sympatii między widzem a protagonistą, co jest o tyle zrozumiałe, że najczęściej ci bohaterowie noszą w sobie część duszy samego twórcy. I nawet gdy mowa o mordercy z Domu, który zbudował Jack, to nie można zapominać, że w nim również tkwią ślady obecności skandynawskiego demiurga. Zresztą sam Matt Dillon w jednym z wywiadów opowiadał, jak często podchodził do niego Duńczyk i podkreślał więź łączącą go z odgrywaną przez Amerykanina postacią.

Zobacz również: „Dom, który zbudował Jack” [RECENZJA]

Wydaje się zatem, że na postawione w tytule pytanie można odpowiedzieć tylko w jeden sposób: Lars von Trier walczy o siebie. Każdy film, każde podjęte zadanie jest jak wtaczany przez Syzyfa głaz, wprawdzie podejmowane ze świadomością nieuchronnej porażki, lecz dające chwile wytchnienia oraz ucieczki od rzeczywistości naszpikowanej lękami. Spoglądając przez ten pryzmat na drogę Duńczyka, ujawnia się szalona konsekwencja w dokonywanych przez niego wyborach, wieloletnia walka o realizm oraz prawdę. Może bowiem reżyser stosować szereg sztuczek i manipulacji zniekształcających oglądaną rzeczywistość, lecz na samym końcu zawsze ma pojawić się zrozumienie dla bohatera. Zważywszy na to, że od feralnego 2011 roku von Trier ciągle się tłumaczy ze swoich występków, również za pomocą trzech powstałych od tego czasu filmów, okazuje się, że to zrozumienie jest jeszcze bardziej dla niego potrzebne.

PublicystykaRecenzje

“Brexit” jako wojna obywatelska… [FELIETON]

Kamil Walczak
Picture Shows: Boris Johnson (RICHARD GOULDING), Dominic Cummings (BENEDICT CUMBERBATCH), Michael Gove (OLIVER MALTMAN)

Podczas gdy przyszłość Brexitu jest niepewna niczym rząd Theresy May, HBO funduje nam owoc swojej kolaboracji z Channel 4. Brytyjska produkcja, dla mnie przynajmniej, okazała się czymś o wiele dobitniejszym niż wiotką egzegezą brexitowskiej kampanii sprzed zaledwie paru lat. Prolog filmu, przedstawiony jako pięć równolegle retrospektywnych scen z udziałem protagonisty, rozwiewa grający go Benedict Cumberbatch, który bezkompromisowo i dramatycznie zwiastuje czarne chmury spowijające podniebny miraż. Zwiastuje, ni mniej ni więcej, apokalipsę rzeczywistości politycznej. I tu was zaskoczę, bo nie chodzi o samo wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Prawdziwą tragedią, której nie jesteśmy świadomi, ale która już się zaczęła, jest rewolucyjna zmiana tego, co nazywamy demokracją. Twórcy, z rozmysłem lub patetyzmem, czynią tutaj obraz największej politycznej makabry XXI wieku.

Zobacz również: „Glass”, czyli samokrytyka Shyamalana? [RECENZJA]

Fabuła skupia się na postaci Dominica Cummingsa, doradcy i strategisty, który był mózgiem  kampanii Vote Leave, a aktualnie jest na Wyspach uważany za szarą eminencję stojącą za brexitem. Jako Cummigns błyszczy Benedict Cumberbatch, mimo iż sam bohater jest napisany dosyć generycznie. To cyniczny, ekscentryczny cynik, nieuznający kompromisów ani półśrodków. Do pracy dojeżdża rowerem, a po południu obraża w wywiadzie premiera Davida Camerona. Nawet nie chce mi się wymienić archetypów takiego gościa, który jest wcieleniem geniusza i chłodnej jednostki. Rozumiem rozdmuchane, efekciarskie podejście scenarzysty, choć, no cóż, trochę nihil novi. Czepiam się jednak schematów, a nie samego Cumberbatcha, bo on absolutnie nie zawodzi. Charyzmatyzuje inteligencją i ciętym językiem, a włożone w niego słowa, na szczęście, uskutecznia z markową dla niego, sherlockowską klasą. Zresztą, to rola napisana idealnie dla Benedicta, bo Cummings to właściwie polityczno-marketingowe wcielenie Sherlocka Holmesa.

Brexit
fot. Kadr z filmu “Brexit”

Brexit stara się przyjąć formę quasi-mckayowskiej ekspozycji i szybkiego tempa. Widz zostaje przesycony informacjami ze świata brytyjskiej sceny politycznej (nazwiska, przynależności partyjne, poglądy), konsultacyjnych firm targetujących czy samych kampanii wyborczych. Tematycznie to próba zarysowania genezy exodosu Albionu, który nastąpił 23 czerwca 2016 roku. Co symptomatyczne, twórcy starają się przede wszystkim odsłonić, dlaczego niezdecydowana, a decydująca, część wyborców przesądziła o zwycięstwie eurosceptyków. To proces złożony, lecz wydaje się, że śledzona przez nas grupa Vote Leave z mózgiem operacyjnym w postaci Cummingsa jest nader newralgiczna. To właśnie ich modus operandi z szyldem “Take back control” James Graham (scenarzysta) stara się odkryć i filmowo przestudiować.

Zobacz również: „Vice”: ten wredny facet, który pociąga za wszystkie sznurki [RECENZJA]

Czy tego chcemy czy nie, produkcja HBO i Channel 4 jest stricte polityczna i często jednostronna. Swoją retoryką ewidentnie wskazuje winnych dzisiejszej sytuacji, rozkłada na czynniki tych, którzy wpędzili Westminster w kozi róg i trochę zanadto heroizuje kampanijny sztab proeuropejski. Wskazuje jego błędy, ale jednocześnie klepie go po plecach, bo działał w słusznej sprawie. Dominic Cummings i spółka widnieje niekiedy jako szumowiny, które nawet przez chwilę nie pomyślą o przyszłości bez UE. Kompletnie skarykaturyzowany zostaje Boris Johnson, medialna twarz brexitu, tutaj całkowicie intencjonalnie spajacyzowany do niewspółmiernych wartości, wręcz groteski, która rujnuje misyjną powagę filmu.

Brexit
fot. Kadr z filmu “Brexit”

Kolejną cegiełkę dostarcza bodaj najsłynniejszy luminarz całej kampanii, kretynoidalny i nierozgarnięty Nigel Farage (z populistycznego UKIPu), który zebrał, jak się wydaje, niesłuszne fanfary za wyjście Wielkiej Brytanii z UE. Ale twórcy nie kończą na tych figurach – to jeszcze za mało. Pojawia się znienawidzony powszechnie Steve Bannon, firmy analityczne takie jak Cambridge Analytica (o której zrobiło się przed paroma miesiącami bardzo głośno w związku z wykorzystywaniem osobistych danych użytkowników Facebooka w celu targetowania ich jako wyborców). Film sprawia wrażenie niesamowicie aktualnego, eksplikacja omawianych procesów jest zaserwowana w przystępnej formie, lecz nie ma tu mowy o radosnej, twórczej żonglerce pojęciami i ich rozrywkową egzegezą rodem z Big Short. To produkcja w większości arcypoważna, gdzie główne śmieszki scedowane zostały na ironiczo-cynicznego protagonistę. A ten z samego systemu politycznego raczej sobie nie żartuje.

Zobacz również: 8 powodów, by obejrzeć trzeci sezon „True Detective”

I na tym można by skończyć. Potraktować Brexit jako ciekawą, biograficzną dramę, która sprawdza się jako baza do głębszego zrozumienia samego zjawiska i pozwala zaznajomić nieco jak to było za marketingowymi kulisami w 2016 roku. Trochę political fiction, no, może na faktach. Ale to właśnie to uderzyło mnie podczas seansu. Ta mała refleksja, że eksploatowany w tak efekciarski sposób świat to przecież ta sama inkarnacja naszego świata. Nasza rzeczywistość nasiąknięta jest dezinformacją, fake newsami, które coraz trudniej jest wybić ludziom z głowy, coraz trudniej jest przekonać ich do racji opartych na wiedzy, a nie na emocjach.

Dotkliwa jest w filmie scena, gdy badacze opinii publicznej remainerowców przeprowadzają dyskusje z ludźmi z różnych kręgów społecznych na temat wad i zalet UE. Szef sztabu, Craig Oliver, nie wytrzymuje. Wparowuje do pokoju i zaczyna przekonywać bezrobotną kobietę, że “wyjście” zdestabilizuje walutę i pogorszy gospodarkę, a propagowana przez populistów “cena”, jaką Brytyjczycy muszą codziennie wysyłać do Brukseli, to bullshit. Ta kontruje, że i tak nie będzie miała pracy, najbardziej zależy jej na sprawnej służbie zdrowia a nie na stabilnej walucie, a prognozom polityków nie można wierzyć, bo już nieraz zawodziły przeciętnych zjadaczy chleba. Impas, niezrozumienie, przesiąknięcie wątpliwościami wobec establishmentu i gorączkowe poszukiwanie common sense’u, które gwarantują tylko lichwiarze z efektem Dunninga-Krugera. To nie apologia rządzącego establishmentu, ale wzajemna absurdyzacja prawdziwości, podważanie autorytetów nie dla uświadomienia społeczeństwa, ale dla tworzenia własnych, zdroworozsądkowych klik.

fot. Kadr z filmu “Brexit”
Zobacz również: Oscarowy Awards Watch #1 – Przewidywane nominacje w kategoriach „technicznych”

Na siatkę apokalipsy, którą zwiastuje z offu Cumberbatch, składa się również nienawiść. Jak mantra jest podczas kampanii powtarzana sprawa akcesu Turcji do UE, pogłębia się nienawiść wobec imigrantów (co bardziej targetuje sam Farage), obcych. I mimo że dla mieszkańców małych miast to nic personalnego, po prostu krzywo patrzą na ludzi, którzy zabierają im prace. Sugestywne reklamy na Facebooku, które brandzlują sami-wiecie-kto, ekspansja antagonistycznej retoryki w mediach społecznościowych, afiszujący się wciąż Farage i Johnson tworzą potężną populistyczną bańkę, która spełnia podstawowe założenie tej ideologii – stworzyć wroga, choćby wyolbrzymionego, wspólnotę, która ma zagrażać interesom większości.

Jan-Werner Muller pisze dosłownie o wykluczeniu pewnej grupy ludzi ze społeczności. Brexit w przerażający sposób pokazał, jakimi mechanizmami posługują się technicy, spece od marketingu, ci, o których nie mamy absolutnie żadnego pojęcia, bo ich nie widzimy. Widzimy krzykliwych polityków w telewizji, ale to media społecznościowe są dziś najpotężniejszym narzędziem do wpływania na ludzi. To media, w których absolutyzowana jest wolność słowa w postaci fałszywych informacji, mowy nienawiści i czystej propagacji chaosu i polaryzacji. I to właśnie jest przerażające.

Twórcy starają się jednak jakoś usprawiedliwić Cummingsa. Wierzył on, że obalając obecny system, uda się wprowadzić nowy, lepszy – swego rodzaju reset. Udowadnia, że system zachodni coraz bardziej zawodzi i my, jako uczestnicy prawdziwej rzeczywistości, dokładnie to widzimy, czego najtrafniejszą egzemplifikacją jest ruch Żółtych Kamizelek. Ale bohaterowi nie udaje się dokonać resetu. To ten sam stary system, zmienił się jednak modus operandi. Zmieniła się demokracja, jaką znamy.

Zobacz również: Zestawienie 7 najlepszych polskich filmów – [Podsumowanie roku 2018 #2]

Bo to wszystko, co wykorzystano, by zdobyć głosy niezdecydowanych (frekwencja zwiększona o ok. 3 miliony wyborców), doprowadziło do sytuacji, gdzie już żadne racjonalne przesłanki nie mają racji bytu. Stają się przeterminowane, odległe, upadają pod ciężarem argumentów emocjonalnych. Analitycy zdołali trafić do niewyartykułowanych żądz obywateli, którzy nigdy w życiu nie głosowali. Do tych, do których nie przemawia naukowa wiedza ekonomiczna czy polityczna – bo do ilu nie-ekspertów przemawia ona całkowicie? O wiele łatwiej jest utożsamić się z prostymi postulatami, które cholera wie, jak zrealizować, niż z ciężkostrawną realizacją, że żyjemy w niedomagającym systemie. To najbliższe lata pokażą, czy rozwiązaniem jest dogłębna reforma państwa i nas samych czy powtórka z lat 20. sprzed wieku.

Brexit
fot. Kadr z filmu “Brexit”

Profetyczna czerń tych rozważań zostawia nas niejako osamotnionych w tym świecie, do którego status quo tak bardzo się przyzwyczailiśmy. To wizja, w której, całkowicie poważnie, możemy się w końcu obudzić z ręką w nocniku. Brexit traktuje przede wszystkim o populizmie, jego działaniu i o tym, jak podatni jesteśmy na niego jako społeczeństwo. Tak cenimy sobie wolność słowa, otwartość umysłu i naukę – nie dajmy się więc zantagonizować, poróżnić, spolaryzować. Efektem takiej polaryzacji są także dzisiejsze spory polityczne w Polsce, które prowadzą nieuchronnie to eksterminacji naszej wspólnoty obywatelskiej. Nie dajmy się oszukać, sprawdzajmy nasze źródła, brońmy się od erystyki, nie generalizujmy i nie twórzmy atmosfery toksycznych różnic, które wylewają się z social mediów. Jeśli chcemy prosperować w wolności, to trzeba zacząć być świadomymi tej wolności.

Recenzje

“Glass”, czyli samokrytyka Shyamalana? [RECENZJA]

Maciej Kędziora
Glass

Kiedy w 2016 roku na ekranach kin pojawił się “Split”, rynek filmowy doznał niemałego szoku i ogłosił wszem i wobec, że oto doczekaliśmy twórczego zmartwychwstania M. Night Shyamalana, który po wielu latach błądzenia wreszcie wrócił na dobre tory. Na szczęście, jak od dawna wiadomo, nic nie może przecież wiecznie trwać i zrozpaczony pozytywną recepcją ostatniej produkcji twórca “Szóstego Zmysłu” zdecydował się zwieńczyć swoją dość udaną – szczególnie jak na swój potencjał – trylogię produkcją cierpiącą na roztrojenie jaźni, będącą jedną wielką autoparodią – problem w tym, że “Glass” jest chyba jej jednak nieświadomy.

Glass
fot. Kadr z filmu “Glass”

Na początek reżyser decyduje się zabrać nas w nostalgiczną podróż do czasów, gdy ekspozycja w filmach akcji była wyższą koniecznością, a przed obejrzeniem kolejnej części serii musieliśmy dostać przypominajkę co zdarzyło się wcześniej. Dlatego też Shyamalan zdecydował się uprawiać twórczy recykling i poza masowym wykorzystaniem utartych przez siebie klisz, wykorzystuje paręnaście sekwencji żywcem wziętych z “Niezniszczalnego” i “Splitu”. Dodatkowo, przy każdym pozornie mniej oczywistym nawiązaniu do poprzednich części, poczuwa się w obowiązku do dokładnego jego wytłumaczenia – nawet na pierwszy rzut oka zabawne cameo reżysera (do którego doszło też w pierwszym epizodzie), musi zostać łopatologicznie wytłumaczone jakże niepotrzebnym zdaniem: “Zdaje mi się, że widziałem Pana jak Pan pracował na stadionie. Byłem wtedy w szemranym towarzystwie”.

Zobacz również: Zestawienie 10 najgorszych filmów – [Podsumowanie roku 2018 #3]

Pierwsza część świadomości “Glass” pod tytułem “Jedna wielka ekspozycja” kończy się na starciu Bestii z Dunnem, gdy swój trafia na swego. Problem w tym, że nawet walka posiadająca w sobie tyle potencjału, jest zrealizowana w sposób, przy którym wszystkie sekwencje akcji w “1000 latach po Ziemi” zdają się być mistrzostwem kinematografii. Ot, otrzymujemy jeden długi, ciągle trzęsący się kadr ze zbliżeniem na twarz zziajanego Bruce’a Willisa i próbującego wykrzesać z siebie jeszcze więcej zwierzęcej energii McAvoya. I jest to nasz filmowy rytuał przejścia, kiedy to reżyser mówi nam – wróciłem do korzeni, a my poczynamy się rozkoszować w tym powolnym, twórczym osuwaniu sie Shyamalana.

Glass
fot. Kadr z filmu “Glass”

Najdłuższym i najbardziej spójnym etapem całej produkcji jest przeciągnięta do granic możliwości sekwencja kuracji – kiedy to zaczynamy się zastanawiać czy Dr. Ellie Stemper ma na celu wyleczenie głównych bohaterów z ich urojeń co do bycia superbohaterem, czy też wyleczenie widzów z wiary w umiejętności Shyamalana. Nie dzieje się tutaj bowiem nic. Dunn smutnym wzrokiem obejmuje metalowe ściany swojej celi, cały czas twierdząc, że czyni dobrze (uwaga, spoiler – swego nastawiania nie zmieni). James McAvoy przebywając w zamknięciu stawia sobie za cel ukazanie wszystkich etapów metody Stanisławskiego, a zblazowany Mr. Glass w swoim obmyślonym na długo przed wszystkim planie decyduje się udawać niepełnosprawnego umysłowo – przez co przez ponad godzinę musimy czekać na jego pierwszą, bardziej sensowną wypowiedz. Jest to tak zwany okres “wyczekania” – gdyż podskórnie mamy świadomość, że za chwilę Shyamalan włączy piąty bieg o o nazwie plot twist i zakończy nasze cierpienia polegające na oglądaniu Hedwiga vel McAvoya tańczącego do Drake’a.

Zobacz również: „Vice”: ten wredny facet, który pociąga za wszystkie sznurki – Recenzja

Niestety nawet tutaj Shaymalan swój najbardziej przekoloryzowany styl narracyjny – nagły, “niespodziewany” zwrot akcji – musi hiperbolizować. Trudno bowiem nie zakrztusić się śmiechem, kiedy Mr. Glass krzyczy na cały głos “CZAS NA KLASYCZNY ZWROT AKCJI”. Swoją drogą – abstrahując na chwilę od analizy trzeciej świadomości filmu “Glass” – tytułowy bohater spełnia tu również rolę demiurga, który to składa w stronę reżysera samokrytykę – wypominając zwroty akcji, stając się maszyną ekspozycyjną, a wreszcie również tłumacząc każdy, nawet najbardziej oczywisty symbol. W ostatnim akcie reżyser postawił na swoje best of – narracja zmieni się jeszcze 20 razy, dostaniemy w twarz całkowicie oczywistym, acz w wizji Nighta całkowicie nieprzewidywalnym finalnym rozwiązaniem, by wreszcie popłakać się ze śmiechu gdy twórca słowami przypadkowego przechodnia mówi nam “wszyscy myśleli, że to koniec, a on od początku miał sekretny plan”, by pokazać nam jeszcze jedno zakończenie.

Glass
fot. Kadr z filmu “Glass”

Niemniej jednak “Glass” ogląda się zaskakująco przyjemnie, gdyż jest to pasjonujące stadium psychologiczne postaci M. Night Shyamalana, który zdaje się utracił na pewnym etapie produkcji wizję tego co czyni, tworząc scenariusz bardzo przypominający mój seans “Bandersnatcha”, kiedy to zatraciłem nad sobą kontrolę i w maniakalnym ataku próbowałem wskazać inne możliwe zakończenia, mówiąc sobie – przecież tak też można!

Zobacz również: „Powrót Bena” [czyli „Wracaj do domu”] – Recenzja

Nie zawodzi również ekipa aktorska – James McAvoy, mimo tego że gra kropka w kropkę to samo co w “Splicie” nadal wypada fenomenalnie, mogąc spełnić swoje wszystkie aktorskie ukryte pragnienia. Bruce Willis, mimo widocznego zmęczenia, po raz pierwszy od dawna starał się na planie filmowym, a Sarah Paulson to pewnik jeśli chodzi o porządny warsztat aktorski.  Najgorzej z całego zestawu wypada Samuel L. Jackson, który gra z irytującą dozą dezynwoltury – pytanie tylko jak bardzo wina leży po jego stronie, a jak bardzo po stronie scenariusza – w końcu Mr. Glass to alter ego Shyamalana – przekonanego o tym, że tworzy superbohaterów.

Glass
fot. Kadr z filmu “Glass”

“Glass” to nowa inkarnacja “Strasznego filmu”, tyle że zajmująca się gatunkiem superhero. I jeśli takowy był cel Shyamalana (choć wydźwięk większości scen przeczy tej tezie) to pozostaje mi chylić czoła. Jeśli jednak jest to produkcja traktująca siebie na poważnie (gdzie główny wieżowiec nazywa się MARVEL tower) to jest to jeden z najsmutniejszych obrazów w ostatnich latach. Pokazuje bowiem jak bardzo w swojej świadomości osunął się niegdyś tak znakomicie zapowiadający się twórca.


Awards WatchPublicystyka

Oscarowy Awards Watch #1 – Przewidywane nominacje w kategoriach “technicznych”

Maciej Kędziora
ROMA
kadr z filmu "Roma"

Za nieco ponad tydzień, bo już 22 stycznia poznamy wszystkich nominowanych do nagród Akademii Filmowej. Jest to równoznaczne z tym, że czas by rozpocząć nasz coroczny Awards Watch, na początku zajmując się przewidywanymi nominacjami. Na start bierzemy pod lupę kategorie techniczne – od zdjęć po muzykę. Oczywiście, należy Wam pamiętać, że w tym cyklu nie wskazujemy na nasze ulubione produkcje, które uważamy za godne tego wyróżnienia, tylko te, które raczej zostaną docenione.


Najlepsze efekty specjalne


Przewidywani nominowani:
1. Czarna Pantera
2. Mary Poppins Powraca
3. Pierwszy Człowiek
4. Avengers: Infinity War
5. Ready Player One

Muszę przyznać, że w tym roku ta kategoria wyjątkowo przyprawia mnie o silne zawroty głowy, bo przypuszczam, że… Wygra ją produkcja, która nie do końca na to zasługuje. Jeśli jesteście stałymi czytelnikami naszej strony to na pewno zauważyliście, że nasza redakcja bardzo kibicuje Czarnej Panterze w sezonie nagród.  Choć w dzień premiery wydawało się, że na konto Wakandy wpadnie kilka złotych statuetek te szanse nikną z gali na galę, z konkursu na konkursu i z plebiscytu na plebiscyt. Na szczęście z takowych, twórcy pierwszego filmu o Czarnej Panterze wychodzą przynajmniej z jedną statuetką. Tą, za efekty specjalne. Wydawałoby się, że w tym roku większe szanse ma na to inna produkcja Marvela – Infinity War. Nie wiem jak na Was, ale świat(y) przedstawione przez grafików w tym filmie zrobiły na mnie o wiele większe wrażenie. Krytycy filmowi jednak nagradzają chętniej Czarną Panterę. Czemu? Bo to produkcja, która bardziej znacząco odbiła się na tegorocznym roku kinowym. Produkcja, która zebrał lepsze recenzje. Produkcja, która jest – najzwyczajniej w świecie ważniejsza. Oscary nigdy nie były dobrym wyznacznikiem jakości w kinie, czego moim zdaniem dowiedzie statuetka dla Czarnej Pantery.

Potencjalnie: “Solo”, “Witamy w Marwen”


Najlepszy dźwięk


Przewidywani nominowani:
1. Pierwszy Człowiek
2. Ciche Miejsce
3. Roma
4. Bohemian Rhapsody
5. Narodziny Gwiazdy

O ile można już z całkowitą pewnością wskazać w gronie nominowanych przepełnionego dźwiękami statków kosmicznych “Pierwszego człowieka”, oraz wyczuloną na najmniejszy szmer sferą audio w “Cichym miejscu”, o tyle pozostałe trzy miejsca miejsca przysporzyły mi pewnych problemów. “Roma” zyska na swojej dominacji w kategoriach technicznych, zdobywając wyróżnienie – tak jak to miało miejsce na innych ceremoniach. “Bohemian Rhapsody” natomiast – według naszych przewidywań – wejdzie tutaj szturmem, gdyż bardzo umiejętnie wychodzi mu łączenie różnych piosenek zespołu Queen. Ostatnie miejsce będzie należeć najprawdopodobniej do “Narodzin gwiazdy”, gdyż większość akademików, świadomie bądź nie, nominuje ulubione produkcje seriami – choć co warto zaznaczyć, dla nikogo zaskoczeniem nie będzie wyróżnienie dla “Czarnej Pantery”, do której jednak bardziej skłaniamy się w kolejnej kategorii.

Potencjalnie: “Czarna Pantera”, “Mary Poppins Powraca”


Najlepszy montaż dźwięku


Przewidywani nominowani:
1. Pierwszy Człowiek
2. Ciche Miejsce
3. Roma
4. Czarna Pantera
5. Narodziny Gwiazdy

Podobnie jak zazwyczaj większość produkcji nominowana w kategorii najlepszy dźwięk zostaje później wyróżniona w kategorii dla jego najlepszego montażu. Jedyną zmianą jaką dokonujemy jest wymiana “Bohemian Rhapsody” na “Czarną Panterę”, w której niesamowicie lotny dźwięk i umiejętność dynamicznego cięcia utworów są jednym z kluczowych elementów jej arcydzielności. Wśród potencjalnych nominowanych pojawia się również – jak mówi tradycja – film akcji, w postaci “Mission Impossible: Fallout”, oraz czerpiący garściami z zabawy dźwiękiem znanej z filmów Edgara Wrighta “Ready Player One”, ale niestety dla nich trafiły one na bardzo mocny rok jeśli chodzi o warstwę audio w kinematografii.

Potencjalnie: “Bohemian Rhapsody”, “Mission Impossible: Fallout”, “Ready Player One” 


Najlepsze Kostiumy


Przewidywane nominacje:
1. Mary Poppins Powraca
2. Czarna Pantera
3. Faworyta
4. Mary, Queen of Scots
5. Bohemian Rhapsody

Muszę wam się do czegoś przyznać, mam wrażenie, że ta kategoria za każdym razem, gdy internet krzyczy – Akademia kocha filmy historyczne, statuetkę otrzymuję fantastyka. Gdy internet krzyczy zaś – w tym roku fantastyka zrobiła na nas wielkie wrażenie, laureatem Oscara zostają twórcy filmu historycznego. Tak już z tą Akademią bywa. Gdy narzekamy, że jest zbyt przewidywalna – kontynuuje tonięcie w marazmie, gdy zaś prosimy o wręczenie nagród naszym ukochanym faworytom całkowicie nas ignoruje. W tym roku stawiamy swoje metaforyczne pieniądze na statuetkę dla filmu spod szyldu Disneya. Mary Poppins Powraca boryka się z wieloma wadami, ale na pewno jedną z nich nie są kostiumy. Ubrania, które noszą bohaterowie produkcji idealnie oddają jej ton i są warte wszelkich nagród – tak właśnie wygląda dobra robota kostiumografów.

Potencjalnie: “Bajecznie bogaci Azjaci” 


Najlepsza charakteryzacja i fryzury


Przewidywani nominowani:
1. Vice
2. Granica
3. Mary Queen of Scots

W tym roku charakteryzacja i fryzury to zaskakująco mocna kategoria. Wątpliwości nie należy mieć jedynie jeśli chodzi o “Vice”, bo przemiana Christiana Bale’a w byłego wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych to wizualne arcydzieło, które – podobnie jak “Czas mroku” – na pewno zostanie dostrzeżone przez Akademię. Stawiamy również na “Granicę” Aliego Abassiego licząc na to, że wyróżnienia od Europejskiej Akademii Filmowej nie przejdą bez echa – bo praca jaką wykonał zespół make-upistek jest wyjątkowa. Ostatnie miejsce należy według nas do “Mary, Queen of Scotts”, gdyż – co pokazują rozmaite zdjęcia z planu – Saoirse Ronan i Margot Robbie w pełnym umalowaniu wygląda co najmniej nietuzinkowo. Niemniej jednak zaskoczeniom nie będą wyróżnienia dla “Bohemian Rhapsody” za przemianę Maleka w Mercury’ego, czy też dla “Stan and Ollie”, szczególnie za transformację Johna C. Reilly’ego.

Potencjalnie: “Bohemian Rhapsody”, “Stan and Ollie”, “Czarna Pantera”


Najlepsza scenografia


Przewidywane nominacje:
1. Mary Poppins Powraca
2. Czarna Pantera
3. Faworyta
4. Pierwszy Człowiek
5. Roma

Tutaj, mimo dość dużej konkurencji, raczej nie spodziewamy się niespodzianek. “Mary Poppins” błyszczy pomysłowością swoich lokacji (chociażby sekwencja w wazie), “Czarna Pantera” ma pięknie zaprojektowaną Wakandę, a “Faworyta” dominuje jeśli chodzi o nagrody w tej kategorii. Wydaje się również, że zarówno “Pierwszy Człowiek” jak i “Roma” są po prostu skazani na zdobycie wielu wyróżnień w kategoriach technicznych – szczególnie jeśli spojrzymy na dotychczasowe nominacje od krytyków i gildii. “Fantastyczne zwierzęta” przepadną przez poziom filmu, “Ballada o Busterze Scruggsie” przez słabą promocję w sezonie oscarowym (gdy wszystkie siły Netflix kieruje w promocję filmu Cuaróna), a “Bohemian Rhapsody” wypada w tym aspekcie dość blado przy reszcie nominowanych.

Potencjalnie: “Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda”, “Bohemian Rhapsody”, “Ballada o Busterze Scruggsie”, “Narodziny Gwiazdy”


Najlepsza Piosenka


Przewidywani nominowani:
1. “Shallow” z filmu “Narodziny Gwiazdy”
2. “Trip a little light fantastic” z filmu “Mary Poppins Powraca”
3. “All the stars” z filmu “Czarna Pantera”
4. “Girl in the movies” z filmu “Kluseczka”
5. “Where lost things go” z filmu “Mary Poppins Powraca”

Trzy lata temu, podczas 88. rozdania nagród Akademii Filmowej Lady Gaga otarła się o statuetkę za najlepszą piosenkę i choć fakt, iż Oscar finalnie powędrował do autorów piosenki z najnowszego Bonda nikogo nie zaskoczył – smutek u fanów artystki pozostał. Prawdopodobnie w tym roku po marcowej gali będą w pełni usatysfakcjonowani, bo chyba już nikt nie kwestionuje tego, że w tym roku nagroda należy się zespołowi stojącemu za “Shallow”. Lady Gaga wraz z Markiem Ronsonem, Anthonym Rossomando, Andrewem Wyattem i Benjamin Ricem przyszykowała nam piosenkę, która idealnie odzwierciedla pompatyczność Oscarów, ale przy tym naprawdę wpada w ucho. Zauważyłam, że gdy rozmawiamy o tej nagrodzie na forum najczęściej wszelkie pochwały padają w stronę Gagi. Nie dziwi mnie to. Ta ekscentryczna artystka za jej pośrednictwem kolejny raz udowodniła, że nagradzaną piosenkarką nie stała się z przypadku. Jednakże ja, lubię także myśleć o niej jako o sukcesie Marka Ronsona, który mimo bezpośredniego uczestnictwa w wielu ważnych projektach muzycznych ostatnich lat – wciąż pozostaje trochę w cieniu innych artystów.

Potencjalnie: “I will fight” z filmu “RBG”, “Revelation” z filmu “Boy Erased” 


Najlepsza muzyka


Przewidywani nominowani:
1. Justin Hurwitz za “Pierwszego Człowieka”
2. Alexandre Desplat za “Wyspę Psów”
3. Nicholas Brittle za “Gdyby ulica Beale umiała mówić”
4. Marc Shaiman za “Mary Poppins Powraca”
5. Ludwig Göransson za “Czarną Panterę”

Wydaje się, że już nic ani nikt nie może przeszkodzić Hurwitzowi w otrzymaniu kolejnej statuetki za najlepszą muzykę. Młody artysta idzie przez wszystkie rozdania niczym tornado, pochłaniając wszelkie nagrody i odpychając od siebie innych twórców. I choć od kilku lat jestem wiernym kibicem Hurwitza tu nie potrafię cieszyć się z jego (prawdopodobnego) zwycięstwa.  W ubiegłym roku aż do rozdania nagród nie mogłam zdecydować za którym kompozytorem optuje. W tym? Wszystko wydaje mi się bardzo schematyczne i wręcz nijakie. Kto wie, może jednak Akademia postanowi nas zaskoczyć? Ze statuetką w dłoni bardzo chętnie zobaczyłabym Göranssona, ale to niestety – jedynie moje własne mrzonki, które nie są w żaden sposób poparte przez krytyków filmowych zza oceanu.

Potencjalnie: Terrence Blanchard za “BlackKklansman”, Bradley Cooper, Lady Gaga i Lucas Nelson za “Narodziny Gwiazdy”, Carter Burwell za “Balladę o Busterze Scruggsie”

Alexandre Desplat. Nicholas Brittle, Marc Shaiman, Ludwig Goransson, Justin Hurwitz

Najlepszy montaż


Przewidywani nominowani:
1. Alfonso Cuarón za “Romę”
2. Hank Corwin za “Vice”
3. Tom Cross za “Pierwszego Człowieka”
4. Jay Cassidy za “Narodziny Gwiazdy”
5. Barry Alexander Brown za “BlacKkKlansman”

Pierwsza trójka wydaje się być nie do ruszenia. Cuarón zbierze żniwo swojej wyniszczającej pracy i otrzyma nominacje w każdej możliwej kategorii, Corwin idealnie wręcz pojął wizję McKaya i wyniósł, wraz z Christianem Balem, “Vice” na kolejny poziom, a “Pierwszy człowiek” to po prostu perełka techniczna, również pod względem montażowym. Cassidy raczej załapie się do grona nominowanych szczęśliwie – szczególnie jeśli podobnie jak w reszcie tegorocznych rozdań to “Narodziny gwiazdy” będą dominować. Największe wątpliwości mamy jednak co do nominacji “BlacKkKlansman” jednak unikalny styl, połączony z wyróżnieniem od gildii, pozwala nam sądzić, że to najnowszy film Lee zdobędzie wyróżnienie, a nie “Bohemian Rhapsody”, czy też “Green Book”.

Potencjalnie: “Bohemian Rhapsody”, “Green Book”, “Faworyta” 


Najlepsze zdjęcia


Przewidywani nominowani:
1. Alfonso Cuarón za “Romę”
2. Linus Sandgren za “Pierwszego Człowieka”
3. Matthew Libatique za “Narodziny Gwiazdy”
4. Łukasz Żal za “Zimną Wojnę”
5. Rachel Morrsion za “Czarną Panterę”

W tej kategorii nie mam żadnych wątpliwości. Statuetka z pewnością trafi w ręce Alfona Cuaróna, który nie tylko jest scenarzystą i reżyserem Romy – stanął również za kamerą produkcji. Niemalże każdy z kadrów, zaserwowanych nam przez Cuaróna można wydrukować i powiesić na ścianie, by sprawował funkcje dzieła sztuki. Zdjęcia Romy są bardzo przemyślane i choć nie są jedynym mocnym atutem produkcji to właśnie one pozytywnie nastawiają mnie do ponownego seansu.

Potencjalnie: Robbie Ryan za “Faworytę”, James Laxton za “Gdyby ulica Beala umiała mówić” 


Na tym kończymy pierwszą część przednominacyjnego Awards Watcha, druga – z nominacjami filmowo-aktorskimi pojawi się już pod koniec tygodnia. A jakie są wasze przewidywania? Gdzie popełniliśmy błędy? Dajcie nam znać!

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.